Wakacje, wakacje i (prawie) po

Myślałem, że jak większą część wakacji przesiedzę w domu, to czas będzie mi się dłużył… Niestety, nic z tych rzeczy: właśnie z niejakim przerażeniem zauważyłem, że jest prawie połowa sierpnia. Jestem zmęczony. Zmęczony na wielu poziomach, na różnych płaszczyznach. Zmęczony pracą, zmęczony brakiem tego i tamtego, zmęczony myśleniem o tym, co będzie, zmęczony martwieniem się o przyszłe sprawy. Zwykle wakacyjny wyjazd był takim czasem na „reset” – w tym roku nawet to nie jest mi dane.

Piłka gdzieś była ze znajomymi, jedzie jeszcze raz we wrześniu. Pietruszka z kumplami siedział dwa tygodnie w Borach Tucholskich, Pucek był na obozie harcerskim. A ja siedzę.

W przyszłym tygodniu mieliśmy pojechać do C., odwiedzić weekendowo ciocię i wujka… No i nie pojedziemy, bo Pietruszka wrócił w środę z wyjazdu, w czwartek wieczorem dostał gorączki, w piątek rano (!) już miał 39,5. Fakt, Pietruszka ma tak od dziecka: choruje rzadko, ale jak już, to od razu gorączka w kosmos… Lekarz. Badanie. Zalecenia: ibuprofen, paracetamol, lek na gardło, odpoczywać, dużo pić, zrobić test na covid. Testy w aptekach na szczęście drogie nie są. Zrobiliśmy. Kreska w polu testowym pojawiła się prawie natychmiast. Zero wątpliwości.

Na szczęście (jeśli nie liczyć zbijanej gorączki i związanego z nią bólu głowy i ogólnego rozbicia) żadnych niepokojących objawów nie ma, żadnego kaszlu duszności i innych atrakcji, saturacja 99%, czyli generalnie nic się nie dzieje. Zapewne za dwa–trzy dni będzie się już czuł dobrze. Ale zarażać może dalej.

Więc (…nie zaczyna się zdania od „więc”…) do C. nie pojedziemy, bo to by było tydzień (i jeden dzień) od pierwszych objawów, więc mógłby jeszcze zarażać, a ciocia z wujkiem swoje lata mają.

Natomiast (…chyba można zaczynać zdanie od „natomiast”?…) jeśli rzeczywiście Pietruszka przejdzie to łagodnie i za parę dni będzie się już dobrze czuł, to w przyszły wtorek (czyli już 12 dni od pierwszych objawów, czyli już po okresie zarażania) pojedziemy z chłopakami na kilka dni w Bieszczady.

Piłka jedzie w tym czasie do Poznania, na jakieś warsztaty organizowane przez pewną fundację. Nie chce jej się, ale obecność na warsztatach jest warunkiem otrzymania stypendium, które ta fundacja oferuje. A stypendium jest zacne, więc uznała, że „warto pięć dni przecierpieć”.

Więc może chociaż te kilka dni w Bieszczadach. Może połazimy, posiedzimy, pooddychamy ciszą. Może wreszcie uda mi się zrobić dobre zdjęcia Drogi Mlecznej.

Mam jeszcze taki perfidny plan, żeby we wrześniu – kiedy Pucek zacznie już szkołę, a starsi jeszcze nie zaczną studiów, ale będą w domu) wyjechać sobie gdzieś na kilka dni SAMEMU.

„Samemu” może oznaczać także na przykład z jakimiś przyjaciółmi, jeśli akurat będą mogli. Gdzie – jeszcze nie wiem. Co wyjdzie. Nie mam wielkich wymagań (…a nawet jakbym miał, to nie mam na nie środków – „…po pierwsze, cesarzu, nie mamy armat”). Ale czuję, że muszę gdzie pojechać sam. Nie na jedną noc u znajomych, ale przynajmniej na te trzy–cztery dni. Kiedy ostatni raz miałem taką okazję? Już nawet nie pamiętam.

***

A technicznie? Boję się nadchodzącej zimy. Już w tym roku rachunki za gaz w „okresie grzewczym” miałem znacząco wyższe, niż w poprzednich latach. A jeśli zimą Niemiłościwie Nam Panujący przywrócą normalną stawkę VAT za gaz – i jeśli gaz jeszcze podrożeje, bo już wiadomo, że będzie go za mało – to aż boję się pomyśleć, jaka suma może być na fakturze. Naprawdę nie wiem, jak to będzie. A alternatywy nie mam.

