Mruczanka Świąteczna

Świątecznie. Wam wszystkim.

Wigilia – domowo, jak zwykle. Ciocia B. przyjechała, teść nie – bo musiał być w pracy.

Pucdk dostał pod choinkę łyżwy (takie na podwójnych płozach). I gitarę. Zabawkową – ale jemu to jeszcze bez różnicy. Mało się nie posikał ze szczęścia.

Dziś w domu. Śwęty Spokój, znaczy.

Jutro – do dziadków.

Znaczy się – Wesołych Świąt!!!

 

 

Mruczanka Śródzimowa

No i znowu to samo. Nienawidzę serdecznie tego okresu w roku. Pracy od metra, czasu na nic nie ma, na dworze zimno, wszystko zawalone śniegiem…

Ja jestem stosunkowo odporny na pracę – mogę siedzieć naprawdę długo, pisać, działać… Ale jest jeden warunek: że mam jakąś odskocznię. Coś, co robię „poza tym”.

Mogę tłuc cały dzień jakieś głupie (mniej lub bardziej) tłumaczenie, jeśli wiem że wieczorem siądę sobie przy filiżance dobrej herbaty, obejrzę dobry film, posłucham muzyki, pogadam z Piękną Kobietą 🙂

Tyle, że jak po trzeciej robi się już ciemno, to do wieczora jestem zupełnie wykończony samym wysiłkiem wkładanym w to, żeby nie zasypiać nad klawiaturą. A jak przychodzi wieczór, to trzeba jeszcze zrobić sto rzeczy umożliwiających bezbolesny strat w kolejny dzień, trzeba położyć Potwory (i sprawdzić, czy na pewno zapakowały wszystko to, co powinny mieć jutro w szkole), trzeba „ogarnąć” rzeczywistość kuchenną, trzeba co nieco odśnieżyć, trzeba…

…I już robi się jedenasta. Wieczorem. I na herbatę jest już za późno (bo herbatę to trzeba wypić na spokojnie, a przedtem ją na spokojnie zaparzyć…), na oglądanie filmów za późno (no bo niby można posiedzieć do pierwszej w nocy, ale potem ciężko wstać rano…), na słuchanie muzyki za późno, a Piękna Kobieta marzy tylko o tym, żeby znaleźć się w łóżku (i pójść spać, żeby nie było niedomówień…).

Najbardziej męczącą rzeczą nie jest nadmiar pracy – ale jej monotonia. Monotonia dnia codziennego. Brak czasu i sił na jakiekolwiek działania twórcze, na poezję, na dobrą książkę, na muzykę.

Chodzi mi po głowie tyle pomysłów… Muzycznych, literackich, artystycznych (jakby to patetycznie nie brzmiało ;-). I, Kocia Twarz, kompletnie nie mam kiedy się za nie zabrać.

Tak, wiem, to swego rodzaju „czas przejściowy”. Taki kairos. Za kilka lat będzie już inaczej, dzieci starsze, wiele uwarunkowań ma szanse się zmienić. Ale na razie jest tak, jak jest – i trochę mnie to męczy.

No dobra, pomarudziłem sobie. Dobrze, że przynajmniej niedługo Święta.

***

List się „upublicznił”. List, który o. Ludwik Wiśniewski, dominikanin, znakomity duszpasterz i legenda „Solidarności”, wysłał (podobno już we wrześniu) do nuncjusza apostolskiego w Polsce.

Przeczytałem – i po prostu mnie zatkało. Ci, którzy mnie znają – wiedzą że nie jestem człowiekiem który się byle czym wzrusza – ale czytając te słowa miałem łzy w oczach.

Bo jest dokładnie tak, jak pisze o. Wiśniewski. Już dawno nie czytałem analizy życia polskiego Kościoła, która tak bardzo by mnie poruszyła… A porusza mnie dlatego, że widzę to wszystko dokładnie tak samo. Że byłbym w stanie podpisać się pod każdym słowem.

