Da capo…

Początek ubiegłego roku. Pisze do mnie pani redaktor B. z Dużego Naukowego Wydawnictwa. Pyta, czy podejmę się tłumaczenia na angielski takiej a takiej książki. Odpisuję grzecznie pani redaktor, że bardzo mi przykro, ale ja tłumaczę tylko „w jedna stronę”, z angielskiego na polski, że nie czuję się kompetentny tłumaczyć „w drugą stronę” i że mogę najwyżej poszukać wśród znajomych kogoś, kto byłby zainteresowany. Gdzieś z tyłu głowy krąży mi myśl, że już kiedyś tej pani redaktor to mówiłem, ale może mi się wydaje, może to tylko błąd w Matriksie.

Wrzesień ubiegłego roku. Ta sama pani redaktor B. pisze do mnie z propozycją tym razem redakcji dużej książki w języku angielskim – książka jest już przetłumaczona, trzeba sczytać, zrobić redakcję językową i tak dalej. W odpowiedzi powtarzam z grubsza to samo, że to nie moje kompetencje, ale… Tym razem pani redaktor bardzo prosi, żebym kogoś znalazł. Więc szukam. po tygodniu pani redaktor pisze znowu, czy może kogoś znalazłem, bo im bardzo zależy. Ale to bardzo. Więc szukam dalej, uruchamiam jakieś stare kontakty… Wreszcie piszę do pani S., osoby którą znam w zasadzie wyłącznie na płaszczyźnie oficjalnej – trochę mi głupio, ale w końcu co mam do stracenia, a może pani S. przyda się dodatkowe parę groszy. Piszę, że sprawa bardzo pilna, że się pali. Pani S. – osoba skądinąd przesympatyczna – odpowiada, że być może, tylko musi poznać treść książki, terminy i tak dalej. Więc piszę cały szczęśliwy do pani redaktor B., że właśnie jej kogoś znalazłem, fachowca, osobę doświadczoną… Pani redaktor B. odpowiada następnego dnia, radośnie informując mnie, że już nie trzeba, bo już kogoś znaleźli. Zbieram ręce z podłogi, piszę do pani S. z przeprosinami i wytłumaczeniem, w poczuciu, że zrobiłem z siebie idiotę.

Dzisiaj. Pisze do mnie pani redaktor B. Z propozycją współpracy – a konkretnie… Tak, dokładnie tak: redakcji językowej serii artykułów naukowych w języku angielskim. I że ona już mi zaraz wysyła, tylko żebym podał propozycje wyceny…

No żesz…

(Niezbyt) motoryzacyjnie

Cóż, nie da się ukryć – jest problem… Problem ma cztery kółka, tylko jeździć nie chce. Skubaniec. Zefirek od trzech tygodni w warsztacie stoi – i pan Janek (fachowiec, w dodatku specjalista od opli, co to wiele lat autoryzowany serwis prowadził) nie bardzo jest w stanie dojść, w czym rzecz. Bo wygląda, że wszystko działa – a nie działa. Najprawdopodobniej szlag trafił komputer – wiec teraz pan Janek szuka komputera od takiego samego samochodu, żeby sprawdzić, czy to rzeczywiście to. Bo nie chce mnie narażać na niepotrzebne koszty kupowania nowego komputera, jeśli się okaże, że to nic nie da.

Niby w pandemii – i przy zdalnym nauczaniu – brak czterech kółek na co dzień nie jest aż takim problemem… Raz na tydzień ktoś ze znajomych pożyczy, żeby zakupy zrobić i załatwić wszystko to, co bez samochodu załatwić trudno. I niby starcza… Ale właśnie raczej „niby”, niż „starcza”. Bo ciągle coś. Bo trzeba Piłkę zawieźć do Bursy, bo Pietruszkę na egzamin, bo to, bo tamto…

To, że Zefirek jest do wymiany, to już było wiadomo od jakiegoś czasu – nie ukrywam jednak, że miałem nadzieję, iż jeszcze kilka miesięcy posłuży. Co zrobić – jak się kupuje nastoletnie auto, to człowiek musi być przygotowany na to, że może ono odmówić współpracy.

