Piękną rzecz znalazłem. Chciałem wrzucić film z YT, ale z jakichś irracjonalnych powodów WordPress odmawia współpracy (choć dotąd osadzanie tu filmów było banalnie proste). Zamiast filmu zatem TYLKO LINK – wejdźcie, posłuchajcie. Tekst wrzucam na dole.
Withney Hanson to młoda poetka. Trochę śpiewa, ale przede wszystkim po prostu recytuje swoje wiersze (czasami z muzyką, czasami bez). Można ją znaleźć na YouTube, ale jest też na Spotify czy Tidalu. Kilka jej wierszy naprawdę mnie poruszyło…
I’ve never known how to let anything die I suppose that’s how a person becomes a writer It’s not so much a gift as it is a disease, a sickness brought on by grief and rattling keys It’s not so much a poem as it is a prayer, a cry to whoever might be there Let there be something I can hold that lasts Let there be a love that doesn’t leave so fast Let there be a day when the sun doesn’t fadе Let there bе something, anything that stays But the sun never listens and falls beneath the trees, and love, however infinite eventually leaves And so I am left here With only paper and ink To transform this brief and beautiful blink into something that remains when the light abandons my eyes Life, it is short But words Words never die
Piłka w ramach jakiegoś konkursu dla studentów prawa pojechała niecały tydzień temu z ekipą z Harvard Law School do Nowego Jorku. Przez trzy dni brali tam udział w jakichś zajęciach i wydarzeniach, a w niedzielę mieli wracać do Cambridge (Massachusetts).
Słowo-klucz: MIELI.
Nowy Jork (i połowę Wschodniego Wybrzeża USA) sparaliżowała gigantyczna śnieżyca. Miasto zostało praktycznie zasypane. Pociąg, którym mieli wracać (podobnie jak wszystkie inne pociągi) został odwołany. Autobusy międzymiastowe nie kursowały. Drogi były nieprzejezdne. O samolotach nawet nie wspominam.
Dziś rano (!) śnieżyca już ustąpiła, sam Nowy Jork powoli wraca do życia, ale pociągi i autobusy (i tak dalej) w dalszym ciągu z miasta nie wyjeżdżają. Piłka wraz z siódemką kolegów i koleżanek dalej nie jest w stanie wrócić w okolice Bostonu. Z jednej strony – wszyscy są już wkurzeni i zmęczeni, czekają na nich różne zajęcia na uczelni i obowiązki. Z drugiej – jest to jednak dość niezwykła przygoda: w XXI wieku tak po prostu utknąć. NA MANHATTANIE.
Rozmawialiśmy dziś przez WhatsAppa – Piłka opowiedziała mi trochę o swoich nowojorskich przygodach. Bo śnieżyca i kompletnie zasypane miasto (plus ogłoszony przez władze miasta zakaz jazdy samochodami w godzinach nocnych) pozwala na zobaczenie Nowego Jorku z zupełnie innej strony, niż pokazują to przewodniki turystyczne. Zjeżdżanie na kurtkach (w braku sanek) spod Lincoln Memorial… Nocny jogging w Central Parku, w osiem osób, na śniegu… No i powrót do hotelu środkiem Piątej Alei (bo nic nie jeździ), przez zaspy, koło północy, kiedy przez dobre pół godziny byli jedynymi ludźmi w polu widzenia… Klimat jak z filmów postapokaliptycznych.
Dziś już podobno jest lepiej, ale ponieważ pociągi nie jeździły przez trzy dni (o samolotach nie wspominając), to dostanie jakichkolwiek biletów do Bostonu graniczy z cudem. Na razie są na etapie prób wypożyczenia samochodów (wśród tej ósemki są dwie osoby z amerykańskim prawem jazdy, więc to do zrobienia). Tyle, że to 340 kilometrów, koło czterech godzin jazdy… w normalnych warunkach.
A warunki normalne nie są i kto wie, jak wyglądają drogi na trasie Nowy Jork – Boston.
