Szpitale, pieniądze i paranoja

Będzie długo, ale musze się wygadać (…wypisać?). Mój teść miał udar. Niedokrwienny. Do udaru doszło najprawdopodobniej w niedzielę lub poniedziałek tydzień temu. Teść ma 80 lat, ale mieszka sam, zawsze był zdrowy i sprawny, a że kontakt z nami utrzymuje… jakby to ująć… na własnych warunkach, więc nikogo nie dziwił fakt, że się nie odzywał (zwłaszcza, że tydzień wcześniej nas odwiedził). Teść leżał w domu na podłodze – ze sparaliżowaną lewą połową ciała i bez możliwości mówienia – prawdopodobnie jakieś półtorej doby. We wtorek po południu sąsiadka wracająca z zakupów usłyszała jego próby wołania o pomoc. Wezwała policję, policja wezwała strażaków, strażacy weszli par force, pogotowie, szpital.

Teść nie mówił, nie był w stanie powiedzieć, z kim się kontaktować. Dopiero następnego dnia rano (czyli w środę tydzień temu) w szpitalu zjawił się pan zajmujący się sprawami socjalnymi pacjentów, dobrał się do teścia telefonu (na szczęście to nie smartfon, więc bateria trzymała i nie trzeba było znać PINu…) i sprawdził ostatnie połączenia. A ostatnie połączenie było do Sylwii. Sylwia mieszka w C., jest córką naszej cioci i kuzynką mojej M. Jest jedyną osobą, z którą (z jakiegoś dziwnego powodu) teść ma niezły kontakt i czasami do niej dzwoni, żeby pogadać. Więc zadzwonili do Sylwii, Sylwia zadzwoniła do mnie. Ja zadzwoniłem do lekarki prowadzącej (dostałem jej numer).

Epopei medycznej wam streszczać nie będę, bo też nie o to chodzi. Chcę Wam tylko nakreślić sytuację, która wygląda tak, że… Właściwie nie wiem, jak.

Teść ma 80 lat. Udar w każdym wieku jest sprawą poważną, ale w tym wieku – bardziej poważną. Do tego dochodzi fakt, że udar nie był leczony od razu, tylko po +/- półtorej doby. Co, jak się można domyśleć, nie rokuje najlepiej. Lekarka mówi wprost: jest bardzo mało prawdopodobne żeby nawet po intensywnej rehabilitacji on był w stanie samodzielnie mieszkać. Najprawdopodobniej będzie wymagał opieki 24/7 – i to (nie oszukujmy się) nie takiej, jaką my moglibyśmy mu zapewnić w domu. Czyli – albo zakład opiekuńczo-leczniczy, albo opieka na stałe w domu. Zakład na NFZ – jak najbardziej, ale czeka się rok. Przez ten rok trzeba albo do prywatnego zakładu, albo „wynajęta” opiekunka w domu.

I tu dochodzimy do sedna problemu. Ale nie, wbrew temu, co zapewne większość z Was pomyślała – akurat tym razem problemem nie są pieniądze. Bo cały dowcip polega na tym, że teść (choć jego codzienne życie wcale na to nie wskazuje) pieniądze ma. Jakieś oszczędności z czasów pracy w USA, jakieś sumy ze sprzedaży dwóch działek (w tym jednej pod Warszawą, w zasadzie w granicach miasta, którą miał bodaj po rodzicach…). Nie mam pojęcia ile tych pieniędzy jest, ale na pewno jest ich tyle, że wystarczy na przyzwoity ośrodek opieki albo profesjonalną opiekę w domu (warunki są, teść ma dwa pokoje).

Na czym zatem polega problem? Problemem jest… teść. Jaki to jest człowiek, trochę Wam pisałem, większość z Was zna mnie osobiście i wie więcej. Ciężki przypadek. Osobowość paranoidalna (spiski, podstępy, cały świat nie marzy o niczym innym tylko o tym, żeby mu zaszkodzić). Zawsze taki był, śmierć żony to spotęgowała, śmierć jedynej, ukochanej córki jeszcze bardziej, wiek też zrobił swoje. Teść nie ufa NIKOMU. I tu, proszę wycieczki, robi się pod górkę…

Pieniądze są – ale gdzie? Oszczędności na jakichś kontach – gdzie? W jakim banku? Nikt nie wie, a nawet jakby ktoś wiedział, to przecież my nie mamy do tych pieniędzy żadnego dostępu – i bez upoważnienia nikt nam go nie udzieli. Wiem, że część oszczędności (chyba w złocie) ma w małym sejfie, który ma w domu – ale przecież szyfru do sejfu nie znamy. Więc niby pieniądze są, ale ich nie ma.

