Czas płynie

Dziewiętnaście lat temu, 2 maja 2002 r, przeprowadziliśmy się z Warszawy do G. Przyjechaliśmy na cztery samochody: w jednym, z moim tatą za kierownicą, jechaliśmy my z M. i dokładnie dwumiesięczny Pietruszka, drugi to była ciężarówka przeprowadzkowa, a dwa pozostałe – nasi przyjaciele, którzy całą bandą przyjechali, żeby nam pomóc się wypakować i wstępnie „urządzić”.

Kiedy panowie z firmy przeprowadzkowej wyładowali nasze graty i się wynieśli, cała banda ruszyła do dzieła: było sprzątanie, mycie podłóg i łazienki, umieszczanie różnych rzeczy w różnych pokojach, skręcanie mebli, wieszanie lamp i takie tam. Tego pierwszego dnia „urządziliśmy” w zasadzie trzy pomieszczenia: naszą sypialnię, kuchnię i łazienkę. Duży pokój na dole został zastawiony stosami pudeł, książek i mebli, a reszta pomieszczeń na razie stała pusta.

W czasie, kiedy myśmy szaleli w domu, Pietruszka – przypomnę, dokładnie dwumiesięczny – jako pierwszy korzystał w pełni z faktu wyprowadzki z miasta: spał mianowicie w swoim wózeczku w ogródku, w cieniu rzucanym przez dom.

A potem, po południu, wszyscy pojechali – i zostaliśmy sami, gotowi spędzić pierwszą noc w naszym nowym domu. Domu, który wtedy – po przeprowadzce z apartamentu o powierzchni 24 metrów kwadratowych – wydawał nam się pałacem po prostu. Pamiętam ten wieczór: byliśmy zmęczeni, ale szczęśliwi jak rzadko. Mieliśmy to niezwykłe, magiczne niemal poczucie, że oto zaczyna się coś nowego, jakiś nowy etap, nowy rozdział, że wyruszamy w zupełnie nową podróż. Taka archetypiczna świadomość Nowego Początku.

I oto siedzę tu, dziewiętnaście lat później. Przez te lata wydarzyło się wiele dobrych rzeczy – i wiele rzeczy niedobrych i bolesnych. A Pietruszka – ten sam Pietruszka, który wtedy spał w wózeczku, w naszym nowym ogródku, w cieniu naszego nowego domu i miał dokładnie dwa miesiące – ma dwoje młodszego rodzeństwa i jutro pisze pierwszy egzamin maturalny. Coś się kończy, coś się zaczyna.

Mistrz negocjacji…

Przeżyłem wczoraj sytuację, której poziom surrealizmu zaskoczył nawet mnie. Z taką formą negocjacji handlowych jeszcze się nie spotkałem i pewnie nie spotkam się za szybko…

Sprzedawałem Zefirka. Ogłoszenia wisiały w sieci już prawie miesiąc, w tym czasie jakieś dziesięć osób wyraziło zainteresowanie, ale ostatecznie nikt nie kupił. To znaczy – chętni byli, ale nie za taką cenę, jaką proponowałem. A za taką cenę, jaką oni proponowali, to ja nie byłem chętny.

Oczywiście cena, która widniała w ogłoszeniach była do negocjacji (co zresztą stało jednoznacznie napisane). Przy braku chętnych cenę ogłoszeniową co kilka dni opuszczałem – zależało mi na sprzedaży Zefirka zanim będę musiał wykupić kolejne ubezpiecznie.

Ja rzecz prosta rozumiem, że cenę się negocjuje. I rozumiem, że tak samo, jak mnie zależy na sprzedaniu jak najdrożej – tak kupującemu zależy na kupieniu jak najtaniej. Tak działa rynek. Ale podejście różnych handlarzy, usiłujących bezczelnie zbić cenę do poziomu jednej trzeciej ceny z ogłoszenia bywa naprawdę irytujące.

„Eeee, panie, bo koło dwumasowe tłucze”. Ano tłucze, jest do wymiany, co w ogłoszeniu jasno napisałem (nie było sensu inwestować w wymianę koła dwumasowego w samochodzie, który i tak szedł na sprzedaż – wolałem sprzedać go odpowiednio taniej i niech nowy właściciel się w to bawi).

