Wakacje, znowu są wakacje…

Koniec tego koszmarnego roku szkolnego, tak kompletnie innego niż wszystko, co znaliśmy dotąd.

Pietruszka czeka na oficjalne wyniki matur – wtedy będzie wiedział, gdzie idzie na studia. Najprawdopodobniej – wydział matematyczny UW, ale może jednak matematyka z analizą danych na Politechnice… Zobaczymy.

Piłka w swojej „angielskiej” szkole zakończyła rok ze wszystkimi egzaminami końcowymi zdanymi na A* (odpowiednik naszej szóstki). Bez komentarza.

Pucek… Pucek w tym roku oceny na świadectwie słabsze, średnia koło 4. No i w porządku, po roku zdalnej nauki… Trójka z matematyki? Hej, przecież z matematyki ty zawsze dobry byłeś! „Tato, jakbyśmy mieli normalne lekcje, to bym miał piątkę.” I wiem, że to prawda. Więc się nie przejmuję. Jego wychowawca powiedział mi wprost (w prywatnej rozmowie z gatunku „…prosimy nie powtarzać”), że nauczyciele są dosyć zgodni: ten rok w szkole podstawowej należy uznać po prostu za stracony. Nie ma się co oszukiwać, z tego wszystkiego, co robili w trakcie nauki on-line w głowach zostanie im może dwadzieścia procent. A i to jest optymistyczne założenie. Co się da, to nadrobią w ósmej klasie, co się nie da – to w liceum.

Z pozytywnych wiadomości warto dodać, że wczoraj rano Pucek pojechał na obóz. Harcerski. Ktoś z dzieci znajomych mu zaproponował, a on – zupełnie dla mnie nieoczekiwanie – powiedział, że chce jechać. No i super! Obóz jest w Bieszczadach (może to zadecydowało, bo ubiegłoroczna wyprawa w Bieszczady bardzo się Puckowi podobała) – i jest to taki obóz typu „niedźwiedzie mięso”: chłopcy (uczestnicy po 12 – 14 lat) sami budują prycze, sami stawiają cały obóz, w nocy mają warty i w ogóle. Cicho liczę na to, że Pucek się wciągnie i w tym harcerstwie na dłużej zostanie… Sam nigdy harcerzem nie byłem, ale akurat jemu (i akurat teraz, po tym wszystkim) naprawdę przydałoby się jakieś fajne środowisko z pozytywnym podejściem do świata.

Pojechał w sobotę rano, z lekkim niepokojem czekałem na pierwsze relacje. Zadzwonił dziś koło 10:00. Cała rozmowa trwała może 20 sekund: oznajmił mi, że będzie dzwonić rzadko, bo tam nie ma zasięgu i musi gdzieś chodzić, żeby go złapać, a poza tym wszystko jest super i musi już lecieć i cześć. No to chyba źle mu nie jest.

***

A ja?… Nie bardzo wiem, co mam napisać. Siedzę, pracuję, coś tam czytam, coś tam oglądam… I czekam na rozwój wypadków. Jak zwykle.

Bo są w życiu takie sytuacje, kiedy trzeba brać sprawy w swoje ręce, działać, być aktywnym, chwytać okazje i tak dalej. I ja w takich sytuacjach naprawdę dobrze działam.

Ale są też takie chwile, kiedy nic zrobić nie można, kiedy nie ma się żadnej możliwości manewru i trzeba po prostu czekać na rozwój wypadków. A czasami nawet nie na rozwój wypadków (bo trudno, żeby rozwijało się coś, czego nie ma), tylko na tę furtkę, to okienko możliwości, o którym już kiedyś pisałem. Jeśli się otworzy – na pewno je zauważę, na pewno się nie zawaham, na pewno z niego skorzystam. Ale dopóki się nie wydarzy, mogę jedynie czekać. I mieć nadzieję. A to („mienie nadziei”) jest jedna z tych dwóch czy może trzech rzeczy w życiu, w których jestem naprawdę dobry.

