Powakacyjnie

Tak, tak, wiem, poprzedni wpis był półtora miesiąca temu. Jakoś ciężko mi się ostatnio zebrać do tego, żeby tu coś napisać. NIe wspominając o tym, że miesiąc nas w domu nie było.

Tak, miesiąc. Z czego, rzecz prosta, mojego „urlopu” – czasu, kiedy nic nie robiłem zawodowo – był tydzień. Dobre i to.

Byliśmy w C., gdzie przyjmowano nas ciepło jak zwykle.

Byliśmy w Niemczech, u znajomych, w Lesie Palatynackim, w ich pięknym, nowym domu położonym w małej wiosce w górskiej dolince. Zwiedzaliśmy stare zamki, jeździliśmy pięknymi trasami, śmialiśmy się razem, wygłupialiśmy się. Nas czworo, ich ośmioro: wystarczyło, żeby wszyscy znaleźli się w tym samym czasie w jednym pomieszczeniu – i już było wesoło.

Potem byliśmy tydzień we Francji – ale nie w Bretanii, bo okazało się, że akurat przez te kilka dni w Bretanii miało być deszczowo. Więc pojechaliśmy ciut dalej na południe, do Wandei, a konkretnie – na niezwykłą wyspę Île de Noirmoutier. Leniwy czas, spokojny, wakacyjny. Kemping nad samym oceanem, który szumiał nocami na swój niepowtarzalny, oceaniczny sposób.

A na koniec – Kotlina Kłodzka i rekolekcje / warsztaty muzyczne, podczas których okazało się, że z czterdziestki przypadkowych amatorów można jednak stworzyć chór, który naprawdę zabrzmi.

A teraz… Koniec wakacji. Za parę dni nowy rok szkolny. Znowu zacznie się „codzienność”. Pustka, która przez te dwa miesiące została zepchnięta poza margines postrzegania, wraca. Oczywiście – przecież wiadomo było, że nie zniknie.

Tysiąc myśli, inspiracji, projektów i pomysłów… Z których, rzecz prosta, nic nie wyjdzie. Bo brak czasu, bo obiad, pranie, dojazdy i praca, żeby na to wszystko pieniędzy starczyło.

Czegoś, cholera, w tym wszystkim brakuje.

Post-wyjazdowo…

Wróciły Puchatki wczoraj wieczorem. Przejechały 3,4 tysiąca kilometrów, ale i tak najbardziej męczący był ostatni odcinek po do znudzenia remontowanej gierkówce…

Trasa była niesamowita:

Polska – Słowacja – Węgry – Słowenia – Chorwacja – Słowenia – Włochy – Austria – Niemcy – do domu.

Opowiem po kawałku, w kolejnych odcinkach. Teraz tylko napiszę, że do listy miejsc które Koniecznie-Kiedyś-Trzeba-Dokładnie-Zwiedzić doszło kolejnych kilkanaście pozycji…

Mruczanka Majowa

Zwiedzaliśmy poniemiecki bunkier kolejowy (380 metrów, beton, tory, mokro i ZIMNO jak jasny szlag). Obejrzeliśmy romański kościółek z XI w., podobno jeden z najstarszych w Polsce. Widzieliśmy żubry. Pucek poznał strażaków (prawdziwych!), którzy pozwolili mu założyć strażacki kask, strażacką kamizelkę (sięgała do kostek…), potrzymać strażackiego węża i usiąść za kierownicą strażackiego samochodu. Jeśli Wam napiszę, że ukochaną kreskówką Pucka jest „Strażak Sam”, to chyba zrozumiecie, co to dla niego znaczyło. Przez pół godziny Pucek stanowił jedno, wielkie, czteroletnie szczęście. Dwadzieścia kilo żywego zachwytu.

A następnego dnia popłynęliśmy kajakami po Pilicy. Przez nieco ponad cztery godziny pokonaliśmy dobre dwadzieścia kilometrów (ze Spały do mostu w Mysiakowcu). Słońce, cisza, śpiew ptaków. Zwłaszcza na pierwszym odcinku ze Spały do Inowłodza trasa jest naprawdę piękna. Rzeka meandruje, brzegi są porośnięte lasem, po wodzie pływają kaczki i perkozy, zrywają się do lotu łabędzie, a ptaki śpiewają tak, że aż się niesie. I żadnych ludzi, przez prawie półtorej godziny żywego ducha, żadnych odgłosów poza naturalnymi. Cisza jak w środku wielkiej puszczy…

Potwory były przeszczęśliwe, a Pucek zwłaszcza – mimo że w normalnych warunkach posadzenie go w jednym miejscu na cztery godziny (z krótką przerwą na plaży w Inowłodzu) mogłoby się skończyć czymś na kształt niewielkiej wojny atomowej.

