Wakacje, znowu są wakacje…

Koniec tego koszmarnego roku szkolnego, tak kompletnie innego niż wszystko, co znaliśmy dotąd.

Pietruszka czeka na oficjalne wyniki matur – wtedy będzie wiedział, gdzie idzie na studia. Najprawdopodobniej – wydział matematyczny UW, ale może jednak matematyka z analizą danych na Politechnice… Zobaczymy.

Piłka w swojej „angielskiej” szkole zakończyła rok ze wszystkimi egzaminami końcowymi zdanymi na A* (odpowiednik naszej szóstki). Bez komentarza.

Pucek… Pucek w tym roku oceny na świadectwie słabsze, średnia koło 4. No i w porządku, po roku zdalnej nauki… Trójka z matematyki? Hej, przecież z matematyki ty zawsze dobry byłeś! „Tato, jakbyśmy mieli normalne lekcje, to bym miał piątkę.” I wiem, że to prawda. Więc się nie przejmuję. Jego wychowawca powiedział mi wprost (w prywatnej rozmowie z gatunku „…prosimy nie powtarzać”), że nauczyciele są dosyć zgodni: ten rok w szkole podstawowej należy uznać po prostu za stracony. Nie ma się co oszukiwać, z tego wszystkiego, co robili w trakcie nauki on-line w głowach zostanie im może dwadzieścia procent. A i to jest optymistyczne założenie. Co się da, to nadrobią w ósmej klasie, co się nie da – to w liceum.

Z pozytywnych wiadomości warto dodać, że wczoraj rano Pucek pojechał na obóz. Harcerski. Ktoś z dzieci znajomych mu zaproponował, a on – zupełnie dla mnie nieoczekiwanie – powiedział, że chce jechać. No i super! Obóz jest w Bieszczadach (może to zadecydowało, bo ubiegłoroczna wyprawa w Bieszczady bardzo się Puckowi podobała) – i jest to taki obóz typu „niedźwiedzie mięso”: chłopcy (uczestnicy po 12 – 14 lat) sami budują prycze, sami stawiają cały obóz, w nocy mają warty i w ogóle. Cicho liczę na to, że Pucek się wciągnie i w tym harcerstwie na dłużej zostanie… Sam nigdy harcerzem nie byłem, ale akurat jemu (i akurat teraz, po tym wszystkim) naprawdę przydałoby się jakieś fajne środowisko z pozytywnym podejściem do świata.

Pojechał w sobotę rano, z lekkim niepokojem czekałem na pierwsze relacje. Zadzwonił dziś koło 10:00. Cała rozmowa trwała może 20 sekund: oznajmił mi, że będzie dzwonić rzadko, bo tam nie ma zasięgu i musi gdzieś chodzić, żeby go złapać, a poza tym wszystko jest super i musi już lecieć i cześć. No to chyba źle mu nie jest.

***

A ja?… Nie bardzo wiem, co mam napisać. Siedzę, pracuję, coś tam czytam, coś tam oglądam… I czekam na rozwój wypadków. Jak zwykle.

Bo są w życiu takie sytuacje, kiedy trzeba brać sprawy w swoje ręce, działać, być aktywnym, chwytać okazje i tak dalej. I ja w takich sytuacjach naprawdę dobrze działam.

Ale są też takie chwile, kiedy nic zrobić nie można, kiedy nie ma się żadnej możliwości manewru i trzeba po prostu czekać na rozwój wypadków. A czasami nawet nie na rozwój wypadków (bo trudno, żeby rozwijało się coś, czego nie ma), tylko na tę furtkę, to okienko możliwości, o którym już kiedyś pisałem. Jeśli się otworzy – na pewno je zauważę, na pewno się nie zawaham, na pewno z niego skorzystam. Ale dopóki się nie wydarzy, mogę jedynie czekać. I mieć nadzieję. A to („mienie nadziei”) jest jedna z tych dwóch czy może trzech rzeczy w życiu, w których jestem naprawdę dobry.

