Ciąg dalszy…

Poprzedni wpis był 2 września. Dziś jest 18 września, czyli – jak łatwo obliczyć – minęły nieco ponad dwa tygodnie. Teść trafił na rehabilitację. DZIŚ. Czyli miesiąc po pierwszym wypisie ze szpitala. I prawie sześć tygodni po samym udarze.

Tydzień temu, w piątek, miał już być przyjęty. Dotarliśmy do kliniki rehabilitacyjnej (pod Warszawą, ale zupełnie z drugiej strony, niż mieszkamy) koło 11:00. Wszystkie papiery w porządku, pacjent w porządku… A, nie do końca. Bo pani doktor która go przyjmowała zauważyła, że w worku na mocz ciągle jest nieco krwi. I powiedziała (zresztą słusznie, rzecz prosta), że ona nie może go tak po prostu przyjąć na rehabilitację. Klinika to nie szpital, jeśli nie ma pewności, czy nie wraca infekcja albo czy coś innego złego się nie dzieje, to trzeba to najpierw sprawdzić. Wypisała nam szczegółowe pytania i badania i kazała zawieźć chorego na SOR do najbliższego szpitala, żeby tam go zbadali i żeby się urolog wypowiedział. Powiedziała jednoznacznie: poza tym wszystko jest OK, ona chce tylko upewnienia od urologa, że nie ma problemu na tym poziomie.

Najbliższy szpital jest o kilka minut jazdy od kliniki. Mają tam dobrą urologię. Tam pojedźcie.

Ale gdyby to był takie proste… Jakiś pajac-dyspozytor w firmie zajmującej się przewozami medycznymi uznał, że nie, że nie mogą go tan zawieźć – i kazał go zawieźć Z POWROTEM DO DOMU OPIEKI, a tam czekać na NOWĄ KARETKĘ, która go zawiezie na ten SOR. Żeby Wam uświadomić poziom absurdu: klinika rehabilitacyjna jest w Międzylesiu. Szpital specjalistyczny jest w Międzylesiu. Dom opieki jest na Dzielnej, czyli na Woli blisko centrum Warszawy. Kto mieszka w stolicy, ten wie. Kto nie, niech rzuci okiem na mapę.

Lekarka usiłowała kretynowi wyjaśnić przez telefon, że to nie ma sensu. Dyrektor kliniki też próbował. Nic. Jak zderzenie z betonową ścianą. Odwieźli go na Dzielną. Nawet kierowca karetki i sanitariusz pukali się w głowę, ale musieli zrobić to, co im kazano.

Na Dzielnej byliśmy chwilę po 12:00. Kolejna karetka przyjechała po 16:00. A potem kolejne szpitale odrzucały pacjenta – bo przecież oficjalnego skierowania nie ma, stanu zagrożenia życia też nie. Wiadomo było, że tak będzie: piątek po południu to chyba najgorszy możliwy czas na przyjęcie do szpitala.

W końcu, koło 20:00 (!) za namową obsady karetki i pielęgniarek z domu opieki, wezwaliśmy pogotowie. Zostaliśmy poinstruowani, co mamy mówić (…a czego nie…), żeby pogotowie na pewno go wzięło. Udało się. W piątek wieczorem trafił ostatecznie do tego samego szpitala, w którym był już dwa razy.

Tyle, że jak trafił w takim trybie – to nie „na badania i z powrotem”, tylko na tydzień. No ale OK, zrobili mu wszystkie możliwe badania, posprawdzali co się dało. Wczoraj (w czwartek) po południu rozmawiałem z lekarką. Wypis w poniedziałek, przewóz od razu do Międzylesia na rehabilitację. Wieczorem, jak wróciłem do domu, od razu mailem wysłałem do pani koordynatorki z kliniki skany badań i epikryzy, żeby nie było żadnych niespodzianek. I napisałem, że w poniedziałek…

Dziś rano dostałem maila. Że nie: bo skierowanie na NFZ jest ważne 30 dni, ten termin mija 20 września, czyli w niedzielę, w weekend przyjęć nie ma, więc zgodnie z wytycznymi NFZ ostatni dzień jest dziś. 18 września. W poniedziałek to zapraszamy „prywatnie”.

Mało mnie szlag nie trafił. Bardzo wolno policzyłem do dziesięciu i zadzwoniłem. Pani bardzo przeprosiła, ale powiedziała, że to nie od niej zależy.

No dobrze, ale DZIŚ jeszcze to skierowanie jest ważne, tak? Tak. Więc jeśli DZIŚ go przywieziemy, to go przyjmą? Ona zaraz zapyta panią doktor. Pół godziny później: tak, przyjmą, tylko żeby dotarł do 13:00.

Telefon do szpitala. Lekarka prowadząca miała wczoraj dyżur, więc dziś jej nie ma, ktoś ją zastępuje. Tłumaczę: MUSI być wypisany DZIŚ, bo inaczej przepadnie mu rehabilitacja (prywatna kosztuje łącznie z pobytem dobrze ponad pięćset złotych dziennie, a trwać powinna koło trzech miesięcy; policzcie sobie sami).

Na szczęście trafiłem na bardzo sensownego i empatycznego lekarza. Powiedział (cały czas przez telefon!), że spokojnie, proszę się nie denerwować, wszystko załatwimy. W ciagu godziny był gotowy wypis, po kolejnej godzinie był transport, my pojechaliśmy prosto do Międzylesia, gdzie przyjechaliśmy równo z karetką, po 11:00. Przyjęli go. O dziwo – nawet bez problemów podpisał wszystkie zgody (…odniosłem dziwne wrażenie, że pomocne w tej sprawie okazało się to, że papier do podpisania dała mu młoda i ładna pani z działu administracyjnego).