Tak mi się skojarzyło, z klasyki polskiego rocka…

Wiosna…?

Koniec maja, ale trochę takie mam poczucie, jakby w ogóle ten rok (szkolny) się już kończył… Pietruszka po maturze, składa papiery na studia (nawet jeśli te „papiery” są dziś czysto elektroniczne). Piłka ma jeszcze jakieś egzaminy przed sobą, ale na razie ma świetne wyniki i głównym tematem jest to, gdzie się za rok wybiera na studia. Pucek od dziś chodzi już w zasadzie „normalnie” do szkoły – to ostatnie tygodnie, ale dobrze, bo akurat jemu z całej trójki pandemia i zdalne nauczanie najbardziej zaszkodziły (choć oczywiście świadomie nie zdaje sobie z tego sprawy).

No i zbliżają się wakacje. I coraz bardziej wydaje się, że może w tym roku będzie szansa na „normalne” wakacje. Co prawda ruszyć na nie możemy dość późno, bo jeszcze 20 lipca przed południem Pietruszka musi być na miejscu, żeby zamknąć sprawę rekrutacji na studia, ale potem… Może uda się zrealizować ubiegłoroczne plany, uniemożliwione przez pandemię?

Ja pojutrze (w środę) mam drugą randkę z panną Pfizer. Moje starsze Potwory też są już po pierwszej dawce, drugą mają 24 czerwca. Jeśli (jak ptaszki ćwierkają) jeszcze w czerwcu otworzy się możliwość szczepienia Pfizerem dzieci od dwunastego roku życia, to Pucek (który jutro ma trzynaste urodziny!) też do 20 lipca ma szansę być zaszczepiony, przynajmniej jedną dawką. Więc kto wie…

Bardzo, bardzo tęsknię do jakiegoś wędrowania. Chciałbym poczuć, że ruszam w drogę. Chciałbym pojechać gdzieś, gdzie mnie jeszcze nie było. Poczuć wiatr na twarzy, usłyszeć śpiew ptaków w górach, krzyk mew nad morzem. Doświadczyć tego niepowtarzalnego uczucia wolności, jaką daje podróż w Nieznane. Bardzo mi to potrzebne po tym koszmarnym roku.

***

Nasz przyjaciel, ten, o którym wcześniej pisałem, jednak przeżył. No, w każdym razie wszystko na to wskazuje. Wciąż jest w szpitalu, wciąż jego stan lekarze określają jako ciężki – ale powoli, powoli zdaje się z tego wychodzić. Nie jest już pod respiratorem, oddycha samodzielnie, jest przytomny, nerki w miarę podjęły pracę… Ma potwornie zniszczone płuca – chyba jednak nie na tyle, żeby potrzebować przeszczepu; przechodzi kolejne infekcje, bo organizm jest tak osłabiony, że trudno mu walczyć. Jeśli wszystko dobrze się ułoży, to za jakiś miesiąc może wróci do domu. A potem przed nim pół roku rehabilitacji, zanim będzie w stanie jako-tako funkcjonować, a pewnie rok, zanim wróci do w miarę normalnego życia.

Lekarz pulmonolog powiedział jego żonie: „Wie pani, jestem lekarzem 20 lat, ale pierwszy raz mam do czynienia z sytuacją, w której ktoś wyszedł z TAKIEGO zapalenia płuc. Jeszcze czegoś takiego nie widziałem.”

Więc chyba to jednak tak jest, że zawsze jest nadzieja.

Czas płynie

Dziewiętnaście lat temu, 2 maja 2002 r, przeprowadziliśmy się z Warszawy do G. Przyjechaliśmy na cztery samochody: w jednym, z moim tatą za kierownicą, jechaliśmy my z M. i dokładnie dwumiesięczny Pietruszka, drugi to była ciężarówka przeprowadzkowa, a dwa pozostałe – nasi przyjaciele, którzy całą bandą przyjechali, żeby nam pomóc się wypakować i wstępnie „urządzić”.

