Wyprawowo – część 3.

Kilka słów o korsykańskich miasteczkach… Na Korsyce są dwa naprawdę „większe” miasta (stolica, czyli Ajaccio, i Bastia), jedno średnie (Porto-Vecchio) i kilka małych (rzędu 5 tysięcy mieszkańców). Cała reszta to bardzo małe miasteczka, zamieszkane przez kilkaset czy tysiąc osób…

Z tych większych i średnich w zasadzie tylko jedno, Corte, leży w głębi lądu, cała reszta – na wybrzeżach. Wszystkie te leżące na wybrzeżu mają dość podobny plan: najstarszą częścią miasta jest cytadela – zwykle położona na lekkim wzniesieniu, tuż nad portem, zbudowana w czasach średniowiecznych, kiedy wyspa była pod władaniem Genui. Wokół cytadeli – albo obok niej, jeśli tak jest ukształtowany teren – jest tzw. „nowe miasto”, czyli zabudowa z XVI / XVII w. A dalej rozciąga się już miasto współczesne… Cytadela jest głównie „do zwiedzania”, nowe miasto to także teren pełen zabytków i ciekawostek, ale też tętniący życiem (restauracje, kawiarnie, sklepiki… wiadomo). Gdybyście tam byli – nie popełnijcie klasycznego błędu „turysty z przewodnikiem w ręku”, biegając od zabytku do zabytku i zaliczając kolejne punkty programu. Po Bastii, Ajaccio czy choćby po znacznie mniejszym Calvi warto sobie „pochodzić”, powłóczyć się, posnuć, pooglądać urocze, wąskie uliczki, posłuchać jak dźwięk odbija się od starych murów, jak pachnie powietrze… Warto siąść w jakiejś małej kawiarence i wypić kawę (jak usłyszeliśmy w jednym z takich miejsc, „Korsyka politycznie to Francja – ale jeśli chodzi o kawę, to jesteście we Włoszech”; i rzeczywiście: kawa jest pyszna, a przy tym w w większości miejsc kosztuje grosze).

Bastia czy Ajaccio to piękne miejsca, Calvi zrobiło na nas ogromne wrażenie… Jednak naprawdę zachwyciło mnie co innego: małe miejscowości położone nie nad morzem, a w głębi lądu – co w przypadku Korsyki znaczy tyle, co „w górach”.

Przy drogach odbijających od morza i wijących się coraz wyżej w głąb wyspy leżą niezwykle charakterystyczne, małe miasteczka. Dzielą się w zasadzie na dwa typy: te, które leżą na szczycie kolejnego wzniesienia i te, które leżą na zboczach. W przypadku tych pierwszych sprawa jest prosta: w środku miasteczka (a więc w jego najwyższym punkcie) znajduje się najczęściej główny placyk / ryneczek, przy którym stoi kościół parafialny, parę kamieniczek, jeden czy dwa sklepiki i – prawie zawsze – kawiarenki. Kiedy odejdziemy od takiego ryneczku, zawsze idziemy wąskimi uliczkami w dół.

Znacznie ciekawsze jednak są miasteczka leżące na zboczach gór. Zbocza są najczęściej dosyć strome, więc siłą rzeczy zabudowa jest „kaskadowa”: podmurówki domów przy jednej uliczce leżą na wysokości drugiego piętra (a czasami – dachów) domów przy sąsiedniej. Bywa, że kamieniczka z jednej strony mająca tylko parter i piętro, kiedy ją okrążymy i oglądamy od drugiej strony okazuje się mieć cztery poziomy… Droga przechodząca przez takie miasteczko czasami przebiega w jego górnej części, czasami w dolnej, a czasami – w połowie wysokości. Z okien samochodu widać zatem zwykle tylko kilka domków; dopiero kiedy się zaparkuje i pójdzie na spacer, okazuje się, że powyżej albo poniżej (albo w obu kierunkach) znajduje się jeszcze kilka poziomów ulic i uliczek.

Uliczki wiją się między domami, zakręcają, wspinają się i opadają jak trójwymiarowy, kamienny labirynt. Ulica, którą można jechać samochodem, po stu metrach zwęża się tak, że szeroko rozkładając ramiona można dotknąć ścian po obu stronach, a po kolejnej chwili zamienia się… w schodki, prowadzące do miniaturowego mostku, pod którym biegnie kolejna mini-uliczka. Zdarza się, że spacerując dochodzi się (oczywiście bez ostrzeżenia) do „ślepej uliczki”, bo kolejne schodki okazują się być ścieżką prowadzącą do czyichś drzwi i na tych drzwiach się kończącą… Zdarza się też, że po kilku zakrętach i schodkach przechodzi się nad ulicą, którą szło się chwilę wcześniej. To trochę tak, jak w Szybeniku (Chorwacja, pisałem o tym w 2015 r.): narysowanie planu czy mapki takiego miasteczka niewiele o nim mówi, bo ulice w nim funkcjonują w trzech wymiarach, a nie w dwóch…

I tylko co kawałek, co kilkadziesiąt metrów, z którejś strony między domami (albo nad ich dachami) otwiera się fantastyczny widok albo w górę, na góry, albo w dół – a wtedy, w zależności od położenia miasta, na dolinę albo na morze.