Lekarka i tak skierowała go jeszcze na dodatkowe badania kardiologiczne (jakieś lekkie migotanie przedsionków), ale ponieważ został już przyjęty – to już nie było „na naszej głowie”, tylko wszystko zostało załatwione w ramach kliniki (transport do szpitala i z powrotem, z normalnym skierowaniem etc).

No więc jest przyjęty. Zaczyna rehabilitację. Jeśli (JEŚLI) wszystko będzie szło dobrze, nie będzie komplikacji a pacjent będzie chciał współpracować – spędzi tam trzy do czterech miesięcy. Dla nas to będzie czas, kiedy wreszcie będziemy mogli zacząć patrzeć ciut dalej do przodu, bo na razie od miesiąca jesteśmy wyłącznie na etapie gaszenia pożarów.

„Patrzeć do przodu” w praktyce znaczy tyle, że będziemy musieli znaleźć jakiś ZOL (zakład opiekuńczo-leczniczy), gdzie go potem przyjmą. Bo on na pewno nie będzie w stanie, w którym mógłby mieszkać sam – a my nie jesteśmy w stanie zająć się człowiekiem w takim stanie tak, aby mu zapewnić choćby proste bezpieczeństwo.

Do tego wszystkie sprawy formalne (jesteśmy już po rozmowach z prawnikiem), wniosek do sądu „o zabezpieczenie” jego oszczędności na poczet opłat za opiekę i wiele, wiele innych spraw.

Jestem wykończony. Psychicznie (fizycznie tylko zmęczony). I zadłużony po kokardę (te pieniądze od teścia w końcu się odzyska, ale kiedy…?).

***

Ale nie samym teściem człowiek żyje…

Pietruszka od października wraca na studia. Czyli coś do przodu.

Piłka na razie jest w domu, ale od listopada już w zasadzie mieszka i pracuje w Londynie.

Za to Pucek… Pucek zrezygnował z miejsca na Politechnice Warszawskiej na rzecz miejsca na Politechnice Wrocławskiej, gdzie będzie studiował FIZYKĘ. Konkretnie – fizykę techniczną. No nie wpadłbym na to…

Da Capo

Epopeja trwa. Teść na razie nie trafił na rehabilitację – bo w ośrodku opieki, w którym był, zaczęło mu się pogarszać. Najpierw myśleli, że to jakiś „postęp” problemów poudarowych, ale szybko okazało się, że problem jest inny: jakaś infekcja bakteryjna. W efekcie był w ośrodku pięć dni (od piątku do wtorku), a we wtorek trafił z powrotem do szpitala – tego samego, co wcześniej, tyle że tym razem na oddział wewnętrzny. Spędził tam ponad tydzień.

Szczerze mówiąc – wyglądało to tak, jakby miał już z tego szpitala nie wyjść. Ale nie: antybiotyki pomogły, infekcję dało się wyleczyć, funkcje poznawcze wróciły do poziomu z czasu pobytu na neurologii (no, mniej więcej). Jest przytomny. Rozumie. Mówi w zasadzie kompletnie niezrozumiale, czasami uda się wyłapać pojedyncze słowa.

Ze szpitalnym rehabilitantem współpracuje – chyba rozumie, że to dla jego dobra. Szkoda, że nie rozumie tego samego w przypadku pielęgniarek, wobec których jest niegrzeczny (głównie w gestach i zachowaniu, bo w słowach nie bardzo może). Nie jestem w stanie tego pojąć. Gdzieś wewnętrznie chcę wierzyć, że to jednak efekt uszkodzenia mózgu.

No i co dalej? Otóż dalej nie wiadomo, co dalej. Wszystko wskazuje na to, że albo jutro, albo (miejmy nadzieję) pojutrze go wypiszą. Na oddziale rehabilitacyjnym oczywiście ktoś już jego miejsce przez te dwa tygodnie zajął. Kiedy będzie nowe? Pewnie po niedzieli. Tylko po wypisie muszę natychmiast dostarczyć wszystkie „wypisowe” papiery, żeby lekarka które dokonuje kwalifikacji mogła się nimi zająć.

Co oznacza, że prawdopodobnie jutro albo w piątek znowu trafi do tego samego ośrodka, co wcześniej. Co wiąże się z dwoma problemami.

Po pierwsze – finanse. Ośrodek kosztuje (…i trudno się dziwić). Za poprzedni pobyt na razie zapłaciła Piłka ze swoich oszczędności, które przez najbliższe kilka miesięcy nie będą jej potrzebne. Ale przecież nie mogę wymagać, aby robiła to znowu. Pewnie będę musiał od kogoś te pieniądze pożyczyć – z takim zastrzeżeniem, że oddam za miesiąc, dwa albo pół roku, jak się je od teścia (jakoś) wydobędzie. Już samo to mnie po prostu kosmicznie dołuje.

Po drugie – kilka dni w ośrodku to kilka dni bez rehabilitacji. To znaczy nie tak całkiem: w ośrodku jest rehabilitacja, ale nie na taką skalę i tylko w dni powszednie – no i jest to rehabilitacja ogólna (ruchowa, „mięśniowa”), a nie specjalistyczna, neurologiczna. Co może oznaczać, że po tych kilku dniach znowu będzie gorzej z kontaktem i taj dalej. Co – w skrajnym przypadku – oznaczałoby, że go na ten oddział nie przyjmą (bo tam pacjent musi być w kontakcie, żeby współpracować z rehabilitantami).