Przeczytajcie ten list. Warto. Ciekaw jestem, czy coś z niego wyniknie – czy tylko, jak zwykle, skończy się na krótkim szumie medialnym, a o. Wiśniewski dołączy do szacownego grona ludzi Kościoła przez środowiska Radia M. i innych Frond nazywanych „zdrajcami” i „liberałami”.

Pełen tekst – TUTAJ.

Mruczanka Z Zaspy

Zawaliło, zawiało, i nagle okazało się, że jest zima. W takich sytuacjach Puchatek szczerze marzy o tym, żeby ocieplenie klimatu postępowało nieco szybciej.

Nie, żeby Puchatek śniegu nie lubił… odgarniać. Ale poświęcanie na to wesołe i skądinąd zdrowe zajęcie dwóch godzin (dwóch WIECZORNYCH godzin, które naprawdę można było wykorzystać na kilka ciekawszych sposobów…) uważa Puchatek za lekką przesadę. Zwłaszcza, że padające z nieba Białe Paskudztwo stosunkowo szybko zaciera ślady puchatkowej interwencji…

Szalony kołowrotek zwany przewrotnie codziennością wiruje jak zwykle. Dzieje się tyle rzeczy na raz, że nawet nie ma kiedy się nad nimi spokojnie zastanowić. A tu jeszcze jakieś jesienno-zimowe kaszle Potworów się zaczynają…

A na dodatek w Chatce Puchatków szaleje remont. Remont panoszy się wprawdzie tylko w przedpokoju, ale i tak jest złośliwy i gryzie.

A wczoraj (czyli w poniedziałek) Pietruszka jechał z klasą na wycieczkę (!) do kina w Warszawie (!) autokarem (!!!). Z powiatowego miasta G. do stolicy jest raptem trzydzieści kilometrów… Ale trafiło na WCZORAJ. Dzieci były w kinie dwie godziny (łącznie z jakąś zabawą zorganizowaną po obejrzeniu filmu o oceanach w 3D). A w autobusie spędziły łącznie około PIĘCIU godzin. Pięć godzin zajęło im przejechanie (łącznie, w obie strony) sześćdziesięciu kilometrów. Pietruszka po wyjściu z autokaru nie nadawał się do użytku – dopiero jak przyszedł do domu, zjadł coś, zległ na godzinę – to odżył…

Nieeee, Puchatek zimy nie lubi…

***

Z kronikarskiego obowiązku Puchatek donosi, że ukazała się już najnowsza płyta Loreeny McKennitt „The Wind that Shakes The Barley”. W Polsce oficjalnie jeszcze jej chyba w sklepach nie ma, choć na niezawodnym Allegro już można ją upolować (ale ceny na razie wysokie). Fragmentów można posłuchać TUTAJ. O Loreenie McKennitt już Puchatek był kilka razy pisał (o, na przykład TUTAJ).

Jakąś „recenzję” na pewno Puchatek tu wrzuci, jak tylko dostanie płytę w łapy (co, jak Puchatek się zna, nie zajmie dużo czasu…).

Mruczanka Bez Kicka

Piątek, sobotę i niedzielę spędziły Puchatki w Węgierskiej Górce (czyli w Beskidzie Żywieckim). Wyprawa była na zaproszenie Pewnych Znajomych, którzy poprosili Puchatka o bycie ojcem chrzestnym ich córeczki. Nie, znajomi mieszkają w Warszawie – ale tam właśnie dziecię było chrzczone, z przyczyn różnych.

Dom u uroczych beskidzkich górali (gospodyni, Jagusia, była zresztą chrzestną matką). Cały dom dla nas (to znaczy dla czworga Znajomych i pięciorga Puchatków). Jedzenie takie (i w takich ilościach), jakbyśmy wszyscy pracowali ciężko pod ziemią. Pogoda fantastyczna (to znaczy – jak na listopad).

