Bieszczady revisited…

Prawie już zapomniałem, jakie piękne są Bieszczady… Prawie już zapomniałem, ile radości daje wędrowanie przez góry, ciepło słońca na twarzy, wiatr szumiący w koronach drzew, falujące trawy i śpiew ptaków w ciszy. Tak, wiem, że to co piszę jest do obrzydliwości sentymentalne – ale zrozumcie: od sześciu lat nie byłem w górach. To znaczy: byłem / bywałem (Alpy, Pireneje, co tam chcecie…), ale tylko przejazdem, tylko podziwiając z okien samochodu, albo co najwyżej z perspektywy spokojnego spaceru doliną. Bo tak a nie inaczej się życie toczyło, bo choroby, bo dzieci, bo Piłka ze swoimi chorymi stawami chodzić po górach za bardzo nie może, więc…

Ale w końcu się udało. Chłopcy bardzo chcieli po górach połazić, Piłka postanowiła, że zostanie w domu, bo miała ochotę na parę chwil w samotności i z książką (…o, jakże ją rozumiem!). A my pojechaliśmy na tydzień w Bieszczady, razem ze znajomymi i ich trzema córkami.

Trochę się bałem, szczerze mówiąc, jak to z tymi górami będzie. Bo raz – że te sześć lat przerwy w „chodzeniu”; dwa – że (co nie jest bez znaczenia) jest mnie dziś niestety sporo więcej, niż te sześć lat temu.

Okazało się jednak, że nie było tak źle. Jasne, tempo wchodzenia pod górę miałem dużo wolniejsze niż kiedyś, częściej musiałem przystawać, żeby złapać oddech, a zanim doszedłem na górę, byłem cały mokry. Ale co z tego? Doszedłem, a kiedy już byłem na górze, spokojnie szedłem dalej. I czułem (…i to czucie przekładało się na fakty…) że mógłbym tak iść, iść, iść…

Żeby to pokazać obrazkowo: żółtym szlakiem z Wetliny na Przełęcz Orłowicza według mapy idzie się dwie godziny. Dawniej (…czyli +/- ćwierć wieku temu…) pokonywałem tę trasę w godzinę i kwadrans. Teraz szedłem pełne dwie godziny (odliczam kilka minut przestoju kiedy okazało się, że Pucek obtarł sobie piętę i trzeba było użyć plasterka). Ale kiedy doszliśmy na przełęcz, idąc dalej przez połoninę – i przez Osadzki Wierch – nie czułem się zmęczony, a kiedy doszliśmy do końca i zeszliśmy na dół, na Berehy, to JA rzuciłem propozycję, żeby z marszu iść jeszcze na Caryńską (co oznaczałoby powrót do domu mocno późnym wieczorem), a MŁODZIEŻ oznajmiła, że już dziś nie da rady 🙂

Więc chyba nie jest tak źle…

***

Drugiego dnia w Bieszczadach okazało się, że schodzi mi powietrze z lewego przedniego koła. Krótkie poszukiwania – i okazało się, że właśnie niedaleko miejsca, w którym mieszkaliśmy (kilka kilometrów) jest bodaj jedyny w tej części gór warsztat samochodowy, w którym zajmują się także wulkanizacją. Pojechałem. Poczekałem, aż pan Czesio (tak stało na tabliczce) skończy dokręcać tłumik trzem sympatycznym dziewczynom z Kielc, którym także problemy samochodowe zakłóciły wakacje. A potem pan Czesio zajął się moim kołem.

Koło – banał, jakiś gwoździk się wbił, trzeba było zlokalizować, wyciągnąć, zrobić uszczelnienie i łatkę. Czekając i rozmawiając z panem Czesiem zobaczyłem wiszącą nad drzwiami warsztatu gitarę, bardzo podobną do mojej pierwszej gitary sprzed trzydziestu pięciu lat. Zagadałem, zapytałem. Od słowa do słowa pan Czesio wyciągnął dwie inne gitary (sprawne, choć jedna była w stanie mocno zużytym) i zaczęła się rozmowa o graniu i muzyce. Pan Czesio – na oko w wieku 60+ – opowiadał, jak mając sześć lat przyjechał z Opola do Cisnej z ojcem, który dostał tu pracę. I jak w szkole stworzyli później zespół muzyczny, jak grali na lokalnych festynach… Już wyobrażałem sobie jakieś ludowo-discopolowe klimaty, kiedy pan Czesio sięgnął po gitarę i całkiem fachowo zagrał „Schody do nieba” Zeppelinów, a potem parę innych kawałków z repertuaru klasyków rocka.