*** 

Marzy mi się majówka w Bieszczadach, jak za dawnych czasów. W małej grupce przyjaciół – albo po prostu tylko we dwoje. Marzy mi się żeby tak jak dawniej pójść z Wetliny przez Przełęcz Karłowicza na Połoninę Wetlińską, a z niej na Caryńską. I żeby wracając w środku nocy leżeć sobie na szosie w Brzegach Górnych i gapić się w gwiazdy.

Ale pewnie jeszcze parę lat musi minąć, zanim to znowu będzie możliwe.

*** 

Maj to jednak magiczny miesiąc. Koniec zimy – definitywnie. Początek lata.

 

http://www.wrzuta.pl/embed_audio.js?key=0nEYaoj4JMC&login=rynna&width=450&bg=ffffff

Powakacyjnie…

Tyle się dzieje po powrocie do domu, że nie mam kiedy pisać. A przecież do dopiero przygrywka – prawdziwa jazda zacznie się od września, jak Potwory ruszą do szkół, a M. do pracy… Już się boję.

Ale tymczasem, zgodnie z obietnicą, trochę o Wielkiej Wyprawie.

Wyruszyliśmy z miejscowości C., z Dolnego Śląska, gdzie M. z Potworami spędzili kilka dni u Ulubionej Cioci i Dziadka (tzn. Dziadka M., a pradziadka Potworów). Ja dojechałem tam tylko na dwa dni – i ruszyliśmy na zachód.

Z C. do granicy w Zgorzelcu jest 70 kilometrów, ale autostradą. A potem granica (nawet nie zwolniliśmy…) – i już zaczynają się niemieckie autostrady, których fanklub od tych wakacji reprezentuję.

Z C. jechaliśmy do Ottersheim bei Landau, gdzie mieszka serdeczna koleżanka M. z mężem i czwórką dzieci. Trasa z C. do Ottersheim to 730 kilometrów. Przejechaliśmy to w jeden dzień, przy czy samej jazdy było nieco ponad 6 godzin. Niemieckie autostrady, wspominałem?..

W Ottersheim spędziliśmy trzy i pół dnia, wspominając Dawne Czasy, podróżując po okolicy (Nadrenia – Palatynat, góry Harzu, Speyer z niesamowitą, romańską katedrą…) – można zobaczyć na zdjęciach (w linkach po lewej).

A potem ruszyliśmy (dla odmiany) za zachód.

Pierwotne plany przewidywały "pojeżdżenie po Francji". Myśleliśmy o Wogezach, o Masywie Centralnym… Ale jak przyszło co do czego, doszliśmy do wniosku że jednak ze względu na Potwory warto by nad jakieś morze. A konkretnie – to nawet nad jakiś ocean. Więc ruszyliśmy w stronę Bretanii…

Przejechaliśmy – nocując na kempingach – calusieńką dolinę Loary, zamki niestety oglądając tylko od zewnątrz (Potwory, a zwłaszcza trzylatek Pucek, nie są jeszcze na etapie "zwiedzania"…).

Przejechaliśmy przez Orlean, bo po prostu nie mogliśmy sobie darować wejścia do Katedry, skoro byliśmy tak blisko… Potwory jednakowoż znacznie bardziej zachwyciły się karuzelą stojącą na centralnym placu miasta, obok pomnika świętej Joanny d’Arc. Stara, francuska karuzela – piętrowa – wprawdzie się nie kręciła, ale można było po niej chodzić, co Potworom zajęło godzinę.

Kiedy już dojechaliśmy do Bretanii, rozbiliśmy się na kilka dni na kempingu w Plouharnel (południe), a stamtąd jeździliśmy na plaże (głównie na półwysep Quiberon), do Carnac, na Point du Raz.

My z M. byliśmy już w tych rejonach – dziesięć lat temu, na ostatniej wyprawie przed epoką Potworów. Mówiąc precyzyjnie – Pietruszka był już w zasadzie z nami, choć nikt poza nami jeszcze o tym nie wiedział… 🙂

Bretania…

Magiczne miejsce. Może nie tak jak Szkocja, ale jednak magiczne. Kamienne domki, niebieskie okiennice, menhiry, dolmeny…

I wiatr od oceanu.

Wiatr od oceanu to coś zupełnie wyjątkowego. To nie to samo, co wiatr od morza (choćby nad Bałtykiem czy Morzem Północnym). Nie wiem na czym to polega – ale ten zapach powietrza i szum w gałęziach drzew połączone z odgłosami fal bijących o skały, wszystko to jest absolutnie niepowtarzalne.