To się nazywa przygoda… Trochę się o nich denerwuję – a trochę zazdroszczę (…kto mnie zna, ten się nie zdziwi 😉 )
Osiem lat temu (…jak ten czas leci…) Pucek miał słynny wypadek na rowerze, po którym został stałym klientem warszawskiego Mazowieckiego Centrum Stomatologii. Stałym – nie znaczy bardzo częstym: wizyta raz na rok, żeby sprawdzić, czy „odbudowany” ząb nie sprawia problemów. Dziś właśnie była kolejne wizyta – zabawnie było patrzeć, jak Pucek, który za niecałe pół roku będzie już pełnoletni (…i jest wyższy ode mnie, choć to akurat nie jest specjalnie trudne), siedzi w poczekalni kliniki stomatologii DZIECIĘCEJ, wśród kilkulatków.
Pan doktor – znakomity fachowiec i bardzo fajny człowiek – kazał rentgen zrobić, obejrzał, orzekł, że wszystko jest OK, umówił nas na ostatnią „dziecięcą” wizytę pod koniec maja. A potem zaproponował, żeby umówić się na wizytę do ortodonty, żeby sprawdzić, czy nie da się trochę poprawić zgryzu, co zmniejszyłoby ryzyko uszkodzenia tego „odbudowanego”. Wada zgryzu minimalna, normalnie – jak przyznał lekarz – nie miałoby to sensu, ale w tej sytuacji może warto sprawdzić (przy czym od razu powiedział, że ortodonta może uznać, iż nic z tym nie ma sensu robić). Czyli – na razie tylko konsultacja.
Po wyjściu z gabinetu idę zatem do rejestracji. Pani patrzy w komputer i mówi, że owszem, może nas zapisać, ale… tylko „prywatnie” (płatnie), nie na NFZ.
Zaraza, zaraz, dlaczego? Przecież dzieci (…nawet takie duże…) konsultacje ortodontyczną mają na NFZ?
– Zgadza się – odpowiedziała mi pani w okienku (trzeba przyznać, że była bardzo uprzejma i ton miała wielce przepraszający). – Ale widzi pan, najbliższy wolny termin dla dzieci na NFZ mamy pod koniec przyszłego roku. A wtedy oczywiście ten młody człowiek będzie już pełnoletni, więc go do poradni dziecięcej zapisać nie mogę. Więc mogę panu zaproponować albo okolice października bieżącego roku, w poradni dla dorosłych, koszt dwieście pięćdziesiąty złotych, albo w poradni dla dzieci na wizytę prywatną, wtedy jeszcze w tym miesiącu, koszt dwieście pięćdziesiąty złotych.
Dwieście pięćdziesiąt albo dwieście pięćdziesiąt. Co by tu wybrać…
Obiecuję sobie, że wrócę do pisania, ale za każdym razem, kiedy chcę się za to wziąć, coś „wypada”. Dużo ostatni spraw, które sprawiają, że nie chce mi się pisać, nie chce mi się opowiadać, nie chce mi się tłumaczyć. A z czasem – oczywiście – sprawy się nawarstwiają, więc kolejnym dniu czy tygodniu jeszcze trudniej się zabrać za pisanie, bo tych spraw do opisania czy wyjaśniania jest coraz więcej. Więc siadam, patrzę przez chwilę – a potem i tak kończy się na „…bez sensu”.
Nie, to nie jest tak, że wszystko jest źle, wszystko się wali, nic się nie udaje. Obiektywnie patrząc jest… Przeciętnie. Zapewne. Tylko kilka poważniejszych problemów… i milion drobnych spraw, które sprawiają, że trochę nie mam siły na to wszystko.
Pamiętam, jak kiedyś tu pisałem zirytowany o problemach finansowych. I co? I minęło ileś lat (a ten blog ruszył już ponad dwadzieścia lat temu!) – i dalej jest tak samo. Znowu gdzieś brakuje, znowu czegoś się nie da, znowu trzeba nerwowo czekać, czy aby przelew zdąży wpłynąć zanim będzie musiał wypłynąć (…że się tak wyrażę). Nawet jak przez chwilę jest lepiej – to zaraz znowu nie jest. Tym razem przelew ma wpłynąć w piątek (…„do piątku”, ale realnie oznacza to piątek, rzecz prosta). Problem polega na tym, że w czwartek muszę coś zapłacić. I co z tym fantem zrobić? Jakieś drobne zagięcie czasoprzestrzeni byłoby niezłym wyjściem…
Jasne, jasne, z głodu nie umrę, będę musiał pożyczyć (…od kogo?) i tyle. A potem wpłynie, to oddam. Co oznacza, że to, co wpłynie, już będzie uszczuplone. I nawet to by było do wytrzymania – „zacisnąć pasa”, przeczekać, za kilka dni kończę książkę, więc niedługo niby jakaś kasa będzie… Tyle, że jest styczeń. A w lutym będzie rachunek za gaz. A przez ostatni miesiąc temperatury były takie, że jak pomyślę o wysokości tego rachunku, to już nawet ogrzewania nie musze podkręcać , bo i tak mi się gorąco robi.