Tak mi się skojarzyło, z klasyki polskiego rocka…

Kontrast Świąteczny

Pozwólcie, że dziś zamiast świątecznych życzeń pokażę Wam pewien świąteczny kontrast. Dwa teksty. Oba zostały upublicznione tego samego dnia – dokładnie dziś, w dniu Bożego Narodzenia, w odstępie około pół godziny. Oba mówią poniekąd o roli chrześcijanina / katolika w świecie i podejściu do relacji między wiarą / religią…

Pierwszy – za strony Rada Maryja, na której Robert Bąkiewicz (ten od „bronienia kościołów” i Straży Narodowej) tak na ten temat mówi:

Dzisiaj Straż Narodowa ma być przede wszystkim elementem mobilizacji polskich katolików. Chcemy przywrócić chrześcijański porządek społeczny na świecie. (…) Ostatecznym celem, który stawiamy Straży Narodowej, ma być doprowadzenie do przywrócenia w Polsce, a być może na świecie (wydaje się to z dzisiejszej perspektywy bardzo trudne) społecznego porządku katolickiego, chrześcijańskiego.

Drugi – to słowa papieża Franciszka z orędzia „Urbi et Orbi” (tłumaczenie za portalem Deon.pl):

W tym momencie dziejowym, naznaczonym kryzysem ekologicznym oraz poważną niestabilnością gospodarczą i społeczną, pogłębioną przez pandemię koronawirusa, bardziej niż kiedykolwiek potrzebujemy braterstwa. A Bóg nam je oferuje, dając nam swojego Syna Jezusa. (…) Braterstwo oparte na prawdziwej miłości, zdolnej do spotkania drugiego, który jest inny niż ja, do współczucia jego cierpieniom, do zbliżenia się do niego i do zaopiekowania się nim, nawet jeśli nie jest z mojej rodziny, mojej grupy etnicznej, mojej religii. Jest różny ode mnie, ale jest moim bratem, moją siostrą. A dotyczy to również stosunków między narodami i państwami.

I dodatkowo słowa, których nie mogę na razie znaleźć w polskich tłumaczeniach / omówieniach, ale są na stronie Vatican News po włosku, w pełnej wersji wystąpienia – w tłumaczeniu o. Krzysztofa Mądla SI:

Nie możemy dopuścić, żeby ciasne nacjonalizmy nie pozwalały nam żyć jak [jedna] prawdziwa rodzina ludzka, którą jesteśmy.

Ot, taki kontrast. Każdy sam musi wybrać, która droga jest mu bliższa…

Dlaczego…?

Pisałem poprzednim razem o książce, którą czytałem (Władcy strachu. Przemoc w sierocińcach i przełamywanie zmowy milczenia” – Ewa Winnicka i Dionisios Sturis). Straszna lektura, ale w całej swojej straszności moim zdaniem – lektura obowiązkowa. Zawsze czytając takie historie mam wrażenie, że choćby w ten sposób – właśnie czytając i przeżywając – mogę oddać jakąś sprawiedliwość ofiarom i uderzyć w sprawców takich czynów, którzy bardzo chcieliby, aby nikt o tym nie mówił.

Książka (long story short) opowiada historię systemowego (tak to chyba trzeba nazwać) znęcania się i okrucieństwa wobec podopiecznych sierocińców (ale także rodzin zastępczych) na wyspie Jersey w ciagu ostatniego półwiecza. Przemoc psychiczna i fizyczna, de facto tortury, wszechobecne wykorzystywanie seksualne (i przyzwolenie na wykorzystywanie młodszych dzieci przez starsze) z brutalnymi gwałtami włącznie, najprawdopodobniej – także morderstwa. A wszystko to na sielskiej, spokojnej, uroczej wyspie, słynącej z niskich podatków, dobrych szkół, niskiej przestępczości i uznawanej za wprost doskonałe miejsce do życia.

Koszmarna to lektura. Same relacje ofiar (dziś już dorosłych ludzi) są wstrząsające – opowiadane pozornie na zimno (po po latach), a jednak pełne emocji, opisujące rzeczowo i dokładnie doznane krzywdy. Znacie takie uczucie, kiedy ktoś na pozór spokojnie opowiada o jakichś wydarzeniach, ale w jego głosie słychać krzyk?