Pamiętam wiatr nad oceanem w północnej Szkocji – ale także na zachodnich wybrzeżach Hiszpanii, w Portugalii, pamiętam wiatr znad Pacyfiku w Kalifornii, na Santa Monica czy nad Zatoką San Francisco… Taki wiatr, w którym można się zakochać, który wzywa do wypłynięcia na ocean, do wędrowania, do pójścia drogą, której się nigdy nie widziało na oczy.

Choćby dla tego wiatru warto było przejechać te sześć tysięcy kilometrów.

***

Wyprawę generalnie należy zaliczyć do udanych. Pogoda była wspaniała. Potwory na kempingach spisywały się dzielnie i świetnie się bawiły. Zobaczyliśmy kawał Europy, a my z M. przypomnieliśmy sobie nasze dawne wyprawy – i odbudowaliśmy w sobie trochę nadziei, że może jeszcze kiedyś…

Tylko kiedy?

Mruczanka Post-Podróżna

Puchatek uniżenie przeprasza, że go tutaj przez miesiąc nie było. Ale był gdzie indziej, gdzie dostęp do sieci nie należał do priorytetów.

Najpierw były przygotowania (równolegle z kończeniem różnych pilnych prac…), potem wyjazd i wyprawa.

Opiszę Wam wszystko, ale jeszcze nie dziś. Bo wczoraj późnym popołudniem wróciliśmy dopiero z wyprawy, zwanej przez M. nieco złośliwie obozem wędrownym.

Przejechaliśmy całe Niemcy (w poprzek) i całą Francję (takoż). Skakaliśmy na falach Atlantyku w Bretanii. Jedliśmy bretońskie naleśniki. Robiliśmy sobie zdjęcia pod menhirami i dolmenami. Potwory zaznały mieszkania w namiocie – i bardzo im się spodobało. I tak dalej.

Przejechaliśmy (od wyjazdu z domu do powrotu pod furtkę) prawie sześć tysięcy kilometrów.

A tak na szybko – trzy krótkie myśli natury geograficzno-teologicznej:

1. Żadne morze, jezioro, staw czy rzeka nie mogą się równać z oceanem.

2. Katedra w Orleanie nie ma sobie równych – żadna inna (nawet paryska Notre Dame, nawet katedra w Chartres…) nie mają w sobie tyle strzelistości, lekkości i gotyckiego piękna (tak, to subiektywna uwaga).

3. Jeśli niebo ma być miejscem doskonałym, to budowę dróg Pan Bóg niewątpliwie powierzy Niemcom.

Mruczanka Górska Jak Najbardziej

Pietruszka miał obiecany – w prezencie pierwszokomunijnym – wyjazd z tatą w góry. Taką męską wyprawę, tylko we dwóch. I tak NAPRAWDĘ w góry. Jak usłyszał o tym prezencie, to ucieszył się tak, jak – gwarantuję – żadne dziecko nie cieszyło się z komunijnego roweru, komputera, quada czy co tam teraz akrat jest na topie komunijnych prezentów…

Wyprawa miała mieć miejsce w końcu czerwca, ale pogody nie było, a jechać w Tatry po to, żeby siedzieć w domu u przemiłej skądinąd ciotki A – to, sami przyznacie, byłoby bez sensu.

Pogody nie było i nie było – ale prognozy uważnie obserwowane wskazały jednoznacznie, że pogoda BĘDZIE w czwartek, 7. lipca. Więc Puchatek był zgarnął Pietruszkę i pojechali w środę do Zakopanego, przenocowali u ciotki, a w czwartek rano (BARDZO rano) zerwali się z łóżek i popędzili w góry.

Pietruszka ma dziewięć lat – ale jest naprawdę wspaniałym turystą. Idzie dzielnie, nie marudzi, jest wytrwały… Plan był taki, żeby w ramach tej "górskiej inicjacji" po raz pierwszy umożliwić mu przekroczenie magicznej granicy dwóch tysięcy metrów nad poziomem morza.

Najpierw więc wjechali na Kasprowy (no tak, kolejką – gdyby zaczęli od dwugodzinnego wspinania na Kasprowy, to jednak dla dziewięciolatka mogłoby być za dużo). Kolejka zresztą była dodatkową atrakcją, wiadomo. Zachwyt dziewięcioletniego turysty na widok przepaści za Myślenickimi Turniami był naprawdę ogromny. A potem wyszliśmy na Kasprowy i…

Pietruszka bywał w górach – ale nigdy w takim miejscu. Pogoda była fantastyczna, trochę małych chmurek, słońce, wiatr. Widok – jak to z Kasprowego, na całe Wysokie Tatry. Świnica z gustowną czapeczką z obłoków, Kozie Wierchy, Granaty, Kościelec jak na dłoni, w oddali Krywań… Słowo daję, nigdy Puchatek nie widział u swojego najstarszego potomka takich wielkich oczu. Widać było, że połknął bakcyla.