Wyprawowo – część 2.

Nie, wbrew temu, co niektórzy sądzą, nie będę tu opisywał punkt po punkcie każdego dnia wyprawy – ani ja nie mam tyle czasu, żeby to pisać, ani Wy, żeby to wszystko czytać… Ale na pewno trochę chcę o tej Korsyce napisać, bo przyznam, że dawno żadne miejsce nie zrobiło na mnie takiego wrażenia.

Każdy, kto mnie zna, wie, że mam hopla na punkcie Szkocji i że uważam ją za jeden z najpiękniejszych krajów na świecie. Wszyscy moi znajomi wiedzą także, że kocham góry – kiedyś numerem jeden były dla mnie Tatry, dziś niestety tak zatłoczone i zadeptane, że trochę odechciało mi się je odwiedzać (bo co to za przyjemność chodzić po górach w tłumie ludzi). Zakochałem się za to w Pirenejach, które, choć nieco wyższe od Tatr, z wyglądu są do nich podobne, tylko większe (wzdłuż i wszerz), więc znacznie bardziej puste, dzikie, bezludne.

No więc Korsyka to takie trochę połączenie Szkocji i Tatr/Pirenejów rzucone na środek Morza Śródziemnego. No bo tak: plaże jak na Riwierze, z biało-złotym piaskiem, ciepłą, turkusową wodą, śródziemnomorskim klimatem (ciepłym, ale łagodnym); ale też schodzące do wody dzikie skały, skaliste zatoczki, wyspy i wysepki, a na tych wyspach i wysepkach kolory i nastrój prawie jak na Skye; wystarczy jednak odbić kilka kilometrów w głąb lądu – i nagle (naprawdę nagle!) jest się w górach. I to w wysokich górach: na Korsyce jest ponad 20 szczytów o wysokości przekraczającej 2 tysiące metrów nad poziomem morza, a najwyższy szczyt (Monte Cinto) ma ponad 2700.

Pomyślcie: na niewielkiej w gruncie rzeczy wysepce (z północy na południe po najdłuższej linii około 100 kilometrów, ze wschodu na zachód w najszerszym miejscu ok. 80 kilometrów, ale średnio znacznie mniej) stoją góry większe niż Tatry, których najwyższy szczyt jest wyższy niż Gerlach – a w dodatku na ten szczyt można patrzeć w zasadzie z poziomu morza (bo odległość od niego do wybrzeża w linii prostej wynosi raptem koło 20 kilometrów)!

W miasteczku L’Île-Rousse (20 kilometrów od Calvi), gdzie ostatecznie wylądowaliśmy na kempingu, przy brzegu znajduje się mała wysepka zbudowana z czerwonych skał (od której zresztą pochodzi nazwa miasta). Na wysepce (na którą można przejść po niewielkim mostku) stoi sobie latarnia morska. U stóp latarni można zobaczyć zdjęcie panoramy (której „oryginał” ma się przed oczami) z opisem tego, co widać. Stoimy zatem na poziomie morza (no dobrze, powiedzmy że jakieś 20 metrów nad poziomem morza) i przed sobą widzimy zatokę, a za nią miasteczko. Góra, która wznosi się nad L’Île-Rousse, ma już około 600 metrów n.p.m. Łańcuch górski widoczny za miasteczkiem („na wyciągnięcie ręki”) to już szczyty po około 1500 m n.p.m. A „w drugim rzędzie” widać góry sięgające 2200 m n.p.m. I – jak napisałem wyżej – wcale nie są to najwyższe góry na wyspie… O, tak to mniej więc wygląda; zdjęcie niestety bardzo „spłaszcza”, zwłaszcza, że jest zrobione dość szeroko – ale pozwala sobie wyobrazić; w rzeczywistości te góry wydają się (i są…) znacznie bliższe:

I właśnie to połączenie morza (zarówno tego „plażowego”, z turkusową wodą i złocistym piaskiem, jak tego „groźnego”, ze skałami i klifami) i gór sprawiło, że Korsyka tak mnie zachwyciła.

