(Niezbyt) motoryzacyjnie

Cóż, nie da się ukryć – jest problem… Problem ma cztery kółka, tylko jeździć nie chce. Skubaniec. Zefirek od trzech tygodni w warsztacie stoi – i pan Janek (fachowiec, w dodatku specjalista od opli, co to wiele lat autoryzowany serwis prowadził) nie bardzo jest w stanie dojść, w czym rzecz. Bo wygląda, że wszystko działa – a nie działa. Najprawdopodobniej szlag trafił komputer – wiec teraz pan Janek szuka komputera od takiego samego samochodu, żeby sprawdzić, czy to rzeczywiście to. Bo nie chce mnie narażać na niepotrzebne koszty kupowania nowego komputera, jeśli się okaże, że to nic nie da.

Niby w pandemii – i przy zdalnym nauczaniu – brak czterech kółek na co dzień nie jest aż takim problemem… Raz na tydzień ktoś ze znajomych pożyczy, żeby zakupy zrobić i załatwić wszystko to, co bez samochodu załatwić trudno. I niby starcza… Ale właśnie raczej „niby”, niż „starcza”. Bo ciągle coś. Bo trzeba Piłkę zawieźć do Bursy, bo Pietruszkę na egzamin, bo to, bo tamto…

To, że Zefirek jest do wymiany, to już było wiadomo od jakiegoś czasu – nie ukrywam jednak, że miałem nadzieję, iż jeszcze kilka miesięcy posłuży. Co zrobić – jak się kupuje nastoletnie auto, to człowiek musi być przygotowany na to, że może ono odmówić współpracy.

Założyłem firmę, miałem plany, żeby nowy (…znaczy używany, rzecz prosta) samochód wziąć w leasing. Ale nikt nie da leasingu człowiekowi, który założył firmę kilka dni temu: większość firm leasingowych wymaga co najmniej pół roku funkcjonowania, niektóre zgadzają się już po czterech miesiącach (co i tak nie byłoby złe, bo dałoby się załatwić przed wakacjami, co jest istotne z przyczyn oczywistych).

Tyle, że do wzięcia samochodu w leasing – na takich warunkach, przy których będę w stanie go spłacać – muszę mieć jakiś tam „wkład własny”. A pieniądze, które teraz mam, na ten wkład własny nie wystarczą. Pozostała część wkładu własnego miała się objawić ze sprzedaży Zefirka (za którego w tym wieku i stanie jakieś tam pieniądze da się jeszcze dostać) – ale żeby Zefirka spieniężyć, to Zefirek musi być na chodzie. Inaczej można go co najwyżej sprzedać na części…

Tak, że ten… Jakby ktoś z Was akurat wygrał w Lotto, to wiecie, gdzie mnie szukać…

Jak zostałem prezesem…

Tak, jak pisałem w grudniu, życie zmusiło mnie do założenia działalności gospodarczej. Jedno muszę przyznać: strona techniczna tego procesu bardzo się zmieniła. Kiedy pierwszy raz zakładałem firmę (który to był rok, 2007?) – pół dnia spędziłem na bieganiu po urzędach. Urząd gminy, ZUS (koszmar…), skarbówka, potem jeszcze jakieś kilogramy papierków do GUS… Dziś zajęło mi to około godziny, bez wychodzenia z domu (i tylko raz dzwoniłem do pana księgowego pytać, co mam w daną rubryczkę formularza on-line wpisać).

Co nie znaczy, rzecz prosta, że rzecz jest prosta… Najwięcej zabawy – oczywiście – było ze znalezieniem właściwych kodów PKD. Dla niewtajemniczonych – to są takie czarodziejskie numerki, które wpisuje się w formularz, a które oznaczają rodzaj prowadzonej działalności; generalnie – nie oszukujmy się – mnie są te kody potrzebne mniej więcej do niczego, ale dla machiny biurokratycznej okazują się absolutnie niezbędne, mają jakieś tam znaczenie w statystykach etc. Zabawa była przednia, bo działalność typu „tłumaczenie” nie tak łatwo znaleźć w gąszczu tysiąca kodów, a już działalność typu „redakcja tekstów” (bo przecież i tym się będę czasami zajmował) to po prostu kosmos: na upartego można ją podciągnąć pod co najmniej trzy różne kody w trzech różnych działach… Ponieważ wyszukiwarka kodów na stronie Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej działa jak (tu charakterystyczne „piiiip”), to nie będąc pewnym, postanowiłem zasięgnąć wiedzy u jej źródła – zadzwoniłem na infolinię CEIDG. Uprzejma pani na infolinii poinformowała mnie, że… nie, oni nie zajmują się kodami PKD, w tym celu muszę zadzwonić do Ośrodka Klasyfikacji i Nomenklatur Urzędu Statystycznego w Łodzi (tak, naprawdę istnieje taki urząd…).