„Panie, ale ono BARDZO GŁOŚNO tłucze!”. Ano fakt – ale koszty wymiany koła dwumasowego są takie same niezależnie od tego, czy jest trochę zużyte, czy bardzo zużyte.

„Ale tu jest zarysowane…”. Ano jest, w ogłoszeniu było, na zdjęciach było pokazane.

„Ale tapicerka do prania, klocki hamulcowe pewnie będzie trzeba zmienić, ale o, tu się rdza pojawia…”. Szanowny panie, przyjechałeś pan oglądać samochód, który ma SZESNAŚCIE LAT, więc czego pan oczekujesz – nówki sztuki z salonu? Za takie pieniądze…?

Wszystkie te narzekania, cmokania i kręcenia głową nieodmiennie prowadziły do stwierdzenia typu „Daję X złotych i biorę”. Przy czym X to była właśnie na przykład jedna trzecia ceny wyjściowej… No nie, za X pan nie bierze, bo ja panu za tyle nie daję. Adios, amigo.

I tak się to kręciło – do wczoraj. Bo wczoraj zjawił się pan I., który Zefirka był kupił. Pan I. przyjechał z Rumunii. Po polsku mówił średnio, ale wystarczająco. Negocjowaliśmy jak dwaj arabscy kupcy na targu w Kairze (…nie byłem, ale znam z opowieści 😉

I kiedy w końcu doszliśmy do kwoty, która dla i dla pana I., i dla mnie była do zaakceptowania, pan I. powiedział mi, że u nich (nie wiem, czy „u nich” to znaczyło „w Rumunii”, czy wśród jego kolegów…) jest taki zwyczaj, że po ostatecznych negocjacjach kupujący musi zbić cenę jeszcze choć troszkę niżej – choćby symbolicznie. Że to taki „punkt honoru”. Ja się nie chciałem zgodzić, dyskusja trwała kolejne naście minut, aż pan I. zaproponował salomonowe rozwiązanie: ja zejdę z wynegocjowanej ceny o 100 zł, a on za to sprezentuje mi… dwa piękne komplety noży. Które też wyciągnął z bagażnika swojego auta i wręczył mi razem z gotówką.

Kto mnie zna, ten wie, że niełatwo mnie zaskoczyć, ale tym razem muszę przyznać, że szczęka mi opadła. Z taką formą negocjacji jeszcze nie miałem do czynienia. Rozśmieszyło mnie to tak, że się zgodziłem (pomyślałem, że już pal sześć ten „honor kupującego”, ale pewnie dla niego ta stówa to jednak dużo więcej, niż dla mnie – niech mi to w księgach niebieskich zapisane będzie).

No i tak: Zefirek sprzedany, pieniądze w banku (od raz pojechałem do wpłatomatu, nie lubię trzymać pieniędzy w domu…), a na stole w kuchni leżą dwa pudełka z nożami. W każdym są trzy noże (naprawdę bardzo ostre i sprawiające wrażenie niezłej jakości) i obieraczka do warzyw. Chyba wystawię na Allegro…

Pandemicznie

Nasz przyjaciel, A., od czterech tygodni leży w szpitalu. Na „covidowym” OIOM-ie. Pod respiratorem. Stan – jak mówią lekarze ”na granicy ciężkiego i krytycznego”, ale stabilny. Ilość „syfu” schodzącego z zainfekowanych płuc była taka, że przestały funkcjonować nerki – lekarze mają nadzieję, że uda się je z powrotem uruchomić, ale na razie co drugi dzień musi być dializowany. Czy przeżyje? „Trudno powiedzieć”. „Trzeba mieć nadzieję”. „Robimy co możemy”.

A. jest rok młodszy ode mnie. Jest wielkim, silnym facetem – taki typowy „kawał chłopa”. Zdrowy, w dobrej kondycji, zero „chorób współistniejących”.

W domu czeka na niego żona i troje dzieci. Żona codziennie wieczorem zapisuje w zielonym zeszycie wszystkie ważniejsze wydarzenia, zabawne teksty dzieci, śmieszne czy znaczące sytuacje. „Przecież jak mu się już poprawi, to będzie miał miesiąc, może więcej, przerwy w życiorysie” – mówi. „Niech sobie chociaż poczyta, co się działo”.