Kiedy panowie z firmy przeprowadzkowej wyładowali nasze graty i się wynieśli, cała banda ruszyła do dzieła: było sprzątanie, mycie podłóg i łazienki, umieszczanie różnych rzeczy w różnych pokojach, skręcanie mebli, wieszanie lamp i takie tam. Tego pierwszego dnia „urządziliśmy” w zasadzie trzy pomieszczenia: naszą sypialnię, kuchnię i łazienkę. Duży pokój na dole został zastawiony stosami pudeł, książek i mebli, a reszta pomieszczeń na razie stała pusta.

W czasie, kiedy myśmy szaleli w domu, Pietruszka – przypomnę, dokładnie dwumiesięczny – jako pierwszy korzystał w pełni z faktu wyprowadzki z miasta: spał mianowicie w swoim wózeczku w ogródku, w cieniu rzucanym przez dom.

A potem, po południu, wszyscy pojechali – i zostaliśmy sami, gotowi spędzić pierwszą noc w naszym nowym domu. Domu, który wtedy – po przeprowadzce z apartamentu o powierzchni 24 metrów kwadratowych – wydawał nam się pałacem po prostu. Pamiętam ten wieczór: byliśmy zmęczeni, ale szczęśliwi jak rzadko. Mieliśmy to niezwykłe, magiczne niemal poczucie, że oto zaczyna się coś nowego, jakiś nowy etap, nowy rozdział, że wyruszamy w zupełnie nową podróż. Taka archetypiczna świadomość Nowego Początku.

I oto siedzę tu, dziewiętnaście lat później. Przez te lata wydarzyło się wiele dobrych rzeczy – i wiele rzeczy niedobrych i bolesnych. A Pietruszka – ten sam Pietruszka, który wtedy spał w wózeczku, w naszym nowym ogródku, w cieniu naszego nowego domu i miał dokładnie dwa miesiące – ma dwoje młodszego rodzeństwa i jutro pisze pierwszy egzamin maturalny. Coś się kończy, coś się zaczyna.

Mistrz negocjacji…

Przeżyłem wczoraj sytuację, której poziom surrealizmu zaskoczył nawet mnie. Z taką formą negocjacji handlowych jeszcze się nie spotkałem i pewnie nie spotkam się za szybko…

Sprzedawałem Zefirka. Ogłoszenia wisiały w sieci już prawie miesiąc, w tym czasie jakieś dziesięć osób wyraziło zainteresowanie, ale ostatecznie nikt nie kupił. To znaczy – chętni byli, ale nie za taką cenę, jaką proponowałem. A za taką cenę, jaką oni proponowali, to ja nie byłem chętny.

Oczywiście cena, która widniała w ogłoszeniach była do negocjacji (co zresztą stało jednoznacznie napisane). Przy braku chętnych cenę ogłoszeniową co kilka dni opuszczałem – zależało mi na sprzedaży Zefirka zanim będę musiał wykupić kolejne ubezpiecznie.

Ja rzecz prosta rozumiem, że cenę się negocjuje. I rozumiem, że tak samo, jak mnie zależy na sprzedaniu jak najdrożej – tak kupującemu zależy na kupieniu jak najtaniej. Tak działa rynek. Ale podejście różnych handlarzy, usiłujących bezczelnie zbić cenę do poziomu jednej trzeciej ceny z ogłoszenia bywa naprawdę irytujące.

„Eeee, panie, bo koło dwumasowe tłucze”. Ano tłucze, jest do wymiany, co w ogłoszeniu jasno napisałem (nie było sensu inwestować w wymianę koła dwumasowego w samochodzie, który i tak szedł na sprzedaż – wolałem sprzedać go odpowiednio taniej i niech nowy właściciel się w to bawi).

„Panie, ale ono BARDZO GŁOŚNO tłucze!”. Ano fakt – ale koszty wymiany koła dwumasowego są takie same niezależnie od tego, czy jest trochę zużyte, czy bardzo zużyte.