Ale – paradoksalnie – nie to poruszyło mnie najbardziej. Tym, co dla mnie w całej tej opowieści było najbardziej wstrząsające, było wszystko to, co działo się na zewnątrz tych historii. Systemowe ukrywanie tego, co się działo. Lokalni politycy, dla których do końca ważniejsze było „dobre imię wyspy” i zachowanie funkcjonującej od wieków „Jersey way of living” niż cierpienie, życie i zdrowie ofiar. Policjanci (zwłaszcza członkowie „policji honorowej”) działający zawsze w interesie „wyspy”, nigdy w interesie ofiar. Prokuratorzy, którzy odmawiali wszczęcia śledztwa mimo zebranych dowodów i zeznań. Rządzący, którzy świadomie i cynicznie niszczyli kariery tych policjantów („importowanych” z głównej części Wielkiej Brytanii), którzy nie poddali się zmowie milczenia i uruchamiali kolejne śledztwa. I tak dalej, i tak dalej…

Bulwersujemy się (i słusznie, rzecz prosta!) historiami pedofilii w polskim Kościele. Oburzamy się (i słusznie!) na biskupów, którzy wiedząc o skłonnościach albo działaniach jednego czy drugiego księdza zamiast zadziałać, przeciąć sprawę, zgłosić gdzie trzeba – zamiatali wszystko pod dywan. Zjawiskiem, które jest dziś niemal symbolem całego procederu, jest osławione „przenoszenie do innej parafii” (czy wręcz diecezji) księdza, który krzywdził nieletnich – na skutek czego nie tylko unikał on kary, ale mógł krzywdzić kolejne ofiary. Oburza nas to. Gorszy.

Ale kiedy czytam o tym, co się działo na Jersey, dochodzę do wniosku, że te historie z naszego podwórka to jeszcze nic. Bo tam (mówiąc obrazowo, bo na Jersey akurat nie duchowni byli sprawcami) nawet „nie przenoszono do innej parafii”. Ludzie, o których wiadomo było, że znęcają się nad dziećmi, molestują, gwałcą, dalej pracowali w sierocińcach. Nikt nikogo nie przenosił, skargi trafiały w próżnię, jakimkolwiek próbom zmiany sytuacji natychmiast ukręcano łeb.

Chłopak, który został brutalnie zgwałcony przez zamożnego gentlemana, zabierającego go na przejażdżki w ramach „pomocy sierotom”, opowiedział wszystko pielęgniarce (podobno skądinąd miłej kobiecie), do której trafił, bo po tym, co się stało, przez kilka dni krwawił z odbytu. Co zrobiła pielęgniarka? Nic. Powiedziała mu, że na pewno zmyśla, pewnie się przewrócił i tyle. Zamożny gentleman zabierał go potem na takie „przejażdżki” jeszcze wielokrotnie.

Dzieci, które w rodzinie zastępczej były bite, głodzone i wykorzystywane seksualnie, próbowały się poskarżyć – i nic. Zagrożono im, że jak jeszcze raz coś takiego „wymyślą”, to trafią do szpitala psychiatrycznego. Nie chodzi nawet o to, że im nie uwierzono – nikt nawet nie wysłuchał, co mają do powiedzenia.

Zeznania wielu świadków dowodzą, że w największym domu dziecka na wyspie wielokrotnie zjawiali się różni „sławni i bogaci”, którzy po prostu wybierali sobie dzieci, które później ich „obsługiwały”. Nie mówimy o gwałcie w ciemnej uliczce czy o sprytnym pedofilu kryjącym się w ciemnych korytarzach sierocińca, ale o systemowym (wiem, że używam tego słowa po raz kolejny) wykorzystywaniu, o którym bez cienia wątpliwości wiedział dyrektor i (zapewne) większość personelu. I co? I nic. Nikogo nawet „nie przeniesiono do innej parafii”. Większość sprawców spokojnie dożyła swoich dni na emeryturze, ciesząc się do końca życia szacunkiem otoczenia.

Wstrząsająca jest historia o nauczycielu z miejscowego college’u (w realiach brytyjskich college to odpowiednik naszego liceum, przypominam), który wykorzystywał seksualnie nie tylko sieroty z domu dziecka, ale także swoich uczniów – dzieci z dobrych domów, z zamożnych i szanowanych miejscowych rodzin. I co? I nic. Nawet kiedy już zebrano dowody (łącznie z filmami, które s…syn sam nagrywał!) dyrektor college’u nie widział powodu, żeby go zwolnić z pracy, bo to przecież znakomity nauczyciel, szanowany w społeczności, lubiany przez uczniów i rodziców… A kiedy – wyłącznie dzięki uporowi „importowanych” policjantów – drań został wreszcie oskarżony, dyrektor zgodził się na to, aby… nie prowadził więcej zajęć z uczniami, ale nadal otrzymywał pełną pensję. A rodzice – rodzice! – urządzili awanturę szefowi policji, że psuje dobre imię szkoły…

I – przypomnę – to wszystko nie działo się w jakimś (pardon) Bantustanie, tylko na terenie będącym dependencją Korony Brytyjskiej. Europa Zachodnia, cywilizacja, pierwszy świat.

