Niezwykłe w tym roku to przejście pogodowe: cały kwiecień zimny, jeszcze trzydziestego raptem dziesięć stopni – a potem pierwszy maja i pstryk! Pełna wiosna. Jak tu nie kochać maja…
Książkę kończę – ciekawą, ale trudną. W zasadzie mam już całość, w poniedziałek muszę siąść nad bibliografią i „tłumaczeniem” indeksu. Potem już następna czeka w kolejce – także ciekawa i też chyba dość trudna. Nie jest źle.
Pucek od poniedziałku zaczyna maturę. Nie denerwuje się tak, jak wielu – choć nie jest też tak spokojny i wyluzowany, jak chciałby, żeby wszyscy myśleli: widać, że jakieś napięcie jest. Ja jestem dobrej myśli. Wiem, że się uczył, wiem, że jest przygotowany. Będzie dobrze.
A moi przyjaciele są w Silay. Ta sama ekipa co w ubiegłym roku plus trzy dodatkowe osoby. Minus ja, niestety. Chcieli, żebym jechał z nimi – ale nie mogłem przecież wyjechać sobie na dwa tygodnie na drugi koniec świata właśnie wtedy, kiedy Pucek pisze maturę. Trudno, u-ha-ha. Mam nadzieję, że za rok już żadnych przeszkód nie będzie.
Oni są w Silay, inni pojechali w Beskidy, moja siostra siedzi tydzień w Berlinie – „…a my co? Tylko banany i banany…”, jak głosiła słynna reklama. Ale przynajmniej pojeździem sobie na rowerze, miałem chwilę, żeby coś poczytać – i nawet wychodząc z Luckiem na spacer ucieszyłem się samym faktem, że jest ciepło i wreszcie można iść w krótkich spodniach i T-shircie. Brakowało mi tego: ciepła, słońca na skórze, ciepłego wiatru na twarzy. Dalej brakuje mi drogi i horyzontu, ale to jeszcze raczej nieprędko…
A tak na szybko, coś Wam chciałem pokazać. Najpierw oryginalne nagranie – irlandzki klimat, autorką (chyba) jest Rose Betts, śpiewa Isabel Dumaa (głośniki proszę podkręcić!):
A teraz to samo z dwoma dodatkowymi głosami – ludzie, którzy znaleźli to w sieci i dodali coś od siebie. Do takich rzeczy powinien służyć Internet 🙂
Ładne, co?