OK, siedząc nad otwartym formularzem on-line dzwonię zatem na jeden z pięciu podanych mi numerów, który oczywiście nie odpowiada, dzwonię na drugi… Trzeci odpowiedział. Kolejna infolinia, kolejna uprzejma pani… Wyłuszczam, o co mi chodzi, ale pani przerywa mi po pierwszym zdaniu, informując mnie (cały czas bardzo uprzejmie), że takich informacji telefonicznie się nie udziela (…?), że muszę złożyć pytanie w formie pisemnej („…może być mailem”), a oni mi także pisemnie odpowiedzą. W CIĄGU DWÓCH MIESIĘCY.

Nie ukrywam: parsknąłem śmiechem tak, że pani chyba poczuła się dotknięta. Podziękowałem grzecznie, a jak się już przestałem śmiać, napisałem maila do znajomego, który od lat prowadzi dość znaną firmę zajmującą się właśnie redakcją, korektą i tak dalej. On też mi odpowiedział na piśmie. W ciągu kwadransa.

No i działalność już mam. Możecie mi mówić „panie prezesie”. Bez skojarzeń.

Nareszcie (?)

Wiem, że to głupie i wiem, że zmiana numerka na końcu daty nic de facto nie zmienia (sam o tym kiedyś tu pisałem), ale nie ukrywam, że jakoś cieszę się, że ten rok wreszcie się skończył. Daleki jestem od magicznego myślenia, wiem dobrze, że jeszcze dużo przed nami, ale może jednak jakieś tam światełko w tym tunelu widać…? (…i może jednak nie jest to nadjeżdżający pociąg…)

Życzę Wam – i sobie – żeby ten nowy rok był lepszy. Żebyście byli w nim szczęśliwi. Tak czy inaczej.

Śródpandemicznie, przedświątecznie…

Wszystko – jak wiadomo – ma swoje plusy i minusy, czyli zady i walety. Czy jakoś tak. Pandemia też. O minusach pisał nie będę, bo wszyscy je znamy. Ale parę plusów też się znajduje. W moim przypadku – paradoksalnie – plusem jest to, że żyje się taniej. Zakupy raz na tydzień – żeby jak najmniej między ludzi chodzić – więc trzeba zrobić dokładną listę, z tygodniową rozpiską obiadową, a co za tym idzie kupuje się znacznie mniej niepotrzebnych czy nadplanowych rzeczy. Jeździ się bardzo mało i głównie lokalnie, więc koszty paliwa są minimalne. Potwory nie jeżdżą do szkół, więc odpadają bilety miesięczne.

No i prezenty świąteczne… Wspólnie z Osobistym Tatą doszliśmy do wniosku, że w czasach zarazy nie ma co po sklepach za dużo łazić: wszystkie prezenty zamówione on-line, a dodatkowo zamiast setki niepotrzebnych duperelek (które po tygodniu czy dwóch służą głównie jako kurzołapki) każdy z Potworów dostanie jeden „większy” prezent, na który złożymy się wspólnie.

***

Święta… Jakoś mi w tym roku z tymi Świętami nie po drodze. To znaczy – nie o same Święta chodzi, o ich treść, o stronę duchową… Raczej o to wszystko „dookoła”. Trudno to sprecyzować, ale kiedy myślę o stawianiu choinki i tak dalej to łapię się na jakiejś niechęci, jakiejś wewnętrznie „skrzywionej minie”. Chciałbym – chyba jeszcze bardziej niż kiedyś – spędzić te święta inaczej. Powędrować gdzieś. Wyruszyć. Pójść na pasterkę do kaplicy na Wiktorówkach… Nierealne, rzecz prosta.