Możesz leżeć sobie na plaży, ciesząc się słońcem i ciepłą wodą. Możesz pływać, możesz skakać przez fale i generalnie robić wszystko to, po co ludzie jeżdżą na plażę. Ale wystarczy, że pojedziesz kilka kilometrów w głąb lądu – i możesz ruszać na górską wyprawę i to w niemal każdej jej formie. Lubisz długie, spokojne wędrówki typu bieszczadzkiego? Proszę bardzo, drogi i szlaki ciągną się przez dziesiątki kilometrów. Wolisz wysokie, ostre góry typu tatrzańsko-pirenejskiego? Nie ma sprawy, bierz plecak i ruszaj, szlaków jest pełno, przewodniki i mapy dostępne, góry na ciebie czekają. Masz ochotę na drogi typu via ferrata, z łańcuchami, klamrami, stalowymi poręczami i asekuracją na sporych wysokościach? Ależ oczywiście, znajdziesz ich tu mnóstwo. Jesteś miłośnikiem „prawdziwej” wspinaczki? Czuj się jak u siebie w górach…

My niestety po tych górach specjalnie nie pochodziliśmy – Piłka jak wiadomo za dużo chodzić nie może, a zostawienie jej samej na cały dzień nie wchodziło raczej w grę. Siłą rzeczy podziwianie gór odbywało się głównie z pomocą Draculi (która, nota bene, sprawdziła się w czasie wyprawy na piątkę). Ale to jest jeszcze jeden powód, żeby na tę wyspę kiedyś wrócić – samemu albo w jakimś „chodzącym” towarzystwie – i to nadrobić…

Ciąg dalszy nastąpi. Muszę jeszcze parę słów napisać o korsykańskich miastach i miasteczkach, o ludziach i o muzyce. No i samym fenomenie wyspy… Ale to już nie dziś, bo późno się robi, a jutro od rana robota czeka.

Wyprawowo – część 1.

Wyprawa zaczęła się w wyjątkowo zakręcony sposób. Prom na Korsykę odpływał z Livorno we Włoszech 23 lipca o 14:00. Trzy dni (a co namniej dwa i pół) trzeba było doliczyć na dojazd z domu do Livorno. Ponieważ we wtorek 20 lipca Pietruszka przed południem musiał zawieźć papiery na uczelnię, wyjechać mogliśmy dopiero po południu. Umówiliśmy się więc z Ciocią M., że przenocujemy u niej, w Rybniku – a rano będziemy już mieli blisko do granicy z Czechami, co znacznie ułatwi nam drogę.

Już w dwóch trzecich drogi do Rybnika uświadomiłem sobie, czego nie wziąłem z domu: dokumentów samochodu (dowodu rejestracyjnego i ubezpieczenia). Psia kość! Przyzwyczaiłem się, że w Polsce mogę już jeździć bez papierów, bo wszystko jest w systemie… Ale nasz CEPiK w Unii nie działa. Miałem już przerażająca wizję zostawienia Potworów u Cioci M. i wracania po nocy do G. po dokumenty – a potem z powrotem do Rybnika. Co oznaczałoby nie tylko dodatkowe 600 kilometrów, ale zarwaną noc, a w konsekwencji znacznie mniejszy dystans przejechany w środę. Na szczęście konsultacje telefoniczne z kilkoma mądrymi ludźmi pozwoliły załatwić to bez jeżdżenia: znajoma (niezawodna Justyna, która zresztą opiekowała się w tym czasie naszym Luckiem, więc miała klucze…) pojechała do naszego domu, wzięła rzeczone dokumenty i zeskanowała je, a następnie wysłała mi mailem. Bo – chwała Bogu – w całej UE skan dowodu rejestracyjnego (zaprezentowany na przykład na ekranie smartfona) jest przez wszelkie służby bez dyskusji uznawany…

Dowód rejestracyjny okazał się zresztą w czasie całej wyprawy potrzebny tylko raz, kiedy wjeżdżaliśmy do Czech (Czesi mają elektroniczny system opłat winietowych za autostrady – do wystawienia takiej elektronicznej winiety konieczny jest właśnie dowód rejestracyjny). Co nie zmienia faktu, że – zgodnie z prawami Murphy’ego – gdybyśmy tego dowodu nie mieli, to na pewno okazałby się niezbędny…

Do Livorno dojechaliśmy w dwa dni (z jednym noclegiem na kempingu gdzieś w Austrii), czyli w czwartek 22 lipca wieczorem. A w piątek po krótkim zwiedzeniu miasta dotarliśmy do portu, gdzie – po okazaniu biletów, dokumentów i dowodów szczepień (tak, tak…) – wjechaliśmy na prom.