Założyłem firmę, miałem plany, żeby nowy (…znaczy używany, rzecz prosta) samochód wziąć w leasing. Ale nikt nie da leasingu człowiekowi, który założył firmę kilka dni temu: większość firm leasingowych wymaga co najmniej pół roku funkcjonowania, niektóre zgadzają się już po czterech miesiącach (co i tak nie byłoby złe, bo dałoby się załatwić przed wakacjami, co jest istotne z przyczyn oczywistych).

Tyle, że do wzięcia samochodu w leasing – na takich warunkach, przy których będę w stanie go spłacać – muszę mieć jakiś tam „wkład własny”. A pieniądze, które teraz mam, na ten wkład własny nie wystarczą. Pozostała część wkładu własnego miała się objawić ze sprzedaży Zefirka (za którego w tym wieku i stanie jakieś tam pieniądze da się jeszcze dostać) – ale żeby Zefirka spieniężyć, to Zefirek musi być na chodzie. Inaczej można go co najwyżej sprzedać na części…

Tak, że ten… Jakby ktoś z Was akurat wygrał w Lotto, to wiecie, gdzie mnie szukać…

Jak zostałem prezesem…

Tak, jak pisałem w grudniu, życie zmusiło mnie do założenia działalności gospodarczej. Jedno muszę przyznać: strona techniczna tego procesu bardzo się zmieniła. Kiedy pierwszy raz zakładałem firmę (który to był rok, 2007?) – pół dnia spędziłem na bieganiu po urzędach. Urząd gminy, ZUS (koszmar…), skarbówka, potem jeszcze jakieś kilogramy papierków do GUS… Dziś zajęło mi to około godziny, bez wychodzenia z domu (i tylko raz dzwoniłem do pana księgowego pytać, co mam w daną rubryczkę formularza on-line wpisać).

Co nie znaczy, rzecz prosta, że rzecz jest prosta… Najwięcej zabawy – oczywiście – było ze znalezieniem właściwych kodów PKD. Dla niewtajemniczonych – to są takie czarodziejskie numerki, które wpisuje się w formularz, a które oznaczają rodzaj prowadzonej działalności; generalnie – nie oszukujmy się – mnie są te kody potrzebne mniej więcej do niczego, ale dla machiny biurokratycznej okazują się absolutnie niezbędne, mają jakieś tam znaczenie w statystykach etc. Zabawa była przednia, bo działalność typu „tłumaczenie” nie tak łatwo znaleźć w gąszczu tysiąca kodów, a już działalność typu „redakcja tekstów” (bo przecież i tym się będę czasami zajmował) to po prostu kosmos: na upartego można ją podciągnąć pod co najmniej trzy różne kody w trzech różnych działach… Ponieważ wyszukiwarka kodów na stronie Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej działa jak (tu charakterystyczne „piiiip”), to nie będąc pewnym, postanowiłem zasięgnąć wiedzy u jej źródła – zadzwoniłem na infolinię CEIDG. Uprzejma pani na infolinii poinformowała mnie, że… nie, oni nie zajmują się kodami PKD, w tym celu muszę zadzwonić do Ośrodka Klasyfikacji i Nomenklatur Urzędu Statystycznego w Łodzi (tak, naprawdę istnieje taki urząd…).

OK, siedząc nad otwartym formularzem on-line dzwonię zatem na jeden z pięciu podanych mi numerów, który oczywiście nie odpowiada, dzwonię na drugi… Trzeci odpowiedział. Kolejna infolinia, kolejna uprzejma pani… Wyłuszczam, o co mi chodzi, ale pani przerywa mi po pierwszym zdaniu, informując mnie (cały czas bardzo uprzejmie), że takich informacji telefonicznie się nie udziela (…?), że muszę złożyć pytanie w formie pisemnej („…może być mailem”), a oni mi także pisemnie odpowiedzą. W CIĄGU DWÓCH MIESIĘCY.

Nie ukrywam: parsknąłem śmiechem tak, że pani chyba poczuła się dotknięta. Podziękowałem grzecznie, a jak się już przestałem śmiać, napisałem maila do znajomego, który od lat prowadzi dość znaną firmę zajmującą się właśnie redakcją, korektą i tak dalej. On też mi odpowiedział na piśmie. W ciągu kwadransa.

No i działalność już mam. Możecie mi mówić „panie prezesie”. Bez skojarzeń.