Mam wrażenie, że ten zielony zeszyt jej samej pozwala trzymać głowę nad wodą.

A w sklepie znowu jakiś matołek awanturował się, że ktoś ogranicza jego wolność, bo każe mu zakładać tę (…) maseczkę. A dziś na Twitterze znowu trafiłem przypadkiem na wpis kolejnego oszołoma, twierdzącego, że przecież nie ma żadnej pandemii, że to wszystko spisek, „jakaś grypka”, a w szpitalach leżą statyści (czy jakoś tak).

Jestem zmęczony, psychicznie zmęczony ludzką głupotą, bezmyślnością, egoizmem. Jak widzę matołka bez maseczki w sklepie, krzyczącego na kasjerkę, że on nie zamierza maski założyć, bo nie, i ona mu nie może rozkazywać, to przysięgam, że mam ochotę odwinąć się i strzelić go w ten głupi dziób.

Nie, nie robię tego i nie zrobię przecież. Ale szlag mnie trafia, bo myślę wtedy o A. pod respiratorem. Myślę o jego żonie, która ostatni raz widziała męża jak trzech „kosmitów” w białych kombinezonach pakowało go półprzytomnego do karetki. Myśle o jego dzieciach – mniej więcej w wieku moich, które nie wiedzą, czy jeszcze tatę żywego zobaczą.

Samochodowo – wampirycznie

Pisałem chwilę temu o problemach motoryzacyjnych – nie pisałem, co dalej z nich wynikło, póki nie miałem pewności. Zefirek się naprawił, nawet niedrogo, a ja tymczasem znalazłem kontakt do firmy leasingowej, która powiedziała, że nie ma sprawy, nawet jak firma (moja) jest zupełnie nowa, to jeśli tylko w mojej historii bankowej żadnych trupów w szafie nie mam, to oni mi leasing załatwią. No i załatwili.

Auto znalazłem sobie sam, oczywiście – a oni załatwili wszystkie formalności. No i właśnie dziś, proszę Państwa, odebrałem sobie od sprzedawcy nowy pojazd.

No dobrze, z tym „nowym” to oczywiście lekko przesadziłem… Samochód ma 5 lat, na liczniku niecałe 75 tysięcy kilometrów. Czyli taki prawie nowy. Zwłaszcza w porównaniu z Zefirkiem, który za dwa lata byłby już pełnoletni…

Długo się zastanawiałem, czego właściwie szukać. Tak, jak pisałem wcześniej, myślałem najpierw o czymś mniejszym – byle było kombi, żeby się na wakacje zmieścić. W grę wchodziły różne Hyundaie czy Kie, myślałem też o Skodzie czy Fordzie Focusie. Niestety – moje wymagania jakościowe (wiek, przebieg, stan) nijak nie chciały się pogodzić z możliwościami finansowymi (pieniądze na wkład własny i wysokość rat leasingowych). Z wymagań zejść nie chciałem (żeby nie pakować się znowu w starą „skarbonkę”, do której za chwilę trzeba by było zacząć dokładać). Z kolei możliwości finansowe za nic nie chciały wzrosnąć. No, sytuacja bez wyjścia…

A może nie? „Kup Dacię” – doradzili znajomi. Sami jeżdżą już drugą Lodgy (mają czwórkę dzieci) i są bardzo zadowoleni. Auto proste w obsłudze, silnik (jak się wie, który wybrać) bezawaryjny… No w sumie – dlaczego nie…? Najpierw myślałem o Loganie (kombi oczywiście). Okazało się jednak, że z jakichś nie do końca zrozumiałych dla mnie przyczyn Logan kombi kosztuje tyle samo, co Lodgy z takim samym przebiegiem i w takim samym wieku. A skoro można mieć za te same pieniądze auto większe, wygodniejsze, z taaaakim bagażnikiem, w dodatku w razie czego 7-osobowe – to czemu nie? Nie mówiąc o tym, że w Lodgy dużo łatwej założyć instalację gazową nie tracąc bagażnika…

A Dacia wprawdzie mniej komfortowo wyposażona i generalnie „prostsza” wewnątrz, ale jeśli chodzi o silnik i mechanikę, to po prostu francuskie Renault.