***

Z lepszych wieści: sytuacja ze szkołą Pucka okazała się lepsza, niż się spodziewałem. Kiedy już zawieźliśmy papiery do liceum w Komorowie, to następnego dnia zadzwonili do nas z liceum z Pruszkowa, że jednak Pucek z listy rezerwowej wskoczył na zasadniczą i jeśli chcemy, to mamy dowieźć papiery. Więc pojechaliśmy do Komorowa, zabraliśmy papiery i przewieźliśmy je do Pruszkowa.

Liceum w Pruszkowie to naprawdę dobra szkoła, porównywalna z naprawdę przyzwoitymi liceami warszawskimi (w rankingu „Perspektyw” była ostatnio na sześćdziesiątym którymś miejscu W POLSCE). Proste porównanie: ponieważ Pucek idzie do klasy „mat-fiz”, to cokolwiek będzie chciał robić potem, zasadnicze znacznie będzie dla niego miała rozszerzona matura z matematyki. Średnie wyniki z tej matury w Polsce w 2022 r. wynosiły 33%.

W LO w Warszawie, do którego się dostał, w 2022 r. średni wynik rozszerzonej matury z matematyki wynosił 30% (czyli był na poziomie średniej dla całego kraju). W Komorowie, gdzie początkowo złożyliśmy papiery – 49%, co już jest sporo lepszym wynikiem. Ale w Pruszkowie, gdzie Pucek ostatecznie pójdzie, było to już 67%. Jest różnica.

Tu też się trochę boję paru rzeczy… Boje się o fizykę, bo choć Pucek fizykę lubi i jest z niej niezły, to z powodu absencji nauczycielki (w ósmej klasie pani była bez przerwy chora, nie było jej prawie przez pół roku szkolnego, a że nauczycieli brak, to i o zastępstwa trudno…) Pucek z czterech działów w podręczniku przerobił dwa. Będzie musiał to nadrobić. Boję się też trochę o angielski, z którego Pucek ma zaległości jak stąd na Kamczatkę. Tu niewątpliwie będą potrzebne jakieś korepetycje. A to kosztuje – czyli wracamy do problemu numer jeden. Ech.

***

Trzy lata temu byliśmy na ślubie syna mojej kuzynki. A przedwczoraj Marcinowi i Natalii urodziła się córeczka – Ewa. Co oznacza, że moja kuzynka została BABCIĄ. No fakt, jest ode mnie o sześć lat starsza, ale jednak…

Z dobrymi wiadomościami zadzwoniła do mnie moja ciotka – mama kuzynki – która (co poniekąd logiczne) w wieku 85 lat została prababcią. Ale ciocia, która zawsze była skłonna do żartów, telefon do mnie zaczęła od tego, że gratuluje mi zostania ciotecznym dziadkiem.

A że zadzwoniła rano i obudziła mnie telefonem, to w pierwszej chwili – nieco zaspany – słowa „ciotecznym” jakoś nie wyłapałem. I musze przyznać, że przez chwilę mnie zatkało.

Lipcowo

Skończyłem jedną książkę (głupią jak kilo gwoździ, ale „dla chleba, panie, dla chleba”). Zacząłem kolejną, tym razem ciekawą, fajnie napisaną i stosunkowo prostą w tłumaczeniu – niestety dość krótką. Generalnie jednak muszę przyznać, że moje nastawienie do roboty najlepiej oddaje obecnie stara, góralska modlitwa przed przystąpieniem do pracy:

„Daj, Panie Boże, coby mi się tak chciało, jak mi się nie chce!”