Minusem całej sytuacji pandemicznej (no tak, jednak bez minusów się nie da…) jest poza wszystkim to, że 24/7 jesteśmy w domu z Potworami. Dzięki błogosławionej decyzji sprzed niemal dziewiętnastu lat – o wyprowadzce z Warszawy do G. kupnie domku zamiast mieszkania – każde z nas ma swój pokój, dzięki czemu jeszcze nikt nikogo nie zabił (ani nawet nie próbował)… Nie zmienia to faktu, że wszyscy jesteśmy tym zmęczeni. Oczywiście u każdego inaczej się to zmęczenie objawia. U mnie objawia się przede wszystkim w tym, że chciałbym choć na chwilę „zmienić towarzystwo”. Że chciałbym tak zwyczajnie usiąść i pogadać przy kawie z kimś, kto ma trochę więcej niż osiemnaście lat. Nie przez telefon i nie przez Skype’a. A tu d… Znaczy się pandemia. Moi Przyjaciele i znajomi siedzą w swoich domach ze swoimi dziećmi, pewnie część z nich ma podobne myśli… Ale przynajmniej z kimś poza dziećmi mogą słowo zamienić. A ja nie.

***

Niełatwa (no co, ja też muszą sobie czasami pomarudzić…) jest też sytuacja pracowa. Z powodów czysto zewnętrznych (o których nie chce mi się pisać, zwłaszcza, że musiałbym odnieść się do Niemiłościwie Nam Panujących, a to ostatnimi czasy coraz rzadziej potrafię robić bez używania Słów Powszechnie Uznawanych za Obraźliwe…) będę musiał odejść od dotychczasowej formy pracy. Dotąd było prosto: zarabiałem głównie na umowach o dzieło. Teraz (najprawdopodobniej od lutego) będę jednak musiał założyć działalność gospodarczą, co mi się po prostu nie opłaca – ale nie bardzo mam inne wyjście. Działalność oznacza wyższe podatki, więcej pieniędzy na opłacenie ZUS i parę innych problemów. Plus jest taki, że może to mi rozwiąże kwestię samochodu – będę mógł wziąć coś w leasing. Ano, zobaczymy.

W kwestiach zawodowych (jak już jesteśmy przy marudzeniu) – poza „codziennościami” tłumaczę książkę. I cierpię jak potępieniec… Nie dlatego, że książka traktuje o sprawach, które nic mnie nie obchodzą – tu mam podejście profesjonalne, czyli zadaniowe („…dla chleba, panie, dla chleba”). I nawet nie dlatego, że jest śmiertelnie nudna. To jeszcze da się znieść (w końcu tłumaczyłem już w życiu poradnik pielęgnacji ogródków!). Problem polega na tym, że – i piszę to z pełną odpowiedzialnością i bez cienia przesady – jest to najgorzej napisana książka, z jaką w życiu (zawodowym) miałem do czynienia.

Autor (skądinąd zdaje się znakomity fachowiec i autorytet w swojej dziedzinie) po prostu fatalnie pisze. Zdania są niespójne, kolejne akapity mają się nijak do siebie (o tym, że pojedynczy akapit potrafi mieć półtorej strony, już nawet nie wspominam…). Cytaty często okazują się nie być cytatami; autor pisze coś w stylu „Minister Smith w czasie tego spotkania powiedział:”, po czym następuje cytat w cudzysłowie, który jednak okazuje się nie być przytoczeniem słów ministra Smitha, tylko fragmentu książki, której autor opowiada tę sytuację, w związku z tym w „cytacie z ministra Smitha” mowa jest o nim samym w trzeciej osobie… Albo są cytaty, która nawet SĄ cytatami, ale nie mają żadnego sensu – a po kwerendzie w sieci okazuje się, że autor przytacza dane słowa błędnie, zmieniając jakiś wyraz, który kompletnie przeinacza (czy wręcz brutalnie likwiduje) sens wypowiedzi. W książce padają fachowe (wydawałoby się) określenia, które po wrzuceniu w Google’a dają na przykład trzy (TRZY) wyniki: dwa są odniesieniami do tej książki, trzecie – do jakiejś fachowej dyskusji na forum tłumaczy, którzy (najwyraźniej) tłumaczyli tę książkę na… bułgarski. Pojawiają się skróty, których nie ma w spisie skrótów, a które wujek Google rozwija na pięćdziesiąt możliwych sposobów, z których jednakowoż żaden nie pasuje do treści książki. Pojawiają się zdania wielokrotnie złożone, przy których można odnieść wrażenie, że pod koniec zdania autor zdążył już zapomnieć, o czym traktował początek. No, dramat po prostu. A najdziwniejsze jest to, że wydawnictwo, które opublikowało to arcydzieło (mówię o oryginale) to szacowna instytucja związana z jednym z najlepszych uniwersytetów na świecie. W „podziękowaniach” („Acknowledgements”) na początku książki autor dobre pół strony poświęca podziękowaniom dla „wspaniałych i jakże kompetentnych redaktorów, dzięki którym…” etc. – a prawda jest taka, że książka sprawia wrażenie, jakby nigdy nie przebywała w jednym pomieszczeniu z jakimkolwiek redaktorem. Ale może się mylę – może przed redakcją było jeszcze gorzej?…