Trzy myśli, które nie dają mi spokoju po przeczytaniu tej książki.

Po pierwsze – zarozumiałem, co miały – mają – wspólnego wszystkie ofiary takich czynów. Wszystkie: i te na Jersey, i te w Polsce, i w USA, i gdziekolwiek. Tu nie chodzi o status (choć oczywiście łatwiej krzywdzić sierotę, o którą nikt się nie upomni), o pochodzenie, inteligencję, wygląd, zachowanie. Jedynym, co łączy wszystkie ofiary, jest to, że nikt ich nie słuchał.

Po drugie – zrozumiałem, co łączy wszystkich sprawców takich czynów. Tu nie chodzi o to, czy ktoś jest nauczycielem, opiekunem w sierocińcu, bogatym i znanym prezenterem radiowym (jak niesławny Jimmy Savile), księdzem czy może prostym woźnym albo stolarzem. Jedynym, co łączy sprawców jest to, że mieli władzę. Władzę oczywiście na bardzo różnych poziomach – ale jednak władzę nad tymi dziećmi.

Po trzecie – chyba zrozumiałem, dlaczego ci ludzie to robili. Dlaczego dopuszczali się tych okropności, dlaczego krzywdzili, bili, molestowali, gwałcili. Odpowiedź na to pytanie mrozi krew w żyłach. No bo pomyślcie: naukowcy sądzą że skłonności pedofilskie (w najszerszym sensie – także te „graniczne” i te, które nigdy nie przekładają się na zachowania pedofilskie, a pozostają w sferze jakichś tam tendencji, myśli etc.) może przejawiać do 5 procent męskiej populacji. Tych „prawdziwych” pedofili, którzy dopuszczają się czynów uznawanych za przestępstwo, jest znacznie mniej – prawdopodobnie poniżej 1 procent populacji. Pedofilia to zachowanie objęte w naszej cywilizacji szczególnie silnym tabu. A jednak w sprzyjającej sytuacji całe mnóstwo zupełnie normalnych ludzi – od wysoko postawionych polityków i celebrytów, poprzez pedagogów, wychowawców, aż po przypadkowych woźnych, stolarzy czy czy monterów – zachowywało się tak a nie inaczej i najwyraźniej nie widziało w tym nic szczególnie złego. Odpowiedź, dlaczego to robili, jeśli się dobrze wczytać w historie opisane we „Władcach strachu”, jest bardzo prosta: BO MOGLI.

I nie mogę się oprzeć myśli, że to fatalnie o nas świadczy. O nas jako gatunku.

Mądrość etapu…

Dziwny to czas. Wielki Tydzień, w którym nie można nawet pójść do kościoła. Jutro zacznie się Triduum Paschalne, które będziemy przeżywać przed telewizorem. Rząd uznaje, że samotne chodzenie po lesie albo spacerowanie po wiejskiej drodze jest niebezpieczne – ale tłumna wyprawa na pocztę w celu „zagłosowania” jest OK. Hurra-optymistyczne zapewnienia w TVP („…silni, zwarci, gotowi, najlepiej przygotowani, cała Europa patrzy na nas z zazdrością”) maja się nijak do rzeczywistości (kto ma jakichś znajomych lekarzy pracujących w szpitalach, ten wie, jak bardzo).

A swoją drogą – ciekawe, na ile nasze władze ó-kochane zdają sobie sprawę z faktu, że mamy XXI w. i w Internecie nic nie ginie… Ciekawe, jak rządzący odnieśliby się do wypowiedzi sędzi Trybunału Konstytucyjnego w kwestii wyborów korespondencyjnych. Szanowni Państwo, przed Wami… Krystyna Pawłowicz!