***

Dziś były wyniki rekrutacji do liceów. Szału nie ma, ale dramatu też nie. Pucek dostał się do nie najgorszego liceum w Warszawie, ale (z innej rekrutacji, lokalnej) do całkiem fajnego liceum w Komorowie. Najpierw wydawało się, że Warszawa to Warszawa – ale nieoceniona Piłka (osoba zorganizowana i w kwestiach oświatowych uświadomiona bardziej, niż ktokolwiek w Puchatkowie) zrobiła szybką kwerendę, z której wynikło dość jednoznacznie, że liceum w Komorowie jest lepsze od tego warszawskiego – i to w zasadzie pod każdym względem. Dość powiedzieć, że średnie wyniki matur rozszerzonych z matematyki (a to najpewniej będzie ta matura, która dla Pucka w przyszłości będzie istotna) są w Komorowie o 20 punktów procentowych wyższe. Co więcej, wiemy od znajomych, których dzieci tam chodziły, że szkoła jest spokojna, z fajną atmosferą, sympatycznie położona, bliżej… Same zalety. Jedyna wada jest taka, że w Komorowie Pucek dostał się do zwykłej klasy „mat-fiz”, a w Warszawie – do „mat-inf-fiz”, co by wolał… Ale tłumaczymy mu, że informatykę i tak może robić szerzej niż w szkole, a lepiej pójść do lepszej szkoły. Ale to on musi podjąć decyzję… Zobaczymy. Przyznam, że tematem liceum też już jestem nieco zmęczony…

Wakacje…?

O tylu sprawach chciałbym napisać, ale za każdym razem jak siadam do klawiatury, to albo jestem zbyt zmęczony, albo coś się dzieje, albo… Siedzę i nie wiem, co właściwie mam do powiedzenia.

***

Rok szkolny się skończył z przytupem. Pucek pasek na świadectwie jednak ma – ale nie za sprawą pani od fizyki. Jego wychowawca (i anglista w jednej osobie), jak się o całej sprawie dowiedział, to się wkurzył i – nic nam nie mówiąc – podciagnął mu ocenę z angielskiego na szóstkę. Nijak się ta ocena, mówiąc szczerze, nie przekłada na rzeczywistą wiedzę (piątka i tak była mocno naciągana…), ale pan J. uznał, że do licha, co mu tam. Pucka wyniki z egzaminów ósmoklasisty nie są może rewelacyjne – najsłabiej (no właśnie) angielski, ale nadal 75 procent. Polski 82 procent, w matematyce zrobił jeden błąd, stracił jeden punkt z dwudziestu pięciu – czyli dostał 96 procent. Mogło być gorzej. W połączeniu z ocenami i „paskiem” (oraz wszystkimi dodatkami, takimi jak wolontariat etc) daje mu to około 155 punktów. Nie jest to wynik rewelacyjny, ale jest OK. Teraz musimy poczekać do bodaj 20 lipca, żeby się dowiedzieć, gdzie się dostał do liceum. Zobaczymy.

(Przy okazji – dowiedziałem się, jakie są średnie wyniki egzaminów ósmoklasisty w Polsce. Polski – 60 procent. Matematyka – 57 (!). Język obcy – 67. Trochę to przerażające.

***

Piłka miała uroczyste „graduation”, wszyscy absolwenci wchodzili na scenę, wyczytywani z imienia i nazwiska, dostawali dyplom, uścisk dłoni dyrektorki… W przypadku niektórych wyczytywanych ogłaszano także, że dana osoba dostała wyróżnienie z jednego ze swoich głównych przedmiotów. Wyróżnienia miała mniej więcej jedna trzecia absolwentów. Było bodaj z dziesięcioro takich, którzy mieli po dwa wyróżnienia. I była JEDNA osoba – jedna na cały rocznik – która miała TRZY wyróżnienia, ze wszystkich trzech przedmiotów maturalnych. Zgadnijcie, kto…

Teraz Piłka musi już tylko poczekać do połowy sierpnia na oficjalne wyniki A-Levels (czyli brytyjskich matur) – i może się pakować do Cambridge. Bilet już kupiła…

***

Pietruszka zaliczał pierwszą w życiu poważną sesję egzaminacyjną (no dobrze, pierwsza była po pierwszym semestrze, ale to jednak nie było to). Jak to on, strasznie się denerwował… Dziś się dowiedział, że z najtrudniejszego egzaminu (analiza matematyczna) dostał 3+. Dopiero po dłuższej z nim rozmowie dowiedziałem się, że na 200 osób na roku:

– około 150 egzamin uwaliło i będzie poprawiać we wrześniu

– czwórki dostało osiem osób

– reszta dostała trójki.

Czyli, jak stwierdził Pietruszka filozoficznie, ze swoim 3+ i tak jest w górnych dziesięciu procent wyników… Ale i tak się zastanawia, czy nie iść na poprawę. Cóż. Niektórzy tak mają.