I tak, czekając aż łatka w oponie się utwardzi („…chemia musi mieć czas, żeby złapać”, jak powiedział pan Czesio) siedzieliśmy na starych oponach plumkając na dwóch gitarach i dyskutując o muzycznych fascynacjach.

Takie rzeczy tylko w Bieszczadach.

***

A wieczorami wychodziłem sobie sam na boczną drogę koło domu, w którym mieszkaliśmy. Wystarczyło pójść dwieście metrów w górę – i było kompletnie, absolutnie, doskonale ciemno (19 sierpnia był nów księżyca!). I wreszcie udało mi się popróbować fotografii Drogi Mlecznej. Efekty na razie dość średnie, ale pierwsze koty za płoty…

Nostalgicznie…

„Długi majowy weekend” trochę mnie nostalgicznie nastroił. I nie dlatego, że pogoda kiepska, bo to akurat mi nigdy nie przeszkadzało. Chodzi o to, że kiedyś te kilka dni – czasami lekko przedłużone, jeśli akurat kalendarz się sensownie ułożył – to był czas wyjazdowy. Zawsze. Co roku. Bez wyjątków.

W czasach studenckich jeździło się albo w Tatry, albo w Bieszczady. Szczególnie te bieszczadzkie wyjazdy wspominam niezwykle ciepło. Kiedyś (kiedy nie znałem jeszcze M.) pojechaliśmy we czwórkę – z Martą N., jej narzeczonym i jej bratem. Z Baligrodu do Wetliny dojeżdżaliśmy autostopem – zabrał nas kierowca wiozący chleb z piekarni do lokalnych sklepów. Dwie godziny jazdy w oparach zapachu świeżego, jeszcze ciepłego chleba… Do dziś to pamiętam. A potem – następnego dnia – wędrowaliśmy torami bieszczadzkiej wąskotorówki (wówczas – kompletnie nieużywanymi) z Wetliny aż na Moczarne.

Albo innym razem – w większej grupie kumpelsko-przyjacielskiej, kiedy w nocy poszliśmy z Wetliny szosą w kierunku Brzegów Górnych, na Przełęcz nad Berehami – i tam całą ekipą rozłożyliśmy się na asfalcie, na środku szosy, żeby gapić się w gwiazdy (bo noc była ciepła i bezchmurna, księżyc w nowiu, a gwiazdy były takie, jakich w mieście oglądać się nie da…). I kolega Jacek z początku strasznie się denerwował (…pamiętasz, Jacku?). „Dajcie spokój, wstawajcie, leżycie na środku szosy, w nocy, coś was przejedzie!” Ale wytłumaczyliśmy mu, że jesteśmy w środku Bieszczadów, jest druga w nocy, NIC tu o tej porze nie jeździ, a nawet gdyby jechało, to leżymy na przełęczy i każdy samochód będzie widać, kiedy będzie jeszcze trzy czy cztery kilometry od nas. Więc kolega Jacek się uspokoił i podziwiał gwiazdy z nami…

Albo kiedy na środku Połoniny Wetlińskiej koleżanka A., dla przyjaciół Tygrys, po usłyszeniu pewnego kawału (zresztą, mówiąc uczciwie, takiego sobie…) dostała tak histerycznego ataku śmiechu, że nie mogła się przestać śmiać przez dobre kilka minut – i siedziała na ziemi, na środku szlaku turystycznego, wydając z siebie dziwne odgłosy, aż przechodzący turyści upewniali się, czy na pewno nie trzeba wezwać pomocy…

A teraz – izolacja, pandemia, wirus i koniec świata. Wszystko, na co można było liczyć w majowy weekend to spacer po pobliskim lasku.

Droga. Brakuje mi drogi. Wędrowania. Plecaka na plecach, kamieni pod nogami, kilku przyjaciół i tego poczucia, że za najbliższym zakrętem może czekać na nas widok, którego jeszcze nie znamy – i którego nie zapomnimy do końca życia. A w ten majowy weekend brakuje mi tego szczególnie.

„Jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie”. Trzeba w to wierzyć.

Czekając na Kuriera…

Ot, sympatyczna historia w niesympatycznych czasach… Mam ci-ja takich znajomych za Wielką Wodą, w samej Hameryce. Poznaliśmy się drobne dwadzieścia siedem lat temu (!), kiedy pojechałem za Wielką Wodę na Światowe Dni Młodzieży, które wówczas odbywały się w Denver (tak, wtedy byłem jeszcze młodzieżą…). Jak do tego doszło – kiedyś tu chyba pisałem. Pisałem też, że po zakończeniu WYD’1993 przez dobre półtora miesiąca podróżowałem sobie samotnie po USA, mając „na życie” dokładnie pięć dolarów dziennie – co prawda ćwierć wieku temu było to ciut więcej niż dziś, ale i tak grosze. Pardon, centy. Jeździłem autobusami Greyhounda (miesięczny bilet na nie kupiłem jeszcze w Polsce, nie wiem, czy dziś nadal są takie możliwości, choć w epoce Internetu pewnie łatwiej to zrobić, niż wtedy). Trochę jeździłem też autostopem (pokonałem na przykład w ten sposób trasę Los Angeles – San Francisco i z powrotem). Jadałem głównie w różnych makdonaldach i innych burgerkingach, bo na nic innego te moje 5 dolarów dziennie raczej by nie starczyło. Sypiałem głownie „w drodze”, w autobusach, myłem się w prysznicach dla truckersów… Objechałem prawie całe Stany. To były czasy…

Ale wcześniej, jeszcze w Denver, poznałem kapitalnych ludzi – państwa L., którzy wprawdzie wiekiem bliżsi byli moim rodzicom, niż mnie (ich starszy syn jest ode mnie trzy lata młodszy) ale dogadaliśmy się fantastycznie. Po skończeniu WYD wylądowałem na półtora tygodnia u nich w domu, w Greeley, 50 mil od Denver. Gadaliśmy, graliśmy, rozmawialiśmy o muzyce (głównie o bluesie, ale nie tylko…), łaziliśmy po Górach Skalistych… Ech, rozmarzyłem się…

Po powrocie do Polski przez jakiś czas jeszcze pisywaliśmy do siebie, ale z czasem kontakt w sposób naturalny wyblakł. Odnowił się dwa lata temu, kiedy przeglądając stare papiery znalazłem ich adres – i pomyślałem, że jak po dwudziestu pięciu latach się „przypadkiem” znajduje taki adres, to można się odezwać. Nawiązanie kontaktu zajęło kilka miesięcy, bo okazało się, że państwo L. się przeprowadzili – co prawda tylko o kilka przecznic, ale trudno było ich znaleźć. Ale nie ma rzeczy niemożliwych w epoce Internetu… Znalazłem. Zaczęliśmy korespondować (już mailowo, rzecz prosta) i tak sobie korespondujemy do dziś. Oni piszą co u nich, ja piszę, co u mnie… Znowu rozmawiamy o bluesie… Wiadomo.

Ostatnio tematem numer jeden jest oczywiście epidemia… Oni – starsi ludzie, z grupy ryzyka – boją się głównie o swoje dzieci, bo syn jest szefem wielkiego supermarketu, więc styka się z tłumami ludzi (z czego połowa chodzi bez maseczek), a córka jest pielęgniarką w dużym szpitalu, więc wiadomo.

Ale właśnie kilka dni temu zeszło na inne tematy – no i pani L. napisała długiego maila, że właściwie, to oni mają dla mnie prezent. Na urodziny. Te pięćdziesiąte, co to je w tym roku obchodzę. Bo na początku mieli taki pomysł, że kupią mi bilet lotniczy do USA, żebym mógł ich w wakacje odwiedzić (…nawet odnotowali, że Polacy już wiz nie potrzebują!). No ale najpierw do nich doszło, że ja przecież mam troje dzieci, a na cztery bilety to ich nie stać… A potem zaczął się koronawirus, więc siłą rzeczy pomysł i tak wziął w łeb.

I w związku z tym wymyślili inny prezent. Ale mi nie powiedzą jaki. O, nie – to ma być niespodzianka. I że mam czekać na kuriera, który pewnie za jakiś czas do mnie zapuka. Żebym się nie zdziwił…

Zaraz, zaraz – że what?!