Czy to się nazywa „mądrość etapu”?…

Nowy (…?) Rok

To był dziwny rok. Dużo się wydarzyło. Albo nic się nie wydarzyło – wszystko zależy od tego, z jakiego punktu widzenia na to spojrzymy. Ale tak naprawdę, kiedy patrzę wstecz, w całym tym roku w moim życiu (o życiu moich dzieci teraz nie mówię) wydarzyły się tylko dwie rzeczy, które mogą mieć jakieś konsekwencje; dwie rzeczy, o których potencjalnie za dziesięć lat będę pamiętał, że miały miejsce właśnie A.D. 2019.

O żadnej z nich tu nie będę pisał, bo nie czas i miejsce na to.

A co będzie w tym nowym roku? Co się wydarzy? Czy któraś z tych dwu Ważnych Spraw będzie miała jakiś ciąg dalszy? Czy za rok o tej porze będę mógł tu napisać, że coś się zmieniło, że jakieś sprawy posunęły się naprzód, że dobrze zrozumiałem, dobrze zinterpretowałem to, co przede mną postawiono? Czy ten Rok Jubileuszowy, o którym pisałem w lipcu (w dzień po jego rozpoczęciu) rzeczywiście będzie specjalny, wyjątkowy, rzeczywiście będzie rokiem zmian? Rokiem Nowych Początków? Czy moje Drzwi Święte są tam, gdzie mi się wydaje? Czy może zupełnie gdzie indziej?

Jak mawia Pietruszka – „Odpowiedź jest oczywista: nie wiadomo”. Okaże się. Na razie mogę tylko czekać na to, co się wydarzy (…albo nie).

W ubiegłym roku miałem pewne postanowienie noworoczne i – wbrew statystykom – udało mi się je zrealizować. Nie w sposób doskonały, nie na sto procent, ale myślę, że na uczciwe dziewięćdziesiąt, może nawet więcej. Sprawa może przyziemna i zwyczajna – ale jednak trzeba ją zapisać po stronie sukcesów. Bo dowodzi, że się da.

W tym roku zatem pójdę za ciosem – i spróbuję zrealizować kolejne postanowienie. Także niewielkie, przyziemne i zwyczajne. Ale bardzo konkretne. Jeśli też się uda, to pewne sprawy za rok mogą wyglądać trochę lepiej, niż dziś.

Muszę też kontynuować Projekt, który zacząłem. Nie mogę z niego zrezygnować, bo kiedy go już zacząłem (zainspirowany przez Kogoś), uświadomiłem sobie, jak rozpaczliwie mi czegoś takiego brakowało. Nie napiszę na razie, o co chodzi. Może w przyszłości.

Wiem jednak, co mi w tym Nowym Roku naprawdę potrzebne. Potrzebuję wyjścia poza kierat. Potrzebuję więcej muzyki, więcej poezji, więcej Zachwytu. Nie jestem fanem grupy Myslowitz (ani jej muzyki, ani tekstów), ale słowa, które usłyszałem jadąc samochodem (bo właściwie tylko w samochodzie słucham radia) naprawdę mnie uderzyły:

„…dobrze wiesz: upadamy wtedy, gdy nasze życie przestaje być codziennym zdumieniem”.

A ja – chodząc w kółko – przestałem się zdumiewać. Przestałem się zachwycać. I dlatego upadam. Czyli powoli, na raty umieram. To się musi zmienić, do cholery.

A muzycznie – dzieje się dużo. Ale o tym z czasem. A znacie panią Caitlin Canty?

Furtka

Furtka. Oto, czego potrzebuję: otwarta furtka. Co tam otwarta zresztą – choćby uchylona. Nie potrzebuję wielkich cudów. Nie potrzebuję podania mi okazji na tacy. Nie jestem – nigdy nie byłem – kimś, kto bezczynnie czeka, aż coś się wydarzy. Zawsze wystarczyła mi uchylona furtka – nigdy nie zawahałem się, czy w nią wchodzić, czy nie.

Zawsze było tak, że gdzieś tam w głębi wolałem żałować, że się nie udało – niż żałować, że nie spróbowałem. I mimo wszystko, mimo wszystkich spraw i wydarzeń, to jedno się nie zmieniło. Więc gdyby choć taka furtka, gdyby choć uchylona. Gdybym ją zobaczył – choćby na krótką chwilę – na pewno bym przez nią przeszedł.

A co by było dalej? „Odpowiedź jest oczywista: nie wiadomo”. Pewnie i tak nic by się nie wydarzyło. Ale to nie byłby problem. Bo niepowodzenie nie jest problemem. Niepowodzenia się zdarzają. Człowiek o coś walczy – i przegrywa: zdarza się. Jasne, potem przez jakiś czas się liże rany – i idzie się dalej. Nie boję się przegrać. Boję się tego, że nie będą miał okazji spróbować. Że ta furtka nigdy się nie pojawi.