Czyli poza tym, że minęły trzy tygodnie i wydaliśmy łącznie (na razie) ponad trzy tysiące złotych, nic się w zasadzie nie zmieniło.

A mnie, jak na złość, akurat nie płacą: czekam na „przyjęcie tłumaczenia”, żeby móc wystawić fakturę. Jak ją wystawię, to mi zapłacą… W ciągu czternastu dni. A ja nie mam kasy teraz. I różne rachunki i faktury do zapłacenia na ponad tysiąc złotych. Mać.

Mam tego bardzo, bardzo dosyć.

Ciąg Dalszy

Wypis ze szpitala był w piątek. Teść trafił na te pierwsze kilka dni do prywatnego ośrodka opieki, będącego zresztą drugą placówką tej samej firmy, która prowadzi „właściwy” szpital rehabilitacyjny. Ośrodek luksusowy, świetnie wyposażony, opieka lekarska i pielęgniarska, asystenci medyczni, rehabilitacja… Żyć nie umierać. Jedyne 460 złotych za dobę. Dób będzie od czterech do siedmiu, w zależności od tego, kiedy w końcu będzie to miejsce na rehabilitacji. Możecie sobie policzyć.

W czasie przyjęcia (teść bardzo spokojny, bo na lekach, które mu jeszcze w szpitalu zaordynowała pani psychiatra) dano mi do wypełnienia plik papierów. O tych finansowych już nawet na razie nie wspominam, ale był wśród nich jeden, który mnie nieco przeraził: „Zgoda na pobyt w ośrodku”. Do podpisania przez pacjenta. Zapytałem administratorkę, czy ten podpis może poczekać do jutra – bo jutro (w sobotę) miała przyjechać Sylwia. A jak JA mu to dam do podpisu, to raczej sukcesu nie będzie, bo ja przecież jestem ten zły, co go chce okraść i oszukać. Zgodziła się na szczęście.

Dziś (a w zasadzie już „wczoraj”, bo od dwudziestu minut jest niedziela) przyjechała wreszcie Sylwia. Wcześniej nie mogła, bo miała akurat w pracy taką sytuację, że nie mogła nawet wziąć urlopu z dnia na dzień. Ustaliliśmy, że ja się w ogóle nie pokazuję. Poszła do niego sama. Dwa zasadnicze cele: nakłonić teścia do podpisania zgody na pobyt (bo bez tego prywatny ośrodek po prosu nie może go trzymać) oraz jakoś zacząć dogadywać sprawę pieniędzy.

Sylwia siedziała u niego ponad dwie godziny. Wyszła wykończona, spocona i ledwie żywa. Sukces połowiczny: udało się, podpisał zgodę na pobyt. To bardzo dobra wiadomość, bo gdyby tego nie zrobił, to naprawdę nie wiem, co byłoby dalej. Ale z kwestii finansowych nic nie wyszło. Zdaje się, że nawet nie dlatego, że teść nie chciał (kiedy w środę, jeszcze ze szpitala, zadzwonił do Sylwii (!), to choć niewiele zrozumiała, podobno mówił coś o tym, żeby przyjechała „załatwić formalności”). Dziś wydawało się, że chce jej coś przekazać na ten temat, ale nie mógł: połączenie leków i faktu, że w weekend nie ma rehabilitacji sprawiło, że nie bardzo mógł powiedzieć cokolwiek w sposób zrozumiały. Z pisania także niewiele wyszło.

Sylwia się w końcu poddała i powiedziała mu (co chyba do niego dotarło), że na razie musi wracać do domu, ale za kilka dni czy tydzień przyjdzie znowu, „…kiedy wujek będzie już trochę lepiej mówił”. I wtedy – miejmy nadzieję – coś się uda załatwić.

Ale kiedy będzie to „wtedy”? Oto jest pytanie. Sam pobyt w ośrodku – w zależności od tego, kiedy będzie go można przewieźć na oddział rehabilitacyjny – będzie kosztował w najbardziej optymistycznej wersji pomad tysiąc osiemset złotych (licząc, że będą to cztery doby). W bardziej pesymistycznej – przy siedmiu dobach – może to być nawet ponad trzy tysiące. Do tego dochodzi pięćset złotych za transport medyczny (jak jechał ze szpitala, to karetka była jeszcze w ramach szpitala, ale teraz trzeba za transport zapłacić).

A ja dostałem z powrotem ten cholerny portfel, w którym jest dziewięćset złotych (tym razem nie będę już miał cienia skrupułów, żeby z tych pieniędzy w tym celu skorzystać) – i to są obecnie wszystkie jego środki, którymi dysponuję.

Tymczasem od piątku wydałem już na jego sprawy trzysta pięćdziesiąt złotych (za same leki, które trzeba było wykupić po wypisie, zapłaciłem prawie dwieście). Trzysta pięćdziesiąt złotych, których nota bene nie miałem, bo akurat (Murphy…) jestem na etapie „czekania na przelew”. Mam na szczęście kartę kredytową, której używam bardzo rzadko (z przyczyn oczywistych), więc się nią posłużyłem. Ale będę ją musiał spłacić (…oczywiście). Na razie nie mam pojęcia, skąd wezmę na zapłacenie za ośrodek i transport – a to przecież dopiero początek wydatków. Bo:

– Co będzie po zakończeniu rehabilitacji? A co będzie, jeśli on nie będzie chciał współpracować z rehabilitantami i wypiszą go wcześniej? Jeśli Sylwii nie uda się z nim załatwić kwestii tych pieniędzy, to na razie (jak mawia Potwór Najstarszy) „…odpowiedź jest oczywista: nie wiadomo”.

