Listopadowo

Skończyłem książkę (ten fragment, który tłumaczyłem) w sobotę wieczorem. Czyli w zasadzie przed czasem, bo w umowie miałem termin do dziś (do 4 listopada). Taki ze mnie stachanowiec.

Dobrze, że ta książka przyszła, bo mi finansowo cztery litery ratuje. Za jakieś dwa tygodnie powinny za nią być pieniądze (pani redaktor obiecała – i w umowie zawarła – że termin płatności będzie krótki. Może mi się wreszcie dołek wyrówna. Choć trochę.

Jestem po tym miesiącu bardzo zmęczony. Robiłem wszystko to co zwykle (tłumaczenia dla kolegi S., tłumaczenia dla Dużego Portalu), jakieś drobiazgi poza tym, no i oczywiście zakupy, obiady, prania etc – a POZA TYM tłukłem tę książkę. Na akord. Przez cały ten miesiąc w zasadzie nie robiłem NIC więcej.

A za oknami listopad. I cholerna zmiana czasu, której serdecznie nienawidzę, bo ciemno robi się w połowie dnia. Fuj.

Codzienność taka…

Nie piszę, bo nie mam kiedy. Więc teraz piszę, bo akurat mam chwilę. Bo jest wieczór. I łazienka zajęta (…), więc jeszcze nie mogę pójść spać. A już chyba chciałbym.

Książkę dostałem do tłumaczenia. I dobrze, bo – nie ukrywam – sytuację finansową mi to trochę (choćby chwilowo) ratuje. A ponieważ Duże Naukowe Wydawnictwo nie płaci ostatnio zaliczek, to jak dostanę całą sumę pod koniec listopada, to przynajmniej o święta nie będę musiał się martwić. To jest plus.

Są też minusy, niestety. Minus podstawowy jest taki, że czasu jest bardzo mało. Termin super-krótki, więc książka podzielona na trzech (troje?) tłumaczy, bo gruba. Teoretycznie do końca października trzeba ją oddać. Sygnał przyszedł w drugiej połowie września, więc zadeklarowałem się, że zdążę zrobić dwieście stron. I tyle dostałem. Ale ostateczny plik do tłumaczenia przyszedł półtora tygodnia później. Więc się zarzynam, tłukąc po dziesięć stron dziennie – oczywiście niezależnie od tego, co robię „na bieżąco”, a z czego przecież nie zrezygnuję, bo… wiadomo. A książka nie jest łatwa – ciekawa wprawdzie, ale napisana językiem nie do końca przyjaznym dla użytkownika. Więc jestem zarżnięty.

***

Piłka podjęła życiową decyzję: od tygodnia mieszka w bursie w Warszawie, do domu zjeżdża na weekendy. Kiedy składała papiery stypendialne do swojej super-hiper szkoły, zaznaczyła, że bursą nie jest zainteresowana. Bursa? Trzy osoby w pokoju? WSPÓLNA ŁAZIENKA? Nieee… Lepiej dojeżdżać.

Okazało się, że sprawy mają się nieco inaczej. Z jednej strony – dojazdy okazały się bardziej męczące, niż myślała. Dzień w dzień od trzech i pół do czterech godzin w drodze. Z drugiej – w TEJ szkole bursa wygląda… Jakby to powiedzieć… Nieco inaczej. „Bursa” to po prostu wynajęte przez szkołę piętro w pobliskim (sto metrów) hotelu biznesowym. Jedno skrzydło dla dziewcząt, drugie dla chłopców. W każdym skrzydle opiekun obecny 24/7. Pokoje jednoosobowe, z łazienkami i mini-kuchenką, poza tym większa kuchnia w pokoju wspólnym. Pełen komfort. Więc Piłka się zdecydowała (bo w umowie stypendialnej bursa była uwzględniona). I teraz zamiast wstawać przed szóstą, wstaje o siódmej (a mogłaby spokojnie nawet pół godziny później). I po szkole wraca – i ma czas na naukę i nie tylko. A do domu zjeżdża na weekendy.

A ja? No, nie jest to może jeszcze „syndrom opuszczonego gniazda”, ale przyznam, że poczułem się… Dziwnie.

