Wypis ze szpitala był w piątek. Teść trafił na te pierwsze kilka dni do prywatnego ośrodka opieki, będącego zresztą drugą placówką tej samej firmy, która prowadzi „właściwy” szpital rehabilitacyjny. Ośrodek luksusowy, świetnie wyposażony, opieka lekarska i pielęgniarska, asystenci medyczni, rehabilitacja… Żyć nie umierać. Jedyne 460 złotych za dobę. Dób będzie od czterech do siedmiu, w zależności od tego, kiedy w końcu będzie to miejsce na rehabilitacji. Możecie sobie policzyć.
W czasie przyjęcia (teść bardzo spokojny, bo na lekach, które mu jeszcze w szpitalu zaordynowała pani psychiatra) dano mi do wypełnienia plik papierów. O tych finansowych już nawet na razie nie wspominam, ale był wśród nich jeden, który mnie nieco przeraził: „Zgoda na pobyt w ośrodku”. Do podpisania przez pacjenta. Zapytałem administratorkę, czy ten podpis może poczekać do jutra – bo jutro (w sobotę) miała przyjechać Sylwia. A jak JA mu to dam do podpisu, to raczej sukcesu nie będzie, bo ja przecież jestem ten zły, co go chce okraść i oszukać. Zgodziła się na szczęście.
Dziś (a w zasadzie już „wczoraj”, bo od dwudziestu minut jest niedziela) przyjechała wreszcie Sylwia. Wcześniej nie mogła, bo miała akurat w pracy taką sytuację, że nie mogła nawet wziąć urlopu z dnia na dzień. Ustaliliśmy, że ja się w ogóle nie pokazuję. Poszła do niego sama. Dwa zasadnicze cele: nakłonić teścia do podpisania zgody na pobyt (bo bez tego prywatny ośrodek po prosu nie może go trzymać) oraz jakoś zacząć dogadywać sprawę pieniędzy.
Sylwia siedziała u niego ponad dwie godziny. Wyszła wykończona, spocona i ledwie żywa. Sukces połowiczny: udało się, podpisał zgodę na pobyt. To bardzo dobra wiadomość, bo gdyby tego nie zrobił, to naprawdę nie wiem, co byłoby dalej. Ale z kwestii finansowych nic nie wyszło. Zdaje się, że nawet nie dlatego, że teść nie chciał (kiedy w środę, jeszcze ze szpitala, zadzwonił do Sylwii (!), to choć niewiele zrozumiała, podobno mówił coś o tym, żeby przyjechała „załatwić formalności”). Dziś wydawało się, że chce jej coś przekazać na ten temat, ale nie mógł: połączenie leków i faktu, że w weekend nie ma rehabilitacji sprawiło, że nie bardzo mógł powiedzieć cokolwiek w sposób zrozumiały. Z pisania także niewiele wyszło.
Sylwia się w końcu poddała i powiedziała mu (co chyba do niego dotarło), że na razie musi wracać do domu, ale za kilka dni czy tydzień przyjdzie znowu, „…kiedy wujek będzie już trochę lepiej mówił”. I wtedy – miejmy nadzieję – coś się uda załatwić.
Ale kiedy będzie to „wtedy”? Oto jest pytanie. Sam pobyt w ośrodku – w zależności od tego, kiedy będzie go można przewieźć na oddział rehabilitacyjny – będzie kosztował w najbardziej optymistycznej wersji pomad tysiąc osiemset złotych (licząc, że będą to cztery doby). W bardziej pesymistycznej – przy siedmiu dobach – może to być nawet ponad trzy tysiące. Do tego dochodzi pięćset złotych za transport medyczny (jak jechał ze szpitala, to karetka była jeszcze w ramach szpitala, ale teraz trzeba za transport zapłacić).
A ja dostałem z powrotem ten cholerny portfel, w którym jest dziewięćset złotych (tym razem nie będę już miał cienia skrupułów, żeby z tych pieniędzy w tym celu skorzystać) – i to są obecnie wszystkie jego środki, którymi dysponuję.
Tymczasem od piątku wydałem już na jego sprawy trzysta pięćdziesiąt złotych (za same leki, które trzeba było wykupić po wypisie, zapłaciłem prawie dwieście). Trzysta pięćdziesiąt złotych, których nota bene nie miałem, bo akurat (Murphy…) jestem na etapie „czekania na przelew”. Mam na szczęście kartę kredytową, której używam bardzo rzadko (z przyczyn oczywistych), więc się nią posłużyłem. Ale będę ją musiał spłacić (…oczywiście). Na razie nie mam pojęcia, skąd wezmę na zapłacenie za ośrodek i transport – a to przecież dopiero początek wydatków. Bo:
– Co będzie po zakończeniu rehabilitacji? A co będzie, jeśli on nie będzie chciał współpracować z rehabilitantami i wypiszą go wcześniej? Jeśli Sylwii nie uda się z nim załatwić kwestii tych pieniędzy, to na razie (jak mawia Potwór Najstarszy) „…odpowiedź jest oczywista: nie wiadomo”.
– A do tego dochodzi jeszcze jeden problem: zakładając, że teść na tej rehabilitacji spędzi (jak mówiła lekarka) kilka tygodni – trzeba by się dowiedzieć, czy np. nie zalega już z czynszem (mieszkanie komunalne) czy jakimiś rachunkami. Pytanie, czy ktoś nam udzieli takich informacji, zważywszy, że teść nie jest ubezwłasnowolniony? Pytanie drugie – nawet jak udzieli, to patrz punkt pierwszy, czyli skąd wziąć na to kasę?
Po niedzieli idę się spotkać ze znajomym prawnikiem, żeby sprawdził, czy jest jakiekolwiek wyjście z sytuacji, o którym nie wiem (swoją drogą – co za ironia losu: córka prawniczka po Cambridge i Harvardzie, ale polskiego prawa nie zna…).
Naprawdę nie bardzo wiem, co mam robić. Udar, zdrowie, leżący starszy człowiek, konieczność załatwiania tysiąca rzeczy – już samo to jest „ciężkie”… A do tego dochodzi jego paranoiczna osobowość połączona z trudnościami z mową i faktem, że mnie akurat nie lubi – a jedyna osoba, do której ma jakie takie zaufanie mieszka na drugim końcu kraju.
Trochę mam dość.





