Marudzenie – ciąg dalszy

Jesień. Więc będę narzekać. Wybaczcie, czasami ponarzekać też człowiek musi – a tu jest jedno z nielicznych miejsc, gdzie może. Powodów do narzekania jest po kokardę, rzecz prosta (w końcu jesteśmy Polakami, to nasz sport narodowy!), ale tu tylko kilka z nich.

Jak bumerang wraca problem finansowy. Nawet jak przez chwilę jest lepiej, to za moment znowu idzie gorzej. Zgodnie ze starożytną zasadą zapisaną w mądrych księgach – „Co się polepszy, to się…”. Za każdym razem, jak się wydaje, że wreszcie jakiś przełom i że teraz już będzie lepiej – to zaraz się okazuje, że jednak nie. Ile razy tu już pisałem, że coś nowego się zaczyna, że jakiś nowy projekt, że jakaś ciekawa propozycja, która może wreszcie coś zmieni? I zmieniała… na jakiś czas. A potem – prędzej, czy później, ale za każdym razem – albo coś się sypało, albo zmieniały się zasady, albo jakiś projekt się kończył…

Duży Amerykański Portal zdaje się skończył się (dla mnie) na amen. Naczelny bardzo się sumitował, żałował, bo (jak podkreślał) moje tłumaczenia zawsze były świetne i tak dalej, ale fundusze mu obcięli i teraz większość rzeczy będzie tłumaczył on sam albo któryś z redaktorów. Inni Amerykanie (o których chyba nawet nie zdążyłem tu wspomnieć) pojawili się za to w lipcu, dogadali się błyskawicznie, stawkę dali zacną, płacili w euro i szybko (na umowie była „płatność w ciągu pięciu dni roboczych”, kto się zajmował tłumaczeniami, ten wie, że to zdecydowanie nie jest standard!). No i co z tego? Dwa miesiące współpracy, dwie faktury (rzeczywiście zapłacone błyskawicznie) – i ucichli. Nie wiem, czy im się projekt skończył, czy co… Trzy książki miały być do końca tego roku (pisałem o tym w marcu)… Jedna zrobiona i zapłacona. Druga zrobiona i zapłacona jeszcze nie do końca (czekam na ostatni odcinek wypłaty). Trzecia? Jednak wiosną przyszłego roku. Chyba.

Jedyne, co robię bez przerw na bieżąco – „podwykonawstwo” dla kolegi S. – daje w miarę stały dochód, który wystarcza na jedzenie i na rachunki, ale już na nic więcej. Zresztą na rachunki wystarcza w okresie letnim – bo w zimie, kiedy trzeba doliczyć koszty ogrzewania, to już nie bardzo. Jak do tych rzeczy „na bieżąco” dochodzi jedna czy choćby dwie książki w ciągu roku, to już da się przeżyć. Jak trzy czy cztery – to jest OK.

…ale jak nie?

Fakt, popełniłem w tym roku błąd: pojechaliśmy na tę Korsykę. Myślałem, że skoro pojawili się Amerykanie (i wszystko wskazywało na to, że będzie to dłuższa współpraca) i skoro są te książki, to damy radę. Tymczasem Amerykanie znikli, trzecia książka na razie znikła, druga wciąż się nie do końca zapłaciła… Pewnie powinienem zachować się rozsądnie i z tej wyprawy zrezygnować. Efekt jest taki, że na koncie znowu minus (spory…) i jeszcze mam jakieś długi – co prawda moi wierzyciele się nie dopominają i mówią, żebym się nie przejmował i spokojnie czekał i tak dalej – ale wiecie, jak to jest: to ONI mogą się nie przejmować, a mnie to cały czas z tyłu głowy wisi.

Teraz ktoś się do mnie zgłosił z książką – tematyka taka sobie, ale da się przeżyć, jakieś pieniądze z tego będą. Tyle, że ta książka będzie gotowa do tłumaczenia w grudniu, tłumaczenie zajmie jakieś dwa miesiące, czyli główne pieniądze (jak dobrze pójdzie i nie będzie problemów) dostanę w lutym (…bo w grudniu dostanę jakąś zaliczkę).

Kurczę – ubiegły rok już był spokojniejszy (co prawda głównie za sprawą wielkiego tłumaczenia z Dużego Naukowego Wydawnictwa), po raz pierwszy od paru lat przez cały rok jak wchodziłem na konto, to cyferki były na zielono, czyli na plusie… A teraz od nowa. To strasznie męczące. Psychicznie. Już o tym pisałem (…nie raz): każde wpływające pieniądze są w zasadzie już wydane, uzupełniają tylko minus na koncie. Z głodu nie umrzemy, rzecz prosta, ale…

Ale „niech się coś zdarzy”, jakiś poważniejszy problem, jakaś większa awaria, konieczność zrobienia większego remontu – i jesteśmy w czarnym prezydencie. I nie mówię o sprawach naprawdę poważnych (takich jak remont dachu, który przecież prędzej czy później będzie trzeba zrobić, a o którym na razie nawet nie myślę). Mówię o tym, że miesiąc temu zepsuł mi się rezerwuar w sedesie w dolnej ubikacji – niestety w taki sposób, że nie ma go jak naprawić, trzeba wymienić sedes. I nie wymieniam go, bo nie mam na to pieniędzy. O kupnie zimowych opon do Drakuli już nawet nie wspominam – na razie jest w miarę ciepło.

Jesień. Zima za pasem. Zaczęliśmy się już nieco ogrzewać (nie tylko kominkiem, ale też centralnym, czyli gazem). A gaz już podrożał (u nas) o 12 procent, a wiadomo, że to nie koniec. Jeśli będzie drożeć dalej, to może być naprawdę cienko.

Przydałby się kolejny duży projekt z Dużego Naukowego na przykład, taki jak rok temu. Albo coś innego, ale też na większą skalę i długoterminowo. Jeśli coś takiego się nie pojawi w ciągu najbliższych miesięcy, to mogą być kłopoty.

***

Ale tak naprawdę – przydałoby się coś Nowego. Jakiś Nowy Początek, nowe rozdanie. Już kiedyś o tym pisałem.