Teść jest przytomny, świadomy, jego funkcji kognitywnych udar najwyraźniej nie naruszył – z mówieniem tylko jest problem: można zrozumieć pojedyncze słowa, ale rzadko. Ale fizycznie – lewa połowa ciała w zasadzie nie działa, nie jest w stanie nawet podnieść się na łóżku. Kilka prób porozmawiania z nim i wymuszenia jakichś decyzji (bo to ON je musi podjąć) – bez skutku. Te same co zawsze idiotyczne żarciki, głupawe komentarze (nic to, że nikt nie rozumie, ważne, że można je powiedzieć…). Siedzieliśmy dziś przez godzinę razem z panem Januszem (to ten „pan od spraw socjalnych”) tłumacząc mu, jaka jest sytuacja. Że w szpitalu będzie do piątku (co i tak jest kompromisem, bo chcieli go wypisać jutro). Że potem trafi na oddział rehabilitacyjny – ale miejsce na oddziale („na NFZ”) jest dopiero od przyszłego wtorku. A do domu w tym stanie trafić nie może. Więc trzeba go zawieźć od razu do tej kliniki rehabilitacyjnej, ale te pierwsze kilka dni musi w niej być „prywatnie”. I że – niestety – „prywatnie” znaczy „za pieniądze”. Więc niech w jakiś sposób umożliwi nam skorzystanie z tych JEGO pieniędzy, żeby móc opłacić JEGO leczenie.

Nie. On nic nikomu nie poda, szyfru do sejfu, upoważnienia do konta, nie i już. I kolejna seria głupich (i w większości niezrozumiałych) komentarzy. No to co robimy? On sobie poradzi. JAK sobie poradzi?! On chce się ubrać i iść do domu. W tym momencie nie wytrzymałem i w obecności lekarki i pana Janusza wyjąłem z jego szafki przy łóżku torbę z ubraniami (którą sam przyniosłem od niego z mieszkania), położyłem koło niego i powiedziałem: „Proszę, tato, tu jest ubranie, niech się tata ubierze i idzie do domu”. Wtedy po raz pierwszy na chwilę zamilkł.

Ale chwila trwała krótko. Nie, bo nie i już, nikt mu nic nie może kazać i koniec. No to co robimy? Wzruszenie ramion. Tłumaczyłem mu, że – na litość Boską – nie chcę jego pieniędzy, ale potrzebuję środków na JEGO sprawy. Że nie proszę o szyfr do drogocennego sejfu ani hasła do banków, ale niech mi w takim razie przynajmniej poda PIN do karty bankomatowej, która jest w portfelu, żebym mógł na bieżąco płacić za to, co niezbędne (karta – co akurat wiem – jest do konta bieżącego, żadnych bardzo dużych środków na niej nie ma). Nie, bo nie.

A ja naprawdę NIE MAM pieniędzy, aby za to wszystko zapłacić.

Potem zaczął się dopytywać, gdzie jest jego portfel (był w depozycie, sam go odebrałem, bo w ubiegły czwartek wyraził na to zgodę, na szczęście przy świadkach). Mam mu oddać. Ależ proszę: portfel, jakieś karty, prawo jazdy, w przegródce 900 zł. Noszę to przy sobie od tygodnia, ale jak tata chce to mieć ze sobą w szpitalu, to nie ma sprawy (tylko żeby nie było na mnie, jak to ktoś ukradnie).

Wziął. Wyjął te pieniądze i tą zdrową ręką przeliczył, banknot po banknocie. Nawet pan Janusz – który niejedno już widział i doświadczenie ma spore – aż się skrzywił.

A potem wziął jedną z tych stuzłotówek i z tym swoim krzywym uśmieszkiem chciał mi ją wręczyć (takim gestem, jakby mówił, że to „za fatygę”). Przysięgam Wam, że byłem o krok od powiedzenia mu, gdzie może sobie tę stówę wsadzić. I jak głęboko.

Czego, oczywiście, nie zrobiłem.

Podręcznikowy przykład tego, co to znaczy „impas”. Na szczęście pan Janusz wpadł na właściwe pytanie: „No dobrze, panie L., a może komuś innemu pan jakieś pełnomocnictwa da? Może któremuś z wnuków?”. Nie. „A może Sylwii?”

Tak, Sylwii da. Niech Sylwia przyjedzie.

Więc teść w piątek będzie przewieziony na rehabilitację, za której pierwsze kilka dni albo sam zapłaci (tą kartą…), albo za którą zapłacimy z dołu, jak Sylwia od niego na ten cel wyciągnie pieniądze. A Sylwia przyjedzie w sobotę, bo wcześniej nie może. I będzie jechała 450 kilometrów (…w jedną stronę), bo tak.