Ado tego na dole, w „salonie” – kominek, przy którym siedzieliśmy sobie wieczorami leniwie gadając na Poważne Tematy. Jak to przy kominku…

Trochę zdjęć w linku po lewej. 🙂

Mrczanka Z Ogniem

Piłeczka usiłuje zapalić świeczkę. Intensywnie pociera zapałką o draskę – niestety, z tej strony pudełka od zapałek draska jest akurat zdarta, chyba też nieco zawilgocona. Zapałka za nic nie chce się zapalić.

– Spróbuj z drugiej strony – radzi dziecku Puchatek.

Piłeczka patrzy na ojca z niedowierzaniem… No, ale skoro tata tak mówi, to chyba musi być prawda, nie?

Więc dziecko posłusznie… odwraca zapałkę i zaczyna pocierać o tę samą draskę końcówką bez siarki.

Jeszcze godzinę potem brzuchy nas bolały.

Mruczanka Potworowa

Piłeczka, oglądając jakąś dobranockę – nie do końca na temat, wspomina jakąś szkolną uroczystość:

– A wiesz,  tato, są tacy ludzie, którzy nawet jak się ubiorą na galowo, to wyglądają jakby nie byli ubrani na galowo… Jakieś takie maja twarze, że po prostu nie wyglądają bardzo poważnie.

– Na przykład ja? – pyta Puchatek żartem.

– O, no właśnie! – odpowiada ukochane dziecko absolutnie serio…

***

Pietruszka przy śniadaniu pyta ni z tego ni z owego, filozoficznie (jak to on):

– Tato, dlaczego w lodówce zawsze jest więcej jajek niż parówek?

Puchatek (mimo lekkiego zdziwienia tematem) stara się odpowiedzieć całkiem racjonalnie:

– No wiesz, parówki to czasami na śniadanie jemy,  a z jajkami to można robić różne rzeczy…

– Na przykład żonglować? – pyta Pietruszka rzeczowo.

…to się zdaje si.e właśnie nazywa „humor surrealistyczny”…

Mruczanka Jesienna Niestety

Właściwie po takim tytule nie ma już sensu pisać dalej, prawda?

„Bo jesień, wie pan, głupia historia: Grypa i wiatr, i oratoria…”

***

Z jednej strony ta jesień to jeden wielki, nieustający Dzień Świra. Potwory mają setkę różnych spraw i zajęć, na każde trzeba je dowieźć, czasu mało, pracy dużo. I tak dalej. Z drugiej strony – paradoksalnie – jak przypomnę sobie czas sprzed roku, to okazuje się że teraz jest dużo spokojniej i mniej nerwowo.

A przed nami wyprawy… Jedna na Wszystkich Świętych, druga w końcu listopada… Chociaż tyle…

Mruczanka Literacka (także Z Obrazkami)

Kiedyś byłem absolutnym fanem Przy Johna Irvinga. „Świat według Garpa” czy „Hotel New Hampshire” mógłbym czytać co kilka lat od nowa (oczywiście gdyby nie to, że ciągle pojawia się wiele nowych, wartych przeczytania rzeczy, na które i tak nie mam czasu…). Jego wcześniejsze rzeczy – choć nie tak popularne – także bardzo do mnie trafiały („Metoda wodna”, „Małżeństwo wagi półśredniej”…).

Potem trochę się zniechęciłem – „Regulamin tłoczni win” specjalnie mnie nie zachwycił, „Syn cyrku” takoż (może dlatego, że generalnie nie porywa mnie tematyka i kultura Indii i związane z nią „klimaty”). A „Jednoroczna wdowa” po prostu mnie odrzuciła.

Ale potem przyszło znakomite (mimo paru zastrzeżeń) „Zanim cię znajdę” – książka która (to oczywiście absolutnie subiektywna ocena) była dla mnie powrotem dawnego, „wielkiego Irvinga”.

A teraz połknąłem „Ostatnią noc w Twisted River” – i muszę powiedzieć, że… Bomba!