Na Korsykę dopłynęliśmy późnym popołudniem: prom mial przybić do Bastii o wpół do siódmej (wieczorem), ale kwadrans się spóźnił, a zanim wyjechaliśmy z brzucha stalowego wieloryba, było już kilka minut po siódmej. Naszym celem było zachodnie wybrzeże wyspy, według przewodników ciekawsze i piękniejsze niż wschodnie. Analizując mapy zdecydowaliśmy się na szukanie kempingu w miejscowości o uroczej nazwie Galéria („…spędziliśmy wakacje w galerii” – brzmi nieźle, prawda?). Z Bastii do Calvi (raptem około 100 kilometrów) jechaliśmy dwie godziny, bo na Korsyce nie ma autostrad, prawie nie ma dwupasmówek, a większość dróg łączących wschodnie i zachodnie wybrzeże wije się przez wysokie góry zajmujące cały środek wyspy. Do Calvi dojechaliśmy zatem już po dziewiątej wieczorem. Było jeszcze jasno, ale widać było, że już niedługo. No ale z Calvi do Galéri jest raptem około 30 kilometrów, rzut beretem, prawda? Nie na Korsyce. 30 kilometrów jechaliśmy ponad trzy kwadranse (góry, góry, góry, serpentyny, przełęcze…). Dojechaliśmy o dziesiątej wieczorem, już po zachodzie słońca.

Dojechaliśmy i… wyszło na to, że trzeba było przeprowadzić dokładniejszy research. Bo Galéria okazała się kiepskim wyborem: wioską (…wioszczyną…) zamieszkaną przez 300 mieszkańców, z jednym hotelikiem i jednym kempingiem, który zdecydowanie nie spełniał naszych wymagań. Generalnie nie było tam nic – nawet na większe zakupy trzeba by było jeździć do Calvi.

Co robić, wracamy. Noc. Góry. Wyjechaliśmy z Galérii, dojechaliśmy do rozstajów dróg. GPS twierdził, że trzeba skręcić w prawo (czyli na drogę, którą przyjechaliśmy). Ale przed nami był drogowskaz na Calvi – w lewo. Hej, zaraz, przecież chyba miejscowi wiedzą lepiej, niż GPS, prawda? Może to jakaś nowa droga, której nasza nawigacja jeszcze nie zna? Zaufaliśmy zatem drogowskazowi i pojechaliśmy w lewo.

I to był błąd.

Droga, którą jechaliśmy, to była naprawdę ostra jazda. Nieprawdopodobne serpentyny (nie pamiętałem takich od czasów Großglockner-Hochalpenstraße w 2012 r.), wijące się po skałach kilkaset metrów nad morzem. Po prawej stronie – pionowa skała. Po lewej – przepaść. Daleko, daleko w dole – zatoka, której oczywiście w kompletnej ciemności nie było widać, ale o jej istnieniu przypominały kołyszące się na wodzie światełka kilku cumujących tam jachtów. Ciemno jak… właśnie tam. Droga w zasadzie na szerokość jednego samochodu (chwała Bogu nic nie jechało z przeciwka). Pół metra za daleko w prawo – i wjeżdżamy na ścianę. Metr za daleko w lewo – i turlamy się kilkaset metrów w dół, w ciepłe wody Mare Nostrum. Piękna śmierć, skądinąd, ale może jeszcze nie teraz…

30 kilometrów ma godzinę to było wszystko, co można było osiągnąć na krótkich odcinkach prostej. I dobrze, bo za jednym z ostrych zakrętów („agrafka” stromo w dół, w lewo, ponad 180 stopni) w długich światłach reflektorów zobaczyliśmy stojące na drodze stado dzików. Stały tam i ani myślały odejść, patrzyły na nas zdziwione, z minami wyrażającymi zdecydowane „…ja tu mieszkam!”. Dopiero klakson sprawił, że sobie poszły. A kilkaset metrów dalej, za kolejnym ostrym zakrętem, w kompletnej ciemności na środku drogi stała sobie duża, brązowa krowa. Uff.

Long story short – tym razem przejechanie 30 kilometrów zajęło nam prawie półtorej godziny (!). Co oznacza, że w Calvi byliśmy tuż przed północą. Kolejne pół godziny zajęło nam znalezienie kempingu, kolejną godzinę – rozbicie obozowiska, zjedzenie czegoś i wymycie się. Położyliśmy się spać koło drugiej w nocy. A przecież to był dopiero pierwszy dzień…

Ciąg dalszy nastąpi.

Wyprawowo – teaser

Tyle do opowiedzenia… Pierwszy raz od dwóch lat pojechaliśmy Daleko – i choć z paru powodów łatwe to nie było, to wyprawę zdecydowanie należy zaliczyć do udanych, a miejsce, gdzie byliśmy, zdecydowanie trafia na wysoką pozycję na liście zatytułowanej „…ja tam jeszcze wrócę!”.