Nareszcie (?)

Wiem, że to głupie i wiem, że zmiana numerka na końcu daty nic de facto nie zmienia (sam o tym kiedyś tu pisałem), ale nie ukrywam, że jakoś cieszę się, że ten rok wreszcie się skończył. Daleki jestem od magicznego myślenia, wiem dobrze, że jeszcze dużo przed nami, ale może jednak jakieś tam światełko w tym tunelu widać…? (…i może jednak nie jest to nadjeżdżający pociąg…)

Życzę Wam – i sobie – żeby ten nowy rok był lepszy. Żebyście byli w nim szczęśliwi. Tak czy inaczej.

Kontrast Świąteczny

Pozwólcie, że dziś zamiast świątecznych życzeń pokażę Wam pewien świąteczny kontrast. Dwa teksty. Oba zostały upublicznione tego samego dnia – dokładnie dziś, w dniu Bożego Narodzenia, w odstępie około pół godziny. Oba mówią poniekąd o roli chrześcijanina / katolika w świecie i podejściu do relacji między wiarą / religią…

Pierwszy – za strony Rada Maryja, na której Robert Bąkiewicz (ten od „bronienia kościołów” i Straży Narodowej) tak na ten temat mówi:

Dzisiaj Straż Narodowa ma być przede wszystkim elementem mobilizacji polskich katolików. Chcemy przywrócić chrześcijański porządek społeczny na świecie. (…) Ostatecznym celem, który stawiamy Straży Narodowej, ma być doprowadzenie do przywrócenia w Polsce, a być może na świecie (wydaje się to z dzisiejszej perspektywy bardzo trudne) społecznego porządku katolickiego, chrześcijańskiego.

Drugi – to słowa papieża Franciszka z orędzia „Urbi et Orbi” (tłumaczenie za portalem Deon.pl):

W tym momencie dziejowym, naznaczonym kryzysem ekologicznym oraz poważną niestabilnością gospodarczą i społeczną, pogłębioną przez pandemię koronawirusa, bardziej niż kiedykolwiek potrzebujemy braterstwa. A Bóg nam je oferuje, dając nam swojego Syna Jezusa. (…) Braterstwo oparte na prawdziwej miłości, zdolnej do spotkania drugiego, który jest inny niż ja, do współczucia jego cierpieniom, do zbliżenia się do niego i do zaopiekowania się nim, nawet jeśli nie jest z mojej rodziny, mojej grupy etnicznej, mojej religii. Jest różny ode mnie, ale jest moim bratem, moją siostrą. A dotyczy to również stosunków między narodami i państwami.

I dodatkowo słowa, których nie mogę na razie znaleźć w polskich tłumaczeniach / omówieniach, ale są na stronie Vatican News po włosku, w pełnej wersji wystąpienia – w tłumaczeniu o. Krzysztofa Mądla SI:

Nie możemy dopuścić, żeby ciasne nacjonalizmy nie pozwalały nam żyć jak [jedna] prawdziwa rodzina ludzka, którą jesteśmy.

Ot, taki kontrast. Każdy sam musi wybrać, która droga jest mu bliższa…

Śródpandemicznie, przedświątecznie…

Wszystko – jak wiadomo – ma swoje plusy i minusy, czyli zady i walety. Czy jakoś tak. Pandemia też. O minusach pisał nie będę, bo wszyscy je znamy. Ale parę plusów też się znajduje. W moim przypadku – paradoksalnie – plusem jest to, że żyje się taniej. Zakupy raz na tydzień – żeby jak najmniej między ludzi chodzić – więc trzeba zrobić dokładną listę, z tygodniową rozpiską obiadową, a co za tym idzie kupuje się znacznie mniej niepotrzebnych czy nadplanowych rzeczy. Jeździ się bardzo mało i głównie lokalnie, więc koszty paliwa są minimalne. Potwory nie jeżdżą do szkół, więc odpadają bilety miesięczne.

No i prezenty świąteczne… Wspólnie z Osobistym Tatą doszliśmy do wniosku, że w czasach zarazy nie ma co po sklepach za dużo łazić: wszystkie prezenty zamówione on-line, a dodatkowo zamiast setki niepotrzebnych duperelek (które po tygodniu czy dwóch służą głównie jako kurzołapki) każdy z Potworów dostanie jeden „większy” prezent, na który złożymy się wspólnie.

