Mruczanka Na Gapę

W poniedziałek jechał sobie Puchatek pociągiem z Warszawy do G. Przyszedł Pan Sprawdzacz Biletowy. Puchatek sięgnął do kieszeni po bilet…

…a biletu nie było.

A przecież rano, jadąc do Warszawy, Puchatek kupił bilet „powrotny”. Kupił na pewno, bo Pan Sprawdzacz takoż chodził i sprawdził.

Bilet zawsze wkłada Puchatek do tej samej kieszeni. Na wszelki wypadek sprawdził Puchatek pozostałe. Potem plecak. Potem jeszcze raz kieszenie, tylko w innej kolejności. Nic. To znaczy nie „nic”, bo mnóstwo rzeczy w tych kieszeniach było – dokumenty, klucze, pieniądze, jakieś papiery… Ale biletu – ani śladu.

– Chyba musi mi pan wypisać karę… – mruknął Puchatek zrezygnowany do Pana Sprawdzacza.

Pan Sprawdzacz okazał się kulturalnym człowiekiem. – Niech pan jeszcze spokojnie poszuka – poradził.

Okazało się jednak, że szukanie spokojne też nic nie dało. Brak, zero, nul, nichts, none.

I teraz przed Puchatkiem leży mandacik do zapłacenia. Za brak biletu. Stówa do tyłu – to samo w sobie stanowi poważny negatyw.

A do tego dochodzi jeszcze pytanie rodem z Archiwum X – GDZIE SIĘ PODZIAŁ TEN CHOLERNY BILET??????

Wyparował, kocia twarz, czy co? Kosmici go porwali? Zmienił stan skupienia? Wybrał wolność?

Czary jakie, czy co….

😦

Mruczanka Zaskoczona Niepozytywnie

No, wrócił Puchatek do domu. Aaaa, bo nic nie mówił, że jedzie? A to przeprasza przeuprzejmie i juz nadrabia.

M. z Potworami wywiózł Puchatek do Chojnowa. Wczoraj, czyli w piątek. 450 kilometrów, czy coś koło tego. Pociągami. A dziś – z powrotem, samotnie, autostopem oczywiście (…żeby nie wyjść z wprawy 😉

No bo, niestety, Polański czeka – i do końca czerwca (czyli do czwartku…).

Tym razem podróż przebiegła bez przygód – do tego stopnia, że ostatnim stopem doejchał prosto do G.

Ciekawostka z drogi.

Jeden pan kierowca opowiadał Puchatkowi – z niekłamanym podziwem – o pewnym swoim znajomym ze szkoły. Znajomy ów – zostawiwszy w Polsce żonę i trzyletnie dziecko – wyjechał na dwuletni kontrakt, przedłużóny potem o następne dwa lata, na platformę wiertniczą u wybrzeży jakichśtam. Zarobił przez te cztery lata tyle, że teraz może do końca życia nic nie robić, żonie „w prezencie” przywiózł znakomity samochód, kupił dom, posłał dziecko do najlepszej szkoły i jeszcze sto innych rzeczy zrobił, których Puchatek już nie pamięta, ale na pewno były wspaniałe i drogie. – To jest gość, łeb ma, rodzina na całe życie ustawiona, burżuje teraz!

…A Puchatek sobie wyobraził, że wyjeżdża teraz, zostawiając M. i trzyletniego (co za zbieg okoliczności…) Pietruszkę (o Piłeczce nie wspominając) – i że wraca za cztery lata… z walizką pieniędzy… Co tam z walizką, z ciężarówką pieniędzy… Tirem po prostu…

…a Pietruszka ma lat siedem, idzie właśnie do szkoły i pewnie po cichu się zadstanawia, kto to jest ten pan z brodą…

…i tak sobie Puchatek myśli, że chyba woli ściubić rachunki, jeździć autostopem jeszcze kilka lat i nie mieć kina domowego czy czego tam jeszcze…

Jak można, do cholery, zostawić własne dziecko na CZTERY LATA???? Trzyletnie dziecko, które jak tata wyjeżdża na pięć dni (jak Puchatek dziś rano), to buzię w podkówkę układa i – choć lubi chojnowskie ciocie i dziadka – na płacz mu się zbiera???

Ludzie to maja na…ane. Przepraszam.