***

Gdzieś w biegu – w samochodzie głównie – parę nowych „odkryć” muzycznych. Ale o tym już chyba następnym razem, bo łazienka się zwolniła…

Politycznie (…ale czy na pewno?)

Maciej Giertych – „nestor narodowej prawicy”, jak uroczo scharakteryzował go dziennikarz z portalu gazeta.pl – wystosował list otwarty do katolików świeckich, wzywający do… niegłosowania na PiS. Przeczytajcie.

Przyznam, że apel ten wywołał we mnie reakcję, którą chyba najlepiej można scharakteryzować jako dysonans poznawczy.

Bo z jednej strony muszę powiedzieć uczciwie, że profesor Giertych nie jest postacią z mojej bajki. Nie podobają mi się jego poglądy polityczne (bo też do endecji i neoendecji mi bardzo daleko). Nie podobała mi się jego wizja Kościoła. Nie byłem w stanie zapomnieć jego dość paskudnych zachowań z przeszłości – choćby tego, że w roku 1968 popierał udział Wojska Polskiego w tłumieniu Praskiej Wiosny, albo że po roku 1989 był przeciwny wycofaniu z Polski wojsk radzieckich (i, z tego co wiem, nigdy się z tych poglądów jednoznacznie nie wycofał).

A z drugiej strony czytam ten jego apel i… No kurczę, zgadzam się w zasadzie z każdym słowem. Z tym, że „Głosowanie na PiS to pewna droga do zniszczenia Kościoła Polskiego.” Że „W ciągu ostatnich czterech lat ścisłego związku Państwa z Kościołem nasz Kościół poniósł ogromne straty duchowe wynikające z faktu, że ta część społeczeństwa która nie popiera PiS (a jest to ponad połowa) masowo odchodzi od Kościoła.” Że „…sojusz Tronu z Ołtarzem zawsze osłabia duchowo Ołtarz.”

I tak dalej.

Dysonans poznawczy. Jak to możliwe, że człowiek, do którego poglądów mi tak daleko – i który w ogóle jest mi tak daleki – tak dokładnie trafia w sedno sprawy?

Nie on jeden zresztą. W to samo sedno trafiają dziś jak widać endecy (Giertych), katoliccy konserwatyści (Terlikowski – bardzo ostro w rozmowie ze Sroczyńskim) i socjaliści (choćby Sierakowski). Jak to możliwe, że ludzie o tak diametralnie różnych poglądach mówią tak bardzo jednym głosem w ocenie „dobrej zmiany”?

Wszyscy trafiają w sedno. Jak to wyjaśnić? Moim zdaniem – najbardziej chyba proroczo zrobił to Mistrz Młynarski w jednym z „podsumowań” na koniec któregoś programu Kabaretu Dudek:

Mili Państwo, dodam Wam na zakończenie, 
Że czy w upał, czy w czas mroźnej gołoledzi 
Coraz częściej słyszeć da się 
W telewizji, radio, prasie 
Ciepłe, szczere i otwarte wypowiedzi! 

A w tych wypowiedziach – wyznam Wam, Panowie – 
Nieodmiennie wciąż zadziwia mnie to jedno: 
To zadziwia mnie, Panowie, 
Że ktokolwiek się wypowie – 
Trafia swoją wypowiedzią w samo sedno! 

Już od dawna nie słyszałem wypowiedzi, 
Co by błędu zawierała choć zarodek. 
Czasem zda mi się na oko, 
Że ktoś myli się głęboko, 
A on – sunie bez wysiłku w sedna środek! 

Celnych owych wypowiedzi słucham przeto, 
Rozmyślając sobie czasem przy ich wtórze:
Czy ci ludzie w jednej chwili 
Tacy mądrzy się zrobili…
Czy to sedno się zrobiło takie duże…?

Bo nic nie jest takie proste, na jakie wygląda…

Poza pogrzebem – kilka dni wcześniej – byliśmy też na weselu. Żenił się syn mojej kuzynki, ślub był piękny, wesele kapitalne – pewnie coś jeszcze o nim napiszę. Ale tu nie o tym… Tu o kuzynce G., która zupełnie niespodziewanie zdołała na ten ślub i wesele dotrzeć, choć wszystko wskazywało na to, że jej nie będzie.

