Będzie długo, ale musze się wygadać (…wypisać?). Mój teść miał udar. Niedokrwienny. Do udaru doszło najprawdopodobniej w niedzielę lub poniedziałek tydzień temu. Teść ma 80 lat, ale mieszka sam, zawsze był zdrowy i sprawny, a że kontakt z nami utrzymuje… jakby to ująć… na własnych warunkach, więc nikogo nie dziwił fakt, że się nie odzywał (zwłaszcza, że tydzień wcześniej nas odwiedził). Teść leżał w domu na podłodze – ze sparaliżowaną lewą połową ciała i bez możliwości mówienia – prawdopodobnie jakieś półtorej doby. We wtorek po południu sąsiadka wracająca z zakupów usłyszała jego próby wołania o pomoc. Wezwała policję, policja wezwała strażaków, strażacy weszli par force, pogotowie, szpital.
Teść nie mówił, nie był w stanie powiedzieć, z kim się kontaktować. Dopiero następnego dnia rano (czyli w środę tydzień temu) w szpitalu zjawił się pan zajmujący się sprawami socjalnymi pacjentów, dobrał się do teścia telefonu (na szczęście to nie smartfon, więc bateria trzymała i nie trzeba było znać PINu…) i sprawdził ostatnie połączenia. A ostatnie połączenie było do Sylwii. Sylwia mieszka w C., jest córką naszej cioci i kuzynką mojej M. Jest jedyną osobą, z którą (z jakiegoś dziwnego powodu) teść ma niezły kontakt i czasami do niej dzwoni, żeby pogadać. Więc zadzwonili do Sylwii, Sylwia zadzwoniła do mnie. Ja zadzwoniłem do lekarki prowadzącej (dostałem jej numer).
Epopei medycznej wam streszczać nie będę, bo też nie o to chodzi. Chcę Wam tylko nakreślić sytuację, która wygląda tak, że… Właściwie nie wiem, jak.
Teść ma 80 lat. Udar w każdym wieku jest sprawą poważną, ale w tym wieku – bardziej poważną. Do tego dochodzi fakt, że udar nie był leczony od razu, tylko po +/- półtorej doby. Co, jak się można domyśleć, nie rokuje najlepiej. Lekarka mówi wprost: jest bardzo mało prawdopodobne żeby nawet po intensywnej rehabilitacji on był w stanie samodzielnie mieszkać. Najprawdopodobniej będzie wymagał opieki 24/7 – i to (nie oszukujmy się) nie takiej, jaką my moglibyśmy mu zapewnić w domu. Czyli – albo zakład opiekuńczo-leczniczy, albo opieka na stałe w domu. Zakład na NFZ – jak najbardziej, ale czeka się rok. Przez ten rok trzeba albo do prywatnego zakładu, albo „wynajęta” opiekunka w domu.
I tu dochodzimy do sedna problemu. Ale nie, wbrew temu, co zapewne większość z Was pomyślała – akurat tym razem problemem nie są pieniądze. Bo cały dowcip polega na tym, że teść (choć jego codzienne życie wcale na to nie wskazuje) pieniądze ma. Jakieś oszczędności z czasów pracy w USA, jakieś sumy ze sprzedaży dwóch działek (w tym jednej pod Warszawą, w zasadzie w granicach miasta, którą miał bodaj po rodzicach…). Nie mam pojęcia ile tych pieniędzy jest, ale na pewno jest ich tyle, że wystarczy na przyzwoity ośrodek opieki albo profesjonalną opiekę w domu (warunki są, teść ma dwa pokoje).