A najgorsze w tym wszystkim jest to, że to wszystko i tak nie rozwiązuje problemu, a jedynie odsuwa go w czasie. Bo po rehabilitacji (która, w zależności od efektów, może trwać od kilku do nawet kilkunastu tygodni) I TAK trzeba będzie podjąć decyzję „co dalej”. Czy zakład. Czy opieka w domu. A jeśli on na jedno ani na drugie nie wyrazi zgody? Zakład nie, bo nie. Opiekunka w domu? Za żadne skarby, nie wpuści obcego człowieka, który NA PEWNO będzie chciał go okraść, prawda?

I co wtedy? Pojęcia nie mam.

On nie ma w zasadzie nikogo poza nami. Miał dwóch braci, ale obaj już nie żyją. Starszy brat miał dwie córki – znam je, bardzo fajne dziewczyny (obie już mężate i dzieciate), ale teść z nimi kontaktu nie utrzymuje, bo nie. No i jest ciocia w C. (czyli siostra jego zmarłej żony) – też już starsza pani, z chorym kolanem i w ogóle. No i Sylwia (tejże cioci córka), na szczęście. Tylko że Sylwia – jakem napisał – także mieszka w C., czyli 450 kilometrów stąd.

Przyjaciół nie ma żadnych, bo nikogo do siebie bliżej nie dopuszcza. Znajomych ma kilku, ale nie są to ludzie, którzy by mu coś pomogli.

No ale ma nas. Zięcia, którego nigdy nie lubił, ale który przecież krzywdy mu nie zrobi. Troje wnuków, którzy też mają dość ambiwalentne odczucia na temat dziadka, ale na które jednak można liczyć, bo są dobrymi i odpowiedzialnymi ludźmi. Ale nie: trzeba tych wszystkich ludzi od siebie odepchnąć dalej, obrazić, zniechęcić, bo przecież jak chcą dostępu do pieniędzy, to na pewno w złych zamiarach.

Smutne to wszystko, ale też mówiąc szczerze cholernie męczące (zwłaszcza psychicznie) i nieprawdopodobnie irytujące. Od tygodnia zajmuję się głównie jeżdżeniem do Warszawy i usiłowaniem załatwiania jego spraw (musiałem już napisać do redaktora, że nie wyrobię się z terminem tłumaczenia – na szczęście powiedział, że dwa tygodnie nie stanowią problemu). Nie mam czasu pracować, jestem zmęczony, zniechęcony, jakiekolwiek szanse na kilkudniowy wyjazd we wrześniu właśnie zdaje się poszły się paść… A on przelicza, czy mu pieniędzy z portfela nie ukradłem.

Jasne, ja wiem, że to w zasadzie choroba, ale nie czyni to sytuacji ani trochę bardziej przyjemną.

Murphy – Akt Trzeci, Scena (miejmy nadzieję) Ostatnia…

Sprawdziły się – rzecz prosta – wszystkie najgorsze scenariusze w wersji „plus”. Trzeba zrobić sprzęgło (pękła jakaś taka sprężyna, nie powiem Wam, jak to się fachowo nazywa, zresztą co za różnica). A żeby zrobić sprzęgło, trzeba rozebrać całe przednie zawieszenie, bo bez tego nie da się dostać do skrzyni biegów. A to oznacza pół dnia roboty dwóch ludzi, żeby w ogóle się do tego dostać (a potem kolejne pół dnia, żeby to złożyć do kupy).

Co gorsza – okazuje się, że warto by też wymienić od razu koło dwumasowe. Bo najdalej za rok i tak trzeba by to zrobić, a teraz zapłacę tylko za koszt części (robocizna – czyli rozebranie całości, żeby się do tego dostać – wlicza się w koszt naprawy sprzęgła). A za rok poza ceną samej części musiałbym płacić dodatkowo za całą robociznę od nowa.

Racjonalnie to oczywiście ma sens (sumarycznie oszczędzam w ten sposób co najmniej półtora tysiąca złotych). Tyle, że to wymaga wyłożenia tych pieniędzy TERAZ. W środku wakacji, że o innych atrakcjach nie wspomnę. Łącznie nie dwa tysiące (jak pisałem wcześniej), a ponad cztery.

I to, zdaje się, zamyka temat mojego wyjazdu we wrześniu…

Murphy Kontratakuje…

Wszystko wskazywało na to, że to będzie dobry dzień. Rower zreperowany, samochód do odbioru. Odebrałem go zatem i pojechałem zatankować. Nie dojechałem jeszcze do głównej arterii naszej podwarszawskiej metropolii, kiedy… Zgadniecie? Tak, TO SAMO. Trzeci raz. Mało mnie szlag nie trafił. Zadzwoniłem do pana Roberta, żeby mu o tym powiedzieć. W słuchawce wybrzmiała chwila ciszy, po czym padło soczyste „…noż k…!”.