Kuzynka G. – młodsza siostra mamy Pana Młodego – od niemal 30 lat mieszka za oceanem. Atlantyckim, znaczy się. W Los Angeles. Od prawie 20 lat ma już amerykańskie obywatelstwo. Wyjechała tuż po 1989 r., ma wykształcenie i zawód, z którym w USA po nostryfikacji dyplomu od ręki znalazła dobrą pracę (fizjoterapeutka po wydziale rehabilitacji warszawskiej AWF).

Niestety, różne życiowe problemy – i, nie ukrywajmy, nałogi, głupie decyzje, nieprzemyślane działania, beztroska i takie trochę typowo polskie „jakoś to będzie” – sprawiły, że żyje jej się tam obecnie nie najlepiej. Nałogi wprawdzie zdołała opanować, ale problemy osobiste doprowadziły do problemów zdrowotnych, problemy zdrowotne – do problemów zawodowych (bo trudno być pełnowartościowym fizjoterapeutą, jak się samemu ma nie do końca sprawną rękę na przykład). Nie wspominając już o tym, że jak wiadomo w USA problemy zdrowotne sporo kosztują – kuzynka G. była niby ubezpieczona, ale jak miała wypadek, to okazało się, że ubezpieczenie jednak wszystkiego nie pokrywa – w efekcie całe oszczędności poszły na koszty leczenia i rehabilitacji (a i tak by nie starczyło, gdyby nie pomogła jej ciotka B. – jej matka, moja ciotka – mieszkająca w Polsce).

Teraz kuzynka ma lat 50+, zdrowie średnie (eufemizm), sytuację finansową nędzną, wygląda na osobę o dziesięć lat starszą niż jest – i w ogóle amerykański sen jakby się trochę czarno-biały zrobił…

Co robić? Ano, kuzynka wymyśliła proste rozwiązanie: sprzeda dom i wszystko co ma – i wróci do Polski. Bo jak sprzeda dom w LA, to spokojnie starczy jej na kupno tutaj (choćby u nas w czy w okolicy) małego domku z ogródkiem i jeszcze sporo zostanie. Super pomysł, prawda?

No właśnie nie bardzo. Odbyłem z G. długą rozmowę na ten temat. Nie próbowałem jej od tego pomysłu odwodzić – to jej życie i jej decyzja – ale chciałem uświadomić jej kilka problemów, z których moim zdaniem po prostu nie zdaje sobie sprawy.

RAZ: z czego będzie tu żyła? OK, dom kupi i wyposaży, kupi jakiś mały samochód, wiele jej nie trzeba, męża nie ma, dzieci nie ma. To, co zostanie z „amerykańskich” pieniędzy, wystarczy może jeszcze na pół roku życia, może na rok. Ale co dalej? W swoim zawodzie – w którym zresztą kiedyś była świetna – na dłuższą metę nie popracuje z powodów wyżej wymienionych. Same rekomendacje (znakomite) z paru bardzo dobrych amerykańskich szpitali nie wystarczą, jeśli fizycznie nie jesteś w stanie robić tego, co trzeba. A co poza tym potrafisz? Ano, niewiele, szczerze mówiąc. Plusem jest doskonała znajomość angielskiego (po niemal trzydziestu latach w Ameryce) – ale te same trzydzieści lat przebywania w niemal wyłącznie amerykańskich środowiskach sprawia, że znajomość polskiego już nie ta. Ja na razie rozwiązania tego problemu nie widzę. Ona też.

DWA: jakieś ubezpieczenie…? G. wyjechała, jak pisałem, niedługo po Wielkich Przemianach, zaraz po skończeniu studiów. Przez ostatnie prawie trzy dekady była – z punktu widzenia polskiego prawa – kompletnie „poza systemem”. NIGDY nie miała opłacanych jakichkolwiek składek ZUS, ani zdrowotnych, ani emerytalnych. A jej zdrowie jest takie, że na pewno będzie potrzebowała opieki lekarskiej, rehabilitacji i paru innych rzeczy, które w takiej sytuacji po prostu kosztują. Dużo. A emerytura? G. jest po pięćdziesiątce – nawet zakładając, że znajdzie tu jakąś pracę i będzie coś na ZUS odprowadzać, ile odłoży do emerytury? Za co będzie żyła, kiedy już nie będzie w stanie pracować (a, niestety, zważywszy na jej kondycję może to być wcześniej, niż by chciała)?