Bo do tego wszystkiego, niestety, dochodzi poczucie zmęczenia, swoistego „wypalenia”. Jeszcze jak tłumaczę książkę – zwłaszcza taką, która mi się podoba, albo przynajmniej ma jakiś sens – to nawet mi się chce. Ale reszta… Siedzę nad opisami kolejnych programów telewizyjnych, tłumaczę skróty 50 odcinków kolejnego arcydzieła reality TV (kto, na brodę Nelsona, KTO ogląda 50 odcinków programu opowiadającego o tym, jak policja drogowa w jakimś kraju na końcu świata łapie kolejnych kierowców i każe im dmuchać w alkomat?!) – i mam wrażenie, że za chwilę mnie szlag trafi. Z nudów, ze zniechęcenia, z poczucia braku jakiegokolwiek sensu tego, co robię. To znaczy: sens oczywiście jest taki, że za to płacą, czyli „…dla chleba, panie, dla chleba!” – więc staram się robić to dobrze, nie „odwalam”, przykładam się. Ale satysfakcji za tego nie mam żadnej.

Marudzenie – część 1.

Dziś będę narzekał, marudził i smęcił. Jak ktoś nie ma na to siły – niech się czuje ostrzeżony.

***

Pucek jest w ósmej klasie. Ma trzynaście lat. W tygodniu ma 37 godzin lekcyjnych. Jak łatwo obliczyć, daje do średnio niemal 7,5 lekcji dziennie. W praktyce najmniej lekcji ma w piątek – sześć. Ale za to w poniedziałek – dziewięć. Co prawda trzy z tych dziewięciu lekcji to dwie godziny WF i religia, ale to nie zmienia faktu, że siedzi w szkole od 8:00 do 16:20. To dłużej, niż dorosły człowiek w standardowej pracy na etacie.

Różnica między ósmoklasistą a etatowcem polega jednak nie tylko na wieku, ale także na tym, że kiedy ten dorosły wychodzi z pracy po ośmiu godzinach, to ma robotę za sobą. A ósmoklasista musi jeszcze odrobić lekcje i się czegoś tam nauczyć. Próbowałem rozmawiać z nauczycielami (z których zresztą większość jest dość sensowna) o tym, żeby nie zadawali lekcji z poniedziałku na wtorek, z dnia na dzień. Pani od matematyki nawet to zaakceptowała – coś tam zadaje, ale zaznacza, że to jest tylko do poćwiczenia i jak ktoś nie zrobi, to nie szkodzi. Gorzej z panią od polskiego, która tłumaczy, że gonią z programem, że egzaminy ósmoklasisty i tak dalej. I oczywiście w teorii ma rację… Ale w praktyce to po prostu nie ma sensu: jak trzynastoletni dzieciak kończy szkołę o 16:20, to zanim wróci do domu, zje obiad i chwilę odpocznie, jest godzina 18:00. I jeśli ten trzynastolatek o tej porze zaczyna odrabiać lekcje (po całym dniu spędzonym w szkole, przypomnę), to nie trzeba być psychologiem, żeby zrozumieć, że odrobi je tylko do poziomu „odfajkowano” i że następnego dnia NIC Z NICH NIE BĘDZIE PAMIĘTAŁ. Takie prace domowe są po prostu bez sensu (a do pewnego stopnia są wręcz przeciwskuteczne, bo zniechęcają).

Tyle lat się o tym mówi, tyle lat – i co? I nic. Nic się nie zmienia, czy wręcz zmienia się na gorsze. Ja kończyłem podstawówkę i liceum jeszcze za dawnych, słusznie minionych czasów, ale już kiedy sam pracowałem w szkole (czyli w latach 1995-2000) mówiło się o tym, że programy nauczania są przeładowane, że dzieciom wciska się do głowy mnóstwo teoretycznej wiedzy nijak nie przekładając jej na praktykę, że programy poszczególnych przedmiotów w danym bloku nie są ze sobą zgrane, że listy lektur są kompletnie niedzisiejsze, że… I tak dalej, i tak dalej. Nie wypowiadam się na temat programów matematyki czy fizyki, to nie moja działka, ale patrzę na to, co Pucek robi na polskim, i szlag mnie trafia (co absolutnie nie jest wycieczką pod adresem nauczycielki, tylko baranów od układania programów).

Dzieci lektury czytają. Ja oczywiście rozumiem, że pewne rzeczy w kanonie lektur znaleźć się muszą – i rozumiem, że choć nie wszystkie będą współczesnych uczniów zachwycać, to przynajmniej na podstawowym poziomie muszą oni je poznać. Ale są dwie kategorie problemów z lekturami, które doprowadzają mnie do szewskiej pasji.

Pierwsza – to klasyczne, konieczne lektury wrzucone na kompletnie nieodpowiednim etapie edukacji. Do dziś pamiętam, jak siedziałem z Puckiem nad „Balladyną”, którą „przerabiał” w szóstej klasie. Usiedliśmy po prostu, aby przeczytać to razem, bo on nic z tego nie rozumiał. Nie rozumiał problematyki (jedenastolatek i tematy żądzy władzy i dojrzewania do zbrodni…) – ale też nie rozumiał języka, którym ten dramat jest napisany. Mamy XXI w., trochę się zmieniło w języku, w sposobie mówienia, w całej semantyce… W małej, kilkuosobowej grupie nauczyciel mógłby oczywiście posiedzieć nad tekstem z całą klasą, wyjaśniać punkt po punkcie, czytać wspólnie. Ale w publicznej szkole, w klasie liczącej 30+ uczniów? O tym, że Słowacki nie pisał „Balladyny” z myślą o jedenastolatkach, to już nawet nie wspomnę.