„Ale tu jest zarysowane…”. Ano jest, w ogłoszeniu było, na zdjęciach było pokazane.

„Ale tapicerka do prania, klocki hamulcowe pewnie będzie trzeba zmienić, ale o, tu się rdza pojawia…”. Szanowny panie, przyjechałeś pan oglądać samochód, który ma SZESNAŚCIE LAT, więc czego pan oczekujesz – nówki sztuki z salonu? Za takie pieniądze…?

Wszystkie te narzekania, cmokania i kręcenia głową nieodmiennie prowadziły do stwierdzenia typu „Daję X złotych i biorę”. Przy czym X to była właśnie na przykład jedna trzecia ceny wyjściowej… No nie, za X pan nie bierze, bo ja panu za tyle nie daję. Adios, amigo.

I tak się to kręciło – do wczoraj. Bo wczoraj zjawił się pan I., który Zefirka był kupił. Pan I. przyjechał z Rumunii. Po polsku mówił średnio, ale wystarczająco. Negocjowaliśmy jak dwaj arabscy kupcy na targu w Kairze (…nie byłem, ale znam z opowieści 😉

I kiedy w końcu doszliśmy do kwoty, która dla i dla pana I., i dla mnie była do zaakceptowania, pan I. powiedział mi, że u nich (nie wiem, czy „u nich” to znaczyło „w Rumunii”, czy wśród jego kolegów…) jest taki zwyczaj, że po ostatecznych negocjacjach kupujący musi zbić cenę jeszcze choć troszkę niżej – choćby symbolicznie. Że to taki „punkt honoru”. Ja się nie chciałem zgodzić, dyskusja trwała kolejne naście minut, aż pan I. zaproponował salomonowe rozwiązanie: ja zejdę z wynegocjowanej ceny o 100 zł, a on za to sprezentuje mi… dwa piękne komplety noży. Które też wyciągnął z bagażnika swojego auta i wręczył mi razem z gotówką.

Kto mnie zna, ten wie, że niełatwo mnie zaskoczyć, ale tym razem muszę przyznać, że szczęka mi opadła. Z taką formą negocjacji jeszcze nie miałem do czynienia. Rozśmieszyło mnie to tak, że się zgodziłem (pomyślałem, że już pal sześć ten „honor kupującego”, ale pewnie dla niego ta stówa to jednak dużo więcej, niż dla mnie – niech mi to w księgach niebieskich zapisane będzie).

No i tak: Zefirek sprzedany, pieniądze w banku (od raz pojechałem do wpłatomatu, nie lubię trzymać pieniędzy w domu…), a na stole w kuchni leżą dwa pudełka z nożami. W każdym są trzy noże (naprawdę bardzo ostre i sprawiające wrażenie niezłej jakości) i obieraczka do warzyw. Chyba wystawię na Allegro…

Pandemicznie

Nasz przyjaciel, A., od czterech tygodni leży w szpitalu. Na „covidowym” OIOM-ie. Pod respiratorem. Stan – jak mówią lekarze ”na granicy ciężkiego i krytycznego”, ale stabilny. Ilość „syfu” schodzącego z zainfekowanych płuc była taka, że przestały funkcjonować nerki – lekarze mają nadzieję, że uda się je z powrotem uruchomić, ale na razie co drugi dzień musi być dializowany. Czy przeżyje? „Trudno powiedzieć”. „Trzeba mieć nadzieję”. „Robimy co możemy”.

A. jest rok młodszy ode mnie. Jest wielkim, silnym facetem – taki typowy „kawał chłopa”. Zdrowy, w dobrej kondycji, zero „chorób współistniejących”.

W domu czeka na niego żona i troje dzieci. Żona codziennie wieczorem zapisuje w zielonym zeszycie wszystkie ważniejsze wydarzenia, zabawne teksty dzieci, śmieszne czy znaczące sytuacje. „Przecież jak mu się już poprawi, to będzie miał miesiąc, może więcej, przerwy w życiorysie” – mówi. „Niech sobie chociaż poczyta, co się działo”.

