Mrucznka Jesienna Bardzo

Szedłem do pracy. Słońce, babie lato, ciepło… Na Kilińskiego, obok Szkoły Specjalnej, grupka niepełnisprawnych dzieci grabiła liście. Spieszyłem się, żeby pociąg mi nie uciekł… Kiedy przechodziłem obok, jedna z dziewczynek podniosła głowę. Dziewczynka? Nie wiem, ile miała lat – piętnaście czy dwadzieścia pięć – w przypadku osób z zespołem Downa dosyć trudno to ocenić. Złapałem się na odruchowym „żałowaniu” (biedne dzieci… chore… bez perspektyw na życie…). A ta mała nagle, bez powodu (bez powodu?) uśmiechnęła się do mnie. – Dzień dobry! – powiedziała. – Piękny dzisiaj dzień, prawda?

Biedna? Bez perspektyw? Fakt – nie przeczyta nigdy sonetów Szekspira, nie nauczy się tabliczki mnożenia, nie zafascynuje się teorią Wielkiego Wybuchu…

Ale umie coś, czego ja już czasami nie potrafię – umie zachwycić się chwilą – promieniami słońca – szumem wiatru – ciepłem… Potrafi być szczęśliwa z tymi małymi radościami, które mnie tak często nie wystarczają. NIE WYSTARCZAJĄ.

Potrafi uśmiechnąć się na ulicy do obcego człowieka i podzielić się z nim radością z pięknego dnia.

Nie, nie zamieniłbym się z nią. Ale nie jest „nieszczęśliwą, pokrzywdzoną przez los istotą”. Jest człowiekiem takim, jak ja.

Puchatek

Jeszcze…

Jeszcze o Wujku Ustupskim.

Przypomniała mi się taka stara, harcerska piosenka (nie, nigdy nie byłem harcerzem). Ani to wielka poezja, ani głębia przemyśleń… Ale od wczoraj chodzi mi po głowie i nie mogę się od niej odczepić. Posłuchajcie:

Góralska opowieść
  

Kiedy góral umiera, to góry z żalu sine
Pochylają nad nim głowy, jak nad swoim synem.
Las w oddali szumi mu odwieczną pieśń bukową,
A on długo się sposobi przed najdalszą drogą.

Kiedy góral umiera, to nikt nad nim nie płacze,
Siedzi, czeka aż kostucha w okno zakołacze.
Oczy jeszcze raz podniesie wysoko do nieba,
By pożegnać góry swoje, by im coś zaśpiewać.

Ref.:
Góry moje, wierchy moje, otwórzcie swe ramiona,
Niech na miękkim z mchu posłaniu
Cichuteńko skonam 
Bracie mój, halny wietrze, powiej ku północy,
Ciepłą, drżącą swoją ręką zamknij zgasłe oczy,
Bym mógł w ziemię wrosnąć, strzelić potem
Do słońca smreczyną
I na zawsze szumieć już nad swoją dziedziną.

Kiedy góral umiera to dzwony mu nie grają,
Cicho wspina się pod bramy góralskiego raju,
Tylko strumień na kamieniach żałobną nutę składa,
Tylko nocka chmurnooka górom opowiada.

A gdy góral już umrze, to nikt nie układa baśni,
Tylko w niebie roziskrzonym mała gwiazdka zgaśnie.
Ziemia twardą, szorstką ręką tuli go do siebie,
By na zawsze mógł już zostać pod góralskim niebem.

*********************************************

A ja, przez parszywą pracę w parszywej firmie B. nie dam rady pojechać na pogrzeb, który będzie w piatek. Niech to szlag trafi.

Smutny jednakowoż – Puchatek.

Mruczanka w kolorze blue (acz nie do końca)

Wczoraj (we wtorek) późnym wieczorem dowiedziałem się, że przedwczoraj (w poniedziałek) późnym wieczorem zmarł w Zakopanem mój stryjeczny dziadek – Jerzy Ustupski.