Albo Sienkiewicz… O ile uważam, że „Quo vadis” powinno być w kanonie lektur, o tyle reszta… Hmmm… Jakaś część „Trylogii” na pewno powinna się pojawiać – pytanie, czy koniecznie w całości, czy może jednak fragmenty z omówieniem. No i pytanie, na jakim etapie edukacji. Nie zrozumcie mnie źle: sam uwielbiałem „Trylogię”, zaczytywałem się zwłaszcza w „Ogniem i mieczem” w wieku dwunastu lat, do dziś uważam, że nikt chyba (w kategorii prozy) nie pisał tak fantastyczną, soczystą, melodyjną polszczyzną jak Sienkiewicz. Ale dla dzisiejszych młodszych nastolatków to naprawdę bardzo ciężka lektura. A już „Krzyżacy”… Ech.

Druga kategoria – to lektury, które straciły aktualność lekko licząc ze trzydzieści lat temu, ale w spisie lektur trwają, bo tak. Czy rzeczywiście współcześni jedenasto- czy dwunastolatkowie muszą czytać „Tajemniczy ogród”? Jasne, rozumiem, że to „klasyka literatury dziecięcej” – ale powiedzmy sobie szczerze: nie jest to aż tak wybitne dzieło literackie, żeby musiało być wśród lektur obowiązkowych. Całą ważną tematykę w nim poruszoną można spokojnie znaleźć we współczesnych pozycjach dla dzieci i młodszej młodzieży, książkach na podobnym poziomie literackim, a lepiej przyswajalnych dla młodych ludzi wychowanych w innej epoce i w innym świecie niż ich rodzice, że o dziadkach nie wspomnę. To samo mógłbym powiedzieć o paru innych lekturach (jak choćby „Ten obcy” Ireny Jurgielewiczowej, na liście lektur nieodmiennie od bodaj pięćdziesięciu czy sześćdziesięciu lat…).

I – co warto dodać – nie mówię o dziecku, które po prostu „nie lubi czytać” – to nie ten problem. U nas w domu dzieciom czytało się od małego, potem czytały same. Pucek nie czyta może tyle, co jego starsza siostra, ale czyta „dla przyjemności” książki odpowiednie dla swojego wieku (…a bywa, że i nieco mniej odpowiednie – ostatnio na tapecie mamy Wiedźmina…).

Polska szkoła (zwłaszcza podstawowa, później jest już nieco lepiej) w wielu aspektach funkcjonuje tak, jakby w kulturze, języku, świadomości społecznej i kulturowej – że nie wspomnę o metodologii nauczania – od stu lat nic się nie zmieniło. I nie jest to wina nauczycieli (choć oczywiście i wśród nich jest wielu „wyrobników” płynących z prądem na zasadzie „byle do emerytury unikając kłopotów”). To wina polityków, dla których oświata jest albo resortem-zapchajdziurą, który można tanio oddać koalicjantowi, w zamian przechwytując ważniejsze ministerstwa, albo (ostatnio coraz częściej) polem do ideologicznych krucjat, w których dzieci są co najwyżej „podmiotem nauczania”, czyli mięsem armatnim w kulturowej wojnie.

Moje starsze dzieci – wybitne jednostki, jak wiadomo 😉 – pod względem nauki zawsze były w zasadzie bezobsługowe. Pietruszka ze swoim ilorazem inteligencji wystrzelonym w kosmos niespecjalnie musiał się dużo uczyć – a nawet jak pojawiały się tematy, które go niespecjalnie interesowały, to odzywała się druga charakterystyczna część jego natury, czyli obowiązkowość i rzetelność (na granicy kompulsji). Trzeba zrobić? To się robi, nawet, jak nudne i bez sensu. Piłka na inteligencję też narzekać nie może, a jak się do tego doda szerokość zainteresowań, zabójczą pracowitość i niesamowitą ambicję, to także nie było w szkole kwestii, z którymi miałaby kłopoty (nawet, jeśli czasami słyszałem sarkastyczne uwagi na temat sensowności tego czy tamtego tematu – z którymi to zresztą uwagami w dziewięciu przypadkach na dziesięć zmuszony byłem się zgodzić).

Pucek niestety jest nieco inny. Nie, nie jest słabym uczniem (do szóstej klasy włącznie zawsze czerwone paski i tak dalej) – ale nie jest ani aż tak błyskotliwy i obowiązkowy jak jego brat, ani aż tak ambitny i pracowity jak jego siostra. Siłą rzeczy to właśnie jego najbardziej „przejechała” pandemia, lockdown i zdalne nauczanie. A teraz musi (on i cała reszta ósmoklasistów) z jednej strony nadrabiać zaległości z klasy siódmej, z drugiej – uczyć się do egzaminów. I to jest dla niego (i nie tylko) po prostu za dużo. Jest zmęczony, zniechęcony, ma za dużo godzin lekcyjnych, za dużo lekcji do odrabiania i tak dalej. A do tego – jak każdy normalny trzynastolatek – chciałby czasami spotkać się z kumplami, pograć w gry, poczytać coś co nie jest obowiązkowe. A jak do tego wszystkiego widzi wszystkie szkolne (czytaj: programowe, ale on jeszcze tego rozróżnienia nie łapie…) absurdy, to zniechęca się jeszcze bardziej, złości, wkurza (zgadnijcie, na kim się to skrupia?). I generalnie mamy poziom narrację z gatunku „szkoła największym wrogiem”.

Ja naprawdę nie jestem tatusiem-wariatem, który uważa, że jego dziecko powinno mieć najlepsze stopnie ze wszystkiego. Nie musi. Widać, że Puckowi bliżej do chemii czy fizyki, niż do literatury i języka polskiego. I w porządku. Boję się tylko trochę, jak będzie z egzaminami i liceum, bo niestety aktualna rzeczywistość polskiej oświaty już na tym etapie promuje wyścig szczurów: jednym z głównych tematów rozmów między rodzicami i nauczycielami jest ostatnio to, jakie były progi punktowe w których liceach (…i dlaczego takie wysokie).

I nie bardzo wiem, jak to wszystko rozgrywać – zwłaszcza, że do tego odchodzą jeszcze inne problemy, które sprawiają, że po prostu mam mniej czasu i sił na to wszystko.

Ale o tym w następnym odcinku (który – niestety – będzie dalszym ciągiem narzekania, choć na Zupełnie Inne Tematy).

P.S.