Kurier? Z prezentem? Z Ameryki?! No nie, nie całkiem z Ameryki, z Niemiec podobno. No bo przecież mamy XXI wiek, więc wszystko można kupić on-line i zlecić dostarczenie w dowolne miejsce, prawda? No więc oni kupili on-line. W Niemczech, bo tak im wyszło najłatwiej, a to do Polski już rzut beretem, prawda? Za rogiem po prostu. Father T. im pomógł, bo oni sami jeszcze nie do końca ten Internet ogarniają, ale się uczą (father T. to ksiądz – Polak, choć w Ameryce już urodzony, który jest wikariuszem w ich katolickiej parafii). A tak, tak, oni wiedzą, że urodziny dopiero w lipcu, ale teraz jest izolacja i wirus, i siedzi się w domu, więc teraz będę mógł się nacieszyć.

No więc mam czekać na kuriera. I mimo nacisków, błagań i szantażu niczego więcej się nie dowiedziałem (poza tym, że „na pewno mi się spodoba, bo z naszych różnych rozmów i maili to wiedzą”). No to czekam. Na kuriera. Co oni mogli wymyślić?…

Surprised Dog Blank Template - Imgflip

Powyprawowo / Śródwakacyjnie

Mieszkaliśmy na kempingu w Savonie. Zwiedzaliśmy też Genuę, Imperię i Portofino. Pływaliśmy w Morzu Śródziemnym (plaża była tuż obok – wystarczyło wyjść z kempingu i przejść przez ulicę). Jedliśmy pyszne lody. I prawdziwą włoską pizzę (jak to jest, że na starówce w Savonie, w pięknym i skądinąd mocno turystycznym miejscu, pizza w ładnej pizzerii jest mniej więcej o jedną trzecią tańsza, niż w byle jakiej pizzowej sieciówce w Polsce…?).

No i kawa. Nie wiem, na czym to polega, ale takiej kawy jak we Włoszech po prostu nie ma gdzie indziej. Francja, Austria, Holandia – wszystko to niby kraje słynące z dobrej kawy, a jednak porównania nie ma. Ot, kemping nad morzem (taki „z tych tańszych”, rzecz prosta), przy kempingu – barek, w którym można kupić jakieś podręczne rzeczy, coś zjeść i napić się kawy. Miejsce zdecydowanie nie pierwszej kategorii. Proszę o kawę, płacę jedno euro (czyli 4,20) i dostaję TAKIE ESPRESSO, że szczęka opada. W niczym to nie przypomina tego, co u nas najczęściej podaje się jako espresso (czyli małej kawy, o której powiedzieć można niewiele poza tym, że jest tak mocna, że smaku już nie czuć). Smak, aromat, moc odpowiednia… Poezja. I takie samo espresso można dostać w niemal każdej kawiarni. Ale nie tylko w kawiarni – także w każdym przydrożnym barze czy małej pizzerii. Jedno euro, czasami – 1,20. Można?

Jasne, w Polsce też można napić się dobrej kawy – ale do tego trzeba pójść do dobrej kawiarni i zapłacić co najmniej dwa razy tyle. Ech.

…A wracając zatrzymaliśmy się na jeden dzień (pełny dzień – dwie noce) w Dolomitach. Kilka kilometrów w górę od Predazzo, w maleńkiej wiosce Bellamonte na terenie doliny Val di Fiemme (…czyli „doliny ognia”). Z kempingu był fantastyczny widok na góry – masyw Marmolady, Monte Civetta, Tofany i (w oddali) Torri del Vajolet. Pierwszej nocy zmarzliśmy (nad ranem było dwanaście stopni…), ale było warto.

A teraz już w domu. Robota, robota, trzeba nadganiać po dwóch tygodniach nicnierobienia. Przed nami jeszcze Gosławice koło Tarnowa (ja z Puckiem) i Sheffield (Potwory starsze). Ale to już, jak mawiał Kipling, zupełnie inna historia…

Powakacyjnie

Tak, tak, wiem, poprzedni wpis był półtora miesiąca temu. Jakoś ciężko mi się ostatnio zebrać do tego, żeby tu coś napisać. NIe wspominając o tym, że miesiąc nas w domu nie było.