TRZY: do tego wszystkiego dochodzi fakt, że po tych trzydziestu latach „tam” ona nie ma tu żadnego środowiska, żadnej sieci społecznej. Jest paru dawnych kolegów z czasów szkolnych, z którymi ma jakiś tam kontakt – przy czym „jakiś tam” to bardzo dobre określenie. Ma matkę – ciotkę B. – która ją kocha i zrobiłaby dla niej wszystko, ale ma ponad osiemdziesiąt lat, coraz więcej problemów ze zdrowiem (jak to w tym wieku) i ani w sprawach pracy jej nie pomoże, ani w kwestii finansowej (oszczędności, które miała, już jej przekazała do USA – patrz wyżej). Ma ojca, w podobnym wieku, co prawda zdrowego i dość majętnego (ciotka B. i jej mąż są rozwiedzeni), z którym jednak z różnych powodów rodzinnych jest wiecznie skłócona do tego stopnia, że nie są w stanie wytrzymać ze sobą dłużej, niż pół godziny – a potem zawsze kończy się awanturą. Ma siostrę – kuzynka M. (mama pana młodego z wyżej wymienionego ślubu i wesela) jest osobą o poukładanym życiu, ma męża i dwoje dorosłych dzieci, współprowadzi małą, ale dynamiczną firmę, finansowo radzi sobie dobrze – chyba jednak nie na tyle dobrze, żeby wziąć na siebie utrzymywanie siostry (nawet, gdyby chciała). No i ma mnie, młodszego kuzyna, który finansowo nie pomoże jej na pewno, a w innych sprawach też niewiele zdziała, bo ma swoje problemy i troje dzieci na utrzymaniu.

Czym innym jest wyjazd na drugi koniec świata, kiedy ma się dwadzieścia pięć lat, jest się młodym, zdrowym i ma całe życie przed sobą – zupełnie czym innym jest porzucenie wszystkiego i wyjazd na drugi (…pierwszy?) koniec świata, kiedy ma się 50+ lat, marne zdrowie i żadnych oszczędności poza tym, co się może sprzedać. Trochę się boję, jak to się wszystko rozegra.

No, to sobie ponarzekałem.

Non omnis moriar…

Pogrzeb. Syn naszych znajomych zginął w wypadku. Miał piętnaście lat, był sympatycznym, fajnym dzieciakiem. W ubiegłym roku w czasie wyjazdu, kiedy moje Potwory zostały niechcący wrobione przeze mnie w opiekę nad młodszymi, był w grupie, którą opiekował się Pietruszka. Chłopak poszedł na rower, wychodząc jeszcze rzucił do swojej matki „Kocham cię, mamo!”. I już nie wrócił.

Wszystkich nas to bardzo poruszyło. Pietruszkę chyba siłą rzeczy najmocniej – choć nie należy on do ludzi, którzy publicznie płaczą czy głośno mówią o swoich emocjach, było widać, że było to dla niego trudne.

Kościół pełny. Jedną trzecią – a może i więcej – zajmowali jego koledzy i koleżanki ze szkoły. W szoku. Dziewczyny zapłakane. Chłopcy udawali, że się trzymają, ale miny mieli nietęgie. Dorośli też mieli oczy czerwone, co do jednego… „Nie takiego zakończenia wakacji spodziewaliśmy się” – powiedział na początku mszy proboszcz parafii.

Kazanie mówił ksiądz, który był przy nim w ostatnich chwilach życia, w szpitalu, udzielając mu sakramentów. Mówił bardzo „do ludzi” i po ludzku, powiedział parę mądrych rzeczy. Ale na koniec powiedział coś, po czym mnie po prostu rozkleiło. Cytuję z pamięci:

„Jasne, my, chrześcijanie, wierzymy w życie wieczne. Wierzymy w to, że śmierć nie jest końcem, że jest coś dalej, że kiedyś jeszcze się spotkamy, że nie cali umieramy. Ale muszę Wam powiedzieć coś szczególnego… Bardzo mi zależało, żebyście to usłyszeli, specjalnie prosiłem rodziców J., a oni, choć z oporami zgodzili się, żebym wam to powiedział.