😦

Mruczanka Tym Razem Wkurzona

Maila Puchatek dostał. Maila od bardzo sympatycznego skądinąd redaktora z pisma D. „Szanowny Panie, bla bla bla… Niestety od września zmienia się koncepcja pisma i prowadzonej przez Pana rubryki… Z przykrością informuję, że… Bla bla bla…”.

Redaktor Bogu ducha winien, człek znakomity, z formy maila widać wyraźnie, że głupio mu wobec Puchatka i źle się z tym czuje.

A Puchatek jest wkurzony na „naczalstwo” pisma D.

Nie dlatego, że zaczynają współpracę, a po pół roku ją zrywają.

I nawet nie dlatego, że miesięcznie kilkaset złotych mniej na konto wpłynie (teraz akurat roboty tyle, że to mały problem).

Przede wszystkim dlatego, że Puchatek wyczuwa kit. „Zmiana koncepcji”? Wolne żarty. Jeśli tworzy się nową rubrykę, ogłasza konkurs, kreuje jakąś nową rzeczywistość – to nikt mi nie wmówi, że kilka miesięcy później jest całkowicie „nowa koncepcja”, która całą rubrykę likwiduje, a efekty i wysiłek włożony w organizację konkursu i powstanie rubryki wysyła w okolicę Alfy Centauri.

Kitem czuć na kilometr. Puchatek widzi to tak:

– albo zabrakło kasy, żeby Puchatkowi płacić (cięcia, trudny rynek, recesja, wiadomo…);

– albo znalazł się kto inny, kto ma to robić (w podtekście – lepiej, bo opcji „Teraz-Będzie-To-Pisał-Bratanek-Ciotki-Dyrektora-Wydawnictwa” raczej pod uwagę Puchatek nie bierze… Może naiwnie…);

– albo (i to się Puchatkowi wydaje najbardziej prawdopodobne…) to, co Puchatek pisał, naczalstwu pisma D. nie odpowiadało, uznano to za kiepskie, stwierdzono, że nie o to chodziło i tak dalej.

I to właśnie jest wkurzające. Nie, nie to że „ktoś śmie twierdzić, że Puchatek coś robi źle”. Puchatek jest normalny, naprawdę. Krytkę przyjmuje, zdaje sobie sprawę z tego, że bywają różne wizje i poglądy.

Wkurzające jest to, że tego się nie mówi wprost. „Szanowny Panie, doszliśmy do wniosku, że nie o to nam chodziło, że Pan jednak pisze nie tak, jak byśmy chcieli, że musimy znaleźć / znaleźliśmy już / kogoś, kto bardziej nam odpowiada”.

No i w porządku. Może nie jest to sytuacja przyjemna, ale „shit happens”, jak mawiali starożytni – a przynajmniej uczciwie.

A tak… Nie znoszę niejasnych sytuacji i niedomówień.

P.

Mruczanka Niechętna

Siedzę, pracuję. M. z Potworami na spacerze. Dzwonek do furtki. Przy furtce pan o twarzy mocno ogorzałej, ubrany biednie, wąsaty. Myślę – pewnie po złom, chodzą czasem tacy zbieracze. No i bomba, bo po remoncie sprzed miesiąca coś by się znalazło.

Nie. Pan tłumaczy mi pół po polsku, pół po niewiadomojakiemu, że jest z byłej Jugosławii, że głodny, że na chleb nie ma… „Bosnia-Herzegowina, pane, glodny, chleba ne ma…” – i już ręka na klamce od furtki, już chce wchodzić. W tym momencie zza domu wybiega Szelma. Szelma to chodząca łagodność, z każdym się chce bawić, potencjalnego złodzieja zapewne zaliże z radości na smierć… Ale pan o tym nie wie. Na szczęście. Dwadzieścia siedem kilo żywego psa pędzące z szybkością naddźwiękową w stronę furtki skutecznie zniechęca do (nieproszonego) wejścia.

Pieniędzy z zasady nie daję, dopóki nie sprawdzę, kto zacz. Mówię więc (akurat absolutnie zgodnie z prawdą…), że pieniędzy nie mam, ale skoro głodny, niech poczeka. I przynoszę z kuchni chleb (świeżutki…) i małe co nie co.

Spojrzenie pana przy furtce zmienia się z błagalnego we wściekłe. Tą samą mieszanką językową (…jakoś to nie brzmiało jak serbo-chorwackie naleciałości…) tłumaczy mi, gdzie mogę sobie ten chleb wsadzić (tłumaczenie wolne) i że on potrzebuje dwa złote – tym razem na pociąg (?).