Pierwszą Lodgy oglądałem w Łodzi, niestety z przyczyn formalnych okazała się nie do leasingowania. Ale znalazłem inną – rok młodszą, z niższym przebiegiem – całkiem niedaleko domu. No i właśnie dziś…

Tak więc, Ladies and Gentlemen, mamy nowe wozidło. A że każdy kolejny nasz samochód miał jakieś imię, do doszliśmy do wniosku, że Dacia – ze względu na kraj pochodzenia – będzie się nazywała Dracula. A co! 🙂

(Tylko osobisty tata trochę kręci nosem, że jak to – Dacia… Eeee… 😉

***

No i teraz czeka mnie jeszcze zabawa (podkręcona nieco przez pandemię i kolejny lockdown) ze sprzedażą Zefirka. Chciałbym się go pozbyć w ciągu miesiąca, bo jak to się nie uda, to za miesiąc będę musiał wykupić OC na kolejny rok – a zdecydowanie wolałbym, żeby już nowy właściciel się z tym bawił…

(Niezbyt) motoryzacyjnie

Cóż, nie da się ukryć – jest problem… Problem ma cztery kółka, tylko jeździć nie chce. Skubaniec. Zefirek od trzech tygodni w warsztacie stoi – i pan Janek (fachowiec, w dodatku specjalista od opli, co to wiele lat autoryzowany serwis prowadził) nie bardzo jest w stanie dojść, w czym rzecz. Bo wygląda, że wszystko działa – a nie działa. Najprawdopodobniej szlag trafił komputer – wiec teraz pan Janek szuka komputera od takiego samego samochodu, żeby sprawdzić, czy to rzeczywiście to. Bo nie chce mnie narażać na niepotrzebne koszty kupowania nowego komputera, jeśli się okaże, że to nic nie da.

Niby w pandemii – i przy zdalnym nauczaniu – brak czterech kółek na co dzień nie jest aż takim problemem… Raz na tydzień ktoś ze znajomych pożyczy, żeby zakupy zrobić i załatwić wszystko to, co bez samochodu załatwić trudno. I niby starcza… Ale właśnie raczej „niby”, niż „starcza”. Bo ciągle coś. Bo trzeba Piłkę zawieźć do Bursy, bo Pietruszkę na egzamin, bo to, bo tamto…

To, że Zefirek jest do wymiany, to już było wiadomo od jakiegoś czasu – nie ukrywam jednak, że miałem nadzieję, iż jeszcze kilka miesięcy posłuży. Co zrobić – jak się kupuje nastoletnie auto, to człowiek musi być przygotowany na to, że może ono odmówić współpracy.

Założyłem firmę, miałem plany, żeby nowy (…znaczy używany, rzecz prosta) samochód wziąć w leasing. Ale nikt nie da leasingu człowiekowi, który założył firmę kilka dni temu: większość firm leasingowych wymaga co najmniej pół roku funkcjonowania, niektóre zgadzają się już po czterech miesiącach (co i tak nie byłoby złe, bo dałoby się załatwić przed wakacjami, co jest istotne z przyczyn oczywistych).

Tyle, że do wzięcia samochodu w leasing – na takich warunkach, przy których będę w stanie go spłacać – muszę mieć jakiś tam „wkład własny”. A pieniądze, które teraz mam, na ten wkład własny nie wystarczą. Pozostała część wkładu własnego miała się objawić ze sprzedaży Zefirka (za którego w tym wieku i stanie jakieś tam pieniądze da się jeszcze dostać) – ale żeby Zefirka spieniężyć, to Zefirek musi być na chodzie. Inaczej można go co najwyżej sprzedać na części…

Tak, że ten… Jakby ktoś z Was akurat wygrał w Lotto, to wiecie, gdzie mnie szukać…

Jak zostałem prezesem…

Tak, jak pisałem w grudniu, życie zmusiło mnie do założenia działalności gospodarczej. Jedno muszę przyznać: strona techniczna tego procesu bardzo się zmieniła. Kiedy pierwszy raz zakładałem firmę (który to był rok, 2007?) – pół dnia spędziłem na bieganiu po urzędach. Urząd gminy, ZUS (koszmar…), skarbówka, potem jeszcze jakieś kilogramy papierków do GUS… Dziś zajęło mi to około godziny, bez wychodzenia z domu (i tylko raz dzwoniłem do pana księgowego pytać, co mam w daną rubryczkę formularza on-line wpisać).