Jakoś siłą udało mi się wrzucić jedynkę i na tej jedynce zaturlałem się z powrotem do warsztatu. Gdzieś, znaczy, coś jeszcze jest nieszczelne. Ciekawe, czy okaże się, że jednak trzeba robię tę operację za dwa tysiące.

Przyznam, że jestem zmęczony.

Murphy w działaniu

Czerwona Strzała się popsuła. Zdarza się, oczywiście – ale zgodnie z naszą rodzinną tradycją jak już samochód się psuje, to złośliwie. We wrześniu ubiegłego roku Strzała zepsuła się w C., czyli na Drugim Końcu Polski, kiedy byliśmy u rodziny. Tym razem tak się nie stało (…pewnie dlatego, że na razie nigdzie nie wyjeżdżaliśmy), ale za to zepsuła się (jakże by inaczej) w sobotę, półtora tygodnia temu. Po dość nerwowym przedpołudniu, kiedy z pomocą kolegi P. montowaliśmy w pokoju Piłki parę nowych półek, pojechaliśmy z właścicielką pokoju na szybko do sklepu, żeby zrobić jakieś zakupy. Pod sklep dojechaliśmy jeszcze bez problemów, zakupy zrobiliśmy, ale kiedy wsiedliśmy z powrotem do samochodu, żeby wrócić do domu – to już się nie dało. Sprzęgło, dla odmiany. Pedał w podłodze, biegi nie wchodzą.

Zadzwoniłem do kolegi P. („…bo dawno cię nie prosiłem o pomoc…”), który przyjechał i zaholował nas do warsztatu, położonego zresztą jakieś dwieście metrów od domu. Tyle dobrego, że dało się normalnie włączyć silnik, więc działało wspomaganie kierownicy i hamowania, bo bez tego holowanie to męka.

Niestety – jak wspominałem – była sobota, więc warsztat był oczywiście zamknięty. Ustawiliśmy samochód na miejscu parkingowym tuż obok bramy i poszedłem do domu, bo co niby innego miałbym zrobić…

W poniedziałek rano zjawiłem się w warsztacie, powiedziałem co i jak, zostawiłem kluczyki. Odebrałem auto w środę – pan mechanik ostrzegł, żebym trochę pojeździł, bo on wymienił jakiś tam padnięty siłownik (…czy coś w tym rodzaju), ale ma dziwne wrażenie, że to sprzęgło chodzi jakoś dziwnie. Przejechałem się dookoła osiedla – uznałem, że chodzi normalnie, zapłaciłem, pojechałem. Godzinę później miałem gdzieś podrzucić któreś z Potworów. Odjechaliśmy jakieś 200 metrów od domu (…niestety nie w stronę warsztatu…) i da capo. No żesz.

Zadzwoniłem do warsztatu, pan Robert przysłał dwóch swoich ludzi, którzy jakoś siłowo wrzucili jedynkę i autko poturlało się z powrotem. Pan Robert, zafrasowany, powiedział, że jest ryzyko, że padło… (coś tam, nawet nie pytajcie), a jeśli to rzeczywiście to – naprawa wymaga wymontowania skrzyni biegów. A w tym modelu wymontowanie skrzyni biegów wymaga najpierw zdemontowania całego praktycznie przedniego zwieszenia. Czyli – części tanie, ale robocizna… „Nie chcę pana straszyć, ale wtedy to musi wyjść koło dwóch tysięcy”.

No po prostu fan-ta-stycz-nie. Z akcentem na „…nie”.

Wczoraj na spacerze z Luckiem zajrzałem do warsztatu, zapytać, jak idzie. Pan Robert powiedział, że ma dwie wiadomości – dobrą i złą. Dobra jest taka, że chyba jednak nie będzie trzeba wymontowywać skrzyni biegów, bo wszystko wskazuje na to, że puścił zaworek, który utrzymuje w instalacji płyn pod ciśnieniem (sprzęgło w tym modelu jest hydrauliczne, a nie klasyczne, z linką). Musiał być już zużyty i kiedy wymienili uszkodzony siłownik, to w czasie prób ciśnieniowych puścił. Wymiana tego zaworka to pikuś – sam zaworek kosztuje grosze, roboty przy tym niewiele, plus trochę płynu hydraulicznego do uzupełnienia. Natomiast zła wiadomość (powtórka z rozrywki z września…) jest taka, że tego cholernego zaworka nie ma w żadnej hurtowni w Polsce i muszą go sprowadzać z Niemiec przez oficjalny system cześci zamiennych Opla. Co nie jest problemem, ale trwa. Więc już półtora tygodnia jestem bez auta, co bywa męczące.

A pamiętacie, jak kiedyś pisałem, że nasza rodzina jest obciążona taką dziwną klątwą, że jak się psuje samochód, to zwykle zaraz potem psuje się pralka? No więc pralka działa (…na razie?), za to kilka dni po samochodzie zepsuł mi się… rower. Niby nic poważnego (tylne koło, albo do wycentrowania, albo obręcz do wymiany, żaden dramat) – ale teraz przez kilka dni nie mam ani auta, ani roweru.