***

Wakacje? Jakie wakacje?…

Zeszłoroczna Korsyka odbija się nam finansową czkawką do dziś. Z czysto ekonomicznego punktu widzenia trzeba uczciwie powiedzieć, że to była błędna decyzja. Kasy nie ma, żadne większe wyjazdy nie wchodzą w grę. Pucek jest na obozie harcerskim – chociaż tyle (choć wiadomości mam takie, że chyba chce wrócić wcześniej, coś mu nie do końca pasuje… zobaczymy). Pietruszka z przyjaciółmi jedzie w sierpniu na dwa tygodnie w Bory Tucholskie. Piłka ze swoimi znajomymi gdzieś na Mazury. A ja?… Ja chyba w tym roku będę miał wakacje stacjonarne. Miałem nadzieję, że może wyskoczę gdzieś (sam!) w czasie, kiedy Pucek będzie na obozie, ale z wielu przyczyn wygląda na to, że się to nie uda – w NAJLEPSZYM razie może wyskoczę ze znajomymi na weekend.

Jest szansa, że w drugiej połowie sierpnia uda się nam całą czwórka pojechać na kilka dni nad morze – ale i to nie jest pewne.

***

A poza tym? Nic z tego, co miało wyjść, nie wyszło. Wszystko to, co się wydawało, że już, że zaraz – wzięło w łeb. „Warto ciągle próbować” – napisał mi ktoś z Was w komentarzach. Dzięki za dobre słowom ale problem polega na tym, że nie mam jak próbować. Że pierwszy raz w życiu (w każdy razie pierwszy raz na taka skalę) jestem w takiej sytuacji, kiedy w tych istotnych sprawach nic ode mnie nie zależy. Kiedy – chyba już o tym pisałem – mogę tylko czekać. Nie, nie jestem bierny. Jeśli furtka się uchyli choć na centymetr, na pewno się w nią wcisnę. Ale dopóki się nie uchyli, mogę tylko czekać.

A w tym akurat nigdy nie byłem dobry.

Szlag mnie trafia

Puckowi z fizyki na koniec roku wychodzi czwórka, a chciałby mieć piątkę. „Chciałby” to oczywiście za mało – ale Pucek naprawdę „umie w fizykę”, jak mawiają ludzie w jego wieku. Na pewno jest jednym z lepszych w klasie, kilku kolegom nawet coś tam tłumaczył, zresztą chce iść do liceum do klasy matematyczno-fizycznej.

I tu zaczyna się problem. Pucek od marca (!) próbuje dogadać się z panią od fizyki, żeby podnieść ocenę. Pani w kółko nie ma w szkole (powody zdrowotne), jak już jest, to na nic nie ma czasu. Jak ma czas, to każe pisać jakieś sprawdziany, których potem miesiącami nie sprawdza. Na wiadomości od rodziców wysyłane przez dziennik elektroniczny z reguły nie odpowiada.

Z tego w dużej części wynika także fakt, że Puckowi z ocen wychodzi czwórka. Bo jakiś sprawdzian, który on dobrze napisał, pani zagubiła, bo pani nie było przez miesiąc a potem nagle wróciła i zrobiła niezapowiedzianą kartkówkę – i takie tam.

No więc napisał sprawdzian na poprawę oceny. No więc zrobił razem z kolegą jakąś dużą prezentację na dość skomplikowany (jak na ósmoklasistów) temat.

I nic. W dzienniku elektronicznym nadal widnieje czwórka, oceny ze sprawdzianu nie ma, oceny za prezentację nie ma. Dziś jest rada i wystawienie ostatecznych ocen. Pani na wiadomości nie odpowiada. Wychowawca rozkłada ręce – on też nie ma z nią kontaktu, zresztą podobno w tym roku pani ze szkoły odchodzi, więc już jej nie zależy.

W czym problem, można by powiedzieć. Czwórka jest OK, co za różnica? Różnica jest zasadnicza. Dla ucznia, który chce iść do klasy „mat-fiz” piątka zamiast czwórki z fizyki to dodatkowe punkty. Nie mówiąc już o tym, że najprawdopodobniej właśnie ta jedna piątka dzieli Pucka od świadectwa z wyróżnieniem („z paskiem”) – a świadectwo z wyróżnieniem to dodatkowe SIEDEM punktów w rekrutacji do liceum. A do liceum idzie w tym roku „półtora rocznika” (po ☠️☠️☠️☠️☠️ reformie pani Zalewskiej). Więc te siedem punktów może oznaczać dostanie się do lepszego liceum – albo nie.