Kiedy półtora roku temu planowaliśmy wyprawę na wakacje 2020 r., koniecznie chcieliśmy pojechać w jakiś miejsce wyjątkowe, a przy tym takie, w którym nas jeszcze nie było. Propozycje i pomysły były różne – jedne odpadły ze względów finansowych, inne z uwagi na odległość… Ale wreszcie wpadliśmy na pomysł, który był w zasięgu (tak finansowym, jak czasowo-odległościowym) i wszystkim się spodobał: jedziemy na Korsykę!

Niestety, jak wiemy koronawirus mial inne plany i wakacje’2020 ograniczyły się do tygodnia nad morzem (polskim) i tygodnia w Bieszczadach. W tym roku jednak sytuacja była zupełnie inna – granice już z grubsza otwarte, cała rodzina zaszczepiona… Jeszcze bodaj w marcu udało mi się kupić on-line tanie bilety promowe.

Potem oczywiście wszystko zaczęło się komplikować – bo nagle okazało się, że pieniędzy będzie znacznie mniej, niż myślałem, a daty wyjazdu trzeba skorygować, bo Pietrucha ma kalendarz rekrutacji na studia… Ale ostatecznie wszystko udało się jakoś zgrać. Wyprawa trwała łącznie nieco ponad dwa tygodnie, z czego 11 dni spędziliśmy na samej Korsyce. I powiem Wam, że to jedno z najbardziej niesamowitych miejsc, w jakich w życiu byłem. Napiszę o tym trochę w najbliższych dniach, a na razie – kilka zdjęć na zachętę… Uwaga: zdjęcia nie są obrabiane, żadnego fotoszopa i podkręcania: kolory są dokładnie takie, jakie były naprawdę.

Wakacje, znowu są wakacje…

Koniec tego koszmarnego roku szkolnego, tak kompletnie innego niż wszystko, co znaliśmy dotąd.

Pietruszka czeka na oficjalne wyniki matur – wtedy będzie wiedział, gdzie idzie na studia. Najprawdopodobniej – wydział matematyczny UW, ale może jednak matematyka z analizą danych na Politechnice… Zobaczymy.

Piłka w swojej „angielskiej” szkole zakończyła rok ze wszystkimi egzaminami końcowymi zdanymi na A* (odpowiednik naszej szóstki). Bez komentarza.

Pucek… Pucek w tym roku oceny na świadectwie słabsze, średnia koło 4. No i w porządku, po roku zdalnej nauki… Trójka z matematyki? Hej, przecież z matematyki ty zawsze dobry byłeś! „Tato, jakbyśmy mieli normalne lekcje, to bym miał piątkę.” I wiem, że to prawda. Więc się nie przejmuję. Jego wychowawca powiedział mi wprost (w prywatnej rozmowie z gatunku „…prosimy nie powtarzać”), że nauczyciele są dosyć zgodni: ten rok w szkole podstawowej należy uznać po prostu za stracony. Nie ma się co oszukiwać, z tego wszystkiego, co robili w trakcie nauki on-line w głowach zostanie im może dwadzieścia procent. A i to jest optymistyczne założenie. Co się da, to nadrobią w ósmej klasie, co się nie da – to w liceum.

Z pozytywnych wiadomości warto dodać, że wczoraj rano Pucek pojechał na obóz. Harcerski. Ktoś z dzieci znajomych mu zaproponował, a on – zupełnie dla mnie nieoczekiwanie – powiedział, że chce jechać. No i super! Obóz jest w Bieszczadach (może to zadecydowało, bo ubiegłoroczna wyprawa w Bieszczady bardzo się Puckowi podobała) – i jest to taki obóz typu „niedźwiedzie mięso”: chłopcy (uczestnicy po 12 – 14 lat) sami budują prycze, sami stawiają cały obóz, w nocy mają warty i w ogóle. Cicho liczę na to, że Pucek się wciągnie i w tym harcerstwie na dłużej zostanie… Sam nigdy harcerzem nie byłem, ale akurat jemu (i akurat teraz, po tym wszystkim) naprawdę przydałoby się jakieś fajne środowisko z pozytywnym podejściem do świata.

Pojechał w sobotę rano, z lekkim niepokojem czekałem na pierwsze relacje. Zadzwonił dziś koło 10:00. Cała rozmowa trwała może 20 sekund: oznajmił mi, że będzie dzwonić rzadko, bo tam nie ma zasięgu i musi gdzieś chodzić, żeby go złapać, a poza tym wszystko jest super i musi już lecieć i cześć. No to chyba źle mu nie jest.

***

A ja?… Nie bardzo wiem, co mam napisać. Siedzę, pracuję, coś tam czytam, coś tam oglądam… I czekam na rozwój wypadków. Jak zwykle.