Dobrze, że przynamniej w miarę dobrze za to płacą.

***

Jest też trochę muzyki, o której chciałbym kilka słów. Katie Melua, Joe Bonamassa, nowy album Bruce’a Springsteena… Ale trochę już nie mam siły. Może następnym razem.

Życie on-line i literatura faktu

Nauczanie zdalne to nie jest to, co tygrysy lubią najbardziej. Dotyczy to zarówno tygrysów młodszych, jak starszych. Młodszym brakuje spotkań z kolegami i koleżankami, interakcji, zmiany otoczenia wymuszanej przez codzienne wyjście do szkoły. Starszym brakuje… braku młodszych przez te parę godzin dziennie. Mam wrażenie, że ani przez chwilę nie jestem sam. Jak siedzę i pracuję, to i tak co jakiś czas (zdecydowanie zbyt często) ktoś coś ode mnie chce. Jak wyjdę ze swojego pokoju, natychmiast słyszę „…tato!”. A jak wieczorem mam ochotę wyjść na spacer z psem, żeby pobyć trochę w samotności (…pies się nie liczy, bo nie gada…) i wyciszyć się słuchając muzyki, to zawsze ktoś (najczęściej Pietruszka) chce iść ze mną. Uff.

Stosunkowo najlepiej (tym razem) zdalną naukę znosi Pucek. Najgorzej – Pietruszka właśnie, który pracy ma mnóstwo (w końcu klasa maturalna) i w zasadzie siedzi u siebie od rana do wieczora, więc wieczorami jest marudny i boli go głowa. Na szczęście sam wpadł na to, że powinien choć raz dziennie wyjść na spacer. Niestety odbywa go najczęściej ze mną…

Poza tym Pietruszka skończył kurs i miał w czwartek zdawać egzamin na prawo jazdy. Słowo kluczowe – „miał”, bo nie zdawał: w czwartek rano, kiedy właśnie szykowaliśmy się, żeby jechać do Trochę Większego Miasta na rzeczony egzamin, do Pietruszki zadzwonili z WORD-u żeby nie przyjeżdżał, bo iluś tam egzaminatorów trafiło na kwarantannę i „dziś nic z tego”.

No OK, zdarza się (zwłaszcza ostatnio), poza tym i tak prawdopodobieństwo zdania za pierwszym razem jest niewielkie, więc niby się mistrz kierownicy in spe specjalnie na nic nie nastawiał – ale kto zna Pietruszkę, ten wie, że dla niego takie zmiany planów (zwłaszcza nagłe) nie są sprawą prostą. Więc przez cały czwartek chodził ponury, w piątek miał zły humor, dopiero dziś mu przeszło. No, prawie. W poniedziałek dowie się, kiedy ma szansę na ten egzamin…

***

Ja właśnie dostałem kolejną książkę z Dużego Naukowego Wydawnictwa. Z jednej strony to dobrze, rzecz prosta, z przyczyn oczywistych. Z drugiej…

Raz – że DNW jak zwykle wszystko musi robić na ostatnią chwilę. Książka musi być przetłumaczona najpóźniej do połowy stycznia, co przy jej objętości (plus minus 750 stron rozliczeniowych) oznacza, że nie ma najmniejszych szans, żebym mógł ją zrobić samemu. Musi być podzielona na dwóch tłumaczy, czego nie lubię – jedyny plus tej sytuacji jest taki, że ponieważ wydawnictwu zależy na tym, żebym ja tłumaczył przynajmniej część, do mnie zwrócili się najpierw, dzięki czemu miałem prawo wyboru i mogłem wybrać pierwszą połowę (co zawsze jest nieco łatwiejsze, bo do nikogo nie muszę się dostosowywać – no i nie muszę czytać pierwszej połowy, żeby wiedzieć, jak tłumaczyć drugą).

