Mruczanka Uspokajająca (?)

Ano znaleźli się. Pan Marek przybył dziś nawet przed czasem. I co się okazało? Rzeczywiście był wypadek.

Rzeczony Fachowiec Drugi, czyli pan Wojtek, co to w niedzielę imieniny był obchodził, jechał sobie na rowerze – chodnikiem, jak Pan Bóg przykazał, a kodeks drogowy nie pozwala – i z bocznej bramy wyjechał samochód. I pan Wojtek się był w ten samochód wtarabanił. Stracił przytomność, krew się polała, do szpitala go wzięli… Na szczęście okazało się, że nic poważnego (żadnych złamań, znaczy, tylko stłuczenia) – ale na kilka dni jest wyłączony z pracy wszelakiej. Także dlatego, że – jak zeznał pan Marek – (cytuję) „…gębę ma taką, jakby się nie z samochodem, tylko z buldożerem zderzył i nie może nawet z domu wyjść, bo by ludzie z wrzaskiem uciekali”.

A pan Marek spędził cały dzień z kolegą w szpitalu, zostawiwszy komórkę w domu. A teraz zasuwa w kuchni, aż furczy.

Dobrze, że nic więcej się nie stało.

Nawet M. jak usłyszała, o co chodzi, to zmiękła i (wbrew wczorajszym twardym zapowiedziom) zrobiła panu Markowi kawę. Rozpuszczalną.

A że Pan Wojtek się w rzeczony samochód wtarabanił zapewne dlatego, że poprzedniego dnia (…i nocy…) ostro balował i refleksu nie stało… To już, jak mawiał Kipling, Zupełnie Inna Historia.

Mruczanka Załamana Remontowo

No bo się załamać można na amen i kawałek dalej. Fachowcy (obaj) skończyli swoją robotę w sobotę po osiemnastej. To znaczy – skończyli pracować, bo do roboty to jeszcze jest sporo. A fachowcy zasuwali – trzeba im przyznać uczciwie – od rana do tej osiemnastej z groszami z jedną dwudziestominutową przerwą na „śniadanko” około pierwszej.

Pożegnali się grzecznie i powiedzieli (jak codziennie przed wyjściem), że będą w poniedziałek o wpół do dziewiątej.

No i… głupia sprawa. Nie przyszli. W OGÓLE. W dodatku dodzwonić się do nich nie dało za grosz.

Uczucia Puchatki mają mieszane. Niby wiadomo – wczoraj było Wojciecha, a Ten Drugi Fachowiec jest właśnie Wojciech. Więc Puchatek jest w stanie zrozumieć, że w niedzielę zapili, a w poniedziałek albo trzeźwieją, albo… poprawiają.

I gdyby to był kto inny – to by się Puchatek nawet nie zdziwił za bardzo (wiadomo, jak jest z fachowcami – to jest cena, którą się płaci za to, że się ma robotę wykonaną znacznie taniej, bez wynajmowania specjalnej firmy i tak dalej). Ale…

Ale problem polega na tym, że Ten Pierwszy Fachowiec, czyli pan Marek, dał się poznać jako gość poważny, odpowiedzialny, uczciwy i solidny. Jak coś powiedział – to zrobił. Jak powiedział, że robota będzie kosztowała pięćset – to wziął pięćset, chociaż mu zajęła cztery dni zamiast dwóch. Jak powiedział, że będzie o ósmej – to był o ósmej z dokładnością do dwóch minut. A jak się raz o pięć minut spóźnił, to następne pięć minut stracił na przepraszanie.

I tak było za każdym razem, kiedy coś u Puchatków robił. I nagle taki numer? I tak sobie Puchatek myśli – czy to rzeczywiście był szewski (…a raczej murarski…) poniedziałek (no, bo panowie w sobotę wychodząc uczciwie zapowiedzieli, że jutro imieninki, więc idą zabalować)? Ale wtedy chyba by pan Marek zadzownił.

Czy może – nie daj Boże – coś się stało złego?

No, jeśli się nie stało, to może się stać. Jutro. Jak się panowie rano zjawią, i jak będą mieli tego pecha, że się napatoczą na M. (która ma już serdecznie dosyć mieszkania w połowie domu bez kuchni), to Puchatek im współczuje szczerze.