Bo widzicie, w przypadku J. ta wiara w to, że śmierć nie jest końcem, że nie cali umieramy, ma także – poza wymiarem ostatecznym – bardzo konkrety wymiar doczesny. Bo w tej chwili, kiedy się tu spotykamy, kiedy w czasie tej mszy gromadzimy się przy trumnie J., jego serce dalej bije. Dosłownie. Bije w piersi innego młodego człowieka, któremu w ten sposób uratowano życie. Jestem księdzem, nie mam dzieci, nie potrafię sobie nawet wyobrazić, co czują rodzice, którzy stracili syna. Ale rodzice J. w takiej chwili, w takim cierpieniu, potrafili zdobyć się na wielkoduszność, wyrazić zgodę na transplantację, która uratowała komuś życie. I teraz serce ich dziecka dalej bije. Jeśli to nie jest heroizm, to nie wiem, co nim jest.”

Powyprawowo / Śródwakacyjnie

Mieszkaliśmy na kempingu w Savonie. Zwiedzaliśmy też Genuę, Imperię i Portofino. Pływaliśmy w Morzu Śródziemnym (plaża była tuż obok – wystarczyło wyjść z kempingu i przejść przez ulicę). Jedliśmy pyszne lody. I prawdziwą włoską pizzę (jak to jest, że na starówce w Savonie, w pięknym i skądinąd mocno turystycznym miejscu, pizza w ładnej pizzerii jest mniej więcej o jedną trzecią tańsza, niż w byle jakiej pizzowej sieciówce w Polsce…?).

No i kawa. Nie wiem, na czym to polega, ale takiej kawy jak we Włoszech po prostu nie ma gdzie indziej. Francja, Austria, Holandia – wszystko to niby kraje słynące z dobrej kawy, a jednak porównania nie ma. Ot, kemping nad morzem (taki „z tych tańszych”, rzecz prosta), przy kempingu – barek, w którym można kupić jakieś podręczne rzeczy, coś zjeść i napić się kawy. Miejsce zdecydowanie nie pierwszej kategorii. Proszę o kawę, płacę jedno euro (czyli 4,20) i dostaję TAKIE ESPRESSO, że szczęka opada. W niczym to nie przypomina tego, co u nas najczęściej podaje się jako espresso (czyli małej kawy, o której powiedzieć można niewiele poza tym, że jest tak mocna, że smaku już nie czuć). Smak, aromat, moc odpowiednia… Poezja. I takie samo espresso można dostać w niemal każdej kawiarni. Ale nie tylko w kawiarni – także w każdym przydrożnym barze czy małej pizzerii. Jedno euro, czasami – 1,20. Można?

Jasne, w Polsce też można napić się dobrej kawy – ale do tego trzeba pójść do dobrej kawiarni i zapłacić co najmniej dwa razy tyle. Ech.

…A wracając zatrzymaliśmy się na jeden dzień (pełny dzień – dwie noce) w Dolomitach. Kilka kilometrów w górę od Predazzo, w maleńkiej wiosce Bellamonte na terenie doliny Val di Fiemme (…czyli „doliny ognia”). Z kempingu był fantastyczny widok na góry – masyw Marmolady, Monte Civetta, Tofany i (w oddali) Torri del Vajolet. Pierwszej nocy zmarzliśmy (nad ranem było dwanaście stopni…), ale było warto.

A teraz już w domu. Robota, robota, trzeba nadganiać po dwóch tygodniach nicnierobienia. Przed nami jeszcze Gosławice koło Tarnowa (ja z Puckiem) i Sheffield (Potwory starsze). Ale to już, jak mawiał Kipling, zupełnie inna historia…

Czas leci…

…jak głupi. Dopiero był przecież wrzesień i zamieszanie ze zmianą szkoły Pucka, Pietrucha zaczynał liceum – a tu już wakacje. Upał się zrobił, jakieś wyjazdy trzeba planować… No wiadomo, lato.