– A do tego dochodzi jeszcze jeden problem: zakładając, że teść na tej rehabilitacji spędzi (jak mówiła lekarka) kilka tygodni – trzeba by się dowiedzieć, czy np. nie zalega już z czynszem (mieszkanie komunalne) czy jakimiś rachunkami. Pytanie, czy ktoś nam udzieli takich informacji, zważywszy, że teść nie jest ubezwłasnowolniony? Pytanie drugie – nawet jak udzieli, to patrz punkt pierwszy, czyli skąd wziąć na to kasę?

Po niedzieli idę się spotkać ze znajomym prawnikiem, żeby sprawdził, czy jest jakiekolwiek wyjście z sytuacji, o którym nie wiem (swoją drogą – co za ironia losu: córka prawniczka po Cambridge i Harvardzie, ale polskiego prawa nie zna…).

Naprawdę nie bardzo wiem, co mam robić. Udar, zdrowie, leżący starszy człowiek, konieczność załatwiania tysiąca rzeczy – już samo to jest „ciężkie”… A do tego dochodzi jego paranoiczna osobowość połączona z trudnościami z mową i faktem, że mnie akurat nie lubi – a jedyna osoba, do której ma jakie takie zaufanie mieszka na drugim końcu kraju.

Trochę mam dość.

Szpitale, pieniądze i paranoja

Będzie długo, ale musze się wygadać (…wypisać?). Mój teść miał udar. Niedokrwienny. Do udaru doszło najprawdopodobniej w niedzielę lub poniedziałek tydzień temu. Teść ma 80 lat, ale mieszka sam, zawsze był zdrowy i sprawny, a że kontakt z nami utrzymuje… jakby to ująć… na własnych warunkach, więc nikogo nie dziwił fakt, że się nie odzywał (zwłaszcza, że tydzień wcześniej nas odwiedził). Teść leżał w domu na podłodze – ze sparaliżowaną lewą połową ciała i bez możliwości mówienia – prawdopodobnie jakieś półtorej doby. We wtorek po południu sąsiadka wracająca z zakupów usłyszała jego próby wołania o pomoc. Wezwała policję, policja wezwała strażaków, strażacy weszli par force, pogotowie, szpital.

Teść nie mówił, nie był w stanie powiedzieć, z kim się kontaktować. Dopiero następnego dnia rano (czyli w środę tydzień temu) w szpitalu zjawił się pan zajmujący się sprawami socjalnymi pacjentów, dobrał się do teścia telefonu (na szczęście to nie smartfon, więc bateria trzymała i nie trzeba było znać PINu…) i sprawdził ostatnie połączenia. A ostatnie połączenie było do Sylwii. Sylwia mieszka w C., jest córką naszej cioci i kuzynką mojej M. Jest jedyną osobą, z którą (z jakiegoś dziwnego powodu) teść ma niezły kontakt i czasami do niej dzwoni, żeby pogadać. Więc zadzwonili do Sylwii, Sylwia zadzwoniła do mnie. Ja zadzwoniłem do lekarki prowadzącej (dostałem jej numer).

Epopei medycznej wam streszczać nie będę, bo też nie o to chodzi. Chcę Wam tylko nakreślić sytuację, która wygląda tak, że… Właściwie nie wiem, jak.

Teść ma 80 lat. Udar w każdym wieku jest sprawą poważną, ale w tym wieku – bardziej poważną. Do tego dochodzi fakt, że udar nie był leczony od razu, tylko po +/- półtorej doby. Co, jak się można domyśleć, nie rokuje najlepiej. Lekarka mówi wprost: jest bardzo mało prawdopodobne żeby nawet po intensywnej rehabilitacji on był w stanie samodzielnie mieszkać. Najprawdopodobniej będzie wymagał opieki 24/7 – i to (nie oszukujmy się) nie takiej, jaką my moglibyśmy mu zapewnić w domu. Czyli – albo zakład opiekuńczo-leczniczy, albo opieka na stałe w domu. Zakład na NFZ – jak najbardziej, ale czeka się rok. Przez ten rok trzeba albo do prywatnego zakładu, albo „wynajęta” opiekunka w domu.

I tu dochodzimy do sedna problemu. Ale nie, wbrew temu, co zapewne większość z Was pomyślała – akurat tym razem problemem nie są pieniądze. Bo cały dowcip polega na tym, że teść (choć jego codzienne życie wcale na to nie wskazuje) pieniądze ma. Jakieś oszczędności z czasów pracy w USA, jakieś sumy ze sprzedaży dwóch działek (w tym jednej pod Warszawą, w zasadzie w granicach miasta, którą miał bodaj po rodzicach…). Nie mam pojęcia ile tych pieniędzy jest, ale na pewno jest ich tyle, że wystarczy na przyzwoity ośrodek opieki albo profesjonalną opiekę w domu (warunki są, teść ma dwa pokoje).

Na czym zatem polega problem? Problemem jest… teść. Jaki to jest człowiek, trochę Wam pisałem, większość z Was zna mnie osobiście i wie więcej. Ciężki przypadek. Osobowość paranoidalna (spiski, podstępy, cały świat nie marzy o niczym innym tylko o tym, żeby mu zaszkodzić). Zawsze taki był, śmierć żony to spotęgowała, śmierć jedynej, ukochanej córki jeszcze bardziej, wiek też zrobił swoje. Teść nie ufa NIKOMU. I tu, proszę wycieczki, robi się pod górkę…

Pieniądze są – ale gdzie? Oszczędności na jakichś kontach – gdzie? W jakim banku? Nikt nie wie, a nawet jakby ktoś wiedział, to przecież my nie mamy do tych pieniędzy żadnego dostępu – i bez upoważnienia nikt nam go nie udzieli. Wiem, że część oszczędności (chyba w złocie) ma w małym sejfie, który ma w domu – ale przecież szyfru do sejfu nie znamy. Więc niby pieniądze są, ale ich nie ma.