Właśnie po wrzuceniu tego wpisu trafiłem na najnowsze informacje – Niemiłościwie Nam Panujący Pan Minister od Edukacji ogłosił był, że w programach nauczania dojdzie nowy przedmiot – „historia i teraźniejszość”. Bo (cytuję) „Pokolenie obecnych 20-latków ma ogromne luki w wiedzy z historii. Musimy to zmienić. Dlatego uczniowie pierwszych klas szkół ponadpodstawowych dostaną nowy przedmiot – historia i teraźniejszość. To będzie HiT nie tylko z nazwy”.

Pięknie się to wpisuje w światłe idee Prezesa di Tutti Prezesi, który już w maju, w czasie prezentacji „Polskiego Ładu”, mówił przecież:

„W szkołach średnich wprowadzimy naukę historii dwoma nurtami, tzn. historię powszechną i historię Polski. Dla każdego z tych nurtów będzie przeznaczone dwie, trzy, może więcej godzin w ciągu tygodnia zajęć. Będzie to ogromna zmiana.”

Tak, Panie Prezesie. Ogromna zmiana. Dzieci będą Panu wdzięczne. Dozgonnie.

A niech was wszystkich…

Wezwanie

Właśnie dostałem wezwanie do stawienia się na komendzie policji w G. Data, godzina, groźne ostrzeżenia, co się stanie, jeśli się nie stawię. Już się zacząłem zastanawiać, co mianowicie przeskrobałem (bo jakoś naprawdę nie pamiętam…), kiedy doczytałem, że „w roli świadka”. Ale o co chodzi?

Na wszelki wypadek zadzwoniłem pod podany numer, podając numer sprawy i pytając, czy mogę przynajmniej ogólnie dowiedzieć się, w czym rzecz. Okazuje się, że pan, który w kwietniu kupił ode mnie samochód, został złapany (prawdopodobnie przy próbie jego sprzedaży) na tym, że „przekręcił licznik”.

No żesz… Z jednej strony oszust (marny – bo przecież wiadomo, że od dłuższego czasu wszystkie informacje o przebiegu są w systemie CEPiK). Z drugiej – nasza policja kochana, które ma przecież wszystkie informacje (w systemie jest ostatni przegląd, zrobiony dosłownie na kilka dni przed sprzedażą Zefirka, w Urzędzie Komunikacji jest przesłana tam umowa kupna-sprzedaży, na której widnieje aktualny przebieg), ale i tak musi mnie wezwać jako świadka, tylko po to, żebym powiedział im to, co i tak widnieje w tych dokumentach.

Dobrze przynajmniej, że przesłuchanie odbędzie się na miejscu, w G., i nie muszę tracić dnia na dojazd w dowolne miejsce w Polsce…

Wyprawowo – część 3.

Kilka słów o korsykańskich miasteczkach… Na Korsyce są dwa naprawdę „większe” miasta (stolica, czyli Ajaccio, i Bastia), jedno średnie (Porto-Vecchio) i kilka małych (rzędu 5 tysięcy mieszkańców). Cała reszta to bardzo małe miasteczka, zamieszkane przez kilkaset czy tysiąc osób…

Z tych większych i średnich w zasadzie tylko jedno, Corte, leży w głębi lądu, cała reszta – na wybrzeżach. Wszystkie te leżące na wybrzeżu mają dość podobny plan: najstarszą częścią miasta jest cytadela – zwykle położona na lekkim wzniesieniu, tuż nad portem, zbudowana w czasach średniowiecznych, kiedy wyspa była pod władaniem Genui. Wokół cytadeli – albo obok niej, jeśli tak jest ukształtowany teren – jest tzw. „nowe miasto”, czyli zabudowa z XVI / XVII w. A dalej rozciąga się już miasto współczesne… Cytadela jest głównie „do zwiedzania”, nowe miasto to także teren pełen zabytków i ciekawostek, ale też tętniący życiem (restauracje, kawiarnie, sklepiki… wiadomo). Gdybyście tam byli – nie popełnijcie klasycznego błędu „turysty z przewodnikiem w ręku”, biegając od zabytku do zabytku i zaliczając kolejne punkty programu. Po Bastii, Ajaccio czy choćby po znacznie mniejszym Calvi warto sobie „pochodzić”, powłóczyć się, posnuć, pooglądać urocze, wąskie uliczki, posłuchać jak dźwięk odbija się od starych murów, jak pachnie powietrze… Warto siąść w jakiejś małej kawiarence i wypić kawę (jak usłyszeliśmy w jednym z takich miejsc, „Korsyka politycznie to Francja – ale jeśli chodzi o kawę, to jesteście we Włoszech”; i rzeczywiście: kawa jest pyszna, a przy tym w w większości miejsc kosztuje grosze).

Bastia czy Ajaccio to piękne miejsca, Calvi zrobiło na nas ogromne wrażenie… Jednak naprawdę zachwyciło mnie co innego: małe miejscowości położone nie nad morzem, a w głębi lądu – co w przypadku Korsyki znaczy tyle, co „w górach”.

Przy drogach odbijających od morza i wijących się coraz wyżej w głąb wyspy leżą niezwykle charakterystyczne, małe miasteczka. Dzielą się w zasadzie na dwa typy: te, które leżą na szczycie kolejnego wzniesienia i te, które leżą na zboczach. W przypadku tych pierwszych sprawa jest prosta: w środku miasteczka (a więc w jego najwyższym punkcie) znajduje się najczęściej główny placyk / ryneczek, przy którym stoi kościół parafialny, parę kamieniczek, jeden czy dwa sklepiki i – prawie zawsze – kawiarenki. Kiedy odejdziemy od takiego ryneczku, zawsze idziemy wąskimi uliczkami w dół.