Bo nic nie jest takie proste, na jakie wygląda…

Poza pogrzebem – kilka dni wcześniej – byliśmy też na weselu. Żenił się syn mojej kuzynki, ślub był piękny, wesele kapitalne – pewnie coś jeszcze o nim napiszę. Ale tu nie o tym… Tu o kuzynce G., która zupełnie niespodziewanie zdołała na ten ślub i wesele dotrzeć, choć wszystko wskazywało na to, że jej nie będzie.

Kuzynka G. – młodsza siostra mamy Pana Młodego – od niemal 30 lat mieszka za oceanem. Atlantyckim, znaczy się. W Los Angeles. Od prawie 20 lat ma już amerykańskie obywatelstwo. Wyjechała tuż po 1989 r., ma wykształcenie i zawód, z którym w USA po nostryfikacji dyplomu od ręki znalazła dobrą pracę (fizjoterapeutka po wydziale rehabilitacji warszawskiej AWF).

Niestety, różne życiowe problemy – i, nie ukrywajmy, nałogi, głupie decyzje, nieprzemyślane działania, beztroska i takie trochę typowo polskie „jakoś to będzie” – sprawiły, że żyje jej się tam obecnie nie najlepiej. Nałogi wprawdzie zdołała opanować, ale problemy osobiste doprowadziły do problemów zdrowotnych, problemy zdrowotne – do problemów zawodowych (bo trudno być pełnowartościowym fizjoterapeutą, jak się samemu ma nie do końca sprawną rękę na przykład). Nie wspominając już o tym, że jak wiadomo w USA problemy zdrowotne sporo kosztują – kuzynka G. była niby ubezpieczona, ale jak miała wypadek, to okazało się, że ubezpieczenie jednak wszystkiego nie pokrywa – w efekcie całe oszczędności poszły na koszty leczenia i rehabilitacji (a i tak by nie starczyło, gdyby nie pomogła jej ciotka B. – jej matka, moja ciotka – mieszkająca w Polsce).

Teraz kuzynka ma lat 50+, zdrowie średnie (eufemizm), sytuację finansową nędzną, wygląda na osobę o dziesięć lat starszą niż jest – i w ogóle amerykański sen jakby się trochę czarno-biały zrobił…

Co robić? Ano, kuzynka wymyśliła proste rozwiązanie: sprzeda dom i wszystko co ma – i wróci do Polski. Bo jak sprzeda dom w LA, to spokojnie starczy jej na kupno tutaj (choćby u nas w czy w okolicy) małego domku z ogródkiem i jeszcze sporo zostanie. Super pomysł, prawda?

No właśnie nie bardzo. Odbyłem z G. długą rozmowę na ten temat. Nie próbowałem jej od tego pomysłu odwodzić – to jej życie i jej decyzja – ale chciałem uświadomić jej kilka problemów, z których moim zdaniem po prostu nie zdaje sobie sprawy.

RAZ: z czego będzie tu żyła? OK, dom kupi i wyposaży, kupi jakiś mały samochód, wiele jej nie trzeba, męża nie ma, dzieci nie ma. To, co zostanie z „amerykańskich” pieniędzy, wystarczy może jeszcze na pół roku życia, może na rok. Ale co dalej? W swoim zawodzie – w którym zresztą kiedyś była świetna – na dłuższą metę nie popracuje z powodów wyżej wymienionych. Same rekomendacje (znakomite) z paru bardzo dobrych amerykańskich szpitali nie wystarczą, jeśli fizycznie nie jesteś w stanie robić tego, co trzeba. A co poza tym potrafisz? Ano, niewiele, szczerze mówiąc. Plusem jest doskonała znajomość angielskiego (po niemal trzydziestu latach w Ameryce) – ale te same trzydzieści lat przebywania w niemal wyłącznie amerykańskich środowiskach sprawia, że znajomość polskiego już nie ta. Ja na razie rozwiązania tego problemu nie widzę. Ona też.