Konieczność dzielenia na dwóch oznacza, że zarobię na tym interesie mniej, niż bym chciał – ale z drugiej strony krótki okres sprawia, że jestem na dobrej pozycji w negocjacjach finansowych, więc jest szansa, że stawka będzie ciut wyższa. Czy to będzie duży ciut – to się jeszcze okaże (ja tym razem od razu podałem swoje minimum, żeby nie było niedomówień – i dostałem odpowiedź, że tyle będzie na pewno, a może się da trochę więcej).

Tylko ta książka… Ekonomia. Znowu. Fatum jakieś cholerne. Terminologię mam z grubsza opanowaną po poprzednim tłumaczeniu – ale ekonomia jako taka średnio mnie wciąga, a ta konkretna książka niestety niesie ze sobą mniej więcej tyle emocji i dobrej zabawy, co obserwowanie wyścigów okrętów podwodnych. Z brzegu.

Nie, nie żebym narzekał, dobrze, że jest. Ale trochę tęsknię za czasami, kiedy tłumaczyłem „Tybet…” czy „Lekcje chińskiego”.

***

A prywatnie, w (nielicznych) wolnych chwilach – czyli głównie wieczorami, na przykład w wannie – czytam jedną z najbardziej koszmarnych książek, jakie w życiu miałem w ręku (i nie mówię o jakości literatury, tylko o jej ciężarze). Wolno mi idzie, bo po prostu nie jestem w stanie przeczytać na raz więcej niż rozdział, najwyżej dwa – potem jestem już tak psychicznie zmaltretowany, że muszę to odłożyć. Czasami na dzień czy dwa.

Jak skończę, za parę dni, to napiszę coś więcej na ten temat, bo różne przemyślenia mnie nachodzą – i nie są to myśli przyjemne ani optymistyczne. I pomyśleć, że kiedyś (chyba po obejrzeniu jakiegoś filmu) byłem zachwycony wyspą Jersey i bardzo chciałem ją kiedyś odwiedzić…

Miał być koncert, jest pandemia…

Na koncert miałem iść. Bilety sobie kupiłem. Rok temu. Koncert miał być 8 października. W Warszawie, na Torwarze. Od dłuższego czasu zastanawiałem się, czy będzie, czy jednak go odwołają. Jeszcze kilka dni temu organizator przysłał maila, że koncert będzie, tylko środki bezpieczeństwa, maseczki, oświadczenie o tym, że nie jestem chory i w ogóle… Trochę byłem w rozterce, bo z jednej strony tak się na ten koncert cieszyłem, a z drugiej – druga fala pandemii i 2 tysiące nowych przypadków dziennie (…a mówimy tylko o tych zdiagnozowanych…) nieco mnie zniechęcały.

Ale sprawa szybko rozwiązała się sama: dziś kolejny mail, że jednak cała trasa koncertowa odwołana. Bo pandemia w natarciu, bo Wielka Brytania wpisała Polskę na listę krajów „do kwarantanny” i w ogóle. Trochę można się tego było spodziewać…

Tym jednak, co jest najbardziej irytujące, nie jest nawet sam fakt, że jak już raz w życiu sobie kupiłem bilety, to akurat koncert odwołali. Najbardziej irytująca była dalsza część wiadomości od organizatora – ta o zwrocie pieniędzy za bilety. Jasne, trzeba wejść na stronę, przeklikać swoje i organizator pieniądze zwróci. Ale – cytuję:

Zgodnie z postanowieniami tarczy antykryzysowej czas procesowania zwrotów, może się wydłużyć do 180 dni licząc od momentu rozwiązania umowy. 
Zwroty będą realizowane w ciągu 180 dni od daty odwołania koncertu na podstawie decyzji Parlamentu (…)

Organizatorem koncertu jest Eventim – wielka, międzynarodowe firma. Tak, zdaję sobie sprawę, że z powodu pandemii odwołano mnóstwo koncertów i że firma nie ma z tego powodu lekko. Dlatego słowa bym nie powiedział, gdyby czas zwrotu pieniędzy za bilety zamiast tydzień (bo tyle maksymalnie powinno to trwać w normalnej sytuacji) liczył miesiąc. Czy nawet dwa miesiące.