Szlag mnie trafi…

Znowu to samo. Już jakiś czas tego nie było – a teraz znowu. Faktura. Wystawiona 21 maja. Miała być zapłacona do 4 czerwca. Dziś – co można łatwo sprawdzić, rzucając okiem na kalendarz – jest 9 czerwca. Pieniędzy dalej nie ma. Wczoraj napisałem do pani redaktorki (bo to jedyna osoba, z którą mam kontakt w wydawnictwie). Oczywiście zabierałem się do tego maila jak pies do jeża, ten cholerny „inteligencki etos”, który każe czuć się głupio, kiedy się człowiek dopomina o pieniądze. Nawet jeśli to są JEGO pieniądze, pieniądze które mu się po prostu należą (parafraza niezamierzona).

Pani redaktorka (osoba skądinąd bardzo pozytywna) odpisała, że jasne, ona sprawdzi i się odezwie. Ale na razie (a minęła już ponad doba) jakoś się nie odezwała. A pieniędzy na koncie dalej nie ma. A faktury za wodę (i paru innych) nic nie obchodzi, że ich nie ma – termin płatności się na nich nie chce zmienić. Jestem tym zmęczony, serio.

Się dzieje…

Przerażające, jak szybko czas leci (…wiem, wiem, banał). Dopiero co Piłka wyjeżdżała co Cambridge i zaczynała studia – a właśnie wczoraj, też w Cambridge, tylko że tym drugim (pod Bostonem, w stanie Massachusettes, w USA) w czasie uroczystej gali (którą oglądałem na żywo przez kanał live Uniwersytetu Harvarda) odebrała dyplom magistra prawa (L.L.M.). Za parę dni wraca, najpierw na dwa tygodnie do Londynu (gdzie będzie szukała mieszkania do wynajęcia…), a w połowie czerwca do domu.

I tak sobie pomyślałem… Ona ma dwadzieścia trzy lata (…nawet jeszcze nie, bo urodziny dopiero w grudniu) – i JUŻ ma „w kieszeni” dyplomy (licencjacki i magisterski) z dwóch uniwersytetów, które we wszystkich chyba możliwych zestawieniach nieodmiennie mieszczą się w pierwszej piątce najlepszych uczelni na wiecie. Na Liście Szanghajskiej Harvard jest pierwszy, Cambridge – czwarty…

A teraz (co już mogę mówić oficjalnie) dostała się na „pupilage” (coś, co chyba przypomina naszą aplikację adwokacją) i otrzymała propozycję pracy dla One Essex Court, jednej z najlepszych barristers’ chambers (coś w rodzaju izby adwokackiej) w Londynie. I żebyście nie mieli wątpliwości: to nie była jedyna chamber, która ją u siebie „chciała”. Co podobno naprawdę nie zdarza się często, bo konkurencja jest ogromna, a chętnych tłumy.

Pamiętacie, jak pisałem z dumą, że dostała propozycję pracy z DWÓCH firm prawniczych z „Magic Circle”? No więc właśnie do nich pisze, że jednak nie przyjmie ich propozycji pracy, bo – oczywiście – bycie barrister jest dużo ciekawsze niż bycie solicitor, więc wybiera barrister’ chamber. Tak po prostu.

I to wszystko osiągnęła z pozycji obcokrajowca, dla którego angielski nie jest przecież pierwszym językiem!

No kurczę, no.

***

Pucek już po maturze. Wyniki pisemnych będą jak wiadomo w lipcu, ale jest zadowolony, ze wszystkiego powinien mieć powyżej 80% – z wyjątkiem fizyki rozszerzonej, gdzie coś poplątał i trochę stracił, ale i tak koło 60% powinno być. Od razu znane są wyniki z egzaminów ustnych – i tu, muszę powiedzieć, zbierałem szczękę z podłogi. Bo z ustnego angielskiego 97% (…a ja zawsze myślałem, że on ma zaległości…), a z ustnego polskiego… 100%. STO PROCENT. Pucek, który przecież bynajmniej humanistą nie jest. Cóż, wygląda na to, że przynajmniej ma gadane po tatusiu…

Teraz będzie się zapisywał na studia. Zobaczymy. Przez te trzy lata pokazał, że rzeczywiście najlepiej funkcjonuje „naukowo”, kiedy zostawi mu się wolną rękę i pozwoli działać po swojemu. Co, nie ukrywam, nie jest dla mnie łatwe – ale, jak widać, działa.

A w poniedziałek Pucek kończy osiemnaście lat. Nie do wiary…

Będzie dobrze.