Z Kasprowego ruszyliśmy na zachód (Świnica – uznał Puchatek – to jednak za dużo dla dziewięciolatka). Goryczkowe, Suche Czuby, Przełęcz pod Kopą – i po mozolnej wspinaczce wreszcie Kopa Kondracka. Dwa tysiące i pięć metrów nad poziomem  morza.

Na Kopie zdjęcia, a potem – w dół, na Przełęcz Kondracką i wgórę, na Giewont…

Giewont to szczyt specyficzny. Miejsce magiczne – ale przez to tak oblężone, że Puchatek był na nim RAZ. Mniej więcej dwadzieścia pięć lat temu. I potem już nigdy, absolutnie nigdy się tam nie pchał – zresztą sam widok kolejki turystów w klapkach czekających na zwolnienie miejsca na łańcuchach zawsze wystarczał, aby Puchatka zniechęcić.

No, ale Pietruszka ma dziewięć lat i marzył, żeby być na Giewoncie – więc Puchatek poszedł. Kolejka koszmarna, ludzi tłum – ale widok ze szczytu (i widok zachwyconej twarzy Pietruszki) był tego wart.

A potem w dół, najcięższą możliwą trasą z zejściem na Strążyską. Łącznie w trasie byliśmy dziesięć godzin. A po powrocie do domu ciotki A. Pietruszka padł na łóżko, chwilę milczał, poczym zapytał:

– No, to teraz już mogę pomarudzić?

***

Dobrze jest czasami przypomnieć sobie, co się naprawdę kocha. Są ludzie – mam wielu takich znajomych – którzy mimo całej miłości do gór nie lubią Tatr. Bo małe, bo zatłoczone, bo tłum ludzi… Rozumiem ich. Mnie też irytują te tłumy, mnie też męczy "ceprowisko" w którym z rzadka tylko można spotkać prawdziwego turystę. Ja też lubię ciszę Beskidów, nastrój Bieszczadów…

Ale Tatry są jednak niepowtarzalne. Widok Wysokich Tatr ze szczytu Świnicy – czy choćby z Kasprowego i Suchych Czubów – to coś, czego się nie zapomina. I do czego chce się wracać, nawet jeśli trzeba w tym celu ścierpieć te tłumy…

W wysokich górach człowiek czuje, że żyje. Że jest wolny (niezależnie od wszystkich swoich problemów, kłopotów, ciężarów). Człowiek przypomina sobie, kim naprawdę jest. Uświadamia sobie na powrót właściwe proporcje, hierarchię ważności spraw. Z góry widać wyraźniej. Przeszkody które na dole wydaja się nie do pokonania z górskiego szlaku okazują się tym, czym są naprawdę: głupstwami.

W takich górach jestem u siebie. Tam jest moje miejsce (nawet, jeśli na co dzień mieszkam gdzie indziej). Tam zawsze wracam.

You won’t know what tomorrow brings / In a world where few hearts survive

All I know is the way I feel / And if it’s real I’m gonna keep it alive

Cause the road, the road is long / There are mountains in our way / But we climb still higher everyday

Lord lift us up where we belong / Where the eagels fly on a mountain high

Lord lift us up where we belong / Up from the worlds we know / Where the clear winds blow (…)

Znacie to? Pewnie znacie. To posłuchajcie.

Mruczanka Bez Kicka

Piątek, sobotę i niedzielę spędziły Puchatki w Węgierskiej Górce (czyli w Beskidzie Żywieckim). Wyprawa była na zaproszenie Pewnych Znajomych, którzy poprosili Puchatka o bycie ojcem chrzestnym ich córeczki. Nie, znajomi mieszkają w Warszawie – ale tam właśnie dziecię było chrzczone, z przyczyn różnych.

Dom u uroczych beskidzkich górali (gospodyni, Jagusia, była zresztą chrzestną matką). Cały dom dla nas (to znaczy dla czworga Znajomych i pięciorga Puchatków). Jedzenie takie (i w takich ilościach), jakbyśmy wszyscy pracowali ciężko pod ziemią. Pogoda fantastyczna (to znaczy – jak na listopad).

Ado tego na dole, w „salonie” – kominek, przy którym siedzieliśmy sobie wieczorami leniwie gadając na Poważne Tematy. Jak to przy kominku…

Trochę zdjęć w linku po lewej. 🙂