Znacznie ciekawsze jednak są miasteczka leżące na zboczach gór. Zbocza są najczęściej dosyć strome, więc siłą rzeczy zabudowa jest „kaskadowa”: podmurówki domów przy jednej uliczce leżą na wysokości drugiego piętra (a czasami – dachów) domów przy sąsiedniej. Bywa, że kamieniczka z jednej strony mająca tylko parter i piętro, kiedy ją okrążymy i oglądamy od drugiej strony okazuje się mieć cztery poziomy… Droga przechodząca przez takie miasteczko czasami przebiega w jego górnej części, czasami w dolnej, a czasami – w połowie wysokości. Z okien samochodu widać zatem zwykle tylko kilka domków; dopiero kiedy się zaparkuje i pójdzie na spacer, okazuje się, że powyżej albo poniżej (albo w obu kierunkach) znajduje się jeszcze kilka poziomów ulic i uliczek.

Uliczki wiją się między domami, zakręcają, wspinają się i opadają jak trójwymiarowy, kamienny labirynt. Ulica, którą można jechać samochodem, po stu metrach zwęża się tak, że szeroko rozkładając ramiona można dotknąć ścian po obu stronach, a po kolejnej chwili zamienia się… w schodki, prowadzące do miniaturowego mostku, pod którym biegnie kolejna mini-uliczka. Zdarza się, że spacerując dochodzi się (oczywiście bez ostrzeżenia) do „ślepej uliczki”, bo kolejne schodki okazują się być ścieżką prowadzącą do czyichś drzwi i na tych drzwiach się kończącą… Zdarza się też, że po kilku zakrętach i schodkach przechodzi się nad ulicą, którą szło się chwilę wcześniej. To trochę tak, jak w Szybeniku (Chorwacja, pisałem o tym w 2015 r.): narysowanie planu czy mapki takiego miasteczka niewiele o nim mówi, bo ulice w nim funkcjonują w trzech wymiarach, a nie w dwóch…

I tylko co kawałek, co kilkadziesiąt metrów, z którejś strony między domami (albo nad ich dachami) otwiera się fantastyczny widok albo w górę, na góry, albo w dół – a wtedy, w zależności od położenia miasta, na dolinę albo na morze.

Wyprawowo – część 2.

Nie, wbrew temu, co niektórzy sądzą, nie będę tu opisywał punkt po punkcie każdego dnia wyprawy – ani ja nie mam tyle czasu, żeby to pisać, ani Wy, żeby to wszystko czytać… Ale na pewno trochę chcę o tej Korsyce napisać, bo przyznam, że dawno żadne miejsce nie zrobiło na mnie takiego wrażenia.

Każdy, kto mnie zna, wie, że mam hopla na punkcie Szkocji i że uważam ją za jeden z najpiękniejszych krajów na świecie. Wszyscy moi znajomi wiedzą także, że kocham góry – kiedyś numerem jeden były dla mnie Tatry, dziś niestety tak zatłoczone i zadeptane, że trochę odechciało mi się je odwiedzać (bo co to za przyjemność chodzić po górach w tłumie ludzi). Zakochałem się za to w Pirenejach, które, choć nieco wyższe od Tatr, z wyglądu są do nich podobne, tylko większe (wzdłuż i wszerz), więc znacznie bardziej puste, dzikie, bezludne.

No więc Korsyka to takie trochę połączenie Szkocji i Tatr/Pirenejów rzucone na środek Morza Śródziemnego. No bo tak: plaże jak na Riwierze, z biało-złotym piaskiem, ciepłą, turkusową wodą, śródziemnomorskim klimatem (ciepłym, ale łagodnym); ale też schodzące do wody dzikie skały, skaliste zatoczki, wyspy i wysepki, a na tych wyspach i wysepkach kolory i nastrój prawie jak na Skye; wystarczy jednak odbić kilka kilometrów w głąb lądu – i nagle (naprawdę nagle!) jest się w górach. I to w wysokich górach: na Korsyce jest ponad 20 szczytów o wysokości przekraczającej 2 tysiące metrów nad poziomem morza, a najwyższy szczyt (Monte Cinto) ma ponad 2700.

Pomyślcie: na niewielkiej w gruncie rzeczy wysepce (z północy na południe po najdłuższej linii około 100 kilometrów, ze wschodu na zachód w najszerszym miejscu ok. 80 kilometrów, ale średnio znacznie mniej) stoją góry większe niż Tatry, których najwyższy szczyt jest wyższy niż Gerlach – a w dodatku na ten szczyt można patrzeć w zasadzie z poziomu morza (bo odległość od niego do wybrzeża w linii prostej wynosi raptem koło 20 kilometrów)!

W miasteczku L’Île-Rousse (20 kilometrów od Calvi), gdzie ostatecznie wylądowaliśmy na kempingu, przy brzegu znajduje się mała wysepka zbudowana z czerwonych skał (od której zresztą pochodzi nazwa miasta). Na wysepce (na którą można przejść po niewielkim mostku) stoi sobie latarnia morska. U stóp latarni można zobaczyć zdjęcie panoramy (której „oryginał” ma się przed oczami) z opisem tego, co widać. Stoimy zatem na poziomie morza (no dobrze, powiedzmy że jakieś 20 metrów nad poziomem morza) i przed sobą widzimy zatokę, a za nią miasteczko. Góra, która wznosi się nad L’Île-Rousse, ma już około 600 metrów n.p.m. Łańcuch górski widoczny za miasteczkiem („na wyciągnięcie ręki”) to już szczyty po około 1500 m n.p.m. A „w drugim rzędzie” widać góry sięgające 2200 m n.p.m. I – jak napisałem wyżej – wcale nie są to najwyższe góry na wyspie… O, tak to mniej więc wygląda; zdjęcie niestety bardzo „spłaszcza”, zwłaszcza, że jest zrobione dość szeroko – ale pozwala sobie wyobrazić; w rzeczywistości te góry wydają się (i są…) znacznie bliższe:

I właśnie to połączenie morza (zarówno tego „plażowego”, z turkusową wodą i złocistym piaskiem, jak tego „groźnego”, ze skałami i klifami) i gór sprawiło, że Korsyka tak mnie zachwyciła.