Bo są w życiu takie sytuacje, kiedy trzeba brać sprawy w swoje ręce, działać, być aktywnym, chwytać okazje i tak dalej. I ja w takich sytuacjach naprawdę dobrze działam.

Ale są też takie chwile, kiedy nic zrobić nie można, kiedy nie ma się żadnej możliwości manewru i trzeba po prostu czekać na rozwój wypadków. A czasami nawet nie na rozwój wypadków (bo trudno, żeby rozwijało się coś, czego nie ma), tylko na tę furtkę, to okienko możliwości, o którym już kiedyś pisałem. Jeśli się otworzy – na pewno je zauważę, na pewno się nie zawaham, na pewno z niego skorzystam. Ale dopóki się nie wydarzy, mogę jedynie czekać. I mieć nadzieję. A to („mienie nadziei”) jest jedna z tych dwóch czy może trzech rzeczy w życiu, w których jestem naprawdę dobry.

Tak mi się skojarzyło, z klasyki polskiego rocka…

Wiosna…?

Koniec maja, ale trochę takie mam poczucie, jakby w ogóle ten rok (szkolny) się już kończył… Pietruszka po maturze, składa papiery na studia (nawet jeśli te „papiery” są dziś czysto elektroniczne). Piłka ma jeszcze jakieś egzaminy przed sobą, ale na razie ma świetne wyniki i głównym tematem jest to, gdzie się za rok wybiera na studia. Pucek od dziś chodzi już w zasadzie „normalnie” do szkoły – to ostatnie tygodnie, ale dobrze, bo akurat jemu z całej trójki pandemia i zdalne nauczanie najbardziej zaszkodziły (choć oczywiście świadomie nie zdaje sobie z tego sprawy).

No i zbliżają się wakacje. I coraz bardziej wydaje się, że może w tym roku będzie szansa na „normalne” wakacje. Co prawda ruszyć na nie możemy dość późno, bo jeszcze 20 lipca przed południem Pietruszka musi być na miejscu, żeby zamknąć sprawę rekrutacji na studia, ale potem… Może uda się zrealizować ubiegłoroczne plany, uniemożliwione przez pandemię?

Ja pojutrze (w środę) mam drugą randkę z panną Pfizer. Moje starsze Potwory też są już po pierwszej dawce, drugą mają 24 czerwca. Jeśli (jak ptaszki ćwierkają) jeszcze w czerwcu otworzy się możliwość szczepienia Pfizerem dzieci od dwunastego roku życia, to Pucek (który jutro ma trzynaste urodziny!) też do 20 lipca ma szansę być zaszczepiony, przynajmniej jedną dawką. Więc kto wie…

Bardzo, bardzo tęsknię do jakiegoś wędrowania. Chciałbym poczuć, że ruszam w drogę. Chciałbym pojechać gdzieś, gdzie mnie jeszcze nie było. Poczuć wiatr na twarzy, usłyszeć śpiew ptaków w górach, krzyk mew nad morzem. Doświadczyć tego niepowtarzalnego uczucia wolności, jaką daje podróż w Nieznane. Bardzo mi to potrzebne po tym koszmarnym roku.

***

Nasz przyjaciel, ten, o którym wcześniej pisałem, jednak przeżył. No, w każdym razie wszystko na to wskazuje. Wciąż jest w szpitalu, wciąż jego stan lekarze określają jako ciężki – ale powoli, powoli zdaje się z tego wychodzić. Nie jest już pod respiratorem, oddycha samodzielnie, jest przytomny, nerki w miarę podjęły pracę… Ma potwornie zniszczone płuca – chyba jednak nie na tyle, żeby potrzebować przeszczepu; przechodzi kolejne infekcje, bo organizm jest tak osłabiony, że trudno mu walczyć. Jeśli wszystko dobrze się ułoży, to za jakiś miesiąc może wróci do domu. A potem przed nim pół roku rehabilitacji, zanim będzie w stanie jako-tako funkcjonować, a pewnie rok, zanim wróci do w miarę normalnego życia.

Lekarz pulmonolog powiedział jego żonie: „Wie pani, jestem lekarzem 20 lat, ale pierwszy raz mam do czynienia z sytuacją, w której ktoś wyszedł z TAKIEGO zapalenia płuc. Jeszcze czegoś takiego nie widziałem.”

Więc chyba to jednak tak jest, że zawsze jest nadzieja.

Czas płynie

Dziewiętnaście lat temu, 2 maja 2002 r, przeprowadziliśmy się z Warszawy do G. Przyjechaliśmy na cztery samochody: w jednym, z moim tatą za kierownicą, jechaliśmy my z M. i dokładnie dwumiesięczny Pietruszka, drugi to była ciężarówka przeprowadzkowa, a dwa pozostałe – nasi przyjaciele, którzy całą bandą przyjechali, żeby nam pomóc się wypakować i wstępnie „urządzić”.