Czy zauważyliście, że Irving właściwie zawsze pisze o pisarzach? Że stały, uparcie nawracający motyw we wszystkich chyba jego książkach to stwierdzenie że życie jest narracją? Że granica między „prawdziwy życiem” a powieścią jest w gruncie rzeczy dosyć płynna? Że to, co bierzemy za „prawdzie życie” często okazuje się także narracją, czyjąś opowieścią skonstruowaną dla osiągnięcia konkretnych celów albo po prostu dlatego, że w takiej konstrukcji łatwiej (?) było żyć?

Najwyraźniej chyba widać to w „Zanim cię znajdę”, gdzie główny bohater – pisarz, jakże by inaczej? – odkrywa w końcu, że wiele podstawowych prawd które zadecydowały o całym jego życiu było de facto fabułą stworzoną przez jego matkę, a Prawda – ta pisana wielką literą – wygląda zupełnie inaczej.

W „Ostatniej nocy…” jest w gruncie rzeczy podobnie. Życie jest powieścią. A może to powieść jest życiem? A może jedno i drugie? Kiedy w ostatnim rozdziale główny bohater – pisarz, oczywiście – zastanawia się nad pierwszym zdaniem swojej nowej powieści i formułuje je w końcu dokładnie tak, jak zaczynał się pierwszy rozdział książki, której jest bohaterem – narracja zatacza pełne koło, ale robi to tak zgrabnie, tak delikatnie i pewnie zarazem, że czytelnik przyjmuje to bez zmrużenia oka. W każdym razie niżej podpisany czytelnik.

***

A z innej beczki…

Prezent Puchatek był dostał – lekko spóźniony – z okazji urodzin. No i jak na czterdzieste urodziny przystało, prezent jest poważny wielce.

„Fistaszki zebrane”, czyli genialne paski komiksowe Charlesa M. Schulza – kompletny zbiór z lat 1955-1956.

Puchatek czyta i kwiczy ze śmiechu – ale też czuje się bezlitośnie zmuszony do myślenia. Kto zna „The Peanuts”, ten wie. Kto nie zna – niech się nawet nie przyznaje…

Piosenkowo…

Jechałem samochodem, słuchałem radia. Piosenka leciała – podobno przebój, nie wiem, nie jestem na bieżąco z listami przebojów.

Shakira zdecydowanie nie należy do moich ulubionych piosenkarek, a to co śpiewa – do mojej ulubionej muzyki (myślę, że nie znalazłaby się nawet w pierwszej pięćsetce 😉

Ale sama piosenka całkiem sympatyczna, a jeden wers szczególnie jakoś wpadł mi w ucho:

„Walking gets too boring when you learn how to fly”.

True, true…

http://www.wrzuta.pl/embed_audio.js?key=7GGF1ajPtv6&login=mzkr&width=450&bg=ffffff

Mruczanka Szkocka – Dzień Szósty i Siódmy

Tak, dzień szósty i siódmy razem.

Dzień szósty (czyli 1. sierpnia) upłynął mi pod znakiem starego, dobrego autostopu. Rano zwinąłem namiocik i dotarłem z kempingu z powrotem do Oban (z miłą pomocą dwójki przesympatycznych Hiszpanów, którzy podrzucili mnie samochodem, dzięki czemu nie musiałem dreptać z tobołem całych siedmiu kilometrów…).

W Oban zwiedziłem pewien uroczy sklepik prezentowy, gdzie nabyłem drogą kupna jakieś drobiazgi dla reszty Puchatkowa, a potem – jako że to była niedziela – poszedłem na mszę do miejscowej katedry.

A po mszy – wyszedłem na drogę i… Kciuk do góry.

Plan był taki, żeby tego dnia dojechać do Stirling. W Stirling miałem przenocować, a rankiem dotrzeć do Edynburga, żeby ten ostatni dzień połazić po szkockiej stolicy.

Plan udało mi się zrealizować tylko częściowo: rzeczywiście popołudniem dotarłem do Stirling. Niestety, urocze miasto przywitało mnie w mało uroczy sposób, czyli rzęsistym deszczem. Na kemping było daleko, autobus już nie jeździł (niedziela…), trzeba by było zasuwać piechotą ładne parę mil. W deszczu.