Półtora roku „zdalnego nauczania”, półtora rocznika do liceum, nauczycielka, której w tym roku więcej nie było, niż była – i zero, ZERO dobrej woli. Nikt przecież nie prosi o naciąganie ocen, o stawianie piątki głąbowi, który nic nie umie i ma jedynki.

Każdy, kto mnie zna, wie, że nie jestem typem rodzica, który zmusza dzieci do samych piątek i szóstek – a tym bardziej takim, który łazi za nauczycielami i żebrze o podniesienie dziecku oceny. NIGDY w życiu tego nie robiłem. Ale tym razem uznałem, że nie odpuszczę i napisałem długi list do pani dyrektor szkoły. Opisałem całą historię (rzeczowo i na spokojnie), zwracając uwagę zarówno na problem nieobecności nauczycielki przez dużą część roku, jak na brak jakiegokolwiek kontaktu.

Nie wiem, czy coś z tego wyniknie, ale mówiąc szczerze jestem zmęczony całą ta sytuacją.

Który to już raz? Przestałem liczyć… Ile takich spraw, ile różnych historii w ciągu ostatnich kilku lat. Coś się układa, coś się udaje, wygląda na to, że wreszcie coś się przełamie. I właśnie wtedy, kiedy już zaczynam mieć nadzieję, że może, że jednak, że tym razem na pewno – właśnie wtedy okazuje się, że jednak nie.

Czasami myślę, że lepiej nie robić sobie nadziei, bo wtedy rozczarowanie jest mniejsze. Za każdym razem czuję się bardziej zmęczony.

Czerwiec…

Czas biegnie w tempie kompletnie dla mnie niezrozumiałym. Dopiero był styczeń, Mówiliśmy o zbliżających się egzaminach ósmoklasisty (Pucek), maturach (Piłka) i sesji (Pietruszka) – a tu już czerwiec.

Pucek już po egzaminach. Wyniki będą dopiero pierwszego lipca, ale na razie wygląda to nie najgorzej. Piłka w trakcie swoich brytyjskich matur, mentalnie już w trakcie przygotowań na studia. Pietruszka jakieś kolokwia zalicza, do egzaminów się uczy. Zaraz wakacje…

Żądnych większych wyjazdów w tym roku nie będzie – z powodów całkowicie przyziemnych, czyli finansowych. Pucek jedzie na obóz z harcerzami (trzy tygodnie w lipcu), Pietruszka wybiera się gdzieś ze znajomymi (w sierpniu dla odmiany), Piłka też ma jakieś tego typu plany. Może uda się razem rodzinnie wyjechać na tydzień nad morze – i tyle.

Ja w zasadzie skończyłem książkę, czekam jeszcze tylko na odpowiedź od jej autora, do którego wysłałem maila z kilkoma pytaniami o pewne nieścisłości. Z jednej strony – to dobra wiadomość (bo im szybciej skończę i oddam, tym szybciej mi zapłacą…), z drugiej – jak sobie pomyślę o tych dwóch arcydziełach, które mam robić potem, to… Ech.

***

A Pucek dziś (tak, dziś, w Dzień Dziecka) skończył czternaście lat… Co jest jeszcze jednym dowodem na to, że czas płynie dziwnie szybko.

Maj, dokoła maj…

Trwają egzaminy ósmoklasisty. Wczoraj, kiedy Pucek wrócił z polskiego, oznajmił „Eeee, łatwe było!”, po czym nastąpił dłuższy komentarz typu „…po co nas tym tak straszyli”. Mam nadzieję, że to się potwierdzi na etapie wyników… Dziś po powrocie z matematyki reakcja była podobna – ale tym razem po paru godzinach w sieci były już arkusze i rozwiązania – i wygląda na to, że ma wszystko dobrze. Co daj Boże, amen. Jeszcze jutro angielski – tego boję się najbardziej (ja, nie on…), bo tu zaległości post-pandemiczne są największe.

Po egzaminach jeszcze tylko trzeba będzie podciągnąć ze trzy czy cztery oceny na koniec roku, żeby trochę więcej punktów nabić – i radosna rekrutacja do liceum. Męczący czas.