***

A ja jestem zmęczony. Baaardzo. Marzę wakacjach… Niestety na razie na marzeniach się kończy, bo ani czasowo, ani finansowo nie mam szans się nigdzie ruszyć. W lipcu rekolekcje (to nie wakacje, bynajmniej, choć na pewnym poziomie człowiek jednak nieco wypoczywa, odrywa się od codzienności, wchodzi na inne rejestry, przypomina sobie, co jest ważne, a nie tylko pilne…).

A potem może (może…) we wrześniu uda się na kilka dni gdzieś wyskoczyć. SAMEMU. Jak będą jakieś pieniądze. Jest cień szansy…

Maj, dokoła maj…

Niezwykłe w tym roku to przejście pogodowe: cały kwiecień zimny, jeszcze trzydziestego raptem dziesięć stopni – a potem pierwszy maja i pstryk! Pełna wiosna. Jak tu nie kochać maja…

Książkę kończę – ciekawą, ale trudną. W zasadzie mam już całość, w poniedziałek muszę siąść nad bibliografią i „tłumaczeniem” indeksu. Potem już następna czeka w kolejce – także ciekawa i też chyba dość trudna. Nie jest źle.

Pucek od poniedziałku zaczyna maturę. Nie denerwuje się tak, jak wielu – choć nie jest też tak spokojny i wyluzowany, jak chciałby, żeby wszyscy myśleli: widać, że jakieś napięcie jest. Ja jestem dobrej myśli. Wiem, że się uczył, wiem, że jest przygotowany. Będzie dobrze.

A moi przyjaciele są w Silay. Ta sama ekipa co w ubiegłym roku plus trzy dodatkowe osoby. Minus ja, niestety. Chcieli, żebym jechał z nimi – ale nie mogłem przecież wyjechać sobie na dwa tygodnie na drugi koniec świata właśnie wtedy, kiedy Pucek pisze maturę. Trudno, u-ha-ha. Mam nadzieję, że za rok już żadnych przeszkód nie będzie.

Oni są w Silay, inni pojechali w Beskidy, moja siostra siedzi tydzień w Berlinie – „…a my co? Tylko banany i banany…”, jak głosiła słynna reklama. Ale przynajmniej pojeździem sobie na rowerze, miałem chwilę, żeby coś poczytać – i nawet wychodząc z Luckiem na spacer ucieszyłem się samym faktem, że jest ciepło i wreszcie można iść w krótkich spodniach i T-shircie. Brakowało mi tego: ciepła, słońca na skórze, ciepłego wiatru na twarzy. Dalej brakuje mi drogi i horyzontu, ale to jeszcze raczej nieprędko…

A tak na szybko, coś Wam chciałem pokazać. Najpierw oryginalne nagranie – irlandzki klimat, autorką (chyba) jest Rose Betts, śpiewa Isabel Dumaa (głośniki proszę podkręcić!):

A teraz to samo z dwoma dodatkowymi głosami – ludzie, którzy znaleźli to w sieci i dodali coś od siebie. Do takich rzeczy powinien służyć Internet 🙂

Ładne, co?

Muzycznie głównie…

Kilka dni temu zmarła Moya Brennan, legendarna irlandzka wokalistka, współzałożycielka grupy Clannad, siostra Enyi. Niezwykły głos, niezwykła wrażliwość muzyczna, artystka, która irlandzką – i w ogóle celtycką – muzykę rozumiała jak mało kto i jak mało kto potrafiła wydobyć z niej głębię i piękno. Choć raz nie muszę pisać, że „odszedł kolejny artysta, którego zawsze chciałem zobaczyć na żywo, ale nigdy mi się nie udało”. Parę lat temu byłem na jej koncercie, zaproszony przez moich Przyjaciół, w jednym z warszawskich klubów. Choć znałem jej muzykę z płyt, słuchanie jej na żywo było naprawę niezwykłym doświadczeniem, zwłaszcza w stosunkowo niewielkiej przestrzeni klubu muzycznego, w którym od sceny i występujących na niej artystów dzieli człowieka raptem kilka metrów.

***

Pisałem jakiś czas temu, że mam dwie płyty do polecenia… Trochę czasu minęło, płyty nie są już tak nowe, ale nadal uważam, że są warte posłuchania.

Pisałem kiedyś o australijskiej gitarzystce i wokalistce (w tej kolejności…) Steph Strings. No wiec (…nie zaczyna się zdania od „no więc”…) Steph wydała swoją pierwszą „dużą” płytę. Płyta nosi tytuł „Feel Alive” i zawiera dwanaście kawałków – bardzo różnych, ale z częścią wspólną w postaci kapitalnej gitary akustycznej, która czasami gra główną rolę, czasami nieco chowa się w tle, a czasami jest „tylko” tłem do śpiewania. Dwa czy trzy utwory są nieco „popowe”, w kilku słychać całkiem rockowy pazur, ale wszystkie są ciekawe muzycznie. No i ta gitara, wspominałem o gitarze…? Posłuchajcie sami, piosenki są na YouTube, są też na wszystkich Spotify, Tidalach etc. Szczególnie polecam kawałki „Devil Woman” czy „Blood & Bone”.