Co nie znaczy, rzecz prosta, że rzecz jest prosta… Najwięcej zabawy – oczywiście – było ze znalezieniem właściwych kodów PKD. Dla niewtajemniczonych – to są takie czarodziejskie numerki, które wpisuje się w formularz, a które oznaczają rodzaj prowadzonej działalności; generalnie – nie oszukujmy się – mnie są te kody potrzebne mniej więcej do niczego, ale dla machiny biurokratycznej okazują się absolutnie niezbędne, mają jakieś tam znaczenie w statystykach etc. Zabawa była przednia, bo działalność typu „tłumaczenie” nie tak łatwo znaleźć w gąszczu tysiąca kodów, a już działalność typu „redakcja tekstów” (bo przecież i tym się będę czasami zajmował) to po prostu kosmos: na upartego można ją podciągnąć pod co najmniej trzy różne kody w trzech różnych działach… Ponieważ wyszukiwarka kodów na stronie Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej działa jak (tu charakterystyczne „piiiip”), to nie będąc pewnym, postanowiłem zasięgnąć wiedzy u jej źródła – zadzwoniłem na infolinię CEIDG. Uprzejma pani na infolinii poinformowała mnie, że… nie, oni nie zajmują się kodami PKD, w tym celu muszę zadzwonić do Ośrodka Klasyfikacji i Nomenklatur Urzędu Statystycznego w Łodzi (tak, naprawdę istnieje taki urząd…).

OK, siedząc nad otwartym formularzem on-line dzwonię zatem na jeden z pięciu podanych mi numerów, który oczywiście nie odpowiada, dzwonię na drugi… Trzeci odpowiedział. Kolejna infolinia, kolejna uprzejma pani… Wyłuszczam, o co mi chodzi, ale pani przerywa mi po pierwszym zdaniu, informując mnie (cały czas bardzo uprzejmie), że takich informacji telefonicznie się nie udziela (…?), że muszę złożyć pytanie w formie pisemnej („…może być mailem”), a oni mi także pisemnie odpowiedzą. W CIĄGU DWÓCH MIESIĘCY.

Nie ukrywam: parsknąłem śmiechem tak, że pani chyba poczuła się dotknięta. Podziękowałem grzecznie, a jak się już przestałem śmiać, napisałem maila do znajomego, który od lat prowadzi dość znaną firmę zajmującą się właśnie redakcją, korektą i tak dalej. On też mi odpowiedział na piśmie. W ciągu kwadransa.

No i działalność już mam. Możecie mi mówić „panie prezesie”. Bez skojarzeń.

Nareszcie (?)

Wiem, że to głupie i wiem, że zmiana numerka na końcu daty nic de facto nie zmienia (sam o tym kiedyś tu pisałem), ale nie ukrywam, że jakoś cieszę się, że ten rok wreszcie się skończył. Daleki jestem od magicznego myślenia, wiem dobrze, że jeszcze dużo przed nami, ale może jednak jakieś tam światełko w tym tunelu widać…? (…i może jednak nie jest to nadjeżdżający pociąg…)

Życzę Wam – i sobie – żeby ten nowy rok był lepszy. Żebyście byli w nim szczęśliwi. Tak czy inaczej.

Śródpandemicznie, przedświątecznie…

Wszystko – jak wiadomo – ma swoje plusy i minusy, czyli zady i walety. Czy jakoś tak. Pandemia też. O minusach pisał nie będę, bo wszyscy je znamy. Ale parę plusów też się znajduje. W moim przypadku – paradoksalnie – plusem jest to, że żyje się taniej. Zakupy raz na tydzień – żeby jak najmniej między ludzi chodzić – więc trzeba zrobić dokładną listę, z tygodniową rozpiską obiadową, a co za tym idzie kupuje się znacznie mniej niepotrzebnych czy nadplanowych rzeczy. Jeździ się bardzo mało i głównie lokalnie, więc koszty paliwa są minimalne. Potwory nie jeżdżą do szkół, więc odpadają bilety miesięczne.