I tak w nieskończoność.
***
Mówiłem Wam kiedyś o osiołku w kieracie…? Obrazek usłyszany na jakichś rekolekcjach. Osiołek chodzi w kieracie. Kierat, praca, codzienne życie, porównanie banalne do bólu. Tyle, że jak się chwilę zastanowić…
Taki „kierat” kojarzy nam się z pracą bez sensu i bez celu, męczącą po prostu. Ale to nieprawda. Kierat nie jest bez sensu. Kierat ma cel. Kiedy osiołek kręci kieratem, to (na przykład) pompuje wodę, która nawadnia pole. To jest potrzebna i ważna praca! Bez wody pole nie obrodzi, bez ciężkiej pracy osiołka nie będzie jak żyć. Praca osiołka ma sens. Ma cel. Jest potrzebna. Ale…
Osiołek chodzi w kieracie cały dzień. Wieczorem jest zmęczony. Bolą go nogi, jakby przeszedł wiele kilometrów. Nie, nie „jakby”. Przecież właśnie przeszedłwiele kilometrów! W końcu szedł cały dzień.
Cały dzień szedł przed siebie, w dodatku z obciążeniem. Wiedział, że nie może przestać, że jego praca jest potrzebna, że nie może zawieść. Szedł, szedł, szedł…
…ale wieczorem, po całym dniu chodzenia, dalej był w tym samym miejscu, co rankiem. Smutne, co?
A potem, raz na jakiś czas, osiołek ma czas, żeby się zatrzymać. Jakaś chwila wolnego, jakieś małe wakacje, jakieś rekolekcje… Więc osiołek ma też czas, żeby pomyśleć. Żeby przeanalizować całą swoją sytuację. A kiedy już widzi – podejmuje jakąś refleksję. Patrzy na to wszystko z perspektywy.
Więc kiedy wraca do pracy, zaczyna… Chodzić szybciej.
Tyle. Morału dziś nie będzie.
Są za to dwie świetne płyty, które chciałem Wam polecić. Ale to już nie dziś. Stay tuned.
Przepraszam, że mnie ostatnio nie ma. To znaczył jestem, tylko nie ma mnie tutaj. Poprawię się, obiecuję. Ale ostatnio czas był taki, że naprawdę trudno było usiąść i coś napisać. Za dużo wszystkiego. I jeszcze parę innych rzeczy.
Dziś tylko krótko: posłuchajcie. To śpiew na dzisiejszą noc.
Zmarł Jan Turnau – mądry i dobry człowiek, publicysta, animator dialogu ekumenicznego. Pisał mądrze (parafrazując ś.p. księdza Tischnera – pisał nie tylko do rzeczy, ale też do ludzi).
Poznałem Jana ćwierć wieku temu, kiedy zaczynałem pracę w Jednej Gazecie. Poniekąd poprzez niego tam trafiłem. Zdarzało nam się rozmawiać na bardzo różne tematy (ale z nim nigdy nie rozmawiało się „o niczym”), kilka razy miałem okazję z nim współpracować (wspólnie robiliśmy na przykład wywiad z o. Timothym Radcliffe’em, wówczas generałem dominikanów, w ubiegłym roku mianowanym kardynałem przez Franciszka). Wiele razy pomagał mi zdobywać potrzebne informacje. Miał „namiary” i bezpośrednie numery telefonów do połowy episkopatu, mnóstwa innych ludzi istotnych w Kościele, ale też do przedstawicieli innych kościołów, do rabinów, do wielu muzułmanów. Znali go niemal wszyscy, a on zawsze był sobą – człowiekiem o niezwykle przenikliwym spojrzeniu, ale skromnym, dobrym, otwartym, raczej słuchającym innych, niż mówiącym o sobie.
Kiedy odszedłem z gazety (krótka to była przygoda, niecałe trzy lata…), utrzymywaliśmy kontakt… Z rzadka. Ja dzwoniłem do niego w dniu jego urodzin (łatwo mi było pamiętać, bo miał urodziny w tym samym dniu, co moja M.). On odzywał się też może raz w roku, pytał co u mnie słychać. Po śmierci M. zadzwonił i powiedział dosłownie dwa zdania – że mi współczuję, że pamięta), a potem długo milczał do słuchawki.