Możesz leżeć sobie na plaży, ciesząc się słońcem i ciepłą wodą. Możesz pływać, możesz skakać przez fale i generalnie robić wszystko to, po co ludzie jeżdżą na plażę. Ale wystarczy, że pojedziesz kilka kilometrów w głąb lądu – i możesz ruszać na górską wyprawę i to w niemal każdej jej formie. Lubisz długie, spokojne wędrówki typu bieszczadzkiego? Proszę bardzo, drogi i szlaki ciągną się przez dziesiątki kilometrów. Wolisz wysokie, ostre góry typu tatrzańsko-pirenejskiego? Nie ma sprawy, bierz plecak i ruszaj, szlaków jest pełno, przewodniki i mapy dostępne, góry na ciebie czekają. Masz ochotę na drogi typu via ferrata, z łańcuchami, klamrami, stalowymi poręczami i asekuracją na sporych wysokościach? Ależ oczywiście, znajdziesz ich tu mnóstwo. Jesteś miłośnikiem „prawdziwej” wspinaczki? Czuj się jak u siebie w górach…

My niestety po tych górach specjalnie nie pochodziliśmy – Piłka jak wiadomo za dużo chodzić nie może, a zostawienie jej samej na cały dzień nie wchodziło raczej w grę. Siłą rzeczy podziwianie gór odbywało się głównie z pomocą Draculi (która, nota bene, sprawdziła się w czasie wyprawy na piątkę). Ale to jest jeszcze jeden powód, żeby na tę wyspę kiedyś wrócić – samemu albo w jakimś „chodzącym” towarzystwie – i to nadrobić…

Ciąg dalszy nastąpi. Muszę jeszcze parę słów napisać o korsykańskich miastach i miasteczkach, o ludziach i o muzyce. No i samym fenomenie wyspy… Ale to już nie dziś, bo późno się robi, a jutro od rana robota czeka.

Wyprawowo – część 1.

Wyprawa zaczęła się w wyjątkowo zakręcony sposób. Prom na Korsykę odpływał z Livorno we Włoszech 23 lipca o 14:00. Trzy dni (a co namniej dwa i pół) trzeba było doliczyć na dojazd z domu do Livorno. Ponieważ we wtorek 20 lipca Pietruszka przed południem musiał zawieźć papiery na uczelnię, wyjechać mogliśmy dopiero po południu. Umówiliśmy się więc z Ciocią M., że przenocujemy u niej, w Rybniku – a rano będziemy już mieli blisko do granicy z Czechami, co znacznie ułatwi nam drogę.

Już w dwóch trzecich drogi do Rybnika uświadomiłem sobie, czego nie wziąłem z domu: dokumentów samochodu (dowodu rejestracyjnego i ubezpieczenia). Psia kość! Przyzwyczaiłem się, że w Polsce mogę już jeździć bez papierów, bo wszystko jest w systemie… Ale nasz CEPiK w Unii nie działa. Miałem już przerażająca wizję zostawienia Potworów u Cioci M. i wracania po nocy do G. po dokumenty – a potem z powrotem do Rybnika. Co oznaczałoby nie tylko dodatkowe 600 kilometrów, ale zarwaną noc, a w konsekwencji znacznie mniejszy dystans przejechany w środę. Na szczęście konsultacje telefoniczne z kilkoma mądrymi ludźmi pozwoliły załatwić to bez jeżdżenia: znajoma (niezawodna Justyna, która zresztą opiekowała się w tym czasie naszym Luckiem, więc miała klucze…) pojechała do naszego domu, wzięła rzeczone dokumenty i zeskanowała je, a następnie wysłała mi mailem. Bo – chwała Bogu – w całej UE skan dowodu rejestracyjnego (zaprezentowany na przykład na ekranie smartfona) jest przez wszelkie służby bez dyskusji uznawany…

Dowód rejestracyjny okazał się zresztą w czasie całej wyprawy potrzebny tylko raz, kiedy wjeżdżaliśmy do Czech (Czesi mają elektroniczny system opłat winietowych za autostrady – do wystawienia takiej elektronicznej winiety konieczny jest właśnie dowód rejestracyjny). Co nie zmienia faktu, że – zgodnie z prawami Murphy’ego – gdybyśmy tego dowodu nie mieli, to na pewno okazałby się niezbędny…

Do Livorno dojechaliśmy w dwa dni (z jednym noclegiem na kempingu gdzieś w Austrii), czyli w czwartek 22 lipca wieczorem. A w piątek po krótkim zwiedzeniu miasta dotarliśmy do portu, gdzie – po okazaniu biletów, dokumentów i dowodów szczepień (tak, tak…) – wjechaliśmy na prom.

Na Korsykę dopłynęliśmy późnym popołudniem: prom mial przybić do Bastii o wpół do siódmej (wieczorem), ale kwadrans się spóźnił, a zanim wyjechaliśmy z brzucha stalowego wieloryba, było już kilka minut po siódmej. Naszym celem było zachodnie wybrzeże wyspy, według przewodników ciekawsze i piękniejsze niż wschodnie. Analizując mapy zdecydowaliśmy się na szukanie kempingu w miejscowości o uroczej nazwie Galéria („…spędziliśmy wakacje w galerii” – brzmi nieźle, prawda?). Z Bastii do Calvi (raptem około 100 kilometrów) jechaliśmy dwie godziny, bo na Korsyce nie ma autostrad, prawie nie ma dwupasmówek, a większość dróg łączących wschodnie i zachodnie wybrzeże wije się przez wysokie góry zajmujące cały środek wyspy. Do Calvi dojechaliśmy zatem już po dziewiątej wieczorem. Było jeszcze jasno, ale widać było, że już niedługo. No ale z Calvi do Galéri jest raptem około 30 kilometrów, rzut beretem, prawda? Nie na Korsyce. 30 kilometrów jechaliśmy ponad trzy kwadranse (góry, góry, góry, serpentyny, przełęcze…). Dojechaliśmy o dziesiątej wieczorem, już po zachodzie słońca.

Dojechaliśmy i… wyszło na to, że trzeba było przeprowadzić dokładniejszy research. Bo Galéria okazała się kiepskim wyborem: wioską (…wioszczyną…) zamieszkaną przez 300 mieszkańców, z jednym hotelikiem i jednym kempingiem, który zdecydowanie nie spełniał naszych wymagań. Generalnie nie było tam nic – nawet na większe zakupy trzeba by było jeździć do Calvi.

