Czerwona Strzała się popsuła. Zdarza się, oczywiście – ale zgodnie z naszą rodzinną tradycją jak już samochód się psuje, to złośliwie. We wrześniu ubiegłego roku Strzała zepsuła się w C., czyli na Drugim Końcu Polski, kiedy byliśmy u rodziny. Tym razem tak się nie stało (…pewnie dlatego, że na razie nigdzie nie wyjeżdżaliśmy), ale za to zepsuła się (jakże by inaczej) w sobotę, półtora tygodnia temu. Po dość nerwowym przedpołudniu, kiedy z pomocą kolegi P. montowaliśmy w pokoju Piłki parę nowych półek, pojechaliśmy z właścicielką pokoju na szybko do sklepu, żeby zrobić jakieś zakupy. Pod sklep dojechaliśmy jeszcze bez problemów, zakupy zrobiliśmy, ale kiedy wsiedliśmy z powrotem do samochodu, żeby wrócić do domu – to już się nie dało. Sprzęgło, dla odmiany. Pedał w podłodze, biegi nie wchodzą.
Zadzwoniłem do kolegi P. („…bo dawno cię nie prosiłem o pomoc…”), który przyjechał i zaholował nas do warsztatu, położonego zresztą jakieś dwieście metrów od domu. Tyle dobrego, że dało się normalnie włączyć silnik, więc działało wspomaganie kierownicy i hamowania, bo bez tego holowanie to męka.
Niestety – jak wspominałem – była sobota, więc warsztat był oczywiście zamknięty. Ustawiliśmy samochód na miejscu parkingowym tuż obok bramy i poszedłem do domu, bo co niby innego miałbym zrobić…
W poniedziałek rano zjawiłem się w warsztacie, powiedziałem co i jak, zostawiłem kluczyki. Odebrałem auto w środę – pan mechanik ostrzegł, żebym trochę pojeździł, bo on wymienił jakiś tam padnięty siłownik (…czy coś w tym rodzaju), ale ma dziwne wrażenie, że to sprzęgło chodzi jakoś dziwnie. Przejechałem się dookoła osiedla – uznałem, że chodzi normalnie, zapłaciłem, pojechałem. Godzinę później miałem gdzieś podrzucić któreś z Potworów. Odjechaliśmy jakieś 200 metrów od domu (…niestety nie w stronę warsztatu…) i da capo. No żesz.
Zadzwoniłem do warsztatu, pan Robert przysłał dwóch swoich ludzi, którzy jakoś siłowo wrzucili jedynkę i autko poturlało się z powrotem. Pan Robert, zafrasowany, powiedział, że jest ryzyko, że padło… (coś tam, nawet nie pytajcie), a jeśli to rzeczywiście to – naprawa wymaga wymontowania skrzyni biegów. A w tym modelu wymontowanie skrzyni biegów wymaga najpierw zdemontowania całego praktycznie przedniego zwieszenia. Czyli – części tanie, ale robocizna… „Nie chcę pana straszyć, ale wtedy to musi wyjść koło dwóch tysięcy”.
No po prostu fan-ta-stycz-nie. Z akcentem na „…nie”.
Wczoraj na spacerze z Luckiem zajrzałem do warsztatu, zapytać, jak idzie. Pan Robert powiedział, że ma dwie wiadomości – dobrą i złą. Dobra jest taka, że chyba jednak nie będzie trzeba wymontowywać skrzyni biegów, bo wszystko wskazuje na to, że puścił zaworek, który utrzymuje w instalacji płyn pod ciśnieniem (sprzęgło w tym modelu jest hydrauliczne, a nie klasyczne, z linką). Musiał być już zużyty i kiedy wymienili uszkodzony siłownik, to w czasie prób ciśnieniowych puścił. Wymiana tego zaworka to pikuś – sam zaworek kosztuje grosze, roboty przy tym niewiele, plus trochę płynu hydraulicznego do uzupełnienia. Natomiast zła wiadomość (powtórka z rozrywki z września…) jest taka, że tego cholernego zaworka nie ma w żadnej hurtowni w Polsce i muszą go sprowadzać z Niemiec przez oficjalny system cześci zamiennych Opla. Co nie jest problemem, ale trwa. Więc już półtora tygodnia jestem bez auta, co bywa męczące.
A pamiętacie, jak kiedyś pisałem, że nasza rodzina jest obciążona taką dziwną klątwą, że jak się psuje samochód, to zwykle zaraz potem psuje się pralka? No więc pralka działa (…na razie?), za to kilka dni po samochodzie zepsuł mi się… rower. Niby nic poważnego (tylne koło, albo do wycentrowania, albo obręcz do wymiany, żaden dramat) – ale teraz przez kilka dni nie mam ani auta, ani roweru.