Ale PÓŁ ROKU?!

Czy tylko ja mam wrażenie, że „tarcza antykryzysowa” jest tu tylko pretekstem…?

***

Szkoda. Naprawdę szkoda. Zwłaszcza, że nowy album Katie zapowiada się naprawdę ciekawie.

I znowu wrzesień…

Szybko jakoś te wakacje minęły… Tu nad morze, tu w Bieszczady, a tu proszę – już pierwszy września. Kiedy kończyłem Dużą Książkę, miałem takie plany, że ho ho. Że to zrobię, tamto, i jeszcze owo. Że tu posprzątam, tam zrobię porządek, to wywiozę a tamto przestawię. I co? I pstro: udało mi się z tego zrobić może dziesięć procent.

I żebym jeszcze mógł powiedzieć, że OK – niewiele zrobiłem, ale przynamniej odpocząłem… Ale też nie do końca. Nie czuję się bardzo wypoczęty, mówiąc szczerze. A rok szkolny, który się zaczyna, może dać w kość.

No bo raz, że pandemia. Nikt nic nie wie, kilkaset nowych zarażeń dziennie, dzieci wracają do szkół – a władze (przepraszam czytelników o wrażliwszych uszach) rżną głupa, z jednej strony zwalając na dyrektorów i samorządy całą odpowiedzialność, z drugiej odmawiając im de facto nie tylko pomocy, ale nawet możliwości podejmowania samodzielnych decyzji o przejściu w razie czego na nauczanie zdalne czy „hybrydowe”. A pan minister oświaty (!) twierdzi, że pójście dzieci do szkół nie zwiększy liczby zarażeń, bo „sama szkoła nie zaraża” (nie wymyśliłbym tego).

I nie chodzi mi o to, że dzieci nie powinny do tej szkoły iść (bo na ten temat trwają dyskusje w całej Europie, zdania fachowców są podzielone) – ale o to, że nasze władze kochane najwyraźniej nie mają pojęcia, co z tym wszystkim robić i wciąż, niezmiennie działają według tradycyjnego, staropolskiego „jakoś to będzie” (czy, w wersji z XXI w., „zmieścisz się śmiało”). Witamy na pokładzie Szalonego Autobusu, w którym jedyne, co działa sprawnie, to kontrola biletów.

W szkole u Piłki KAŻDY uczeń, nauczyciel i pracownik będzie CO TYDZIEŃ miał test na COVID-19. Jak ktoś okaże się „pozytywny” – ląduje na kwarantannie, a szkoła na ten czas przechodzi w tryb zdalny, po czym wracają do niej tylko ci, którzy „zdadzą” kolejny test po dwóch tygodniach. Strategia brzmi rozsądnie. Testy kosztują rodziców po 200 zł miesięcznie (Piłka, jako stypendystka, nie płaci).

Skoro ona jest badana (pierwszy test już zaliczyła, z wynikiem negatywnym, co w tym przypadku jest pozytywne…), to trochę tak, jakbyśmy wszyscy byli badani, bo w końcu mieszkamy pod jednym dachem.

Ale w szkole Piłki jest +/- 200 uczniów – i są to uczniowie, dla których rodziców 200 złotych miesięcznie to kwota „na waciki”. A jak to rozegrać u Pucka, gdzie w szkole jest około 500 dzieciaków + przedszkolaki z nowo otwartego oddziału? Albo u Pietruszki – w dużym warszawskim liceum, gdzie tych uczniów jest ponad tysiąc? Przecież wszystkie te środki ostrożności, mycie rąk i tak dalej to w gruncie rzeczy kompletna fikcja… Jak będzie „ognisko”, to będzie – i rozwinie się zanim ktokolwiek się zorientuje.