Postać nietuzinkowa. Góral (prawdziwy!), GOPR-owiec (przez dłuższy czas nawet szef tatrzańskiej grupy GOPR), ratownik, taternik, w czasie wojny – w AK, uciekł z transpoortu do Oświęcimia… Parę lat był burmistrzem Zakopanego (rety, jak Go czerwoni nie cierpieli ;). „Szerszej publicznosci” znany jednak przede wszystkim jako sportowiec. Znakomity narciarz, jeszcze lepszy (jak przystało na górala)… wioślarz. Brązowy medalista z olimpiady w Berlinie (1936).

A dla mnie – przede wszystkim Ktoś, Kto Pokazał mi Góry. Nie, nie prowadzał mnie po Tatrach – kiedy ja zaczynałem tatrzańskie wędrówki, On był już panem koło siedemdziesiątki (co nie przeszkadzało mu co roku „biegać” na Giewont z pielgrzymką Związku Podhalan). Natomiast opowiadał mi o Górach INACZEJ niż ktokolwiek inny. Uczył mnie podstawowych zasad bezpieczeństwa (dwukrotnie te nauki uratowały mi potem życie, raz w Tatrach, raz w Górach Skalistych…).

I jeszcze coś, czego w gazetach nie wyczytacie. To był człowiek ogromnego poczucia humoru, pogodny. Jego żarty – czasem złośliwe, zawsze piekielnie inteligentne – po prostu kochałem.

Na osiemnaste urodziny dostałem od Niego „Przewodnik po Tatrach” Zwolińskiego. Stary, zniszczony tomik z odpadającą okładką. „Sam z nim w młodości chodziłem po górach” powiedział. Mam tę książkę do dziś. Z Jego dedykacją.

Będzie mi Go brakowało. Ale z drugiej strony – wiem, gdzie teraz jest. Chodzi sobie znowu, gdzieś pewnie w okolicach Zamarłej Turni, związany liną z Tym, Który Nigdy Nie Odpada. I patrzy sobie w dół, na niebieskie hale, i niżej – na nas… I – jak Go znałem – podśmiewa się z Ciotki w żałobie, z patetycznych nekrologów w gazetach, ze wspominkowych artykułów, które właśnie się piszą.

Hej, wujku! A pamiętaj tam o nas. Pogadaj z Najwyzsym Bacom, co by nos w opiece mioł.

O wspinaczach mawiano – nieco patetycznie – „odszedł w Góry Najwyższe”. Niewielu znam ludzi, do których to stwierdzenie tak by pasowało, jak do Niego…

Pozdrawiam,

zamyślony Puchatek…

 

Mruczanka (nie)cierpliwa

Ha.

Rozmowa z Panem B.C. – wielce obiecująca. Pan C. zdecydowanie widzi mnie jako swojego współpracownika w przygotowywanym Projekcie. Prosi o dyskrecję, dopóki wszystko się nie wyjaśni. Oczywiście – dopóki nie wszystko wiadomo (czyli – nie wiadomo czy będą pieniądze na Projekt i ile ich będzie…) nie może mnie „zatrudnić”. Na razie współpraca (czyli, niestety, nie mogę jeszcze zanieść wymówienia w firmie B…), a docelowo – będę jego zastępcą. Szansa na stałą pracę – za jakieś 3 do 6 miesięcy. Potencjalne zarobki (zwłaszcza na początku) nieduże – ale przy pracy głównie w domu więcej też byłoby możliwości i czasu na dorabianie, więc to by się wyrównało.

Czyli – remis moich obaw z nadziejami. No bo obawy były takie, że zaproponuje mi w ogóle tylko współpracę (pisywanie dla niego tekstów…), co dla mnie byłoby nie do zrobienia (nie jestem w stanie zaangażować się mocniej czasowo, siedząc 8 godzin dziennie w B.). Nadzieje – że „już” mnie zatrudni i będę mógł się pożegnać z firmą.

Nie jest źle. Otwiera się perspektywa. Jeśli to wyjdzie (wszystko będzie wiadomo za jakieś 2 – 3 tygodnie), to WARTO POCZEKAĆ.