No i płyta z nieco innej bajki… Pamiętacie może Courtney Hadwin? Tę bodaj trzynastoletnią dziewczynkę, która występowała w amerykańskim „Mam Talent” i dostała „złoty przycisk”? Nieśmiała, niepewna siebie Courtney, która – kiedy zaczynała śpiewać – zamieniała się w huragan i wulkan energii w starym, dobrym, bardzo rockandrollowym stylu?…

No więc mała Courtney nie jest już mała, ma 22 lata, śpiewa jak szalona, widać, że w swojej wizji artystycznej jest konsekwentna. Ostro, rockowo, z powerem, na przesterze. Jak ktoś skomentował: „Myślałem, że takich modeli się już nie produkuje”. Jest w jej głosie coś, co rzeczywiście przywodzi na myśl inną epokę muzyki. Jakaś szczerość i autentyczność które przypominają, że muzyka (…rozrywkowa) nie sprowadza się do mdłej, popowej papki serwowanej nam przez większość współczesnych stacji radiowych. No i właśnie Hadwin także wydała swoją pierwszą „dużą” płytę zatytułowaną „Little Miss Jagged”. I muszę powiedzieć, że robi wrażenie. Potrafi „ryknąć” ciężkim rockiem – jak w „DNA”, Steady Rock Steady” czy „Electric” ale potrafi też być równie prawdziwa w bardziej nastrojowych i nostalgicznych klimatach, jak w kapitalnym, nastrojowym „Timeless”. Nie chcę tu sięgać po jakieś bardzo emfatyczne tony, ale mam wrażenie, że obserwujemy na żywo prawdziwą gwiazdę in statu nascendi. Że to głos, który zostanie w historii muzyki, kiedy ludzie dawno już zapomniał o wielu „wielkich gwiazdach”, które dziś sprzedają miliony biletów na koncerty… Posłuchajcie.

Ad mortem defecatam…

Dzieje się milion rzeczy. Na raz, oczywiście, bo przecież jakby się działy po kolei, to by było za proste. Tu lekarz, tam jakieś urzędy, to trzeba załatwić, tamto trzeba załatwić… Do tego dochodzą zbliżające się święta, które z paru powodów będą wyglądały nieco inaczej, niż zwykle (o tym niżej). A ze świętami wiążą się także próby scholi na Triduum Paschalne (czyli jeszcze jedno popołudnie / wieczór zajęte). A na to wszystko nakłada się oczywiście normalna praca – kończę książkę, na którą teoretycznie mam jeszcze sporo czasu, ale w praktyce MUSZĘ ją skończyć jak najszybciej, bo im szybciej skończę, tym szybciej zapłacą – a to niestety znowu robi się sprawa życia i śmierci. Nie, jasne że nie dosłownie. Ale.

Bo oczywiście zawsze coś, prawda? Pieniądze za książkę będę miał za +/- trzy tygodnie. Czyli już na pewno po świętach. Na koncie głównie przeciągi – ale wyliczyłem, że jakoś te trzy tygodnie przeżyjemy. Na styk, bez szaleństw, ale przeżyjemy. Wyliczyłem to dokładnie w poniedziałek rano. I jak już miałem wyliczone, to właśnie przyszła wiadomość z towarzystwa ubezpieczeniowego, że we wtorek upływa termin płatności drugiej raty składki za ubezpieczenie samochodu (o której inaczej bym zapomniał, co także świadczy o tym, że jestem zmęczony). I cały misterny plan…

…wiadomo.

Jak zapłacę wszystko to, co mi zostało do zapłacenia w ciągu najbliższych kilku dni, to zostaną mi jakieś grosze, za które oczywiście trzech tygodni nie przeżyjemy. O świętach już nawet nie wspominam – dobrze przynajmniej, że akurat TE święta to bardziej na liturgii, niż gdzie indziej, i bez kupowania prezentów. Co nie zmienia faktu, że tym razem niestety nie obędzie się bez pożyczenia. Dobrze, że z grubsza jest od kogo…

Zawsze na „świąteczne śniadanie” (płynnie przechodzące w świąteczny obiad…) w Niedzielę Wielkanocną jeździliśmy do mojego Taty. Tradycja, zawsze tak było i gdzieś podświadomie oczywiście myśleliśmy, że zawsze tak będzie. Ale, jak wiadomo, „zawsze” nie istnieje… Ciocia (żona Taty) poważnie chora. Chemie, naświetlania i wszystkie inne atrakcje, które (niestety) dobrze znam. I ciocia – mistrzyni świątecznego stołu – powiedziała, że niestety, ona w tym roku „imprezy” nie zrobi, bo po prostu nie będzie miała na to siły. Do nas też nie przyjadą, bo – patrz punkt pierwszy. Jasne, pojedziemy do nich w niedzielę późnym popołudniem czy wieczorem, żeby się chociaż zobaczyć (Piłka przyjeżdża do domu na niecałe trzy dni…) – ale to tyle. I wiele niestety wskazuje na to, że dużo lepiej już nie będzie.