Mam wrażenie, że ten zielony zeszyt jej samej pozwala trzymać głowę nad wodą.

A w sklepie znowu jakiś matołek awanturował się, że ktoś ogranicza jego wolność, bo każe mu zakładać tę (…) maseczkę. A dziś na Twitterze znowu trafiłem przypadkiem na wpis kolejnego oszołoma, twierdzącego, że przecież nie ma żadnej pandemii, że to wszystko spisek, „jakaś grypka”, a w szpitalach leżą statyści (czy jakoś tak).

Jestem zmęczony, psychicznie zmęczony ludzką głupotą, bezmyślnością, egoizmem. Jak widzę matołka bez maseczki w sklepie, krzyczącego na kasjerkę, że on nie zamierza maski założyć, bo nie, i ona mu nie może rozkazywać, to przysięgam, że mam ochotę odwinąć się i strzelić go w ten głupi dziób.

Nie, nie robię tego i nie zrobię przecież. Ale szlag mnie trafia, bo myślę wtedy o A. pod respiratorem. Myślę o jego żonie, która ostatni raz widziała męża jak trzech „kosmitów” w białych kombinezonach pakowało go półprzytomnego do karetki. Myśle o jego dzieciach – mniej więcej w wieku moich, które nie wiedzą, czy jeszcze tatę żywego zobaczą.

Samochodowo – wampirycznie

Pisałem chwilę temu o problemach motoryzacyjnych – nie pisałem, co dalej z nich wynikło, póki nie miałem pewności. Zefirek się naprawił, nawet niedrogo, a ja tymczasem znalazłem kontakt do firmy leasingowej, która powiedziała, że nie ma sprawy, nawet jak firma (moja) jest zupełnie nowa, to jeśli tylko w mojej historii bankowej żadnych trupów w szafie nie mam, to oni mi leasing załatwią. No i załatwili.

Auto znalazłem sobie sam, oczywiście – a oni załatwili wszystkie formalności. No i właśnie dziś, proszę Państwa, odebrałem sobie od sprzedawcy nowy pojazd.

No dobrze, z tym „nowym” to oczywiście lekko przesadziłem… Samochód ma 5 lat, na liczniku niecałe 75 tysięcy kilometrów. Czyli taki prawie nowy. Zwłaszcza w porównaniu z Zefirkiem, który za dwa lata byłby już pełnoletni…

Długo się zastanawiałem, czego właściwie szukać. Tak, jak pisałem wcześniej, myślałem najpierw o czymś mniejszym – byle było kombi, żeby się na wakacje zmieścić. W grę wchodziły różne Hyundaie czy Kie, myślałem też o Skodzie czy Fordzie Focusie. Niestety – moje wymagania jakościowe (wiek, przebieg, stan) nijak nie chciały się pogodzić z możliwościami finansowymi (pieniądze na wkład własny i wysokość rat leasingowych). Z wymagań zejść nie chciałem (żeby nie pakować się znowu w starą „skarbonkę”, do której za chwilę trzeba by było zacząć dokładać). Z kolei możliwości finansowe za nic nie chciały wzrosnąć. No, sytuacja bez wyjścia…

A może nie? „Kup Dacię” – doradzili znajomi. Sami jeżdżą już drugą Lodgy (mają czwórkę dzieci) i są bardzo zadowoleni. Auto proste w obsłudze, silnik (jak się wie, który wybrać) bezawaryjny… No w sumie – dlaczego nie…? Najpierw myślałem o Loganie (kombi oczywiście). Okazało się jednak, że z jakichś nie do końca zrozumiałych dla mnie przyczyn Logan kombi kosztuje tyle samo, co Lodgy z takim samym przebiegiem i w takim samym wieku. A skoro można mieć za te same pieniądze auto większe, wygodniejsze, z taaaakim bagażnikiem, w dodatku w razie czego 7-osobowe – to czemu nie? Nie mówiąc o tym, że w Lodgy dużo łatwej założyć instalację gazową nie tracąc bagażnika…

A Dacia wprawdzie mniej komfortowo wyposażona i generalnie „prostsza” wewnątrz, ale jeśli chodzi o silnik i mechanikę, to po prostu francuskie Renault.