No i prezenty świąteczne… Wspólnie z Osobistym Tatą doszliśmy do wniosku, że w czasach zarazy nie ma co po sklepach za dużo łazić: wszystkie prezenty zamówione on-line, a dodatkowo zamiast setki niepotrzebnych duperelek (które po tygodniu czy dwóch służą głównie jako kurzołapki) każdy z Potworów dostanie jeden „większy” prezent, na który złożymy się wspólnie.

***

Święta… Jakoś mi w tym roku z tymi Świętami nie po drodze. To znaczy – nie o same Święta chodzi, o ich treść, o stronę duchową… Raczej o to wszystko „dookoła”. Trudno to sprecyzować, ale kiedy myślę o stawianiu choinki i tak dalej to łapię się na jakiejś niechęci, jakiejś wewnętrznie „skrzywionej minie”. Chciałbym – chyba jeszcze bardziej niż kiedyś – spędzić te święta inaczej. Powędrować gdzieś. Wyruszyć. Pójść na pasterkę do kaplicy na Wiktorówkach… Nierealne, rzecz prosta.

Minusem całej sytuacji pandemicznej (no tak, jednak bez minusów się nie da…) jest poza wszystkim to, że 24/7 jesteśmy w domu z Potworami. Dzięki błogosławionej decyzji sprzed niemal dziewiętnastu lat – o wyprowadzce z Warszawy do G. kupnie domku zamiast mieszkania – każde z nas ma swój pokój, dzięki czemu jeszcze nikt nikogo nie zabił (ani nawet nie próbował)… Nie zmienia to faktu, że wszyscy jesteśmy tym zmęczeni. Oczywiście u każdego inaczej się to zmęczenie objawia. U mnie objawia się przede wszystkim w tym, że chciałbym choć na chwilę „zmienić towarzystwo”. Że chciałbym tak zwyczajnie usiąść i pogadać przy kawie z kimś, kto ma trochę więcej niż osiemnaście lat. Nie przez telefon i nie przez Skype’a. A tu d… Znaczy się pandemia. Moi Przyjaciele i znajomi siedzą w swoich domach ze swoimi dziećmi, pewnie część z nich ma podobne myśli… Ale przynajmniej z kimś poza dziećmi mogą słowo zamienić. A ja nie.

***

Niełatwa (no co, ja też muszą sobie czasami pomarudzić…) jest też sytuacja pracowa. Z powodów czysto zewnętrznych (o których nie chce mi się pisać, zwłaszcza, że musiałbym odnieść się do Niemiłościwie Nam Panujących, a to ostatnimi czasy coraz rzadziej potrafię robić bez używania Słów Powszechnie Uznawanych za Obraźliwe…) będę musiał odejść od dotychczasowej formy pracy. Dotąd było prosto: zarabiałem głównie na umowach o dzieło. Teraz (najprawdopodobniej od lutego) będę jednak musiał założyć działalność gospodarczą, co mi się po prostu nie opłaca – ale nie bardzo mam inne wyjście. Działalność oznacza wyższe podatki, więcej pieniędzy na opłacenie ZUS i parę innych problemów. Plus jest taki, że może to mi rozwiąże kwestię samochodu – będę mógł wziąć coś w leasing. Ano, zobaczymy.

W kwestiach zawodowych (jak już jesteśmy przy marudzeniu) – poza „codziennościami” tłumaczę książkę. I cierpię jak potępieniec… Nie dlatego, że książka traktuje o sprawach, które nic mnie nie obchodzą – tu mam podejście profesjonalne, czyli zadaniowe („…dla chleba, panie, dla chleba”). I nawet nie dlatego, że jest śmiertelnie nudna. To jeszcze da się znieść (w końcu tłumaczyłem już w życiu poradnik pielęgnacji ogródków!). Problem polega na tym, że – i piszę to z pełną odpowiedzialnością i bez cienia przesady – jest to najgorzej napisana książka, z jaką w życiu (zawodowym) miałem do czynienia.