Piłka miała w ogóle nie przyjeżdżać na Wielkanoc, bo na uniwersytetach w Stanach nie ma przerwy wiosennej połączonej z wielkanocną, jak w wielkiej Brytanii: do czwartku miała mieć normalnie zajęcia, potem od poniedziałku dalej – a lot z Ameryki do Europy na dwa dni to jednak trochę przesada. Okazało się jednak, że półtora tygodnia przed Wielkanocą Piłka z grupą z Harvard Law School leci na kilka dni do Wiednia na jakiś międzynarodowy konkurs dla studentów prawa. Wracają z tego Wiednia… w Poniedziałek Wielkanocny. Za bilety lotnicze oczywiście płaci uczelnia. Więc moja rzeczowa córka poszła do organizatorów i zapytała, czy mogą jej kupić bilet powrotny nie z Wiednia, tylko z Warszawy. Zgodzili się, nie robiło im to różnicy. Więc Piłka kupiła jakiegoś Wizzaira czy Ryanaira (nie pomnę) z Wiednia do Warszawy: zjawi się w domu w sam Wielki Piątek późnym wieczorem, a już w poniedziałek leci z powrotem do Bostonu. Trochę wariactwo – ale przynajmniej wpadnie.

***

Zmęczony jestem. Bardzo. Uświadomiłem sobie, że w zasadzie przez cały ubiegły rok nie miałem wakacji. Jasne, byłem na Filipinach – wyprawa fantastyczna, ale jednak wakacje to nie były (choć spędziliśmy dwa dni na plaży…). Wyjazd w sierpniu – choć także bardzo pozytywny – też nie był „wypoczynkowy”. Potrzebuję wakacji. Choć kilku dni oderwania od codzienności, wyjechania gdzieś, pobycia ze sobą samym albo w jakimś miłym (ale niewielkim!) towarzystwie. Tyle, że w najbliższym czasie nie mam na to najmniejszych szans. Może – MOŻE – jak wszystko dobrze się ułoży (…i będą jakieś pieniądze), to uda mi się wyrwać na kilka dni… we wrześniu. Na pewno nie wcześniej. A jest dopiero koniec marca.

A ja właśnie przez te ostatnie nieco zwariowane dwa tygodnie – i mając w perspektywie kolejne dwa podobne – coraz mocniej odczuwam to, że (mówiąc najprościej) nie mam już dwudziestu lat. Ani czterdziestu zresztą. Że zwyczajnie mam mniej siły niż kiedyś. Że szybciej się męczę, że jestem mniej odporny, że taka sama ilość „dodatkowych atrakcji”, które jeszcze dziesięć czy piętnaście lat temu skwitowałbym sarkastycznie, że „…ot, dzień świra” – dziś okazuje się dużo większym obciążeniem. I wymaga dużo dłuższej regeneracji. Na którą nie ma czasu ani środków.

No, to sobie pomarudziłem.

Words Never Die…

Piękną rzecz znalazłem. Chciałem wrzucić film z YT, ale z jakichś irracjonalnych powodów WordPress odmawia współpracy (choć dotąd osadzanie tu filmów było banalnie proste). Zamiast filmu zatem TYLKO LINK – wejdźcie, posłuchajcie. Tekst wrzucam na dole.

Withney Hanson to młoda poetka. Trochę śpiewa, ale przede wszystkim po prostu recytuje swoje wiersze (czasami z muzyką, czasami bez). Można ją znaleźć na YouTube, ale jest też na Spotify czy Tidalu. Kilka jej wierszy naprawdę mnie poruszyło…

I’ve never known how to let anything die
I suppose that’s how a person becomes a writer
It’s not so much a gift as it is a disease, a sickness brought on by grief and rattling keys
It’s not so much a poem as it is a prayer, a cry to whoever might be there
Let there be something I can hold that lasts
Let there be a love that doesn’t leave so fast
Let there be a day when the sun doesn’t fadе
Let there bе something, anything that stays
But the sun never listens and falls beneath the trees, and love, however infinite eventually leaves
And so I am left here
With only paper and ink
To transform this brief and beautiful blink into something that remains when the light abandons my eyes
Life, it is short
But words
Words never die