Kiedy panowie z firmy przeprowadzkowej wyładowali nasze graty i się wynieśli, cała banda ruszyła do dzieła: było sprzątanie, mycie podłóg i łazienki, umieszczanie różnych rzeczy w różnych pokojach, skręcanie mebli, wieszanie lamp i takie tam. Tego pierwszego dnia „urządziliśmy” w zasadzie trzy pomieszczenia: naszą sypialnię, kuchnię i łazienkę. Duży pokój na dole został zastawiony stosami pudeł, książek i mebli, a reszta pomieszczeń na razie stała pusta.

W czasie, kiedy myśmy szaleli w domu, Pietruszka – przypomnę, dokładnie dwumiesięczny – jako pierwszy korzystał w pełni z faktu wyprowadzki z miasta: spał mianowicie w swoim wózeczku w ogródku, w cieniu rzucanym przez dom.

A potem, po południu, wszyscy pojechali – i zostaliśmy sami, gotowi spędzić pierwszą noc w naszym nowym domu. Domu, który wtedy – po przeprowadzce z apartamentu o powierzchni 24 metrów kwadratowych – wydawał nam się pałacem po prostu. Pamiętam ten wieczór: byliśmy zmęczeni, ale szczęśliwi jak rzadko. Mieliśmy to niezwykłe, magiczne niemal poczucie, że oto zaczyna się coś nowego, jakiś nowy etap, nowy rozdział, że wyruszamy w zupełnie nową podróż. Taka archetypiczna świadomość Nowego Początku.

I oto siedzę tu, dziewiętnaście lat później. Przez te lata wydarzyło się wiele dobrych rzeczy – i wiele rzeczy niedobrych i bolesnych. A Pietruszka – ten sam Pietruszka, który wtedy spał w wózeczku, w naszym nowym ogródku, w cieniu naszego nowego domu i miał dokładnie dwa miesiące – ma dwoje młodszego rodzeństwa i jutro pisze pierwszy egzamin maturalny. Coś się kończy, coś się zaczyna.

Mistrz negocjacji…

Przeżyłem wczoraj sytuację, której poziom surrealizmu zaskoczył nawet mnie. Z taką formą negocjacji handlowych jeszcze się nie spotkałem i pewnie nie spotkam się za szybko…

Sprzedawałem Zefirka. Ogłoszenia wisiały w sieci już prawie miesiąc, w tym czasie jakieś dziesięć osób wyraziło zainteresowanie, ale ostatecznie nikt nie kupił. To znaczy – chętni byli, ale nie za taką cenę, jaką proponowałem. A za taką cenę, jaką oni proponowali, to ja nie byłem chętny.

Oczywiście cena, która widniała w ogłoszeniach była do negocjacji (co zresztą stało jednoznacznie napisane). Przy braku chętnych cenę ogłoszeniową co kilka dni opuszczałem – zależało mi na sprzedaży Zefirka zanim będę musiał wykupić kolejne ubezpiecznie.

Ja rzecz prosta rozumiem, że cenę się negocjuje. I rozumiem, że tak samo, jak mnie zależy na sprzedaniu jak najdrożej – tak kupującemu zależy na kupieniu jak najtaniej. Tak działa rynek. Ale podejście różnych handlarzy, usiłujących bezczelnie zbić cenę do poziomu jednej trzeciej ceny z ogłoszenia bywa naprawdę irytujące.

„Eeee, panie, bo koło dwumasowe tłucze”. Ano tłucze, jest do wymiany, co w ogłoszeniu jasno napisałem (nie było sensu inwestować w wymianę koła dwumasowego w samochodzie, który i tak szedł na sprzedaż – wolałem sprzedać go odpowiednio taniej i niech nowy właściciel się w to bawi).

„Panie, ale ono BARDZO GŁOŚNO tłucze!”. Ano fakt – ale koszty wymiany koła dwumasowego są takie same niezależnie od tego, czy jest trochę zużyte, czy bardzo zużyte.

„Ale tu jest zarysowane…”. Ano jest, w ogłoszeniu było, na zdjęciach było pokazane.

„Ale tapicerka do prania, klocki hamulcowe pewnie będzie trzeba zmienić, ale o, tu się rdza pojawia…”. Szanowny panie, przyjechałeś pan oglądać samochód, który ma SZESNAŚCIE LAT, więc czego pan oczekujesz – nówki sztuki z salonu? Za takie pieniądze…?

Wszystkie te narzekania, cmokania i kręcenia głową nieodmiennie prowadziły do stwierdzenia typu „Daję X złotych i biorę”. Przy czym X to była właśnie na przykład jedna trzecia ceny wyjściowej… No nie, za X pan nie bierze, bo ja panu za tyle nie daję. Adios, amigo.