DWA: jakieś ubezpieczenie…? G. wyjechała, jak pisałem, niedługo po Wielkich Przemianach, zaraz po skończeniu studiów. Przez ostatnie prawie trzy dekady była – z punktu widzenia polskiego prawa – kompletnie „poza systemem”. NIGDY nie miała opłacanych jakichkolwiek składek ZUS, ani zdrowotnych, ani emerytalnych. A jej zdrowie jest takie, że na pewno będzie potrzebowała opieki lekarskiej, rehabilitacji i paru innych rzeczy, które w takiej sytuacji po prostu kosztują. Dużo. A emerytura? G. jest po pięćdziesiątce – nawet zakładając, że znajdzie tu jakąś pracę i będzie coś na ZUS odprowadzać, ile odłoży do emerytury? Za co będzie żyła, kiedy już nie będzie w stanie pracować (a, niestety, zważywszy na jej kondycję może to być wcześniej, niż by chciała)?

TRZY: do tego wszystkiego dochodzi fakt, że po tych trzydziestu latach „tam” ona nie ma tu żadnego środowiska, żadnej sieci społecznej. Jest paru dawnych kolegów z czasów szkolnych, z którymi ma jakiś tam kontakt – przy czym „jakiś tam” to bardzo dobre określenie. Ma matkę – ciotkę B. – która ją kocha i zrobiłaby dla niej wszystko, ale ma ponad osiemdziesiąt lat, coraz więcej problemów ze zdrowiem (jak to w tym wieku) i ani w sprawach pracy jej nie pomoże, ani w kwestii finansowej (oszczędności, które miała, już jej przekazała do USA – patrz wyżej). Ma ojca, w podobnym wieku, co prawda zdrowego i dość majętnego (ciotka B. i jej mąż są rozwiedzeni), z którym jednak z różnych powodów rodzinnych jest wiecznie skłócona do tego stopnia, że nie są w stanie wytrzymać ze sobą dłużej, niż pół godziny – a potem zawsze kończy się awanturą. Ma siostrę – kuzynka M. (mama pana młodego z wyżej wymienionego ślubu i wesela) jest osobą o poukładanym życiu, ma męża i dwoje dorosłych dzieci, współprowadzi małą, ale dynamiczną firmę, finansowo radzi sobie dobrze – chyba jednak nie na tyle dobrze, żeby wziąć na siebie utrzymywanie siostry (nawet, gdyby chciała). No i ma mnie, młodszego kuzyna, który finansowo nie pomoże jej na pewno, a w innych sprawach też niewiele zdziała, bo ma swoje problemy i troje dzieci na utrzymaniu.

Czym innym jest wyjazd na drugi koniec świata, kiedy ma się dwadzieścia pięć lat, jest się młodym, zdrowym i ma całe życie przed sobą – zupełnie czym innym jest porzucenie wszystkiego i wyjazd na drugi (…pierwszy?) koniec świata, kiedy ma się 50+ lat, marne zdrowie i żadnych oszczędności poza tym, co się może sprzedać. Trochę się boję, jak to się wszystko rozegra.

No, to sobie ponarzekałem.

Rok Jubileuszowy…?

W Starym testamencie co siódmy rok był rokiem szabatowym, a po siedmiu latach szabatowych (czyli po czterdziestu dziewięciu latach) następował rok pięćdziesiąty, czyli rok jubileuszowy.

Tak sobie myślę: skoro skończyłem czterdzieści dziewięć lat, to znaczy, że zacząłem pięćdziesiąty rok życia. Czyli wszedłem właśnie w taki prywatny Rok Jubileuszowy. Rok Święty. Co to tak naprawdę oznacza? Czy to będzie czas jakichś szczególnych wydarzeń? Czy coś się zmieni? Czy za rok o tej porze będę mógł napisać, że to był dobry rok? Owocny? Szczególny? Inny?…

W Starym testamencie taki Rok Jubileuszowy wiązał się z kilkoma sprawami (25 rozdział Księgi Kapłańskiej). „Wyzwolenie wszystkich mieszkańców” – nie jestem niewolnikiem, nie mam niewolników… Czy jest coś, z czego powinienem zostać wyzwolony? Jak o tym myślę, to parę spraw by się znalazło. Takich spraw, które może nie zniewalają, ale jednak utrudniają życie, są ciężarem, każą martwić się o to, co będzie. O tak, gdyby mnie z tych spraw wyzwolono, to by nie było źle.