***

Ale nie samą pandemią żyje człowiek…

Pietruszka w klasie maturalnej. Jeśli wirus „walnie” i trzeba będzie przejść na dłuższy czas na nauczanie zdalne, to naprawdę nie będzie fajnie. A w dodatku Pietruszka wciąż nie jest pewien, co właściwie chce studiować. To znaczy: wiadomo, że nauki ścisłe, wiadomo też, że raczej w kierunku uniwersyteckim, niż politechnicznym. Ale tak konkretnie – to za przeproszeniem czarna dziura.

Pucek… Ech, Pucek ma lat dwanaście i chyba coraz szybciej wchodzi w nastolatkowość. Strasznie łatwo się irytuje, o wszystko się pieni, marudzi jak nieboskie stworzenie (na dowolny temat), wszystko mu się nie podoba (zwłaszcza jeśli chodzi o szkołę, a ZWŁASZCZA szkołę w pandemicznej rzeczywistości). To źle, tamto źle, i w ogóle jak to może być, że jest pierwszy września, a nauczyciele JESZCZE nie wiedzą, w której grupie on ma przychodzić na WF! No skandal po prostu.

A jak do tego dorastania dodać fakt, że jedną z cech konstytutywnych Pucka jest nienaginalny, ośli upór (w każdej, najdrobniejszej sprawie), to może się okazać, że ten rok może być bardzo trudny. Albo trzy lata.

A ja żyję cichą nadzieją, że jednak pandemia nas nie dopadnie i że Potwory pochodzą do tych swoich szkół choćby jakiś czas. Bo jeśli ten semestr będzie wyglądał tak, jak poprzedni – z nauką zdalną i dziećmi w domu 24/7 – to jedyne istotne pytanie będzie dotyczyć tego, kto oszaleje pierwszy…

***

A poza szkołą i poza pandemią…

Czekam, kiedy pani redaktor z Dużego Wydawnictwa odezwie się do mnie w sprawie tej kolejnej książki, co to ponoć ją dla mnie miała. Jeśli się odezwie – to może nie będzie tak źle. Ale jeśli nie…

Jakby to powiedzieć: wielkimi krokami zbliża się kilka inwestycji, których tak czy owak trzeba będzie dokonać. Na pierwsze miejsce wśród nich wysuwa się na razie sprawa samochodu.

Nie da się ukryć, że Zefirek się kończy. Ma piętnaście lat i problemy zdrowotne, które zapewne dałoby się wyleczyć, ale koszt kuracji mógłby dorównywać rynkowej wartości Zefirka, więc, jakby to powiedzieć, większego sensu to nie ma. Do końca tego roku szkolnego powinniśmy zamienić Zefirka na coś młodszego.

Ale na co? Kupić kolejnego staruszka, żeby za dwa lata mieć ten sam problem – to też trochę kiepski pomysł. Kupić (jak kiedyś) samochód trzy- czy czteroletni – pomysł super, ale nierealny finansowo. Trzeba zatem mierzyć w środek skali.

Po dłuższych analizach doszedłem do dwóch wniosków. Po pierwsze – żeby to miało ręce i nogi, i żeby na parę lat mieć spokój, to optymalny stosunek wieku do ceny będzie miało auto sześcio-siedmioletnie (nowsze też może być, tylko żeby było w takiej cenie…). Czyli graniczny rok produkcji to 2013.

Po drugie – przyzwyczailiśmy się do większych pojazdów, ale umówmy się: jest nas czworo i więcej raczej nie będzie. Nie potrzebujemy już samochodu wielkości Zefirka – w zupełności wystarczy nam „normalny” samochód osobowy, a ze względu na zamiłowanie do podróży niech to będzie kombi. Na co dzień żadna różnica, na długą wyprawę wakacyjną zawsze można kupić „trumnę” na dach, a ceny takich samochodów są niższe o 15 do 20 procent od ceny dowolnego vana z tego samego rocznika i z takim samym przebiegiem. Mam już nawet dwa czy trzy modele, które „by się nadały”.

Wszystko to nie zmienia faktu, że żeby to miało sens, to na samochód w takim wieku – i we w miarę dobrym stanie – trzeba wydać jakieś 20 – 25 tysięcy. Więc jak nie będzie nowej książki (…albo jakiejś wygranej w Lotto…) to nie ma o czym mówić.