Mruczanka Z Półuśmieszkiem

Puchatków odwiedził dziś Kłapouchy. Kłapouchy (uwaga, żeby potem nie było) jest rodzaju żeńskiego (TA Kłapouchy) i właśnie w czerwcu wychodzi za mąż. No i Kłapouchy z Narzeczonym Kłapouchego odwiedzili Puchatków.

No i trzeba przyznać, mieli pecha. Bo na parterze Chatki Puchatków remont totalny, a na piętrze dwa chore Potwory w stanie rozmazania i wycia totalnego.

Kłapouchy z Narzeczonym Kłapouchego posiedzieli u Puchatków dwie godzinki, ale nawet się specjalnie pogadać nie dało, bo Potwory wyły w zasadzie bez przerwy. Trzeba przyznać, że TAKIEGO koncertu nie dały od bardzo, baaardzo dawna.

Po wyjściu Gosci M. westchnęła ciężko i powiedziała:

– Wiesz co? Po takiej wizycie to ludziom chyba się odechciewa mieć dzieci…

A co, niech się uczą życia 😉

A co najśmieszniejsze – kwadrans po wyjściu gości Potworom przeszło wycie. Zaczęły się świetnie bawić i w ogóle (nie licząc suchotniczych kaszelków) były do rany przyłóż. Ot, złośliwe bestie… A przecież Ciocię Kłapouchego (skądiną Matkę Chrzestną Piłeczki) lubią oboje niezmiernie. Prawie Wujka też zawsze witały radośnie. Hi hi hi. 😉

Mruczanka Apokaliptyczna

Jak się nic nie dzieje, to się nic nie dzieje (jakże odkrywcze, nieprawdaż?). A jak się dzieje – to wszystko na raz.

Po pierwsze – Puchatek ma teraz (dokońca kwietnia mniej więcej) robotę koszmarną. Książka jest głupia, nudna (to oczywiście czysto subiektywne odczucia…) a w dodatku zawiera słownictwo, którego Puchatek nie tylko po angielsku, ale nawet po polsku nie prowadzi! Na przykład z dziedzniy szycia… Albo szydełkowania… Czy robienia na drutach… No, po prostu bomba. Czasu mało, tekstu dużo, szlag Puchatka trafia. Hej.

Po drugie – w chatce Puchatków jest remont. W zasadzie – kontynuacja remontu sprzed roku. Tak to jest – jak człowieka nie stać na to, żeby zrobić wszystko na raz, to robi po kawałku. Kuchnia… w zasadzie nie istnieje. I nie będzie istnieć jeszcze do poniedziałku (to wersja optymistyczna; pesymistycznej tu nie podam, bo mnie szlag trafi przy pisaniu).

Po trzecie – Pietruszka chory. Jakieś wirusowe paskudztwo, ze stanem zapalnym krtani. Niby nic – bez gorączki etc., ale za to z duszącym kaszelkiem i w ogóle niemiło. Psikacz do gardła, dwa inhalatorki, Eurespal, Zyrtec. Howgh.

Ratunkuuuu!!!!! Niech się ten kwiecień już skończy!!!

Mruczanka Semi-Kulinarna

Mattkapolka kapitalną historyjkę wrzuciła o tym, jak kupowała „bednarkę” w dużych ilościach (przeczytajcie!). A Puchatkowi się w związku z tem przypomniała podobna w klimacie, choć zupełnie nie dotycząca spraw technicznych, historyjka rodzinna.

Daleki kuzyn / stryjeczo-wujeczno-cioteczno-pociotek Osobistego Taty Puchatka miał żonę – nazwijmy ją Ciocia E. – kobietę cudowną, sympatyczną, inteligentną, mającą wszelako jedną wadę: otóż Ciocia E. nie umiała gotować. Kompletnie, zupełnie i dokumentnie. Nic, poza herbatą (a i to z trudem).

Problem był niewielki, jako że państwo ci mieszkali sobie w Paryżu, on był (bodajże) wziętym adwokatem, stać ich było na gosposię gotującą w dni powszednie – a od święta gotował sam pan domu, który zresztą lubił to i był w tym (podobno) świetny.