Tak, miesiąc. Z czego, rzecz prosta, mojego „urlopu” – czasu, kiedy nic nie robiłem zawodowo – był tydzień. Dobre i to.

Byliśmy w C., gdzie przyjmowano nas ciepło jak zwykle.

Byliśmy w Niemczech, u znajomych, w Lesie Palatynackim, w ich pięknym, nowym domu położonym w małej wiosce w górskiej dolince. Zwiedzaliśmy stare zamki, jeździliśmy pięknymi trasami, śmialiśmy się razem, wygłupialiśmy się. Nas czworo, ich ośmioro: wystarczyło, żeby wszyscy znaleźli się w tym samym czasie w jednym pomieszczeniu – i już było wesoło.

Potem byliśmy tydzień we Francji – ale nie w Bretanii, bo okazało się, że akurat przez te kilka dni w Bretanii miało być deszczowo. Więc pojechaliśmy ciut dalej na południe, do Wandei, a konkretnie – na niezwykłą wyspę Île de Noirmoutier. Leniwy czas, spokojny, wakacyjny. Kemping nad samym oceanem, który szumiał nocami na swój niepowtarzalny, oceaniczny sposób.

A na koniec – Kotlina Kłodzka i rekolekcje / warsztaty muzyczne, podczas których okazało się, że z czterdziestki przypadkowych amatorów można jednak stworzyć chór, który naprawdę zabrzmi.

A teraz… Koniec wakacji. Za parę dni nowy rok szkolny. Znowu zacznie się „codzienność”. Pustka, która przez te dwa miesiące została zepchnięta poza margines postrzegania, wraca. Oczywiście – przecież wiadomo było, że nie zniknie.

Tysiąc myśli, inspiracji, projektów i pomysłów… Z których, rzecz prosta, nic nie wyjdzie. Bo brak czasu, bo obiad, pranie, dojazdy i praca, żeby na to wszystko pieniędzy starczyło.

Czegoś, cholera, w tym wszystkim brakuje.

Post-wyjazdowo…

Wróciły Puchatki wczoraj wieczorem. Przejechały 3,4 tysiąca kilometrów, ale i tak najbardziej męczący był ostatni odcinek po do znudzenia remontowanej gierkówce…

Trasa była niesamowita:

Polska – Słowacja – Węgry – Słowenia – Chorwacja – Słowenia – Włochy – Austria – Niemcy – do domu.

Opowiem po kawałku, w kolejnych odcinkach. Teraz tylko napiszę, że do listy miejsc które Koniecznie-Kiedyś-Trzeba-Dokładnie-Zwiedzić doszło kolejnych kilkanaście pozycji…

Mruczanka Majowa

Zwiedzaliśmy poniemiecki bunkier kolejowy (380 metrów, beton, tory, mokro i ZIMNO jak jasny szlag). Obejrzeliśmy romański kościółek z XI w., podobno jeden z najstarszych w Polsce. Widzieliśmy żubry. Pucek poznał strażaków (prawdziwych!), którzy pozwolili mu założyć strażacki kask, strażacką kamizelkę (sięgała do kostek…), potrzymać strażackiego węża i usiąść za kierownicą strażackiego samochodu. Jeśli Wam napiszę, że ukochaną kreskówką Pucka jest „Strażak Sam”, to chyba zrozumiecie, co to dla niego znaczyło. Przez pół godziny Pucek stanowił jedno, wielkie, czteroletnie szczęście. Dwadzieścia kilo żywego zachwytu.

A następnego dnia popłynęliśmy kajakami po Pilicy. Przez nieco ponad cztery godziny pokonaliśmy dobre dwadzieścia kilometrów (ze Spały do mostu w Mysiakowcu). Słońce, cisza, śpiew ptaków. Zwłaszcza na pierwszym odcinku ze Spały do Inowłodza trasa jest naprawdę piękna. Rzeka meandruje, brzegi są porośnięte lasem, po wodzie pływają kaczki i perkozy, zrywają się do lotu łabędzie, a ptaki śpiewają tak, że aż się niesie. I żadnych ludzi, przez prawie półtorej godziny żywego ducha, żadnych odgłosów poza naturalnymi. Cisza jak w środku wielkiej puszczy…

Potwory były przeszczęśliwe, a Pucek zwłaszcza – mimo że w normalnych warunkach posadzenie go w jednym miejscu na cztery godziny (z krótką przerwą na plaży w Inowłodzu) mogłoby się skończyć czymś na kształt niewielkiej wojny atomowej.