Co robić, wracamy. Noc. Góry. Wyjechaliśmy z Galérii, dojechaliśmy do rozstajów dróg. GPS twierdził, że trzeba skręcić w prawo (czyli na drogę, którą przyjechaliśmy). Ale przed nami był drogowskaz na Calvi – w lewo. Hej, zaraz, przecież chyba miejscowi wiedzą lepiej, niż GPS, prawda? Może to jakaś nowa droga, której nasza nawigacja jeszcze nie zna? Zaufaliśmy zatem drogowskazowi i pojechaliśmy w lewo.

I to był błąd.

Droga, którą jechaliśmy, to była naprawdę ostra jazda. Nieprawdopodobne serpentyny (nie pamiętałem takich od czasów Großglockner-Hochalpenstraße w 2012 r.), wijące się po skałach kilkaset metrów nad morzem. Po prawej stronie – pionowa skała. Po lewej – przepaść. Daleko, daleko w dole – zatoka, której oczywiście w kompletnej ciemności nie było widać, ale o jej istnieniu przypominały kołyszące się na wodzie światełka kilku cumujących tam jachtów. Ciemno jak… właśnie tam. Droga w zasadzie na szerokość jednego samochodu (chwała Bogu nic nie jechało z przeciwka). Pół metra za daleko w prawo – i wjeżdżamy na ścianę. Metr za daleko w lewo – i turlamy się kilkaset metrów w dół, w ciepłe wody Mare Nostrum. Piękna śmierć, skądinąd, ale może jeszcze nie teraz…

30 kilometrów ma godzinę to było wszystko, co można było osiągnąć na krótkich odcinkach prostej. I dobrze, bo za jednym z ostrych zakrętów („agrafka” stromo w dół, w lewo, ponad 180 stopni) w długich światłach reflektorów zobaczyliśmy stojące na drodze stado dzików. Stały tam i ani myślały odejść, patrzyły na nas zdziwione, z minami wyrażającymi zdecydowane „…ja tu mieszkam!”. Dopiero klakson sprawił, że sobie poszły. A kilkaset metrów dalej, za kolejnym ostrym zakrętem, w kompletnej ciemności na środku drogi stała sobie duża, brązowa krowa. Uff.

Long story short – tym razem przejechanie 30 kilometrów zajęło nam prawie półtorej godziny (!). Co oznacza, że w Calvi byliśmy tuż przed północą. Kolejne pół godziny zajęło nam znalezienie kempingu, kolejną godzinę – rozbicie obozowiska, zjedzenie czegoś i wymycie się. Położyliśmy się spać koło drugiej w nocy. A przecież to był dopiero pierwszy dzień…

Ciąg dalszy nastąpi.

Wyprawowo – teaser

Tyle do opowiedzenia… Pierwszy raz od dwóch lat pojechaliśmy Daleko – i choć z paru powodów łatwe to nie było, to wyprawę zdecydowanie należy zaliczyć do udanych, a miejsce, gdzie byliśmy, zdecydowanie trafia na wysoką pozycję na liście zatytułowanej „…ja tam jeszcze wrócę!”.

Kiedy półtora roku temu planowaliśmy wyprawę na wakacje 2020 r., koniecznie chcieliśmy pojechać w jakiś miejsce wyjątkowe, a przy tym takie, w którym nas jeszcze nie było. Propozycje i pomysły były różne – jedne odpadły ze względów finansowych, inne z uwagi na odległość… Ale wreszcie wpadliśmy na pomysł, który był w zasięgu (tak finansowym, jak czasowo-odległościowym) i wszystkim się spodobał: jedziemy na Korsykę!

Niestety, jak wiemy koronawirus mial inne plany i wakacje’2020 ograniczyły się do tygodnia nad morzem (polskim) i tygodnia w Bieszczadach. W tym roku jednak sytuacja była zupełnie inna – granice już z grubsza otwarte, cała rodzina zaszczepiona… Jeszcze bodaj w marcu udało mi się kupić on-line tanie bilety promowe.

Potem oczywiście wszystko zaczęło się komplikować – bo nagle okazało się, że pieniędzy będzie znacznie mniej, niż myślałem, a daty wyjazdu trzeba skorygować, bo Pietrucha ma kalendarz rekrutacji na studia… Ale ostatecznie wszystko udało się jakoś zgrać. Wyprawa trwała łącznie nieco ponad dwa tygodnie, z czego 11 dni spędziliśmy na samej Korsyce. I powiem Wam, że to jedno z najbardziej niesamowitych miejsc, w jakich w życiu byłem. Napiszę o tym trochę w najbliższych dniach, a na razie – kilka zdjęć na zachętę… Uwaga: zdjęcia nie są obrabiane, żadnego fotoszopa i podkręcania: kolory są dokładnie takie, jakie były naprawdę.

Wakacje, znowu są wakacje…

Koniec tego koszmarnego roku szkolnego, tak kompletnie innego niż wszystko, co znaliśmy dotąd.

Pietruszka czeka na oficjalne wyniki matur – wtedy będzie wiedział, gdzie idzie na studia. Najprawdopodobniej – wydział matematyczny UW, ale może jednak matematyka z analizą danych na Politechnice… Zobaczymy.

Piłka w swojej „angielskiej” szkole zakończyła rok ze wszystkimi egzaminami końcowymi zdanymi na A* (odpowiednik naszej szóstki). Bez komentarza.

Pucek… Pucek w tym roku oceny na świadectwie słabsze, średnia koło 4. No i w porządku, po roku zdalnej nauki… Trójka z matematyki? Hej, przecież z matematyki ty zawsze dobry byłeś! „Tato, jakbyśmy mieli normalne lekcje, to bym miał piątkę.” I wiem, że to prawda. Więc się nie przejmuję. Jego wychowawca powiedział mi wprost (w prywatnej rozmowie z gatunku „…prosimy nie powtarzać”), że nauczyciele są dosyć zgodni: ten rok w szkole podstawowej należy uznać po prostu za stracony. Nie ma się co oszukiwać, z tego wszystkiego, co robili w trakcie nauki on-line w głowach zostanie im może dwadzieścia procent. A i to jest optymistyczne założenie. Co się da, to nadrobią w ósmej klasie, co się nie da – to w liceum.