Pewnego dnia rzeczony kuzyn etc. pichcił właśnie jakiś Bardzo Specjalny Obiad, kiedy – o zgrozo – zabrakło mu liści laurowych (w Polsce zwanych potocznie bobkowymi). A liście owe były przyprawą do Bardzo Ważnego Obiadu absolutnie niezbędną…

Ponieważ rzeczony kuzyn etc. mie mógł sam wyjść z domu (…bo gary na ogniu i w ogóle), poprosił Ciocię E., żeby skoczyła do sklepu i rzeczone zielsko kupiła. No problem (przypominam, jesteśmy w Paryżu, jest połowa lat siedemdziesiątych). Ciocia E. wyszła z domu, przeszła dwie uliczki, znalzała sklep, w którym można było kupić wszelkie przyprawy i zioła. Przywitała się uprzejmie z panem sprzedawcą i poprosiła o rzeczone liście laurowe.

„Ile szanowna pani sobie zyczy?” zapytał grzecznie sprzedawca.

I tu się Ciocia E. zacukała, gdyż nie znając się na kuchni nie miała pojęcia, ile. Przypominam, lata siedemdziesiąte, o telefonach komórkowych jeszcze nikt nie słyszał.

Ale że Ciocia E. była osobą zdecydowaną, konkretną i stanowczą, uśmiechnęła się do pana sprzedawcy z miną Mistrza Kuchni i powiedziała głosem pewnym i jasnym:

„Dwa kilo poproszę”.

Pan sprzedawca wytrzeszczył oczy jak królik Bugs i – nie wierząc własnym uszom – zapytał, czy na pewno dwa kilo. Ciocia E. (która nie lubiła, jak się jej zdanie podawało w watpliwość) stanowczo potwierdziła.

Pan sprzedawca wyszedł na zaplecze. Po chwili wrócił z pomocnikiem i postawili na ladzie przed Ciocią E. OSIEM OGROMNYCH PAPIEROWYCH TOREB LIŚCI LAUROWYCH.

Kiedy Ciocia E. wróciła do domu (taksówką…), jej mąż dostał takiego ataku śmiechu, że dłuższą chwilę siedział na podłodze i nie mógł wstać. A kiedy już wstał, wyjął z jednej z ośmiu ogromnych toreb DWA LISTKI LAUROWE i wrzucił je do gara z jedzeniem.

Z tego, co wiem, to te liście wykorzystywano w tej rodzinie w kuchni jeszcze pod koniec lat osiemdziesiątych…

Mruczanka Ze Szczoteczką Do Zębów

Puchatek myje Pietruszce zębiska (w liczbie dwudziestu). Szczoteczka w dłoń. Pasta.

„Otwórz paszczę, Pietruszko!”. Pietruszka paszczę otwiera, czemu nie – ale minę ma jakąś taką… zdziwioną jakby?

Puchatek zaczyna myć zębiska – szurum-burum – ale Pietruszka usiłuje mu coś powiedzieć. Ponieważ w paszczy Pietruszki tkwi (a raczej szaleje) szczoteczka, brzmi to jak: „Łałułu, ło łe łołeła łiłeły!”

„Poczekaj, Pietruszko, tata skończy ci myć zębiska, to wszystko powiesz!” – komentuje Puchatek i szoruje dalej. Ale Pietruszka nie daje za wygraną i dalej coraz usilniej próbuje jakąś wyraźnie bardzo istotną myśl przekazać: „Ałe ło łe łe łoła łołeła!”

„No zaczekajże jeszcze chwilę” – irytuje się Puchatek, który przez „łołełanie” nie może dobrze szorować. – „Zaraz skończymy i wszystko mi powiesz!”

Nic z tego. Pietruszka wyrywa się z rodzicielskich objęć, wypluwa szczoteczkę, wypluwa wodę z pastą i – wreszcie mając wolną paszczę – wygłasza pierwsze stwierdzenie raz jeszcze. Tym razem wyraźnie i głośno, z głębokim wyrzutem :

„Tatusiu, to jest scotecka Piłecki!”

Patrzy Puchatek – o, Kocia Twarz, fakt! Szczoteczka jest biała, z króliczkiem – a przecież pietruszkowa szczoteczka jest różowa, z misiem. Uuuups. Ale gafa.

Tak to jest, jak człowiek zaczyna działać, zanim się na dobre nie obudzi…