*** 

Marzy mi się majówka w Bieszczadach, jak za dawnych czasów. W małej grupce przyjaciół – albo po prostu tylko we dwoje. Marzy mi się żeby tak jak dawniej pójść z Wetliny przez Przełęcz Karłowicza na Połoninę Wetlińską, a z niej na Caryńską. I żeby wracając w środku nocy leżeć sobie na szosie w Brzegach Górnych i gapić się w gwiazdy.

Ale pewnie jeszcze parę lat musi minąć, zanim to znowu będzie możliwe.

*** 

Maj to jednak magiczny miesiąc. Koniec zimy – definitywnie. Początek lata.

 

http://www.wrzuta.pl/embed_audio.js?key=0nEYaoj4JMC&login=rynna&width=450&bg=ffffff

Powakacyjnie…

Tyle się dzieje po powrocie do domu, że nie mam kiedy pisać. A przecież do dopiero przygrywka – prawdziwa jazda zacznie się od września, jak Potwory ruszą do szkół, a M. do pracy… Już się boję.

Ale tymczasem, zgodnie z obietnicą, trochę o Wielkiej Wyprawie.

Wyruszyliśmy z miejscowości C., z Dolnego Śląska, gdzie M. z Potworami spędzili kilka dni u Ulubionej Cioci i Dziadka (tzn. Dziadka M., a pradziadka Potworów). Ja dojechałem tam tylko na dwa dni – i ruszyliśmy na zachód.

Z C. do granicy w Zgorzelcu jest 70 kilometrów, ale autostradą. A potem granica (nawet nie zwolniliśmy…) – i już zaczynają się niemieckie autostrady, których fanklub od tych wakacji reprezentuję.

Z C. jechaliśmy do Ottersheim bei Landau, gdzie mieszka serdeczna koleżanka M. z mężem i czwórką dzieci. Trasa z C. do Ottersheim to 730 kilometrów. Przejechaliśmy to w jeden dzień, przy czy samej jazdy było nieco ponad 6 godzin. Niemieckie autostrady, wspominałem?..

W Ottersheim spędziliśmy trzy i pół dnia, wspominając Dawne Czasy, podróżując po okolicy (Nadrenia – Palatynat, góry Harzu, Speyer z niesamowitą, romańską katedrą…) – można zobaczyć na zdjęciach (w linkach po lewej).

A potem ruszyliśmy (dla odmiany) za zachód.

Pierwotne plany przewidywały "pojeżdżenie po Francji". Myśleliśmy o Wogezach, o Masywie Centralnym… Ale jak przyszło co do czego, doszliśmy do wniosku że jednak ze względu na Potwory warto by nad jakieś morze. A konkretnie – to nawet nad jakiś ocean. Więc ruszyliśmy w stronę Bretanii…

Przejechaliśmy – nocując na kempingach – calusieńką dolinę Loary, zamki niestety oglądając tylko od zewnątrz (Potwory, a zwłaszcza trzylatek Pucek, nie są jeszcze na etapie "zwiedzania"…).

Przejechaliśmy przez Orlean, bo po prostu nie mogliśmy sobie darować wejścia do Katedry, skoro byliśmy tak blisko… Potwory jednakowoż znacznie bardziej zachwyciły się karuzelą stojącą na centralnym placu miasta, obok pomnika świętej Joanny d’Arc. Stara, francuska karuzela – piętrowa – wprawdzie się nie kręciła, ale można było po niej chodzić, co Potworom zajęło godzinę.

Kiedy już dojechaliśmy do Bretanii, rozbiliśmy się na kilka dni na kempingu w Plouharnel (południe), a stamtąd jeździliśmy na plaże (głównie na półwysep Quiberon), do Carnac, na Point du Raz.

My z M. byliśmy już w tych rejonach – dziesięć lat temu, na ostatniej wyprawie przed epoką Potworów. Mówiąc precyzyjnie – Pietruszka był już w zasadzie z nami, choć nikt poza nami jeszcze o tym nie wiedział… 🙂

Bretania…

Magiczne miejsce. Może nie tak jak Szkocja, ale jednak magiczne. Kamienne domki, niebieskie okiennice, menhiry, dolmeny…

I wiatr od oceanu.