***

Piłka dziś zaczęła pisać swoją maturę (A-levels). Normalnie bym się nie denerwował (…bez przesady), ale Cambridge wymaga określonych ocen, żeby ją ostatecznie przyjąć. Z brytyjskiej matury są trzy oceny; oni chcą A*, A, A (czyli po naszemu 6, 5, 5). Ale prognozowane ma trzy razy A*, więc myślę, że problemu nie będzie…

***

A ja? Kończę już książkę dla wydawnictwa Z. Z jednej strony to oczywiście dobrze (im szybciej skończę, tym szybciej mi zapłacą). Z drugiej strony trochę mi szkoda, bo praca nad tym tytułem przypomniała mi, że praca może sprawia przyjemność i być ciekawa. A następne dwie książki, które będę robił potem, to – jak już pisałem – powrót do tematów nudnych (dla mnie) i roboty wyłącznie „dla chleba…”.

***

A poza tym – lepiej.

Nie mówić.

Około-wielkanocnie

Jakoś nie potrafię się odnaleźć w tej Wielkanocy. Wiele spraw się na to składa – na pewno jedną z ważniejszych jest wojna za miedzą. Śledzę kolejne doniesienia, kolejne straszne opowieści, kolejne dramaty. Nie jestem naiwny, wiem, że takie rzeczy się na świecie dzieją częściej, niż nam się wydaje… Ale tym razem bliskość – nie tylko geograficzna, ale kulturowa i (czy ja wiem?) cywilizacyjna, historyczna – sprawia, że wszystko to wygląda zupełnie inaczej.

Masowe mogiły w Buczy (a przecież wszystko wskazuje na to, że ten akurat koszmar to dopiero początek), gwałty na kobietach i małych dzieciach, strzelanie związanym cywilom w tył głowy, masowe kradzieże, rosyjski żołnierz, który rozmawia z żoną przez telefon i dostaje od niej pozwolenie – aż chciałoby się użyć słowa „błogosławieństwo” – na gwałcenie Ukrainek… Europa, XXI wiek. O jedną granicę stąd.

Trudno mi śpiewać wielkanocne pieśni, mówiące o radości Zmartwychwstania. Z drugiej strony mam świadomość – silniejszą, niż kiedykolwiek – że właśnie Zmartwychwstanie jest jedynym, co sprawia, że w całym tym koszmarze można zachować jakąś nadzieję. Bo Krzyż bez Zmartwychwstania nie ma sensu: jest tylko zgorszeniem, koszmarem, upadkiem w otchłań bez dna.

***

A u nas życie toczy się zwykłym trybem. Piłka przygotowuje się do matury i – uskrzydlona nowymi perspektywami – snuje plany na przyszłość (na razie tę najbliższą, bo jest realistką). Pucek poczuł na plecach oddech egzaminów ósmoklasisty: rozwiązuje jakieś zadania z matematyki, z Piłką powtarza angielski. Pietruszka jak to Pietruszka – trochę w swoim świecie, od czasu do czasu raczy mnie opowieściami o jakichś twierdzeniach i dowodach matematycznych, i musze przyznać, że robi to w taki sposób, że nawet coś tam do mnie dociera. Lucek utyka na przednią łapę (lewą). Lekko i tylko od czasu do czasu, ale po świętach trzeba będzie z nim pójść do pani doktor.

A ja? Siedzę nad książką dla wydawnictwa Z. i pierwszy raz od – czy ja wiem? – trzech albo czterech lat praca sprawia mi autentyczną przyjemność, sam jestem ciekaw, co będzie w kolejnym akapicie, w kolejnym rozdziale. To błogosławieństwo móc sobie czasami przypomnieć, że praca może być ciekawa i dawać jakąś satysfakcję. Niestety, dwie kolejne książki, które już czekają w kolejce (umowy podpisane) to już powrót do filozofii „…dla chleba, panie, dla chleba”.

***

Pierwsze wiosenne dni – oczywiście, jakżeby inaczej – budzą we mnie nostalgię za podróżą, za Drogą. Gdzieś pod powiekami krążą obrazki z różnych miejsc i kierunków, w których byłem i które chciałbym jeszcze raz zobaczyć. I z takich, które znam tylko ze zdjęć – a które chciałbym kiedyś zobaczyć po raz pierwszy na własne oczy. Wyjść z domu i ruszyć przed siebie, tak po prostu, zostawić za sobą myśli, niepokoje… (Niebezpiecznie jest wychodzić za własny próg, mój Frodo! Trafisz na gościniec i jeżeli nie powstrzymasz własnych nóg, ani się spostrzeżesz, kiedy cię poniosą…).