Autor (skądinąd zdaje się znakomity fachowiec i autorytet w swojej dziedzinie) po prostu fatalnie pisze. Zdania są niespójne, kolejne akapity mają się nijak do siebie (o tym, że pojedynczy akapit potrafi mieć półtorej strony, już nawet nie wspominam…). Cytaty często okazują się nie być cytatami; autor pisze coś w stylu „Minister Smith w czasie tego spotkania powiedział:”, po czym następuje cytat w cudzysłowie, który jednak okazuje się nie być przytoczeniem słów ministra Smitha, tylko fragmentu książki, której autor opowiada tę sytuację, w związku z tym w „cytacie z ministra Smitha” mowa jest o nim samym w trzeciej osobie… Albo są cytaty, która nawet SĄ cytatami, ale nie mają żadnego sensu – a po kwerendzie w sieci okazuje się, że autor przytacza dane słowa błędnie, zmieniając jakiś wyraz, który kompletnie przeinacza (czy wręcz brutalnie likwiduje) sens wypowiedzi. W książce padają fachowe (wydawałoby się) określenia, które po wrzuceniu w Google’a dają na przykład trzy (TRZY) wyniki: dwa są odniesieniami do tej książki, trzecie – do jakiejś fachowej dyskusji na forum tłumaczy, którzy (najwyraźniej) tłumaczyli tę książkę na… bułgarski. Pojawiają się skróty, których nie ma w spisie skrótów, a które wujek Google rozwija na pięćdziesiąt możliwych sposobów, z których jednakowoż żaden nie pasuje do treści książki. Pojawiają się zdania wielokrotnie złożone, przy których można odnieść wrażenie, że pod koniec zdania autor zdążył już zapomnieć, o czym traktował początek. No, dramat po prostu. A najdziwniejsze jest to, że wydawnictwo, które opublikowało to arcydzieło (mówię o oryginale) to szacowna instytucja związana z jednym z najlepszych uniwersytetów na świecie. W „podziękowaniach” („Acknowledgements”) na początku książki autor dobre pół strony poświęca podziękowaniom dla „wspaniałych i jakże kompetentnych redaktorów, dzięki którym…” etc. – a prawda jest taka, że książka sprawia wrażenie, jakby nigdy nie przebywała w jednym pomieszczeniu z jakimkolwiek redaktorem. Ale może się mylę – może przed redakcją było jeszcze gorzej?…

Dobrze, że przynamniej w miarę dobrze za to płacą.

***

Jest też trochę muzyki, o której chciałbym kilka słów. Katie Melua, Joe Bonamassa, nowy album Bruce’a Springsteena… Ale trochę już nie mam siły. Może następnym razem.

Życie on-line i literatura faktu

Nauczanie zdalne to nie jest to, co tygrysy lubią najbardziej. Dotyczy to zarówno tygrysów młodszych, jak starszych. Młodszym brakuje spotkań z kolegami i koleżankami, interakcji, zmiany otoczenia wymuszanej przez codzienne wyjście do szkoły. Starszym brakuje… braku młodszych przez te parę godzin dziennie. Mam wrażenie, że ani przez chwilę nie jestem sam. Jak siedzę i pracuję, to i tak co jakiś czas (zdecydowanie zbyt często) ktoś coś ode mnie chce. Jak wyjdę ze swojego pokoju, natychmiast słyszę „…tato!”. A jak wieczorem mam ochotę wyjść na spacer z psem, żeby pobyć trochę w samotności (…pies się nie liczy, bo nie gada…) i wyciszyć się słuchając muzyki, to zawsze ktoś (najczęściej Pietruszka) chce iść ze mną. Uff.