A potem jakoś nam się ten kontakt wyciszył. Co roku dwudziestego trzeciego lutego myślałem, żeby do niego zadzwonić – ale jakoś nigdy tego nie zrobiłem. Kiedy we wrześniu spotkałem się „po latach” ze znajomymi z gazety, pytałem o niego – ktoś powiedział, że jest już bardzo słaby, że się bardzo postarzał, choć „wygląda tak jak zawsze” (bo Jan „od zawsze” wyglądał jak mocno starszy pan). Pomyślałem, że muszę się do niego odezwać. I że w lutym, na jego urodziny, zadzwonię. I pewnie bym to zrobił, ale wczoraj dowiedziałem się, że odszedł.
To „…spieszmy się kochać ludzi…” z wiersza księdza Twardowskiego (też Jana…), bywa powtarzane, parafrazowane, przekształcane na tyle sposobów, że stało się niemal memem. Że już prawie trąci banałem. A jednak…
Tydzień temu (tak, niestety znowu minął tydzień, zanim zabrałem się do napisania o czymś, o czym chciałem napisać…) wziąłem udział w wydarzeniu tyleż zabawnym, co surrealistycznym.
Jak niektórzy z Was wiedzą, wiele lat temu pracowałem jako dziennikarz w dziale miejskim Jednej Dużej Gazety. Przepracowałem tam dwa i pół roku, ciekawe to było doświadczenie, dużo się nauczyłem (…o wielu rzeczach…), nigdy tego nie żałowałem, ale też nigdy nie tęskniłem za powrotem, przekonawszy się, że klasyczne (zwłaszcza typowo miejskie) dziennikarstwo to nie jest to, co na dłuższą metę chciałbym w życiu robić.
I nagle, jakiś miesiąc temu, dostałem maila od koleżanki, która była (i chyba dalej jest, od niepamiętnych czasów) sekretarzem redakcji w tymże miejskim dodatku. Że długo szukała, że nie jest pewna, czy to na pewno mój adres, ale jeśli tak, to oni właśnie organizują zjazd z okazji trzydziestopięciolecia istnienia tegoż działu – i zapraszają wszystkich, którzy kiedykolwiek pracowali. I czy jestem zainteresowany.
Jasne, że byłem – zwłaszcza, że impreza weekendowa, prawie bezkosztowa, w kapitalnym miejscu na Mazurach (szczegółów nie podam, ale fantastyczny ośrodek nad pięknym jeziorem w środku głuszy, objętym strefą ciszy – prowadzony przez inną z byłych koleżanek z redakcji i jej zagranicznego męża).
No i pojechałem. Przeżyłem. Siedzieliśmy przy ognisku pod przepięknymi gwiazdami (zero „zanieczyszczenia światłem”), pływaliśmy po jeziorze tratwami, oglądaliśmy start wielkie balonu, uprawialiśmy wspominki, snuliśmy długie nocne Polaków rozmowy z gatunku „…no i co u ciebie słychać” z ludźmi, z którymi ostatni raz widzieliśmy się (ja się widziałem) jeszcze przed wejściem Polski do UE… Było to w sumie naprawdę kapitalne przeżycie, bardzo się cieszę, że tam byłem, ale…
Różne refleksje mi się nasuwają…
Z większością tych ludzi nie widziałem się od dwudziestu trzech lat (choć na przykład kolegę Krzysia spotkałem kilka lat temu na szczycie Wielkiej Rawki). To, że niektórzy bardzo się zmienili, trudno uznać za dziwne, zważywszy, że minęło prawie ćwierć wieku. Znacznie dziwniejsze było to, że niektórzy nie zmienili się w ogóle – wyglądali tak samo, jak wtedy (panowie w większości nieco posiwiali, panie… mniej 😉
Niesamowita zbieranina ludzi szalonych, zakręconych, w większości sympatycznych i fajnych, bez wyjątku błyskotliwie inteligentnych. Nie da się ukryć, że duża część jeśli chodzi o spojrzenie na świat i życie to postaci „z zupełnie innej bajki” niż większość moich przyjaciół i znajomych – i całe środowisko, w którym żyję na co dzień. Ale – paradoksalnie – to mi akurat zupełnie nie przeszkadzało (ani im). Różnice poglądów i przekonań to w takim środowisku (wbrew pozorom) rzecz normalna i akceptowana. Było natomiast coś innego, co sprawiło, że choć weekend był generalnie wspaniały, to wyjeżdżając z powrotem do domu poczułem jednak pewną ulgę i uświadomiłem sobie, że… Jakby to najkrócej… Dwa dni – super, ale jakbym miał z tymi ludźmi pobyć dłużej (albo na co dzień się wśród nich obracać), to… „No, thank you”.