***

Święta… Jakoś mi w tym roku z tymi Świętami nie po drodze. To znaczy – nie o same Święta chodzi, o ich treść, o stronę duchową… Raczej o to wszystko „dookoła”. Trudno to sprecyzować, ale kiedy myślę o stawianiu choinki i tak dalej to łapię się na jakiejś niechęci, jakiejś wewnętrznie „skrzywionej minie”. Chciałbym – chyba jeszcze bardziej niż kiedyś – spędzić te święta inaczej. Powędrować gdzieś. Wyruszyć. Pójść na pasterkę do kaplicy na Wiktorówkach… Nierealne, rzecz prosta.

Minusem całej sytuacji pandemicznej (no tak, jednak bez minusów się nie da…) jest poza wszystkim to, że 24/7 jesteśmy w domu z Potworami. Dzięki błogosławionej decyzji sprzed niemal dziewiętnastu lat – o wyprowadzce z Warszawy do G. kupnie domku zamiast mieszkania – każde z nas ma swój pokój, dzięki czemu jeszcze nikt nikogo nie zabił (ani nawet nie próbował)… Nie zmienia to faktu, że wszyscy jesteśmy tym zmęczeni. Oczywiście u każdego inaczej się to zmęczenie objawia. U mnie objawia się przede wszystkim w tym, że chciałbym choć na chwilę „zmienić towarzystwo”. Że chciałbym tak zwyczajnie usiąść i pogadać przy kawie z kimś, kto ma trochę więcej niż osiemnaście lat. Nie przez telefon i nie przez Skype’a. A tu d… Znaczy się pandemia. Moi Przyjaciele i znajomi siedzą w swoich domach ze swoimi dziećmi, pewnie część z nich ma podobne myśli… Ale przynajmniej z kimś poza dziećmi mogą słowo zamienić. A ja nie.

***

Niełatwa (no co, ja też muszą sobie czasami pomarudzić…) jest też sytuacja pracowa. Z powodów czysto zewnętrznych (o których nie chce mi się pisać, zwłaszcza, że musiałbym odnieść się do Niemiłościwie Nam Panujących, a to ostatnimi czasy coraz rzadziej potrafię robić bez używania Słów Powszechnie Uznawanych za Obraźliwe…) będę musiał odejść od dotychczasowej formy pracy. Dotąd było prosto: zarabiałem głównie na umowach o dzieło. Teraz (najprawdopodobniej od lutego) będę jednak musiał założyć działalność gospodarczą, co mi się po prostu nie opłaca – ale nie bardzo mam inne wyjście. Działalność oznacza wyższe podatki, więcej pieniędzy na opłacenie ZUS i parę innych problemów. Plus jest taki, że może to mi rozwiąże kwestię samochodu – będę mógł wziąć coś w leasing. Ano, zobaczymy.

W kwestiach zawodowych (jak już jesteśmy przy marudzeniu) – poza „codziennościami” tłumaczę książkę. I cierpię jak potępieniec… Nie dlatego, że książka traktuje o sprawach, które nic mnie nie obchodzą – tu mam podejście profesjonalne, czyli zadaniowe („…dla chleba, panie, dla chleba”). I nawet nie dlatego, że jest śmiertelnie nudna. To jeszcze da się znieść (w końcu tłumaczyłem już w życiu poradnik pielęgnacji ogródków!). Problem polega na tym, że – i piszę to z pełną odpowiedzialnością i bez cienia przesady – jest to najgorzej napisana książka, z jaką w życiu (zawodowym) miałem do czynienia.