Z pozytywnych wiadomości warto dodać, że wczoraj rano Pucek pojechał na obóz. Harcerski. Ktoś z dzieci znajomych mu zaproponował, a on – zupełnie dla mnie nieoczekiwanie – powiedział, że chce jechać. No i super! Obóz jest w Bieszczadach (może to zadecydowało, bo ubiegłoroczna wyprawa w Bieszczady bardzo się Puckowi podobała) – i jest to taki obóz typu „niedźwiedzie mięso”: chłopcy (uczestnicy po 12 – 14 lat) sami budują prycze, sami stawiają cały obóz, w nocy mają warty i w ogóle. Cicho liczę na to, że Pucek się wciągnie i w tym harcerstwie na dłużej zostanie… Sam nigdy harcerzem nie byłem, ale akurat jemu (i akurat teraz, po tym wszystkim) naprawdę przydałoby się jakieś fajne środowisko z pozytywnym podejściem do świata.

Pojechał w sobotę rano, z lekkim niepokojem czekałem na pierwsze relacje. Zadzwonił dziś koło 10:00. Cała rozmowa trwała może 20 sekund: oznajmił mi, że będzie dzwonić rzadko, bo tam nie ma zasięgu i musi gdzieś chodzić, żeby go złapać, a poza tym wszystko jest super i musi już lecieć i cześć. No to chyba źle mu nie jest.

***

A ja?… Nie bardzo wiem, co mam napisać. Siedzę, pracuję, coś tam czytam, coś tam oglądam… I czekam na rozwój wypadków. Jak zwykle.

Bo są w życiu takie sytuacje, kiedy trzeba brać sprawy w swoje ręce, działać, być aktywnym, chwytać okazje i tak dalej. I ja w takich sytuacjach naprawdę dobrze działam.

Ale są też takie chwile, kiedy nic zrobić nie można, kiedy nie ma się żadnej możliwości manewru i trzeba po prostu czekać na rozwój wypadków. A czasami nawet nie na rozwój wypadków (bo trudno, żeby rozwijało się coś, czego nie ma), tylko na tę furtkę, to okienko możliwości, o którym już kiedyś pisałem. Jeśli się otworzy – na pewno je zauważę, na pewno się nie zawaham, na pewno z niego skorzystam. Ale dopóki się nie wydarzy, mogę jedynie czekać. I mieć nadzieję. A to („mienie nadziei”) jest jedna z tych dwóch czy może trzech rzeczy w życiu, w których jestem naprawdę dobry.

Tak mi się skojarzyło, z klasyki polskiego rocka…

Wiosna…?

Koniec maja, ale trochę takie mam poczucie, jakby w ogóle ten rok (szkolny) się już kończył… Pietruszka po maturze, składa papiery na studia (nawet jeśli te „papiery” są dziś czysto elektroniczne). Piłka ma jeszcze jakieś egzaminy przed sobą, ale na razie ma świetne wyniki i głównym tematem jest to, gdzie się za rok wybiera na studia. Pucek od dziś chodzi już w zasadzie „normalnie” do szkoły – to ostatnie tygodnie, ale dobrze, bo akurat jemu z całej trójki pandemia i zdalne nauczanie najbardziej zaszkodziły (choć oczywiście świadomie nie zdaje sobie z tego sprawy).

No i zbliżają się wakacje. I coraz bardziej wydaje się, że może w tym roku będzie szansa na „normalne” wakacje. Co prawda ruszyć na nie możemy dość późno, bo jeszcze 20 lipca przed południem Pietruszka musi być na miejscu, żeby zamknąć sprawę rekrutacji na studia, ale potem… Może uda się zrealizować ubiegłoroczne plany, uniemożliwione przez pandemię?

Ja pojutrze (w środę) mam drugą randkę z panną Pfizer. Moje starsze Potwory też są już po pierwszej dawce, drugą mają 24 czerwca. Jeśli (jak ptaszki ćwierkają) jeszcze w czerwcu otworzy się możliwość szczepienia Pfizerem dzieci od dwunastego roku życia, to Pucek (który jutro ma trzynaste urodziny!) też do 20 lipca ma szansę być zaszczepiony, przynajmniej jedną dawką. Więc kto wie…

Bardzo, bardzo tęsknię do jakiegoś wędrowania. Chciałbym poczuć, że ruszam w drogę. Chciałbym pojechać gdzieś, gdzie mnie jeszcze nie było. Poczuć wiatr na twarzy, usłyszeć śpiew ptaków w górach, krzyk mew nad morzem. Doświadczyć tego niepowtarzalnego uczucia wolności, jaką daje podróż w Nieznane. Bardzo mi to potrzebne po tym koszmarnym roku.

***

Nasz przyjaciel, ten, o którym wcześniej pisałem, jednak przeżył. No, w każdym razie wszystko na to wskazuje. Wciąż jest w szpitalu, wciąż jego stan lekarze określają jako ciężki – ale powoli, powoli zdaje się z tego wychodzić. Nie jest już pod respiratorem, oddycha samodzielnie, jest przytomny, nerki w miarę podjęły pracę… Ma potwornie zniszczone płuca – chyba jednak nie na tyle, żeby potrzebować przeszczepu; przechodzi kolejne infekcje, bo organizm jest tak osłabiony, że trudno mu walczyć. Jeśli wszystko dobrze się ułoży, to za jakiś miesiąc może wróci do domu. A potem przed nim pół roku rehabilitacji, zanim będzie w stanie jako-tako funkcjonować, a pewnie rok, zanim wróci do w miarę normalnego życia.

Lekarz pulmonolog powiedział jego żonie: „Wie pani, jestem lekarzem 20 lat, ale pierwszy raz mam do czynienia z sytuacją, w której ktoś wyszedł z TAKIEGO zapalenia płuc. Jeszcze czegoś takiego nie widziałem.”

Więc chyba to jednak tak jest, że zawsze jest nadzieja.