O co zatem chodzi, spytacie, skoro nie o różnice w poglądach i (że sięgnę po nieco górnolotne zwroty) wyznawanych wartościach?
Ci, którzy mnie znają, wiedzą, jaki jestem na co dzień. Że jest gadułą, że często mówię za dużo, że często szybciej mówię niż myślę, że czasami zachowuje się, jakbym miał lekkie (lekkie…) ADHD (które zapewne mam, tylko nikt mnie nigdy nie diagnozował). Dziś, kiedy mam lat tyle, ile mam, to już się mniej rzuca w oczy i ma zdecydowanie mniejszą intensywność – ci z Was, którzy mnie znają dłużej, wiedzą, że kiedyś było gorzej 😉
No więc (…nie zaczyna się zdania od „no więc”) wyobraźcie sobie, że spędzacie czas w towarzystwie prawie pięćdziesięciu osób, z których (+/-) dwadzieścia jest takich jak ja, dziesięć – tak samo, tylko BARDZIEJ, kolejnych pięć – tak samo, tylko DUŻO BARDZIEJ, a pozostali (na oko) albo są dziwakami, albo po prostu wysokofunkcjonującymi aspergerami. Średni iloraz inteligencji w tym gronie był na pewno dużo wyższy od średniej w populacji, ale poziom nakręcenia, energii (kreatywnej – ale nie tylko…) i „wysokich obrotów” – także. To trochę specyfika tego zawodu, oczywiście, ale zauważyłem, że dziś na dłuższą metę jest to dla mnie męczące. Kiedy w niedzielę po południu wróciłem do domu, jeszcze przez kilka godzin czułem się „nakręcony” – w końcu, wieczorem, żeby się wyciszyć, pojechałem do R. (osiem kilometrów od domu), gdzie jest mały klasztor mniszek dominikanek z prostą, do późna otwartą kaplicą, w której o tej porze nikogo już zwykle nie ma – a jest półmrok, cisza i mury „przesiąknięte latami modlitwy”, jak to kiedyś ujął pewien mój znajomy.
Update: pan mechanik potwierdza, czujnik sprzęgła. Głupstwo, część tania, robota tania. Czyli wszystko pięknie, tak? No właśnie nie. Bo tego cholernego czujnika nie ma w żadnej hurtowni. Można go zamówić wyłącznie przez oficjalny system cześci zamiennych Opla. Właśnie jestem po serii rozmów telefonicznych. Już zamówili – za jakieś dwa dni powinien być u nich. Wtedy mi wyślą maila. Ja zapłacę. Jak dostaną pieniądze, to wyślą część. Więc przez głupi czujnik do końca tygodnia jestem bez samochodu. Co chwilami boli.
Jak już ktoś w komentarzach prosi, żebym dał znak życia, to chyba naprawdę muszę się odezwać. Jakoś mi ciężko ostatnio wziąć się za napisanie czegoś tutaj. Z wielu spraw to wynika – po części oczywiście z nadmiaru (wszystkiego) i zabiegania, ale też z różnych różności, które sprawiają, że nie mam… Czy ja wiem? „Nastroju” to chyba nie jest właściwe słowo.
O Filipinach napiszę jeszcze jeden „odcinek”, ale już nie dziś. Dziś – krótka Kronika Wydarzeń, Wypadków i innych W.
***
Piłka – jak niektórzy z Was już wiedzą – ostatecznie wylądowała na magisterce za oceanem. Atlantyckim. Na Oxford – gdzie też się (oczywiście…) dostała nie udało jej się dostać wystarczającego stypendium. A na Uniwersytet Harvarda – owszem. Więc robi roczny kurs masters (czyli magisterkę) na Harvard Law School. Dzwonimy do siebie przez komunikator, piszemy takoż. Piłka opowiada o różnych śmiesznych (z punktu widzenia Europejczyka) specyfikach Kraju Za Wielką Wodą. Uczelnia oczywiście super, wykłady, zajęcia, praktyki… Ale życie codzienne w kraju Pomarańczowego Przywódcy to zdecydowanie nie jest to, co tygrysy lubią najbardziej. Rok na studiach – jak mówi – jakoś przetrwa, ale mieszkać tam na stałe nie chciałby absolutnie.