Pierwszą Lodgy oglądałem w Łodzi, niestety z przyczyn formalnych okazała się nie do leasingowania. Ale znalazłem inną – rok młodszą, z niższym przebiegiem – całkiem niedaleko domu. No i właśnie dziś…

Tak więc, Ladies and Gentlemen, mamy nowe wozidło. A że każdy kolejny nasz samochód miał jakieś imię, do doszliśmy do wniosku, że Dacia – ze względu na kraj pochodzenia – będzie się nazywała Dracula. A co! 🙂

(Tylko osobisty tata trochę kręci nosem, że jak to – Dacia… Eeee… 😉

***

No i teraz czeka mnie jeszcze zabawa (podkręcona nieco przez pandemię i kolejny lockdown) ze sprzedażą Zefirka. Chciałbym się go pozbyć w ciągu miesiąca, bo jak to się nie uda, to za miesiąc będę musiał wykupić OC na kolejny rok – a zdecydowanie wolałbym, żeby już nowy właściciel się z tym bawił…

(Niezbyt) motoryzacyjnie

Cóż, nie da się ukryć – jest problem… Problem ma cztery kółka, tylko jeździć nie chce. Skubaniec. Zefirek od trzech tygodni w warsztacie stoi – i pan Janek (fachowiec, w dodatku specjalista od opli, co to wiele lat autoryzowany serwis prowadził) nie bardzo jest w stanie dojść, w czym rzecz. Bo wygląda, że wszystko działa – a nie działa. Najprawdopodobniej szlag trafił komputer – wiec teraz pan Janek szuka komputera od takiego samego samochodu, żeby sprawdzić, czy to rzeczywiście to. Bo nie chce mnie narażać na niepotrzebne koszty kupowania nowego komputera, jeśli się okaże, że to nic nie da.

Niby w pandemii – i przy zdalnym nauczaniu – brak czterech kółek na co dzień nie jest aż takim problemem… Raz na tydzień ktoś ze znajomych pożyczy, żeby zakupy zrobić i załatwić wszystko to, co bez samochodu załatwić trudno. I niby starcza… Ale właśnie raczej „niby”, niż „starcza”. Bo ciągle coś. Bo trzeba Piłkę zawieźć do Bursy, bo Pietruszkę na egzamin, bo to, bo tamto…

To, że Zefirek jest do wymiany, to już było wiadomo od jakiegoś czasu – nie ukrywam jednak, że miałem nadzieję, iż jeszcze kilka miesięcy posłuży. Co zrobić – jak się kupuje nastoletnie auto, to człowiek musi być przygotowany na to, że może ono odmówić współpracy.

Założyłem firmę, miałem plany, żeby nowy (…znaczy używany, rzecz prosta) samochód wziąć w leasing. Ale nikt nie da leasingu człowiekowi, który założył firmę kilka dni temu: większość firm leasingowych wymaga co najmniej pół roku funkcjonowania, niektóre zgadzają się już po czterech miesiącach (co i tak nie byłoby złe, bo dałoby się załatwić przed wakacjami, co jest istotne z przyczyn oczywistych).