Autor (skądinąd zdaje się znakomity fachowiec i autorytet w swojej dziedzinie) po prostu fatalnie pisze. Zdania są niespójne, kolejne akapity mają się nijak do siebie (o tym, że pojedynczy akapit potrafi mieć półtorej strony, już nawet nie wspominam…). Cytaty często okazują się nie być cytatami; autor pisze coś w stylu „Minister Smith w czasie tego spotkania powiedział:”, po czym następuje cytat w cudzysłowie, który jednak okazuje się nie być przytoczeniem słów ministra Smitha, tylko fragmentu książki, której autor opowiada tę sytuację, w związku z tym w „cytacie z ministra Smitha” mowa jest o nim samym w trzeciej osobie… Albo są cytaty, która nawet SĄ cytatami, ale nie mają żadnego sensu – a po kwerendzie w sieci okazuje się, że autor przytacza dane słowa błędnie, zmieniając jakiś wyraz, który kompletnie przeinacza (czy wręcz brutalnie likwiduje) sens wypowiedzi. W książce padają fachowe (wydawałoby się) określenia, które po wrzuceniu w Google’a dają na przykład trzy (TRZY) wyniki: dwa są odniesieniami do tej książki, trzecie – do jakiejś fachowej dyskusji na forum tłumaczy, którzy (najwyraźniej) tłumaczyli tę książkę na… bułgarski. Pojawiają się skróty, których nie ma w spisie skrótów, a które wujek Google rozwija na pięćdziesiąt możliwych sposobów, z których jednakowoż żaden nie pasuje do treści książki. Pojawiają się zdania wielokrotnie złożone, przy których można odnieść wrażenie, że pod koniec zdania autor zdążył już zapomnieć, o czym traktował początek. No, dramat po prostu. A najdziwniejsze jest to, że wydawnictwo, które opublikowało to arcydzieło (mówię o oryginale) to szacowna instytucja związana z jednym z najlepszych uniwersytetów na świecie. W „podziękowaniach” („Acknowledgements”) na początku książki autor dobre pół strony poświęca podziękowaniom dla „wspaniałych i jakże kompetentnych redaktorów, dzięki którym…” etc. – a prawda jest taka, że książka sprawia wrażenie, jakby nigdy nie przebywała w jednym pomieszczeniu z jakimkolwiek redaktorem. Ale może się mylę – może przed redakcją było jeszcze gorzej?…

Dobrze, że przynamniej w miarę dobrze za to płacą.

***

Jest też trochę muzyki, o której chciałbym kilka słów. Katie Melua, Joe Bonamassa, nowy album Bruce’a Springsteena… Ale trochę już nie mam siły. Może następnym razem.

Dlaczego…?

Pisałem poprzednim razem o książce, którą czytałem (Władcy strachu. Przemoc w sierocińcach i przełamywanie zmowy milczenia” – Ewa Winnicka i Dionisios Sturis). Straszna lektura, ale w całej swojej straszności moim zdaniem – lektura obowiązkowa. Zawsze czytając takie historie mam wrażenie, że choćby w ten sposób – właśnie czytając i przeżywając – mogę oddać jakąś sprawiedliwość ofiarom i uderzyć w sprawców takich czynów, którzy bardzo chcieliby, aby nikt o tym nie mówił.

Książka (long story short) opowiada historię systemowego (tak to chyba trzeba nazwać) znęcania się i okrucieństwa wobec podopiecznych sierocińców (ale także rodzin zastępczych) na wyspie Jersey w ciagu ostatniego półwiecza. Przemoc psychiczna i fizyczna, de facto tortury, wszechobecne wykorzystywanie seksualne (i przyzwolenie na wykorzystywanie młodszych dzieci przez starsze) z brutalnymi gwałtami włącznie, najprawdopodobniej – także morderstwa. A wszystko to na sielskiej, spokojnej, uroczej wyspie, słynącej z niskich podatków, dobrych szkół, niskiej przestępczości i uznawanej za wprost doskonałe miejsce do życia.

Koszmarna to lektura. Same relacje ofiar (dziś już dorosłych ludzi) są wstrząsające – opowiadane pozornie na zimno (po po latach), a jednak pełne emocji, opisujące rzeczowo i dokładnie doznane krzywdy. Znacie takie uczucie, kiedy ktoś na pozór spokojnie opowiada o jakichś wydarzeniach, ale w jego głosie słychać krzyk?