„Nie będziecie siać, nie będziecie żąć tego, co urośnie” – no niestety, nie mam możliwości, żeby na rok zrezygnować z pracy i żyć z tego, co odłożone (…bo tego „odłożonego” de facto nie ma). A nie ukrywam, że nie miałbym nic przeciwko temu. Rok wakacji… Się rozmarzyłem… No dobrze: może nie wakacji w znaczeniu „nicnierobienia”, ale jakaś zmiana, robienie (dla odmiany) tylko tego, co Dobre, Ciekawe i Piękne.

„Każdy powróci do swej własności” – przywrócenie własności, darowanie długów… Chętnie bym długi darował, ale nie mam dłużników (to raczej ja, niestety, jestem dłużnikiem). Jasne, wizja darowania długów wygląda znacznie bardziej atrakcyjnie w oczach dłużnika, niż w oczach wierzyciela 🙂

„Nie teoryzuj, docent”. Nie mam pojęcia na czym ten mój Rok Jubileuszowy miałby polegać. I nie mam pojęcia, jakie Sana Porta muszą się otworzyć, abym mógł przez nie przejść.

Wiem tylko, że gdzieś tam, głęboko, bardzo tego Jubileuszu potrzebuję. Roku Świętego, roku odpoczynku, roku zmiany. Nowych Początków (bo tym przecież miało być przejście przez Drzwi Święte).

I gdzieś tam – jeszcze trochę głębiej, niewyraźnie, niepewnie, bez cienia konkretów – mój nieuleczalny optymizm podpowiada mi, że te Drzwi gdzieś tam są i czekają, abym przez nie przeszedł.

Ale czy tak będzie?

Na szybko / Na politycznie

Nie śledzę – jak kiedyś – na bieżąco programów informacyjnych, nie oglądam wiadomości w TV (za nerwowy jestem…), czasami wysłucham newsów w radiu jadąc samochodem – jeśli akurat trafię na „pełną godzinę”. Wiadomości o tym, co się dzieje, czerpię głównie z sieci – bo to jest bezpieczniejsze: słowo pisane (nawet, jeśli podłe, złe, nienawistne czy po prostu głupie jak pasztet) jest już przetworzone, obrane z wierzchniej warstwy emocji, wyrwane z gorącej chwili. Można się nad nim zastanowić.

I to, zdaje się, sprawia, że – z punktu widzenia polityków – jestem chyba najgorszym możliwym rodzajem obywatela: zastanawiam się. Kiedy kolejny polityczny harcownik gada, co my ślina (albo partyjny rozdzielnik) na język przyniesie, nie wystarcza mi, że pomyślę „Tak, ma rację” albo „Nie, bzdury gada”. Analizuję. Myślę. Przetwarzam. Porównuję z innymi wypowiedziami. Odnoszę do faktów. I tak dalej…

Wnioski, do jakich dochodzę, są dość przygnębiające. Są takie słowa – kiedyś już chyba je tu cytowałem – które moim zdaniem najlepiej oddają naszą polityczną rzeczywistość. Słowa ewangelickiego pastora, Dietricha Bonhoeffera – człowieka, który sprzeciwił się nazistom i przypłacił to życiem. A jednak to nie czyste zło nazizmu Bonhoeffer uważał za największe niebezpieczeństwo, największego „wroga” ludzkości. W jednym ze swoich pism napisał coś, co dziś powinno chyba pro memoria wisieć w sejmie, senacie i wszędzie tam, gdzie przebywają ludzie mający jakikolwiek wpływ na rzeczywistość.

„(…) głupota jest bardziej niebezpiecznym wrogiem dobra niż przewrotność. Przeciw złu można protestować, można je demaskować, w razie potrzeby można mu przemocą zapobiec. Zło obarczone jest zawsze zarodkiem samozagłady, gdyż pozostawia w człowieku co najmniej niesmak.

Wobec głupoty jesteśmy bezbronni. Protestami czy przemocą nic się nie wskóra, argumenty na głupiego nie działają, faktom, które przeczą jego uprzedzeniu, po prostu nie wierzy. W tych przypadkach staje się nawet krytyczny, a kiedy faktów ominąć nie można – odsuwa je zwyczajnie na bok, jako nic nie mówiące, sporadyczne przypadki. Nigdy już więcej nie podejmujmy próby przekonania głupca, odwołując się do sedna rzeczy. Jest to bezsensowne i niebezpieczne”.

Amen.