Mówię mu – patrząc w oczy – że pieniędzy nie mam, że przecież mówił, że jest głodny, że chleb…

Patrzy na mnie już nie ze złością, ale z najwyższą pogardą. Chleb trzyma w ręce – ale chyba tylko dlatego, że na niego patrzę (prawdopodobnie wyrzuci go potem do najbliższego kosza…). Mamrocze coś jeszcze (ale nie „pod nosem”, tylko w moją stronę) – słów nie rozumiem, ale brzmią obraźliwie. Idzie, dzwoni jeszcze do sąsiadów po drugiej stronie podjazdu i w głębi (nikogo nie ma, rzecz prosta). Idzie dalej, wciąż oburzony.

Kocia twarz, ja rozumiem, że jemu o forsę chodziło – ale mógłby przynajmniej popracować na PR-em. Gdyby wziął ten chleb i podziękował (…bo przecież głodny!) – to następnym razem pewnie dałbym mu kilka złotych… Ale nie – pogarda, wyższość – chleb mu dają! Co oni sobie myślą, chamy jedne! Że on tu po chleb przyszedł?

Nie znoszę naciągactwa, chamskiego, ordynarnego naciągactwa.

Mruczanka Artystyczna (?)

Relacja M.:

Puchatek był w Warszawie. M. była w kuchni. Pietruszka budował coś z klocków. Piłeczka poszła na górę (tak, poszła, wszelkie próby uczenia jej, że „bez mamy i taty na schodzy się NIE-WCHO-DZI!!!” okazały się bezskuteczne. Grochem o cokolwiek.)

Cisza.

Pietruszka buduje.

M. w kuchni.

Cisza.

Cisza?

Cisza?!

Wiadomo, że jak jest cisza i Piłeczki nie słychać, to albo śpi, albo…

M. popędziła na górę. W sypialni Piłeczki nie było. W łazience też. Piłeczka była w dużym pokoju na górze. Tym, co to ma być pokojem dzecinno-zabawowym.

Piłeczka dorwała kredki. Świecowe.

I teraz na całej jednej ścianie – od okna do drzwi – mamy szlaczek. Szlaczek jest baaardzo kolorowy (użyła skubana WSZYSTKICH kredek po kolei!), zaczyna się jakieś dziesięć centymetrów nad podłogą (…schylać się dziecku nie chciało…) a kończy na tam, gdzie mała łapka sięgała.

Czad. Dobrze, że nie przyszło jej do głowy wleźć na stołek…

…jeszcze by spadła…

:))))))

P.S. Pokój i tak miał być w sierpniu malowany. Ale wrażenie jest! 🙂

Puchatek Ojciec Artystki.

Mruczanka Rocznicowa, Choć Nieoficjalna

Sześć lat… jak ten czas leci… Goście już poszli, zmywarka chodzi płenę parą (jeszcze chyba ze trzy wsady, zanim wszystko się wymyje…). Może pora na małe podsumowanie?

Dorobek tych sześciu lat wygląda następująco (kolejność niechronologiczna):

Potwory – dwa;
Przeprowadzki – jedna (ale jaka!)
Zmiany pracy – w sumie pięć
Pies – jeden (…i starczy!)
Remonty – dwa (choć zależy, jak liczyć…)
Plany na przyszłość – ???

Nie jest źle.

***

Sześć lat?!!!

Eeee, niemożliwe… Może coś Puchatek źle liczy? Ale bez przesady. Z matematyki nigdy Puchatek orłem nie był, ale do sześciu zliczyć to jeszcze umie… 1999 – 2000 – 2001 – 2002 – 2003 – 2004 – 2005. No, sześć lat jak obszył.

Niby wszystko OK – dzieci w wieku stosownym (Pietruszka trzy lata i prawie cztery miesiące, Piłeczka – półtora roku i jeden dzień), daty się zgadzają, metryczki, dokumety… Oooo, właśnie, właśnie, jest odpis aktu ślubu, można sprawdzić… Wszystko się zgadza.

I tylko jak sobie Puchatek patrzy na M., to jakoś mu się nie zgadza.

No po prostu nie zgadza i już.

Tak NIE WYGLĄDA kobieta z sześcioletnim stażem małżeńskim i dwójką dzieci.

Ten Mickiewicz to wiedział, do kogo poematy pisać… ;))))

Puchatek Wciąż Zapatrzony 🙂