Wiatr od oceanu to coś zupełnie wyjątkowego. To nie to samo, co wiatr od morza (choćby nad Bałtykiem czy Morzem Północnym). Nie wiem na czym to polega – ale ten zapach powietrza i szum w gałęziach drzew połączone z odgłosami fal bijących o skały, wszystko to jest absolutnie niepowtarzalne.

Pamiętam wiatr nad oceanem w północnej Szkocji – ale także na zachodnich wybrzeżach Hiszpanii, w Portugalii, pamiętam wiatr znad Pacyfiku w Kalifornii, na Santa Monica czy nad Zatoką San Francisco… Taki wiatr, w którym można się zakochać, który wzywa do wypłynięcia na ocean, do wędrowania, do pójścia drogą, której się nigdy nie widziało na oczy.

Choćby dla tego wiatru warto było przejechać te sześć tysięcy kilometrów.

***

Wyprawę generalnie należy zaliczyć do udanych. Pogoda była wspaniała. Potwory na kempingach spisywały się dzielnie i świetnie się bawiły. Zobaczyliśmy kawał Europy, a my z M. przypomnieliśmy sobie nasze dawne wyprawy – i odbudowaliśmy w sobie trochę nadziei, że może jeszcze kiedyś…

Tylko kiedy?

Mruczanka Post-Podróżna

Puchatek uniżenie przeprasza, że go tutaj przez miesiąc nie było. Ale był gdzie indziej, gdzie dostęp do sieci nie należał do priorytetów.

Najpierw były przygotowania (równolegle z kończeniem różnych pilnych prac…), potem wyjazd i wyprawa.

Opiszę Wam wszystko, ale jeszcze nie dziś. Bo wczoraj późnym popołudniem wróciliśmy dopiero z wyprawy, zwanej przez M. nieco złośliwie obozem wędrownym.

Przejechaliśmy całe Niemcy (w poprzek) i całą Francję (takoż). Skakaliśmy na falach Atlantyku w Bretanii. Jedliśmy bretońskie naleśniki. Robiliśmy sobie zdjęcia pod menhirami i dolmenami. Potwory zaznały mieszkania w namiocie – i bardzo im się spodobało. I tak dalej.

Przejechaliśmy (od wyjazdu z domu do powrotu pod furtkę) prawie sześć tysięcy kilometrów.

A tak na szybko – trzy krótkie myśli natury geograficzno-teologicznej:

1. Żadne morze, jezioro, staw czy rzeka nie mogą się równać z oceanem.

2. Katedra w Orleanie nie ma sobie równych – żadna inna (nawet paryska Notre Dame, nawet katedra w Chartres…) nie mają w sobie tyle strzelistości, lekkości i gotyckiego piękna (tak, to subiektywna uwaga).

3. Jeśli niebo ma być miejscem doskonałym, to budowę dróg Pan Bóg niewątpliwie powierzy Niemcom.

Mruczanka Górska Jak Najbardziej

Pietruszka miał obiecany – w prezencie pierwszokomunijnym – wyjazd z tatą w góry. Taką męską wyprawę, tylko we dwóch. I tak NAPRAWDĘ w góry. Jak usłyszał o tym prezencie, to ucieszył się tak, jak – gwarantuję – żadne dziecko nie cieszyło się z komunijnego roweru, komputera, quada czy co tam teraz akrat jest na topie komunijnych prezentów…

Wyprawa miała mieć miejsce w końcu czerwca, ale pogody nie było, a jechać w Tatry po to, żeby siedzieć w domu u przemiłej skądinąd ciotki A – to, sami przyznacie, byłoby bez sensu.

Pogody nie było i nie było – ale prognozy uważnie obserwowane wskazały jednoznacznie, że pogoda BĘDZIE w czwartek, 7. lipca. Więc Puchatek był zgarnął Pietruszkę i pojechali w środę do Zakopanego, przenocowali u ciotki, a w czwartek rano (BARDZO rano) zerwali się z łóżek i popędzili w góry.

Pietruszka ma dziewięć lat – ale jest naprawdę wspaniałym turystą. Idzie dzielnie, nie marudzi, jest wytrwały… Plan był taki, żeby w ramach tej "górskiej inicjacji" po raz pierwszy umożliwić mu przekroczenie magicznej granicy dwóch tysięcy metrów nad poziomem morza.