Teść jest przytomny, świadomy, jego funkcji kognitywnych udar najwyraźniej nie naruszył – z mówieniem tylko jest problem: można zrozumieć pojedyncze słowa, ale rzadko. Ale fizycznie – lewa połowa ciała w zasadzie nie działa, nie jest w stanie nawet podnieść się na łóżku. Kilka prób porozmawiania z nim i wymuszenia jakichś decyzji (bo to ON je musi podjąć) – bez skutku. Te same co zawsze idiotyczne żarciki, głupawe komentarze (nic to, że nikt nie rozumie, ważne, że można je powiedzieć…). Siedzieliśmy dziś przez godzinę razem z panem Januszem (to ten „pan od spraw socjalnych”) tłumacząc mu, jaka jest sytuacja. Że w szpitalu będzie do piątku (co i tak jest kompromisem, bo chcieli go wypisać jutro). Że potem trafi na oddział rehabilitacyjny – ale miejsce na oddziale („na NFZ”) jest dopiero od przyszłego wtorku. A do domu w tym stanie trafić nie może. Więc trzeba go zawieźć od razu do tej kliniki rehabilitacyjnej, ale te pierwsze kilka dni musi w niej być „prywatnie”. I że – niestety – „prywatnie” znaczy „za pieniądze”. Więc niech w jakiś sposób umożliwi nam skorzystanie z tych JEGO pieniędzy, żeby móc opłacić JEGO leczenie.

Nie. On nic nikomu nie poda, szyfru do sejfu, upoważnienia do konta, nie i już. I kolejna seria głupich (i w większości niezrozumiałych) komentarzy. No to co robimy? On sobie poradzi. JAK sobie poradzi?! On chce się ubrać i iść do domu. W tym momencie nie wytrzymałem i w obecności lekarki i pana Janusza wyjąłem z jego szafki przy łóżku torbę z ubraniami (którą sam przyniosłem od niego z mieszkania), położyłem koło niego i powiedziałem: „Proszę, tato, tu jest ubranie, niech się tata ubierze i idzie do domu”. Wtedy po raz pierwszy na chwilę zamilkł.

Ale chwila trwała krótko. Nie, bo nie i już, nikt mu nic nie może kazać i koniec. No to co robimy? Wzruszenie ramion. Tłumaczyłem mu, że – na litość Boską – nie chcę jego pieniędzy, ale potrzebuję środków na JEGO sprawy. Że nie proszę o szyfr do drogocennego sejfu ani hasła do banków, ale niech mi w takim razie przynajmniej poda PIN do karty bankomatowej, która jest w portfelu, żebym mógł na bieżąco płacić za to, co niezbędne (karta – co akurat wiem – jest do konta bieżącego, żadnych bardzo dużych środków na niej nie ma). Nie, bo nie.

A ja naprawdę NIE MAM pieniędzy, aby za to wszystko zapłacić.

Potem zaczął się dopytywać, gdzie jest jego portfel (był w depozycie, sam go odebrałem, bo w ubiegły czwartek wyraził na to zgodę, na szczęście przy świadkach). Mam mu oddać. Ależ proszę: portfel, jakieś karty, prawo jazdy, w przegródce 900 zł. Noszę to przy sobie od tygodnia, ale jak tata chce to mieć ze sobą w szpitalu, to nie ma sprawy (tylko żeby nie było na mnie, jak to ktoś ukradnie).

Wziął. Wyjął te pieniądze i tą zdrową ręką przeliczył, banknot po banknocie. Nawet pan Janusz – który niejedno już widział i doświadczenie ma spore – aż się skrzywił.

A potem wziął jedną z tych stuzłotówek i z tym swoim krzywym uśmieszkiem chciał mi ją wręczyć (takim gestem, jakby mówił, że to „za fatygę”). Przysięgam Wam, że byłem o krok od powiedzenia mu, gdzie może sobie tę stówę wsadzić. I jak głęboko.

Czego, oczywiście, nie zrobiłem.

Podręcznikowy przykład tego, co to znaczy „impas”. Na szczęście pan Janusz wpadł na właściwe pytanie: „No dobrze, panie L., a może komuś innemu pan jakieś pełnomocnictwa da? Może któremuś z wnuków?”. Nie. „A może Sylwii?”

Tak, Sylwii da. Niech Sylwia przyjedzie.

Więc teść w piątek będzie przewieziony na rehabilitację, za której pierwsze kilka dni albo sam zapłaci (tą kartą…), albo za którą zapłacimy z dołu, jak Sylwia od niego na ten cel wyciągnie pieniądze. A Sylwia przyjedzie w sobotę, bo wcześniej nie może. I będzie jechała 450 kilometrów (…w jedną stronę), bo tak.

A najgorsze w tym wszystkim jest to, że to wszystko i tak nie rozwiązuje problemu, a jedynie odsuwa go w czasie. Bo po rehabilitacji (która, w zależności od efektów, może trwać od kilku do nawet kilkunastu tygodni) I TAK trzeba będzie podjąć decyzję „co dalej”. Czy zakład. Czy opieka w domu. A jeśli on na jedno ani na drugie nie wyrazi zgody? Zakład nie, bo nie. Opiekunka w domu? Za żadne skarby, nie wpuści obcego człowieka, który NA PEWNO będzie chciał go okraść, prawda?

I co wtedy? Pojęcia nie mam.