A tu rzeczywistość skrzeczy* – akurat w tym roku raczej nigdzie daleko nie pojadę, z przyczyn absolutnie przyziemnych, czyli finansowych.

***

I tak to wygląda. Zwykłe życie. A tymczasem tak niedaleko stąd…

W Rzymie na Campo di Fiori
Kosze oliwek i cytryn,
Bruk opryskany winem
(…)

* Tak, wiem, że w oryginale skrzeczała pospolitość, a nie rzeczywistość. Ale tak mi bardziej pasuje…

Akademicko

Trochę zabiegany mam czas, nie mam kiedy pisać, a są rzeczy warte napisania… Piłka dostała oficjalną wiadomość z Cambridge: przyznano jej pełne, stuprocentowe stypendium. Co oznacza, że jeśli tylko zda A-levels (brytyjską maturę) na wymaganym poziomie (…a z tym raczej problemów nie będzie…), to od października zaczyna studia na Trinity College Cambridge.

Minęło już parę dni, a mnie wciąż trudno w to uwierzyć. Żeby Wam pokazać skalę wydarzenia… Trinity to największy i najbogatszy college na Cambridge University. W związku z tym przyznaje rocznie pięć takich stuprocentowych stypendiów dla kandydatów z Europy (spoza Wielkiej Brytanii). Inne college albo nie mają takich stypendiów, albo jakieś pojedyncze.

Pięć stypendiów. I nie mówimy o Unii Europejskiej, tylko o Europie kontynentalnej (a więc kandydaci do tych stypendiów są nie tylko z UE, ale także z Ukrainy, Serbii, Rosji, Turcji, że o Szwajcarii czy Norwegii nie wspomnę).

Zasady przyznawania takich stypendiów (i wszystkich innych na Cambridge) są dość złożone. Osoba aplikująca o stypendium przechodzi dwa etapy weryfikacji. Pierwszy – co oczywiste – to sprawdzenie sytuacji materialnej kandydata (jeśli stać go na zapłacenie za studia, to dlaczego miałby otrzymać stypendium). Ale drugi etap opiera się już wyłącznie na kwestiach merytorycznych – wynikach w nauce, osiągnięciach, tym, co potencjalny stypendysta sobą reprezentuje na poziomie akademickim i „ludzkim”. Czyli – jeśli kandydat przeszedł pierwszy etap weryfikacji, to w drugim już jego sytuacja materialna nie ma znaczenia: nie jest tak, że osoba o gorszej sytuacji materialnej ma większe szanse na zdobycie stypendium. Dostają je „najlepsi”.

I właśnie jedno z tych stypendiów dostała moja córka. „Stuprocentowe” stypendium oznacza dokładnie to, co ma w nazwie: pokrywa koszty czesnego (zarówno opłatę na rzecz uniwersytetu, jak konkretnego college’u), mieszkania w akademiku, wyżywienia, podręczników etc. – po prostu wszystko, z uwzględnieniem tego, że regulamin Cambridge University zabrania studentom pracować (dorabiać sobie) w czasie studiów.

Jedyne koszty, jakie Piłka misi zapłacić z własnej kieszeni to opłata za wizę studencką i ubezpieczenie zdrowotne w czasie studiów (żeby miała pełny dostęp do brytyjskiego NHS) – to łącznie kwota rzędu poniżej pięciu tysięcy złotych, ale po pierwsze Piłka ma spore oszczędności, które właśnie na ten cel zbierała, a po drugie przynajmniej połowę z tej kwoty pokryje jej szkoła.

Czesne + mieszkanie + wyżywienie + dodatkowe koszty to dla studentów niebędących obywatelami brytyjskimi to kwota rzędu czterdziestu tysięcy funtów rocznie. Teraz pomnóżcie to przez trzy lata. A potem pomnóżcie wynik przez dzisiejszy kurs funta. Wychodzi kwota, która przekracza nie tylko moje możliwości (…), ale i wyobraźnię.

Wiecie co? Tak poza wszystkim innym, to aż jej zazdroszczę. Przygoda życia 🙂