BTW – to zabawne, że po zrobieniu BA w Cambridge teraz studiuje na Harvardzie, który leży pod Bostonem – w miejscowości o nazwie… Cambridge. Cambridge, Massachusetts.
***
Pucek zaczyna klasę maturalną. Już się boję. Poza tym zaczął trenować Muay Thai. Więc teraz możemy już działać na wszystkich frontach: jak trzeba będzie kogoś przekonać lub zagadać, to ja jestem w tym dobry; jak będzie go trzeba zniszczyć intelektualnie i zalać błyskotliwym sarkazmem – to tym się zajmie Pietruszka; jak będziemy chcieli go pozwać, to będzie zadanie dla Piłki; a jak będzie trzeba komuś wp…, eeee, wlać – to tym się zajmie Pucek. Będziemy nie do pokonania 😉
***
Spędziliśmy weekend w C. (Dolny Śląsk), u cioci, gdzie nie byliśmy razem od prawie dwóch lat (tak się jakoś złożyło). Było jak zwykle bardzo miło, jednego dnia pojechaliśmy sobie w takie sympatyczne górki, które nazywają się Rudawy Janowickie – i pochodziliśmy sobie parę godzin (zrobiliśmy dużą pętlę od schroniska Szwajcarka).
Kiedy zmęczeni (przyjemnie) i nieco brudni wróciliśmy do samochodu, nasz samochód… Nie odpalił. Wszystko działało, akumulator był wyraźnie naładowany, ale przekręcanie kluczyka w stacyjce nic nie dawało. To jest jakieś cholerne fatum: nasze kolejne auta zawsze mają jakieś problemy akurat jak jesteśmy w C. – i oczywiście ZAWSZE w piątek po południu lub w sobotę, kiedy wszystkie warsztaty są zamknięte.
Mimo wielokrotnych prób Czerwca Strzała odmawiała posłuszeństwa, wyświetlając za to na ekranie pokładowego komputera irytujący komunikat „Naciśnij sprzęgło, aby uruchomić silnik” (jak się domyślacie – sprzęgło przecież naciskałem). Stanęło na tym, że chłopcy wypchnęli mnie z miejsca parkingowego, a że parking był na zboczu, to dalej nie musieli nawet pchać: rozpędziłem się chwilę jadąc w dół i dopaliłem silnik „z dwójki”. Zaskoczył. Pojechaliśmy do C. Na miejscu zgasiłem silnik – i odpaliłem ponownie bez problemów. Nawet kilka razy, dla pewności.
Uspokojony, że to jakaś jednorazowa sprawa, uznałem, że podrzucę Strzałę do mechanika jak wrócimy do domu. Następnego dnia (wczoraj, w niedzielę) pojechaliśmy do Legnicy (bez kłopotów), a potem z Legnicy do Złotoryi (tak samo). Ale jak po spacerze i zwiedzaniu chcieliśmy wracać do C., cała sytuacja się powtórzyła. Znowu „Naciśnij sprzęgło…”. I cisza. I znowu odpalanie „na pych”. No żeż.
Konsultacja telefoniczna ze znajomym (inżynierem) potwierdziła moje podejrzenia: najprawdopodobniej uszkodził się czujnik, który informuje komputer o tym, że sprzęgło jest wciśnięte (a bez tego rozrusznik nie działa). Na szczęście problem (jak widać) występuje tylko czasami. Na szczęście dziś rano odpaliliśmy bez problemu, bez problemów dojechaliśmy do domu, a ja bez problemów odwiozłem Strzałę do mechanika. Który po wysłuchaniu opowieści potwierdził, że najprawdopodobniej to właśnie rzeczony czujnik jest problemem. I to jest dobra wiadomość, bo wymiana takiego czujnika to groszowe koszty. A jakiekolwiek nie-groszowe koszty mogłyby być problemem. Dla odmiany.
To teraz tylko czekam, czy się przypadkiem pralka nie zepsuje, bo przecież…