Ale – paradoksalnie – nie to poruszyło mnie najbardziej. Tym, co dla mnie w całej tej opowieści było najbardziej wstrząsające, było wszystko to, co działo się na zewnątrz tych historii. Systemowe ukrywanie tego, co się działo. Lokalni politycy, dla których do końca ważniejsze było „dobre imię wyspy” i zachowanie funkcjonującej od wieków „Jersey way of living” niż cierpienie, życie i zdrowie ofiar. Policjanci (zwłaszcza członkowie „policji honorowej”) działający zawsze w interesie „wyspy”, nigdy w interesie ofiar. Prokuratorzy, którzy odmawiali wszczęcia śledztwa mimo zebranych dowodów i zeznań. Rządzący, którzy świadomie i cynicznie niszczyli kariery tych policjantów („importowanych” z głównej części Wielkiej Brytanii), którzy nie poddali się zmowie milczenia i uruchamiali kolejne śledztwa. I tak dalej, i tak dalej…

Bulwersujemy się (i słusznie, rzecz prosta!) historiami pedofilii w polskim Kościele. Oburzamy się (i słusznie!) na biskupów, którzy wiedząc o skłonnościach albo działaniach jednego czy drugiego księdza zamiast zadziałać, przeciąć sprawę, zgłosić gdzie trzeba – zamiatali wszystko pod dywan. Zjawiskiem, które jest dziś niemal symbolem całego procederu, jest osławione „przenoszenie do innej parafii” (czy wręcz diecezji) księdza, który krzywdził nieletnich – na skutek czego nie tylko unikał on kary, ale mógł krzywdzić kolejne ofiary. Oburza nas to. Gorszy.

Ale kiedy czytam o tym, co się działo na Jersey, dochodzę do wniosku, że te historie z naszego podwórka to jeszcze nic. Bo tam (mówiąc obrazowo, bo na Jersey akurat nie duchowni byli sprawcami) nawet „nie przenoszono do innej parafii”. Ludzie, o których wiadomo było, że znęcają się nad dziećmi, molestują, gwałcą, dalej pracowali w sierocińcach. Nikt nikogo nie przenosił, skargi trafiały w próżnię, jakimkolwiek próbom zmiany sytuacji natychmiast ukręcano łeb.

Chłopak, który został brutalnie zgwałcony przez zamożnego gentlemana, zabierającego go na przejażdżki w ramach „pomocy sierotom”, opowiedział wszystko pielęgniarce (podobno skądinąd miłej kobiecie), do której trafił, bo po tym, co się stało, przez kilka dni krwawił z odbytu. Co zrobiła pielęgniarka? Nic. Powiedziała mu, że na pewno zmyśla, pewnie się przewrócił i tyle. Zamożny gentleman zabierał go potem na takie „przejażdżki” jeszcze wielokrotnie.

Dzieci, które w rodzinie zastępczej były bite, głodzone i wykorzystywane seksualnie, próbowały się poskarżyć – i nic. Zagrożono im, że jak jeszcze raz coś takiego „wymyślą”, to trafią do szpitala psychiatrycznego. Nie chodzi nawet o to, że im nie uwierzono – nikt nawet nie wysłuchał, co mają do powiedzenia.

Zeznania wielu świadków dowodzą, że w największym domu dziecka na wyspie wielokrotnie zjawiali się różni „sławni i bogaci”, którzy po prostu wybierali sobie dzieci, które później ich „obsługiwały”. Nie mówimy o gwałcie w ciemnej uliczce czy o sprytnym pedofilu kryjącym się w ciemnych korytarzach sierocińca, ale o systemowym (wiem, że używam tego słowa po raz kolejny) wykorzystywaniu, o którym bez cienia wątpliwości wiedział dyrektor i (zapewne) większość personelu. I co? I nic. Nikogo nawet „nie przeniesiono do innej parafii”. Większość sprawców spokojnie dożyła swoich dni na emeryturze, ciesząc się do końca życia szacunkiem otoczenia.

Wstrząsająca jest historia o nauczycielu z miejscowego college’u (w realiach brytyjskich college to odpowiednik naszego liceum, przypominam), który wykorzystywał seksualnie nie tylko sieroty z domu dziecka, ale także swoich uczniów – dzieci z dobrych domów, z zamożnych i szanowanych miejscowych rodzin. I co? I nic. Nawet kiedy już zebrano dowody (łącznie z filmami, które s…syn sam nagrywał!) dyrektor college’u nie widział powodu, żeby go zwolnić z pracy, bo to przecież znakomity nauczyciel, szanowany w społeczności, lubiany przez uczniów i rodziców… A kiedy – wyłącznie dzięki uporowi „importowanych” policjantów – drań został wreszcie oskarżony, dyrektor zgodził się na to, aby… nie prowadził więcej zajęć z uczniami, ale nadal otrzymywał pełną pensję. A rodzice – rodzice! – urządzili awanturę szefowi policji, że psuje dobre imię szkoły…

I – przypomnę – to wszystko nie działo się w jakimś (pardon) Bantustanie, tylko na terenie będącym dependencją Korony Brytyjskiej. Europa Zachodnia, cywilizacja, pierwszy świat.