Stosunkowo najlepiej (tym razem) zdalną naukę znosi Pucek. Najgorzej – Pietruszka właśnie, który pracy ma mnóstwo (w końcu klasa maturalna) i w zasadzie siedzi u siebie od rana do wieczora, więc wieczorami jest marudny i boli go głowa. Na szczęście sam wpadł na to, że powinien choć raz dziennie wyjść na spacer. Niestety odbywa go najczęściej ze mną…

Poza tym Pietruszka skończył kurs i miał w czwartek zdawać egzamin na prawo jazdy. Słowo kluczowe – „miał”, bo nie zdawał: w czwartek rano, kiedy właśnie szykowaliśmy się, żeby jechać do Trochę Większego Miasta na rzeczony egzamin, do Pietruszki zadzwonili z WORD-u żeby nie przyjeżdżał, bo iluś tam egzaminatorów trafiło na kwarantannę i „dziś nic z tego”.

No OK, zdarza się (zwłaszcza ostatnio), poza tym i tak prawdopodobieństwo zdania za pierwszym razem jest niewielkie, więc niby się mistrz kierownicy in spe specjalnie na nic nie nastawiał – ale kto zna Pietruszkę, ten wie, że dla niego takie zmiany planów (zwłaszcza nagłe) nie są sprawą prostą. Więc przez cały czwartek chodził ponury, w piątek miał zły humor, dopiero dziś mu przeszło. No, prawie. W poniedziałek dowie się, kiedy ma szansę na ten egzamin…

***

Ja właśnie dostałem kolejną książkę z Dużego Naukowego Wydawnictwa. Z jednej strony to dobrze, rzecz prosta, z przyczyn oczywistych. Z drugiej…

Raz – że DNW jak zwykle wszystko musi robić na ostatnią chwilę. Książka musi być przetłumaczona najpóźniej do połowy stycznia, co przy jej objętości (plus minus 750 stron rozliczeniowych) oznacza, że nie ma najmniejszych szans, żebym mógł ją zrobić samemu. Musi być podzielona na dwóch tłumaczy, czego nie lubię – jedyny plus tej sytuacji jest taki, że ponieważ wydawnictwu zależy na tym, żebym ja tłumaczył przynajmniej część, do mnie zwrócili się najpierw, dzięki czemu miałem prawo wyboru i mogłem wybrać pierwszą połowę (co zawsze jest nieco łatwiejsze, bo do nikogo nie muszę się dostosowywać – no i nie muszę czytać pierwszej połowy, żeby wiedzieć, jak tłumaczyć drugą).

Konieczność dzielenia na dwóch oznacza, że zarobię na tym interesie mniej, niż bym chciał – ale z drugiej strony krótki okres sprawia, że jestem na dobrej pozycji w negocjacjach finansowych, więc jest szansa, że stawka będzie ciut wyższa. Czy to będzie duży ciut – to się jeszcze okaże (ja tym razem od razu podałem swoje minimum, żeby nie było niedomówień – i dostałem odpowiedź, że tyle będzie na pewno, a może się da trochę więcej).

Tylko ta książka… Ekonomia. Znowu. Fatum jakieś cholerne. Terminologię mam z grubsza opanowaną po poprzednim tłumaczeniu – ale ekonomia jako taka średnio mnie wciąga, a ta konkretna książka niestety niesie ze sobą mniej więcej tyle emocji i dobrej zabawy, co obserwowanie wyścigów okrętów podwodnych. Z brzegu.

Nie, nie żebym narzekał, dobrze, że jest. Ale trochę tęsknię za czasami, kiedy tłumaczyłem „Tybet…” czy „Lekcje chińskiego”.

***

A prywatnie, w (nielicznych) wolnych chwilach – czyli głównie wieczorami, na przykład w wannie – czytam jedną z najbardziej koszmarnych książek, jakie w życiu miałem w ręku (i nie mówię o jakości literatury, tylko o jej ciężarze). Wolno mi idzie, bo po prostu nie jestem w stanie przeczytać na raz więcej niż rozdział, najwyżej dwa – potem jestem już tak psychicznie zmaltretowany, że muszę to odłożyć. Czasami na dzień czy dwa.

Jak skończę, za parę dni, to napiszę coś więcej na ten temat, bo różne przemyślenia mnie nachodzą – i nie są to myśli przyjemne ani optymistyczne. I pomyśleć, że kiedyś (chyba po obejrzeniu jakiegoś filmu) byłem zachwycony wyspą Jersey i bardzo chciałem ją kiedyś odwiedzić…