Na czym zatem polega problem? Problemem jest… teść. Jaki to jest człowiek, trochę Wam pisałem, większość z Was zna mnie osobiście i wie więcej. Ciężki przypadek. Osobowość paranoidalna (spiski, podstępy, cały świat nie marzy o niczym innym tylko o tym, żeby mu zaszkodzić). Zawsze taki był, śmierć żony to spotęgowała, śmierć jedynej, ukochanej córki jeszcze bardziej, wiek też zrobił swoje. Teść nie ufa NIKOMU. I tu, proszę wycieczki, robi się pod górkę…
Pieniądze są – ale gdzie? Oszczędności na jakichś kontach – gdzie? W jakim banku? Nikt nie wie, a nawet jakby ktoś wiedział, to przecież my nie mamy do tych pieniędzy żadnego dostępu – i bez upoważnienia nikt nam go nie udzieli. Wiem, że część oszczędności (chyba w złocie) ma w małym sejfie, który ma w domu – ale przecież szyfru do sejfu nie znamy. Więc niby pieniądze są, ale ich nie ma.
Teść jest przytomny, świadomy, jego funkcji kognitywnych udar najwyraźniej nie naruszył – z mówieniem tylko jest problem: można zrozumieć pojedyncze słowa, ale rzadko. Ale fizycznie – lewa połowa ciała w zasadzie nie działa, nie jest w stanie nawet podnieść się na łóżku. Kilka prób porozmawiania z nim i wymuszenia jakichś decyzji (bo to ON je musi podjąć) – bez skutku. Te same co zawsze idiotyczne żarciki, głupawe komentarze (nic to, że nikt nie rozumie, ważne, że można je powiedzieć…). Siedzieliśmy dziś przez godzinę razem z panem Januszem (to ten „pan od spraw socjalnych”) tłumacząc mu, jaka jest sytuacja. Że w szpitalu będzie do piątku (co i tak jest kompromisem, bo chcieli go wypisać jutro). Że potem trafi na oddział rehabilitacyjny – ale miejsce na oddziale („na NFZ”) jest dopiero od przyszłego wtorku. A do domu w tym stanie trafić nie może. Więc trzeba go zawieźć od razu do tej kliniki rehabilitacyjnej, ale te pierwsze kilka dni musi w niej być „prywatnie”. I że – niestety – „prywatnie” znaczy „za pieniądze”. Więc niech w jakiś sposób umożliwi nam skorzystanie z tych JEGO pieniędzy, żeby móc opłacić JEGO leczenie.
Nie. On nic nikomu nie poda, szyfru do sejfu, upoważnienia do konta, nie i już. I kolejna seria głupich (i w większości niezrozumiałych) komentarzy. No to co robimy? On sobie poradzi. JAK sobie poradzi?! On chce się ubrać i iść do domu. W tym momencie nie wytrzymałem i w obecności lekarki i pana Janusza wyjąłem z jego szafki przy łóżku torbę z ubraniami (którą sam przyniosłem od niego z mieszkania), położyłem koło niego i powiedziałem: „Proszę, tato, tu jest ubranie, niech się tata ubierze i idzie do domu”. Wtedy po raz pierwszy na chwilę zamilkł.
Ale chwila trwała krótko. Nie, bo nie i już, nikt mu nic nie może kazać i koniec. No to co robimy? Wzruszenie ramion. Tłumaczyłem mu, że – na litość Boską – nie chcę jego pieniędzy, ale potrzebuję środków na JEGO sprawy. Że nie proszę o szyfr do drogocennego sejfu ani hasła do banków, ale niech mi w takim razie przynajmniej poda PIN do karty bankomatowej, która jest w portfelu, żebym mógł na bieżąco płacić za to, co niezbędne (karta – co akurat wiem – jest do konta bieżącego, żadnych bardzo dużych środków na niej nie ma). Nie, bo nie.
A ja naprawdę NIE MAM pieniędzy, aby za to wszystko zapłacić.
Potem zaczął się dopytywać, gdzie jest jego portfel (był w depozycie, sam go odebrałem, bo w ubiegły czwartek wyraził na to zgodę, na szczęście przy świadkach). Mam mu oddać. Ależ proszę: portfel, jakieś karty, prawo jazdy, w przegródce 900 zł. Noszę to przy sobie od tygodnia, ale jak tata chce to mieć ze sobą w szpitalu, to nie ma sprawy (tylko żeby nie było na mnie, jak to ktoś ukradnie).