On nie ma w zasadzie nikogo poza nami. Miał dwóch braci, ale obaj już nie żyją. Starszy brat miał dwie córki – znam je, bardzo fajne dziewczyny (obie już mężate i dzieciate), ale teść z nimi kontaktu nie utrzymuje, bo nie. No i jest ciocia w C. (czyli siostra jego zmarłej żony) – też już starsza pani, z chorym kolanem i w ogóle. No i Sylwia (tejże cioci córka), na szczęście. Tylko że Sylwia – jakem napisał – także mieszka w C., czyli 450 kilometrów stąd.

Przyjaciół nie ma żadnych, bo nikogo do siebie bliżej nie dopuszcza. Znajomych ma kilku, ale nie są to ludzie, którzy by mu coś pomogli.

No ale ma nas. Zięcia, którego nigdy nie lubił, ale który przecież krzywdy mu nie zrobi. Troje wnuków, którzy też mają dość ambiwalentne odczucia na temat dziadka, ale na które jednak można liczyć, bo są dobrymi i odpowiedzialnymi ludźmi. Ale nie: trzeba tych wszystkich ludzi od siebie odepchnąć dalej, obrazić, zniechęcić, bo przecież jak chcą dostępu do pieniędzy, to na pewno w złych zamiarach.

Smutne to wszystko, ale też mówiąc szczerze cholernie męczące (zwłaszcza psychicznie) i nieprawdopodobnie irytujące. Od tygodnia zajmuję się głównie jeżdżeniem do Warszawy i usiłowaniem załatwiania jego spraw (musiałem już napisać do redaktora, że nie wyrobię się z terminem tłumaczenia – na szczęście powiedział, że dwa tygodnie nie stanowią problemu). Nie mam czasu pracować, jestem zmęczony, zniechęcony, jakiekolwiek szanse na kilkudniowy wyjazd we wrześniu właśnie zdaje się poszły się paść… A on przelicza, czy mu pieniędzy z portfela nie ukradłem.

Jasne, ja wiem, że to w zasadzie choroba, ale nie czyni to sytuacji ani trochę bardziej przyjemną.

Murphy – Akt Trzeci, Scena (miejmy nadzieję) Ostatnia…

Sprawdziły się – rzecz prosta – wszystkie najgorsze scenariusze w wersji „plus”. Trzeba zrobić sprzęgło (pękła jakaś taka sprężyna, nie powiem Wam, jak to się fachowo nazywa, zresztą co za różnica). A żeby zrobić sprzęgło, trzeba rozebrać całe przednie zawieszenie, bo bez tego nie da się dostać do skrzyni biegów. A to oznacza pół dnia roboty dwóch ludzi, żeby w ogóle się do tego dostać (a potem kolejne pół dnia, żeby to złożyć do kupy).

Co gorsza – okazuje się, że warto by też wymienić od razu koło dwumasowe. Bo najdalej za rok i tak trzeba by to zrobić, a teraz zapłacę tylko za koszt części (robocizna – czyli rozebranie całości, żeby się do tego dostać – wlicza się w koszt naprawy sprzęgła). A za rok poza ceną samej części musiałbym płacić dodatkowo za całą robociznę od nowa.

Racjonalnie to oczywiście ma sens (sumarycznie oszczędzam w ten sposób co najmniej półtora tysiąca złotych). Tyle, że to wymaga wyłożenia tych pieniędzy TERAZ. W środku wakacji, że o innych atrakcjach nie wspomnę. Łącznie nie dwa tysiące (jak pisałem wcześniej), a ponad cztery.

I to, zdaje się, zamyka temat mojego wyjazdu we wrześniu…

Murphy Kontratakuje…

Wszystko wskazywało na to, że to będzie dobry dzień. Rower zreperowany, samochód do odbioru. Odebrałem go zatem i pojechałem zatankować. Nie dojechałem jeszcze do głównej arterii naszej podwarszawskiej metropolii, kiedy… Zgadniecie? Tak, TO SAMO. Trzeci raz. Mało mnie szlag nie trafił. Zadzwoniłem do pana Roberta, żeby mu o tym powiedzieć. W słuchawce wybrzmiała chwila ciszy, po czym padło soczyste „…noż k…!”.

Jakoś siłą udało mi się wrzucić jedynkę i na tej jedynce zaturlałem się z powrotem do warsztatu. Gdzieś, znaczy, coś jeszcze jest nieszczelne. Ciekawe, czy okaże się, że jednak trzeba robię tę operację za dwa tysiące.

Przyznam, że jestem zmęczony.

Murphy w działaniu

Czerwona Strzała się popsuła. Zdarza się, oczywiście – ale zgodnie z naszą rodzinną tradycją jak już samochód się psuje, to złośliwie. We wrześniu ubiegłego roku Strzała zepsuła się w C., czyli na Drugim Końcu Polski, kiedy byliśmy u rodziny. Tym razem tak się nie stało (…pewnie dlatego, że na razie nigdzie nie wyjeżdżaliśmy), ale za to zepsuła się (jakże by inaczej) w sobotę, półtora tygodnia temu. Po dość nerwowym przedpołudniu, kiedy z pomocą kolegi P. montowaliśmy w pokoju Piłki parę nowych półek, pojechaliśmy z właścicielką pokoju na szybko do sklepu, żeby zrobić jakieś zakupy. Pod sklep dojechaliśmy jeszcze bez problemów, zakupy zrobiliśmy, ale kiedy wsiedliśmy z powrotem do samochodu, żeby wrócić do domu – to już się nie dało. Sprzęgło, dla odmiany. Pedał w podłodze, biegi nie wchodzą.