Pana C. znałem wcześniej z lektur i opowieści, z kilku rozmów telefonicznych. Spotkanie z nim „na żywo” to duża przyjemność. Człowiek dużej klasy i ogromnej kultury, prawdziwy intelektualista, sama rozmowa z nim to ciekawe doświadczenie intelektualne. Nie wątpię, że szefem byłby STRASZNYM 🙂 – w tym sensie, że byłby ogromnie wymagający, konsekwentny, a na dodatek – po raz pierwszy od daaaawna – miałbym szefa, któremu NIE DA SIĘ „wciskać kitu” 🙂

Wiem też, że praca z nim (zwłaszcza w tym Projekcie) byłaby sytuacją stymulującą – intelektualnie, ale duchowo też. WRESZCIE. Dosyć już mam pracy polegającej na „odrabianiu pańszczyzny”. Potrzebuję jakichś wyzwań, impulsu do ruszenia do przodu… Nie mam już siły pisać o głupotach i użerać się z durnymi problemami stwarzanymi sztucznie przez ambicje i brak myślenia mojego obecnego szefostwa. W dodatku tego, co teraz robię, nie da się nawet określić ucziwie mianem dziennikarstwa (dział handlowo-reklamowy dyktujący dziennikarzom, z kim mogą rozmawiać, a z kim nie, „bo jak z nim zrobisz wywiad, to nie da reklamy”… A co mnie to obchodzi?!).

Ad maiorem natus sum 🙂

Czyli: rzeczywiście (miejmy nadzieję!) zaczęło się coś nowego. Tak to już ostatnio jest w moim życiu, że do rzeczy ważnych dochodzi się powoli i mozolnie. OK – mogę poczekać. Już umiem.

Bo kiedyś nie umiałem. Nie potrafiłem czekać. To podobno charakterystyczna cecha DDA. Dopiero M. mnie tego nauczyła – swoją cierpliwością, konsekwencją, wyciszeniem; Nie wiem, kim byłbym, gdyby nie Ona.

Chodzi za mną „Symfonia Klasyczna” Prokofiewa. Oczywiście – w najbliższych dniach nie zdołam spokojnie siąść i posłuchać płyty. Pietruszka ma ostatnio taki etap, że boi się włączonej wieży. Kiedyś bardzo lubił („tańcić… Tutuś chce tańcić…” 🙂 a teraz – nie. Jak gra muzyka („mechaniczna”), to się boi i płacze. Czyi – na razie można słuchać muzyki tylko wieczorem, kiedy Pietruszka już śpi. A wtedy, to niestety muszę siedzieć nad tłumaczeniem dla R-D, bo w końcu zima się zaczyna i trzeba będzie płacić wyższe rachunki za gaz (ogrzewanie!). 🙂

Takie życie. Ale może w sobotę wieczorkiem się uda. Zaparzymy herbatkę (tak uczciwie, w wyparzonym dzbanku, prawdziwą…) i posłuchamy Prokofiewa. Miła prespektywa – zobaczymy, czy wyjdzie 🙂

Pozdrawiam –

zdeterminowany Puchatek.

Mruczanka niedzielna – wieczorna

To był bardzo sympatyczny weekend. Wczoraj – cały dzień razem, pogoda piękna, Piłeczka dreptała po mieszkaniu (jest tak zachwycona faktem, że umie chodzić, że nie patrzy przed siebie, tylko leeeeci! Toteż co chwilę słychać donośne ŁUBUDUM! – i ryk. Ale zaraz wstaje i idzie dalej. I tylko wygląda potem jak z plakatu „…bo zupa była za słona…” – sińce na czółku, zadrapana broda, a nad tym wszystkim ten zbójecki uśmiech 😉

Pietruszka za to walczy z nocnikiem 😉 Już siada, robi co trzeba, nawet bez protestów (zajęło mu to trochę czasu; mały filozof, wszystko musi przemyśleć, przepracować w tym małym łebku, ale jak już przez to przejdzie – to jest twardy i konsekwentny. Jeszcze nie umie wołać, że chce, więc trzeba go obserwować, żeby wyłapać właściwy moment… 🙂

A jutro, niestety, znowu do ukochanej (…) pracy. Ale za to wieczorem – spotkanie z panem B.C. – być może pierwszy krok do Czegoś Zupełnie Nowego.