Trzy myśli, które nie dają mi spokoju po przeczytaniu tej książki.

Po pierwsze – zarozumiałem, co miały – mają – wspólnego wszystkie ofiary takich czynów. Wszystkie: i te na Jersey, i te w Polsce, i w USA, i gdziekolwiek. Tu nie chodzi o status (choć oczywiście łatwiej krzywdzić sierotę, o którą nikt się nie upomni), o pochodzenie, inteligencję, wygląd, zachowanie. Jedynym, co łączy wszystkie ofiary, jest to, że nikt ich nie słuchał.

Po drugie – zrozumiałem, co łączy wszystkich sprawców takich czynów. Tu nie chodzi o to, czy ktoś jest nauczycielem, opiekunem w sierocińcu, bogatym i znanym prezenterem radiowym (jak niesławny Jimmy Savile), księdzem czy może prostym woźnym albo stolarzem. Jedynym, co łączy sprawców jest to, że mieli władzę. Władzę oczywiście na bardzo różnych poziomach – ale jednak władzę nad tymi dziećmi.

Po trzecie – chyba zrozumiałem, dlaczego ci ludzie to robili. Dlaczego dopuszczali się tych okropności, dlaczego krzywdzili, bili, molestowali, gwałcili. Odpowiedź na to pytanie mrozi krew w żyłach. No bo pomyślcie: naukowcy sądzą że skłonności pedofilskie (w najszerszym sensie – także te „graniczne” i te, które nigdy nie przekładają się na zachowania pedofilskie, a pozostają w sferze jakichś tam tendencji, myśli etc.) może przejawiać do 5 procent męskiej populacji. Tych „prawdziwych” pedofili, którzy dopuszczają się czynów uznawanych za przestępstwo, jest znacznie mniej – prawdopodobnie poniżej 1 procent populacji. Pedofilia to zachowanie objęte w naszej cywilizacji szczególnie silnym tabu. A jednak w sprzyjającej sytuacji całe mnóstwo zupełnie normalnych ludzi – od wysoko postawionych polityków i celebrytów, poprzez pedagogów, wychowawców, aż po przypadkowych woźnych, stolarzy czy czy monterów – zachowywało się tak a nie inaczej i najwyraźniej nie widziało w tym nic szczególnie złego. Odpowiedź, dlaczego to robili, jeśli się dobrze wczytać w historie opisane we „Władcach strachu”, jest bardzo prosta: BO MOGLI.

I nie mogę się oprzeć myśli, że to fatalnie o nas świadczy. O nas jako gatunku.

Życie on-line i literatura faktu

Nauczanie zdalne to nie jest to, co tygrysy lubią najbardziej. Dotyczy to zarówno tygrysów młodszych, jak starszych. Młodszym brakuje spotkań z kolegami i koleżankami, interakcji, zmiany otoczenia wymuszanej przez codzienne wyjście do szkoły. Starszym brakuje… braku młodszych przez te parę godzin dziennie. Mam wrażenie, że ani przez chwilę nie jestem sam. Jak siedzę i pracuję, to i tak co jakiś czas (zdecydowanie zbyt często) ktoś coś ode mnie chce. Jak wyjdę ze swojego pokoju, natychmiast słyszę „…tato!”. A jak wieczorem mam ochotę wyjść na spacer z psem, żeby pobyć trochę w samotności (…pies się nie liczy, bo nie gada…) i wyciszyć się słuchając muzyki, to zawsze ktoś (najczęściej Pietruszka) chce iść ze mną. Uff.