Najpierw więc wjechali na Kasprowy (no tak, kolejką – gdyby zaczęli od dwugodzinnego wspinania na Kasprowy, to jednak dla dziewięciolatka mogłoby być za dużo). Kolejka zresztą była dodatkową atrakcją, wiadomo. Zachwyt dziewięcioletniego turysty na widok przepaści za Myślenickimi Turniami był naprawdę ogromny. A potem wyszliśmy na Kasprowy i…

Pietruszka bywał w górach – ale nigdy w takim miejscu. Pogoda była fantastyczna, trochę małych chmurek, słońce, wiatr. Widok – jak to z Kasprowego, na całe Wysokie Tatry. Świnica z gustowną czapeczką z obłoków, Kozie Wierchy, Granaty, Kościelec jak na dłoni, w oddali Krywań… Słowo daję, nigdy Puchatek nie widział u swojego najstarszego potomka takich wielkich oczu. Widać było, że połknął bakcyla.

Z Kasprowego ruszyliśmy na zachód (Świnica – uznał Puchatek – to jednak za dużo dla dziewięciolatka). Goryczkowe, Suche Czuby, Przełęcz pod Kopą – i po mozolnej wspinaczce wreszcie Kopa Kondracka. Dwa tysiące i pięć metrów nad poziomem  morza.

Na Kopie zdjęcia, a potem – w dół, na Przełęcz Kondracką i wgórę, na Giewont…

Giewont to szczyt specyficzny. Miejsce magiczne – ale przez to tak oblężone, że Puchatek był na nim RAZ. Mniej więcej dwadzieścia pięć lat temu. I potem już nigdy, absolutnie nigdy się tam nie pchał – zresztą sam widok kolejki turystów w klapkach czekających na zwolnienie miejsca na łańcuchach zawsze wystarczał, aby Puchatka zniechęcić.

No, ale Pietruszka ma dziewięć lat i marzył, żeby być na Giewoncie – więc Puchatek poszedł. Kolejka koszmarna, ludzi tłum – ale widok ze szczytu (i widok zachwyconej twarzy Pietruszki) był tego wart.

A potem w dół, najcięższą możliwą trasą z zejściem na Strążyską. Łącznie w trasie byliśmy dziesięć godzin. A po powrocie do domu ciotki A. Pietruszka padł na łóżko, chwilę milczał, poczym zapytał:

– No, to teraz już mogę pomarudzić?

***

Dobrze jest czasami przypomnieć sobie, co się naprawdę kocha. Są ludzie – mam wielu takich znajomych – którzy mimo całej miłości do gór nie lubią Tatr. Bo małe, bo zatłoczone, bo tłum ludzi… Rozumiem ich. Mnie też irytują te tłumy, mnie też męczy "ceprowisko" w którym z rzadka tylko można spotkać prawdziwego turystę. Ja też lubię ciszę Beskidów, nastrój Bieszczadów…

Ale Tatry są jednak niepowtarzalne. Widok Wysokich Tatr ze szczytu Świnicy – czy choćby z Kasprowego i Suchych Czubów – to coś, czego się nie zapomina. I do czego chce się wracać, nawet jeśli trzeba w tym celu ścierpieć te tłumy…

W wysokich górach człowiek czuje, że żyje. Że jest wolny (niezależnie od wszystkich swoich problemów, kłopotów, ciężarów). Człowiek przypomina sobie, kim naprawdę jest. Uświadamia sobie na powrót właściwe proporcje, hierarchię ważności spraw. Z góry widać wyraźniej. Przeszkody które na dole wydaja się nie do pokonania z górskiego szlaku okazują się tym, czym są naprawdę: głupstwami.

W takich górach jestem u siebie. Tam jest moje miejsce (nawet, jeśli na co dzień mieszkam gdzie indziej). Tam zawsze wracam.

You won’t know what tomorrow brings / In a world where few hearts survive

All I know is the way I feel / And if it’s real I’m gonna keep it alive

Cause the road, the road is long / There are mountains in our way / But we climb still higher everyday

Lord lift us up where we belong / Where the eagels fly on a mountain high

Lord lift us up where we belong / Up from the worlds we know / Where the clear winds blow (…)

Znacie to? Pewnie znacie. To posłuchajcie.