Tyle, że do wzięcia samochodu w leasing – na takich warunkach, przy których będę w stanie go spłacać – muszę mieć jakiś tam „wkład własny”. A pieniądze, które teraz mam, na ten wkład własny nie wystarczą. Pozostała część wkładu własnego miała się objawić ze sprzedaży Zefirka (za którego w tym wieku i stanie jakieś tam pieniądze da się jeszcze dostać) – ale żeby Zefirka spieniężyć, to Zefirek musi być na chodzie. Inaczej można go co najwyżej sprzedać na części…

Tak, że ten… Jakby ktoś z Was akurat wygrał w Lotto, to wiecie, gdzie mnie szukać…

Jak zostałem prezesem…

Tak, jak pisałem w grudniu, życie zmusiło mnie do założenia działalności gospodarczej. Jedno muszę przyznać: strona techniczna tego procesu bardzo się zmieniła. Kiedy pierwszy raz zakładałem firmę (który to był rok, 2007?) – pół dnia spędziłem na bieganiu po urzędach. Urząd gminy, ZUS (koszmar…), skarbówka, potem jeszcze jakieś kilogramy papierków do GUS… Dziś zajęło mi to około godziny, bez wychodzenia z domu (i tylko raz dzwoniłem do pana księgowego pytać, co mam w daną rubryczkę formularza on-line wpisać).

Co nie znaczy, rzecz prosta, że rzecz jest prosta… Najwięcej zabawy – oczywiście – było ze znalezieniem właściwych kodów PKD. Dla niewtajemniczonych – to są takie czarodziejskie numerki, które wpisuje się w formularz, a które oznaczają rodzaj prowadzonej działalności; generalnie – nie oszukujmy się – mnie są te kody potrzebne mniej więcej do niczego, ale dla machiny biurokratycznej okazują się absolutnie niezbędne, mają jakieś tam znaczenie w statystykach etc. Zabawa była przednia, bo działalność typu „tłumaczenie” nie tak łatwo znaleźć w gąszczu tysiąca kodów, a już działalność typu „redakcja tekstów” (bo przecież i tym się będę czasami zajmował) to po prostu kosmos: na upartego można ją podciągnąć pod co najmniej trzy różne kody w trzech różnych działach… Ponieważ wyszukiwarka kodów na stronie Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej działa jak (tu charakterystyczne „piiiip”), to nie będąc pewnym, postanowiłem zasięgnąć wiedzy u jej źródła – zadzwoniłem na infolinię CEIDG. Uprzejma pani na infolinii poinformowała mnie, że… nie, oni nie zajmują się kodami PKD, w tym celu muszę zadzwonić do Ośrodka Klasyfikacji i Nomenklatur Urzędu Statystycznego w Łodzi (tak, naprawdę istnieje taki urząd…).

OK, siedząc nad otwartym formularzem on-line dzwonię zatem na jeden z pięciu podanych mi numerów, który oczywiście nie odpowiada, dzwonię na drugi… Trzeci odpowiedział. Kolejna infolinia, kolejna uprzejma pani… Wyłuszczam, o co mi chodzi, ale pani przerywa mi po pierwszym zdaniu, informując mnie (cały czas bardzo uprzejmie), że takich informacji telefonicznie się nie udziela (…?), że muszę złożyć pytanie w formie pisemnej („…może być mailem”), a oni mi także pisemnie odpowiedzą. W CIĄGU DWÓCH MIESIĘCY.

Nie ukrywam: parsknąłem śmiechem tak, że pani chyba poczuła się dotknięta. Podziękowałem grzecznie, a jak się już przestałem śmiać, napisałem maila do znajomego, który od lat prowadzi dość znaną firmę zajmującą się właśnie redakcją, korektą i tak dalej. On też mi odpowiedział na piśmie. W ciągu kwadransa.

No i działalność już mam. Możecie mi mówić „panie prezesie”. Bez skojarzeń.

Nareszcie (?)

Wiem, że to głupie i wiem, że zmiana numerka na końcu daty nic de facto nie zmienia (sam o tym kiedyś tu pisałem), ale nie ukrywam, że jakoś cieszę się, że ten rok wreszcie się skończył. Daleki jestem od magicznego myślenia, wiem dobrze, że jeszcze dużo przed nami, ale może jednak jakieś tam światełko w tym tunelu widać…? (…i może jednak nie jest to nadjeżdżający pociąg…)

Życzę Wam – i sobie – żeby ten nowy rok był lepszy. Żebyście byli w nim szczęśliwi. Tak czy inaczej.