***

A poza tym – bez zmian.

Jubileuszowo

Tak więc mój rok jubileuszowy dobiegł końca. Bogiem a prawdą – nie bardzo wiem, jak mógłbym go podsumować. Z jednej strony – pewne sprawy posunęły się do przodu, a inne, choć się nie posunęły, to się przynajmniej wyjaśniły. Coś zacząłem, kilka sympatycznych rzeczy się wydarzyło.

Z drugiej strony… Nie wydarzyło się nic, co czyniłoby Prawdziwą Różnicę. Nie zaszła żadna Wielka Zmiana. Nie zrealizowała się żadna ze spraw, na które szczególnie liczyłem. Nie przyszedł żaden Nowy Początek.

Nie, nie czuję sie zawiedziony czy rozczarwany – to nie o to chodzi. Nie myślę życzeniowo, nie myślę magicznie. A jednak podświadomie na coś czekałem. Miałem nadzieję, że kiedy ten kolejny rok minie, coś będzie wyglądało inaczej.

Tak, mam pełną świadomość, że wyrażam się bardzo mało precyzyjnie.

***

Byliśmy nad morzem, jutro może zdążę wrzucić parę zdjeć (zabawa filtrem polaryzacyjnym dała kilka całkiem ciekawych widoczków). Byliśmy u dawno nie widzianych Przyjaciół koło Bydgoszczy. Byliśmy też w C., u cioci, oczywiście. Jeździliśmy po Górach Kaczawskich i wiemy, gdzie są najlepsze lody w Legnicy. Było całkiem miło.

Tyle, że przez te dwa tygodnie w zasadzie ani przez chwilę nie byłem sam.

***

Dziś zadzwoniła do mnie moja siostra – z życzeniami. I powiedziała, że ponieważ chwilowo nie stać ją na żadne prezenty (pandemia to kiepski czas na zmianę pracy, jak się okazuje – ale czasami tak zwany los ma takie a nie inne pomysły), to ma dla mnie prezent w innej formie. Otóż deklaruje się, że w dowolnym czasie (byle została poinformowana z sensownym wyprzedzeniem) przyjezdzie do G. i pomieszka przez tydzień z Potworami, żebym ja mógł sobie gdzieś wyjechać SAM.

O tym wyjeżdżaniu samemu już parę razy tu pisałem… Z różnych powodów (których tu wyjaśniać nie będę – kto wie, ten i tak wie) zostawienie Potworów samych na razie nie jest takie proste (nie mówię, że jest „niemożliwe” – ale właśnie że „nie jest proste”). Ale jeśli ona tu będzie – to będzie OK. I nawet nie chodzi o to, że będzie musiała coś robić – ale po prostu będzie.

Wszystko zatem wskazuje na to, że we wrześniu (a może pod koniec sierpnia? Zobaczymy…) wyskoczę sobie gdzieś sam na kilka dni. Teraz muszę jeszcze wymyśleć, dokąd.

I tak sobie myślę, że to chyba najfajniejszy prezent, jaki dostałem od dawna.

***

A moje dzieci na urodziny sprawiły mi taką oto koszulkę. Kto gra na gitarze, ten zrozumie…

Przed drogą

Lipiec. W niedzielę wyjeżdżamy nad morze – nie jestem może wielkim fanem polskiego wybrzeża Bałtyku, ale nawet cieszę się na ten czas. Chyba mam ochotę oderwać się trochę od codzienności, zwłaszcza po czasie pandemii, izolacji i tak dalej.

Na szczęście bez problemów znalazł się dog-sitter: kolega P., który w przeszłości już chyba ze trzy razy tę rolę pełnił (…w tym jeden raz z TYM psem). Zna dom, zna psa, zna kota. Będzie dobrze.

***

Za dwa tygodnie (…i dwa dni) kończy się mój prywatny Rok Jubileuszowy. Na razie – bez specjalnych fajerwerków. W niektórych sprawach jest nieco lepiej, niż rok temu, w innych – w zasadzie bez zmian. A szkoda, bo właśnie na te zmiany bardzo liczyłem.

Najtrudniej, kiedy coś jest tak blisko, na wyciągnięcie ręki – i tak daleko jednocześnie.