Stosunkowo najlepiej (tym razem) zdalną naukę znosi Pucek. Najgorzej – Pietruszka właśnie, który pracy ma mnóstwo (w końcu klasa maturalna) i w zasadzie siedzi u siebie od rana do wieczora, więc wieczorami jest marudny i boli go głowa. Na szczęście sam wpadł na to, że powinien choć raz dziennie wyjść na spacer. Niestety odbywa go najczęściej ze mną…

Poza tym Pietruszka skończył kurs i miał w czwartek zdawać egzamin na prawo jazdy. Słowo kluczowe – „miał”, bo nie zdawał: w czwartek rano, kiedy właśnie szykowaliśmy się, żeby jechać do Trochę Większego Miasta na rzeczony egzamin, do Pietruszki zadzwonili z WORD-u żeby nie przyjeżdżał, bo iluś tam egzaminatorów trafiło na kwarantannę i „dziś nic z tego”.

No OK, zdarza się (zwłaszcza ostatnio), poza tym i tak prawdopodobieństwo zdania za pierwszym razem jest niewielkie, więc niby się mistrz kierownicy in spe specjalnie na nic nie nastawiał – ale kto zna Pietruszkę, ten wie, że dla niego takie zmiany planów (zwłaszcza nagłe) nie są sprawą prostą. Więc przez cały czwartek chodził ponury, w piątek miał zły humor, dopiero dziś mu przeszło. No, prawie. W poniedziałek dowie się, kiedy ma szansę na ten egzamin…

***

Ja właśnie dostałem kolejną książkę z Dużego Naukowego Wydawnictwa. Z jednej strony to dobrze, rzecz prosta, z przyczyn oczywistych. Z drugiej…

Raz – że DNW jak zwykle wszystko musi robić na ostatnią chwilę. Książka musi być przetłumaczona najpóźniej do połowy stycznia, co przy jej objętości (plus minus 750 stron rozliczeniowych) oznacza, że nie ma najmniejszych szans, żebym mógł ją zrobić samemu. Musi być podzielona na dwóch tłumaczy, czego nie lubię – jedyny plus tej sytuacji jest taki, że ponieważ wydawnictwu zależy na tym, żebym ja tłumaczył przynajmniej część, do mnie zwrócili się najpierw, dzięki czemu miałem prawo wyboru i mogłem wybrać pierwszą połowę (co zawsze jest nieco łatwiejsze, bo do nikogo nie muszę się dostosowywać – no i nie muszę czytać pierwszej połowy, żeby wiedzieć, jak tłumaczyć drugą).

Konieczność dzielenia na dwóch oznacza, że zarobię na tym interesie mniej, niż bym chciał – ale z drugiej strony krótki okres sprawia, że jestem na dobrej pozycji w negocjacjach finansowych, więc jest szansa, że stawka będzie ciut wyższa. Czy to będzie duży ciut – to się jeszcze okaże (ja tym razem od razu podałem swoje minimum, żeby nie było niedomówień – i dostałem odpowiedź, że tyle będzie na pewno, a może się da trochę więcej).

Tylko ta książka… Ekonomia. Znowu. Fatum jakieś cholerne. Terminologię mam z grubsza opanowaną po poprzednim tłumaczeniu – ale ekonomia jako taka średnio mnie wciąga, a ta konkretna książka niestety niesie ze sobą mniej więcej tyle emocji i dobrej zabawy, co obserwowanie wyścigów okrętów podwodnych. Z brzegu.

Nie, nie żebym narzekał, dobrze, że jest. Ale trochę tęsknię za czasami, kiedy tłumaczyłem „Tybet…” czy „Lekcje chińskiego”.

***

A prywatnie, w (nielicznych) wolnych chwilach – czyli głównie wieczorami, na przykład w wannie – czytam jedną z najbardziej koszmarnych książek, jakie w życiu miałem w ręku (i nie mówię o jakości literatury, tylko o jej ciężarze). Wolno mi idzie, bo po prostu nie jestem w stanie przeczytać na raz więcej niż rozdział, najwyżej dwa – potem jestem już tak psychicznie zmaltretowany, że muszę to odłożyć. Czasami na dzień czy dwa.

Jak skończę, za parę dni, to napiszę coś więcej na ten temat, bo różne przemyślenia mnie nachodzą – i nie są to myśli przyjemne ani optymistyczne. I pomyśleć, że kiedyś (chyba po obejrzeniu jakiegoś filmu) byłem zachwycony wyspą Jersey i bardzo chciałem ją kiedyś odwiedzić…