A za oknem ciepła noc. Wyszedłem nalać Szelmie wody i poczułem się jak w końcu sierpnia w Bieszczadach. Gwiazdy, taki niepokojący szum wiatru, który prowokuje do wyruszenia w drogę…

Może rzeczywiście jakaś nowa droga przede mną? Oby.

„Boże! Choć oni wszystko ustalą i ujmą, / Scalą i w stal zakują w kuźniach swej potęgi, / Ty dalej będziesz falą przetaczał się bujną / W umiłowanym sercu płochego włóczęgi.”

(Tuwim, rzecz prosta…)

Mruczanka zamyślona…

Jest taki wiersz (E.E.Cummings, w tłumaczeniu Barańczaka). Znany, bo Turnau (Grzegorz) go śpiewał na którejś płycie. Chodzi za mną od jakiegoś czasu – nagle jakby w oderwaniu od melodii, sam tekst – i coraz mocniej zaczynam go rozumieć (odczuwać?). Pozwolę sobie zacytować (odrobina poezji jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziła… chyba).

Szło to tak:

gdy wszystko się zdarzy co stać się nie może
( i wszystko się świetniej niż w książkach ułoży )
najgłupszy bakałarz w tym ujrzy znak
( a my w wir w krąg wokoło o tak )
że można z niczego coś stworzyć

to coś jest jednością bez celów i przyczyn
( kwiat powie to lepiej niż książka przemilczy )
jednością tak dawną że nową już
( a my wszerz w dal wokoło i wzdłuż )
jest wszystkim czymkolwiek i niczym

więc kocham cię kochasz mnie
chwyć mnie za rękę
jest w książkach coś szczelniej niż książka zamknięte
a w głębi tych wyżyn co chylą się w nas
ktoś znaczy nas pięknem jak piętnem

coś w nas świeci jaśniej niż słońca i zorze
coś w nas znaczy więcej niż książka rzec może
coś w nas jest wspanialsze niż pojąć się da
( a my w krzyk w skok żyjemy o tak )
w nas jedność przez jedność się mnoży
więc kocham cię kochasz mnie

chwyć mnie za rękę
jest w książkach coś szczelniej niż książka zamknięte
a w głębi tych wyżyn co chylą się w nas
( a my w śpiew w tan wokoło przez czas)
ktoś znaczy nas pięknem jak piętnem

więc kocham cię kochasz mnie
chwyć mnie za rękę
jest w książkach coś szczelniej niż książka zamknięte
coś w nas jest wspanialsze niż pojąć się da
kocham cię kochasz mnie
chwyć mnie za rękę
jest w książkach coś szczelniej niż książka zamknięte
coś w nas jest wspanialsze niż pojąć się da
( a nigdy jest zawszenigdy jest zawsze
a nigdy jest zawsze od teraz )

**********************

A z innej beczki poetyckiej – ukazała się nowa płyta Cohena. Recenzje – entuzjastyczne: że dojrzała, że inna, że C. wciąż w genialnej formie, że wspaniale pracuje głosem… Że poetycko coraz dojrzalsze…

Ano, zobaczymy. Trzeba kupić (choć z finansami krucho). Problem z poezją Cohena polega na tym, że wszyscy (w każdym razie wszyscy, których czytałem) krytycy literaccy z kręgu anglojęzycznego są zgodni, że to poezja – powiedzmy – średniej klasy (bez ironii – nie „kiepska” tylko własnie „średnia”).

Może i tak jest – ale… Mnie ta „średniość” bardzo odpowiada (ale mój angielski jednak jest „wyuczony”, nie jestem „native speaker”, może pewnych niuansów języka poetyckiego nie łapię…).

Zamyślony

Puchatek