Zadzwoniłem do kolegi P. („…bo dawno cię nie prosiłem o pomoc…”), który przyjechał i zaholował nas do warsztatu, położonego zresztą jakieś dwieście metrów od domu. Tyle dobrego, że dało się normalnie włączyć silnik, więc działało wspomaganie kierownicy i hamowania, bo bez tego holowanie to męka.

Niestety – jak wspominałem – była sobota, więc warsztat był oczywiście zamknięty. Ustawiliśmy samochód na miejscu parkingowym tuż obok bramy i poszedłem do domu, bo co niby innego miałbym zrobić…

W poniedziałek rano zjawiłem się w warsztacie, powiedziałem co i jak, zostawiłem kluczyki. Odebrałem auto w środę – pan mechanik ostrzegł, żebym trochę pojeździł, bo on wymienił jakiś tam padnięty siłownik (…czy coś w tym rodzaju), ale ma dziwne wrażenie, że to sprzęgło chodzi jakoś dziwnie. Przejechałem się dookoła osiedla – uznałem, że chodzi normalnie, zapłaciłem, pojechałem. Godzinę później miałem gdzieś podrzucić któreś z Potworów. Odjechaliśmy jakieś 200 metrów od domu (…niestety nie w stronę warsztatu…) i da capo. No żesz.

Zadzwoniłem do warsztatu, pan Robert przysłał dwóch swoich ludzi, którzy jakoś siłowo wrzucili jedynkę i autko poturlało się z powrotem. Pan Robert, zafrasowany, powiedział, że jest ryzyko, że padło… (coś tam, nawet nie pytajcie), a jeśli to rzeczywiście to – naprawa wymaga wymontowania skrzyni biegów. A w tym modelu wymontowanie skrzyni biegów wymaga najpierw zdemontowania całego praktycznie przedniego zwieszenia. Czyli – części tanie, ale robocizna… „Nie chcę pana straszyć, ale wtedy to musi wyjść koło dwóch tysięcy”.

No po prostu fan-ta-stycz-nie. Z akcentem na „…nie”.

Wczoraj na spacerze z Luckiem zajrzałem do warsztatu, zapytać, jak idzie. Pan Robert powiedział, że ma dwie wiadomości – dobrą i złą. Dobra jest taka, że chyba jednak nie będzie trzeba wymontowywać skrzyni biegów, bo wszystko wskazuje na to, że puścił zaworek, który utrzymuje w instalacji płyn pod ciśnieniem (sprzęgło w tym modelu jest hydrauliczne, a nie klasyczne, z linką). Musiał być już zużyty i kiedy wymienili uszkodzony siłownik, to w czasie prób ciśnieniowych puścił. Wymiana tego zaworka to pikuś – sam zaworek kosztuje grosze, roboty przy tym niewiele, plus trochę płynu hydraulicznego do uzupełnienia. Natomiast zła wiadomość (powtórka z rozrywki z września…) jest taka, że tego cholernego zaworka nie ma w żadnej hurtowni w Polsce i muszą go sprowadzać z Niemiec przez oficjalny system cześci zamiennych Opla. Co nie jest problemem, ale trwa. Więc już półtora tygodnia jestem bez auta, co bywa męczące.

A pamiętacie, jak kiedyś pisałem, że nasza rodzina jest obciążona taką dziwną klątwą, że jak się psuje samochód, to zwykle zaraz potem psuje się pralka? No więc pralka działa (…na razie?), za to kilka dni po samochodzie zepsuł mi się… rower. Niby nic poważnego (tylne koło, albo do wycentrowania, albo obręcz do wymiany, żaden dramat) – ale teraz przez kilka dni nie mam ani auta, ani roweru.

Szlag mnie trafi…

Znowu to samo. Już jakiś czas tego nie było – a teraz znowu. Faktura. Wystawiona 21 maja. Miała być zapłacona do 4 czerwca. Dziś – co można łatwo sprawdzić, rzucając okiem na kalendarz – jest 9 czerwca. Pieniędzy dalej nie ma. Wczoraj napisałem do pani redaktorki (bo to jedyna osoba, z którą mam kontakt w wydawnictwie). Oczywiście zabierałem się do tego maila jak pies do jeża, ten cholerny „inteligencki etos”, który każe czuć się głupio, kiedy się człowiek dopomina o pieniądze. Nawet jeśli to są JEGO pieniądze, pieniądze które mu się po prostu należą (parafraza niezamierzona).

Pani redaktorka (osoba skądinąd bardzo pozytywna) odpisała, że jasne, ona sprawdzi i się odezwie. Ale na razie (a minęła już ponad doba) jakoś się nie odezwała. A pieniędzy na koncie dalej nie ma. A faktury za wodę (i paru innych) nic nie obchodzi, że ich nie ma – termin płatności się na nich nie chce zmienić. Jestem tym zmęczony, serio.

Się dzieje…

Przerażające, jak szybko czas leci (…wiem, wiem, banał). Dopiero co Piłka wyjeżdżała co Cambridge i zaczynała studia – a właśnie wczoraj, też w Cambridge, tylko że tym drugim (pod Bostonem, w stanie Massachusettes, w USA) w czasie uroczystej gali (którą oglądałem na żywo przez kanał live Uniwersytetu Harvarda) odebrała dyplom magistra prawa (L.L.M.). Za parę dni wraca, najpierw na dwa tygodnie do Londynu (gdzie będzie szukała mieszkania do wynajęcia…), a w połowie czerwca do domu.