I tak się to kręciło – do wczoraj. Bo wczoraj zjawił się pan I., który Zefirka był kupił. Pan I. przyjechał z Rumunii. Po polsku mówił średnio, ale wystarczająco. Negocjowaliśmy jak dwaj arabscy kupcy na targu w Kairze (…nie byłem, ale znam z opowieści 😉

I kiedy w końcu doszliśmy do kwoty, która dla i dla pana I., i dla mnie była do zaakceptowania, pan I. powiedział mi, że u nich (nie wiem, czy „u nich” to znaczyło „w Rumunii”, czy wśród jego kolegów…) jest taki zwyczaj, że po ostatecznych negocjacjach kupujący musi zbić cenę jeszcze choć troszkę niżej – choćby symbolicznie. Że to taki „punkt honoru”. Ja się nie chciałem zgodzić, dyskusja trwała kolejne naście minut, aż pan I. zaproponował salomonowe rozwiązanie: ja zejdę z wynegocjowanej ceny o 100 zł, a on za to sprezentuje mi… dwa piękne komplety noży. Które też wyciągnął z bagażnika swojego auta i wręczył mi razem z gotówką.

Kto mnie zna, ten wie, że niełatwo mnie zaskoczyć, ale tym razem muszę przyznać, że szczęka mi opadła. Z taką formą negocjacji jeszcze nie miałem do czynienia. Rozśmieszyło mnie to tak, że się zgodziłem (pomyślałem, że już pal sześć ten „honor kupującego”, ale pewnie dla niego ta stówa to jednak dużo więcej, niż dla mnie – niech mi to w księgach niebieskich zapisane będzie).

No i tak: Zefirek sprzedany, pieniądze w banku (od raz pojechałem do wpłatomatu, nie lubię trzymać pieniędzy w domu…), a na stole w kuchni leżą dwa pudełka z nożami. W każdym są trzy noże (naprawdę bardzo ostre i sprawiające wrażenie niezłej jakości) i obieraczka do warzyw. Chyba wystawię na Allegro…

Pandemicznie

Nasz przyjaciel, A., od czterech tygodni leży w szpitalu. Na „covidowym” OIOM-ie. Pod respiratorem. Stan – jak mówią lekarze ”na granicy ciężkiego i krytycznego”, ale stabilny. Ilość „syfu” schodzącego z zainfekowanych płuc była taka, że przestały funkcjonować nerki – lekarze mają nadzieję, że uda się je z powrotem uruchomić, ale na razie co drugi dzień musi być dializowany. Czy przeżyje? „Trudno powiedzieć”. „Trzeba mieć nadzieję”. „Robimy co możemy”.

A. jest rok młodszy ode mnie. Jest wielkim, silnym facetem – taki typowy „kawał chłopa”. Zdrowy, w dobrej kondycji, zero „chorób współistniejących”.

W domu czeka na niego żona i troje dzieci. Żona codziennie wieczorem zapisuje w zielonym zeszycie wszystkie ważniejsze wydarzenia, zabawne teksty dzieci, śmieszne czy znaczące sytuacje. „Przecież jak mu się już poprawi, to będzie miał miesiąc, może więcej, przerwy w życiorysie” – mówi. „Niech sobie chociaż poczyta, co się działo”.

Mam wrażenie, że ten zielony zeszyt jej samej pozwala trzymać głowę nad wodą.

A w sklepie znowu jakiś matołek awanturował się, że ktoś ogranicza jego wolność, bo każe mu zakładać tę (…) maseczkę. A dziś na Twitterze znowu trafiłem przypadkiem na wpis kolejnego oszołoma, twierdzącego, że przecież nie ma żadnej pandemii, że to wszystko spisek, „jakaś grypka”, a w szpitalach leżą statyści (czy jakoś tak).

Jestem zmęczony, psychicznie zmęczony ludzką głupotą, bezmyślnością, egoizmem. Jak widzę matołka bez maseczki w sklepie, krzyczącego na kasjerkę, że on nie zamierza maski założyć, bo nie, i ona mu nie może rozkazywać, to przysięgam, że mam ochotę odwinąć się i strzelić go w ten głupi dziób.

Nie, nie robię tego i nie zrobię przecież. Ale szlag mnie trafia, bo myślę wtedy o A. pod respiratorem. Myślę o jego żonie, która ostatni raz widziała męża jak trzech „kosmitów” w białych kombinezonach pakowało go półprzytomnego do karetki. Myśle o jego dzieciach – mniej więcej w wieku moich, które nie wiedzą, czy jeszcze tatę żywego zobaczą.