Pucek w nowej klasie zadomowił się znakomicie. Skończył ze średnią 5,1 – pasek, wyróżnienie i w ogóle. Nawet jeśli ta szóstka z angielskiego była (moim zdaniem) nieco naciągana, to i tak uważam, że jest OK.

Pietruszka skończył pierwszą klasę liceum ze średnią 4,5 (mógłby mieć wyższą, ale doszedł do wniosku, że nie będzie tracił czasu na poprawianie takich przedmiotów jak EDB czy WOK). Z jednej strony oznacza to, że pierwszy raz w życiu nie ma świadectwa „z paskiem” (czym się nie przejmuje, podobnie zresztą jak ja), z drugiej – jest zdecydowanie w górnej połowie klasy, a w tym, co go naprawdę interesuje jest jednym z najlepszych. O ile Pietruszka samą średnią się nie przejmował, o tyle irytowało go, że z matematyki (!) ma czwórkę (a raz czy drugi nawet jakaś trójka wpadła). JEMU, który przecież zawsze był najlepszy w klasie, a z matematyki to w ogóle w szkole i okolicach… Tłumaczyłem mu, że chodzi do jednego z najlepszych liceów w Polsce, że do jego klasy (matematycznej) chodzą sami tacy „najlepsi w klasie”, bo nikt inny się tam nie dostał. Ale na zebraniu podpytałem o to jego wychowawczynię, zresztą matematyczkę właśnie. Potwierdziła, że moje podejście jest słuszne, a kiedy zapytałem ją, czy mam rozumieć, że chłopak nie ma się czym martwić, bo z tą matematyką sobie radzi, pani spojrzała na mnie nieco zdziwiona: – Radzi sobie? – powtórzyła. – Proszę pana, on dalej jest jednym z najlepszych w tej klasie. To, że nie ma samych piątek, wcale temu nie przeczy.

Piłka skończyła gimnazjum z najwyższą średnią w klasie (5,8) i drugą w szkole (w sąsiedniej klasie jest taka jednak Julka, co zawsze ma 6,0. Ale za to Julka miała 100% z trzech egzaminów gimnazjalnych na sześć – a Piłka z czterech. Więc obie uznały, że można mówić o remisie 😉 ) Moje dziecię (razem z Julką) było prezentowane całej szkole jako Wzór do Naśladowania, Uczeń, Którego Czeka Świetlana Przyszłość i w ogóle prawie święty obrazek. Tiaaa…

O szkole Piłki ostatnio pisałem – uważam, że poczucie humoru Pana Boga jest naprawdę specyficzne: przy moich wiecznych (i, niestety, niezmiennych) problemach finansowych moje dziecko będzie się uczyć w jednej z najdroższych szkół w Polsce. Co więcej, okazało się, że Piłka tak im się spodobała, że właśnie zaprosili ją na pięciodniową „Summer School” z wykładami z dziedziny nauk społecznych (pierwsze dni lipca). Piłka zachwycona – ja też, bo taka przyjemność nie jest uwzględniona w czesnym (…a więc także w stypendium) i normalnie trzeba by za nią niemało zapłacić. Ale moje dziecko jest tak genialne, że uznali, że ją zaproszą do udziału za friko. No, doprawdy…

***

Wakacje w zasadzie zaplanowane (czytaj: wszystko już jest, tylko pieniędzy na razie nie ma 😉

W lipcu pojedziemy na rodzinną wyprawkę wędrowno-namiotową, w planach jest tydzień na północy Włoch (tylko nie nad samym morzem, gdzie ceny są jak z kosmosu; wystarczy jednak odbić 15–20 kilometrów w głąb lądu i kempingi kosztują grosze, a nad morze samochodem). Co z tego wyniknie – zobaczymy.

Potem w sierpniu Potwory Starsze jadą do Anglii (o czym już pisałem), a my z Puckiem – pod Tarnów. Może jakoś te wakacje przeżyjemy…

***

A wczoraj była(…by?) dwudziesta rocznica naszego ślubu. W szalonym dniu (zakończenie roku, odwożenie papierów Piłki do szkoły i tysiąc innych Spraw Mniejszych i Większych) dopiero wieczorem znalazłem czas, żeby pójść na cmentarz. I jakoś już nie miałem siły, żeby o tym pisać…