Wziął. Wyjął te pieniądze i tą zdrową ręką przeliczył, banknot po banknocie. Nawet pan Janusz – który niejedno już widział i doświadczenie ma spore – aż się skrzywił.
A potem wziął jedną z tych stuzłotówek i z tym swoim krzywym uśmieszkiem chciał mi ją wręczyć (takim gestem, jakby mówił, że to „za fatygę”). Przysięgam Wam, że byłem o krok od powiedzenia mu, gdzie może sobie tę stówę wsadzić. I jak głęboko.
Czego, oczywiście, nie zrobiłem.
Podręcznikowy przykład tego, co to znaczy „impas”. Na szczęście pan Janusz wpadł na właściwe pytanie: „No dobrze, panie L., a może komuś innemu pan jakieś pełnomocnictwa da? Może któremuś z wnuków?”. Nie. „A może Sylwii?”
Tak, Sylwii da. Niech Sylwia przyjedzie.
Więc teść w piątek będzie przewieziony na rehabilitację, za której pierwsze kilka dni albo sam zapłaci (tą kartą…), albo za którą zapłacimy z dołu, jak Sylwia od niego na ten cel wyciągnie pieniądze. A Sylwia przyjedzie w sobotę, bo wcześniej nie może. I będzie jechała 450 kilometrów (…w jedną stronę), bo tak.
A najgorsze w tym wszystkim jest to, że to wszystko i tak nie rozwiązuje problemu, a jedynie odsuwa go w czasie. Bo po rehabilitacji (która, w zależności od efektów, może trwać od kilku do nawet kilkunastu tygodni) I TAK trzeba będzie podjąć decyzję „co dalej”. Czy zakład. Czy opieka w domu. A jeśli on na jedno ani na drugie nie wyrazi zgody? Zakład nie, bo nie. Opiekunka w domu? Za żadne skarby, nie wpuści obcego człowieka, który NA PEWNO będzie chciał go okraść, prawda?
I co wtedy? Pojęcia nie mam.
On nie ma w zasadzie nikogo poza nami. Miał dwóch braci, ale obaj już nie żyją. Starszy brat miał dwie córki – znam je, bardzo fajne dziewczyny (obie już mężate i dzieciate), ale teść z nimi kontaktu nie utrzymuje, bo nie. No i jest ciocia w C. (czyli siostra jego zmarłej żony) – też już starsza pani, z chorym kolanem i w ogóle. No i Sylwia (tejże cioci córka), na szczęście. Tylko że Sylwia – jakem napisał – także mieszka w C., czyli 450 kilometrów stąd.
Przyjaciół nie ma żadnych, bo nikogo do siebie bliżej nie dopuszcza. Znajomych ma kilku, ale nie są to ludzie, którzy by mu coś pomogli.
No ale ma nas. Zięcia, którego nigdy nie lubił, ale który przecież krzywdy mu nie zrobi. Troje wnuków, którzy też mają dość ambiwalentne odczucia na temat dziadka, ale na które jednak można liczyć, bo są dobrymi i odpowiedzialnymi ludźmi. Ale nie: trzeba tych wszystkich ludzi od siebie odepchnąć dalej, obrazić, zniechęcić, bo przecież jak chcą dostępu do pieniędzy, to na pewno w złych zamiarach.
Smutne to wszystko, ale też mówiąc szczerze cholernie męczące (zwłaszcza psychicznie) i nieprawdopodobnie irytujące. Od tygodnia zajmuję się głównie jeżdżeniem do Warszawy i usiłowaniem załatwiania jego spraw (musiałem już napisać do redaktora, że nie wyrobię się z terminem tłumaczenia – na szczęście powiedział, że dwa tygodnie nie stanowią problemu). Nie mam czasu pracować, jestem zmęczony, zniechęcony, jakiekolwiek szanse na kilkudniowy wyjazd we wrześniu właśnie zdaje się poszły się paść… A on przelicza, czy mu pieniędzy z portfela nie ukradłem.
Jasne, ja wiem, że to w zasadzie choroba, ale nie czyni to sytuacji ani trochę bardziej przyjemną.