Szczerze mówiąc – nie chciało mi się. A że Stirling znałem dosyć dobrze, postanowiłem że od razu pojadę do Edynburga i znajdę schronisko (kemping w Edynburgu jest baaardzo daleko od centrum, w zupełnych burakach, a ja we wtorek musiałem być na lotnisku o szóstej rano).

„Jak pomyślał, tak zrobił”. Pociąg podmiejski ze Stirling do Edynburga jedzie trzy kwadranse. Wysiadłem na dworcu Waverley, podreptałem pod górę na Royal Mile i w ciągu kwadransa byłem już zameldowany na dwie noce w schronisku. Umyłem się, zjadłem coś i… jeszcze wieczorem „ruszyłem w miasto”.

***

Miasto..

Edynburg to półmilionowe miasto, zdaniem wielu – jedno z najpiękniejszych na całych Wyspach Brytyjskich. Londyn? Londyn jest cudowny, ale to ogromna, kosmopolityczna metropolia. A Edynburg jest taki… bardzo szkocki, ale też bardzo brytyjski właśnie.

W dodatku właśnie zaczynał się Fringe, czyli Festiwal Edynburski. A Fringe to nie tylko znakomite spektakle teatralne, koncerty, wystawy i inne duże wydarzenia artystyczne. Fringe to także teatry uliczne, najróżniejsi magicy i akrobaci na każdym rogu ulicy, połykacze ognia, żonglerzy, ludzie-orkiestry, mimowie, lalkarze klauni… Nie dało się przejść pięćdziesięciu metrów, żeby nie mieć okazji do obejrzenia kolejnego ulicznego przedstawienia, pokazu, koncertu.

Atmosfera fantastyczna – choć muszę przyznać, że po tygodniu spędzonym na Wyspach Zachodnich ta nieprawdopodobna ilość ludzi i wydarzeń sprawiła, że po dwóch godzinach głowa mi pękała.

Więc dałem głowie odpocząć – wróciłem do schroniska i poszedłem spać.

***

W poniedziałek wstałem rano, coś zjadłem, przy śniadaniu pogadałem z sympatycznym Brazylijczykiem (zapytał skąd jestem, odpowiedziałem, na co on odparł że „tak mu się właśnie wydawało, bo wyglądam na kogoś ze wschodu”; odpaliłem, że jakby pomieszkał tydzień w małym namiocie na Western Islands to też by wyglądał na kogoś ze schodu. I obaj się obśmialiśmy).

A potem znowu ruszyłem w miasto… I chodziłem po tym mieście do dziesiątej wieczorem. Tak, chodziłem – w Edynburgu naprawdę wszystko co warte zwiedzania można zobaczyć „na piechotę”.

Zamek, Hollyrood, cała Royal Mile (pewnie z pięć razy w tę i z powrotem), katedra, National Gallery of Scotland, parę innych muzeów, park, szkocki parlament, Princess Street i okolice…

Nie będę Wam tego wszystkiego opisywał, bo możecie to znaleźć w dowolnym przewodniku. Powiem tylko, że jak o dziesiątej wieczorem dotarłem z powrotem do schroniska, to nogi mi już właziły tam, gdzie pan może pana majstra… i tak dalej.

A następnego dnia – czyli we wtorek – wstałem o czwartej rano, przed szóstą byłem na lotnisku, o ósmej oderwałem się od pasa startowego (to znaczy nie sam, tylko z całym samolotem Bardzo Tanich Linii) i… po dwóch godzinach z haczykiem lądowałem w Krakowie.

***

I tyle. I wiecie co? Kocia Twarz – już tęsknię za Szkocją…

Ale następny raz (nie wiem kiedy, nie mam pojęcia, ale – nigdy nic nie wiadomo…) to już musi być z M. Bo samotne wędrowanie ma swoje uroki, ale wędrowanie z Nią ma tego uroku zdecydowanie więcej.

http://www.wrzuta.pl/embed_audio.js?key=9k2VhjvPMYg&login=w912&width=450&bg=ffffff