I tak sobie pomyślałem… Ona ma dwadzieścia trzy lata (…nawet jeszcze nie, bo urodziny dopiero w grudniu) – i JUŻ ma „w kieszeni” dyplomy (licencjacki i magisterski) z dwóch uniwersytetów, które we wszystkich chyba możliwych zestawieniach nieodmiennie mieszczą się w pierwszej piątce najlepszych uczelni na wiecie. Na Liście Szanghajskiej Harvard jest pierwszy, Cambridge – czwarty…

A teraz (co już mogę mówić oficjalnie) dostała się na „pupilage” (coś, co chyba przypomina naszą aplikację adwokacją) i otrzymała propozycję pracy dla One Essex Court, jednej z najlepszych barristers’ chambers (coś w rodzaju izby adwokackiej) w Londynie. I żebyście nie mieli wątpliwości: to nie była jedyna chamber, która ją u siebie „chciała”. Co podobno naprawdę nie zdarza się często, bo konkurencja jest ogromna, a chętnych tłumy.

Pamiętacie, jak pisałem z dumą, że dostała propozycję pracy z DWÓCH firm prawniczych z „Magic Circle”? No więc właśnie do nich pisze, że jednak nie przyjmie ich propozycji pracy, bo – oczywiście – bycie barrister jest dużo ciekawsze niż bycie solicitor, więc wybiera barrister’ chamber. Tak po prostu.

I to wszystko osiągnęła z pozycji obcokrajowca, dla którego angielski nie jest przecież pierwszym językiem!

No kurczę, no.

***

Pucek już po maturze. Wyniki pisemnych będą jak wiadomo w lipcu, ale jest zadowolony, ze wszystkiego powinien mieć powyżej 80% – z wyjątkiem fizyki rozszerzonej, gdzie coś poplątał i trochę stracił, ale i tak koło 60% powinno być. Od razu znane są wyniki z egzaminów ustnych – i tu, muszę powiedzieć, zbierałem szczękę z podłogi. Bo z ustnego angielskiego 97% (…a ja zawsze myślałem, że on ma zaległości…), a z ustnego polskiego… 100%. STO PROCENT. Pucek, który przecież bynajmniej humanistą nie jest. Cóż, wygląda na to, że przynajmniej ma gadane po tatusiu…

Teraz będzie się zapisywał na studia. Zobaczymy. Przez te trzy lata pokazał, że rzeczywiście najlepiej funkcjonuje „naukowo”, kiedy zostawi mu się wolną rękę i pozwoli działać po swojemu. Co, nie ukrywam, nie jest dla mnie łatwe – ale, jak widać, działa.

A w poniedziałek Pucek kończy osiemnaście lat. Nie do wiary…

Będzie dobrze.

***

A ja jestem zmęczony. Baaardzo. Marzę wakacjach… Niestety na razie na marzeniach się kończy, bo ani czasowo, ani finansowo nie mam szans się nigdzie ruszyć. W lipcu rekolekcje (to nie wakacje, bynajmniej, choć na pewnym poziomie człowiek jednak nieco wypoczywa, odrywa się od codzienności, wchodzi na inne rejestry, przypomina sobie, co jest ważne, a nie tylko pilne…).

A potem może (może…) we wrześniu uda się na kilka dni gdzieś wyskoczyć. SAMEMU. Jak będą jakieś pieniądze. Jest cień szansy…

Maj, dokoła maj…

Niezwykłe w tym roku to przejście pogodowe: cały kwiecień zimny, jeszcze trzydziestego raptem dziesięć stopni – a potem pierwszy maja i pstryk! Pełna wiosna. Jak tu nie kochać maja…

Książkę kończę – ciekawą, ale trudną. W zasadzie mam już całość, w poniedziałek muszę siąść nad bibliografią i „tłumaczeniem” indeksu. Potem już następna czeka w kolejce – także ciekawa i też chyba dość trudna. Nie jest źle.

Pucek od poniedziałku zaczyna maturę. Nie denerwuje się tak, jak wielu – choć nie jest też tak spokojny i wyluzowany, jak chciałby, żeby wszyscy myśleli: widać, że jakieś napięcie jest. Ja jestem dobrej myśli. Wiem, że się uczył, wiem, że jest przygotowany. Będzie dobrze.

A moi przyjaciele są w Silay. Ta sama ekipa co w ubiegłym roku plus trzy dodatkowe osoby. Minus ja, niestety. Chcieli, żebym jechał z nimi – ale nie mogłem przecież wyjechać sobie na dwa tygodnie na drugi koniec świata właśnie wtedy, kiedy Pucek pisze maturę. Trudno, u-ha-ha. Mam nadzieję, że za rok już żadnych przeszkód nie będzie.

Oni są w Silay, inni pojechali w Beskidy, moja siostra siedzi tydzień w Berlinie – „…a my co? Tylko banany i banany…”, jak głosiła słynna reklama. Ale przynajmniej pojeździem sobie na rowerze, miałem chwilę, żeby coś poczytać – i nawet wychodząc z Luckiem na spacer ucieszyłem się samym faktem, że jest ciepło i wreszcie można iść w krótkich spodniach i T-shircie. Brakowało mi tego: ciepła, słońca na skórze, ciepłego wiatru na twarzy. Dalej brakuje mi drogi i horyzontu, ale to jeszcze raczej nieprędko…

A tak na szybko, coś Wam chciałem pokazać. Najpierw oryginalne nagranie – irlandzki klimat, autorką (chyba) jest Rose Betts, śpiewa Isabel Dumaa (głośniki proszę podkręcić!):

A teraz to samo z dwoma dodatkowymi głosami – ludzie, którzy znaleźli to w sieci i dodali coś od siebie. Do takich rzeczy powinien służyć Internet 🙂

Ładne, co?