W Głębokim Szoku…

Przeżyłem dziś coś, co naprawdę wymaga zapisania. Sytuację, której nie doświadczyłem jeszcze w całym (absolutnie całym) życiu zawodowym. Tłumaczę książki (i nie tylko, jak niektórzy wiedzą) od bodaj siedemnastu lat, od piętnastu w zasadzie tylko z tego żyję – i nigdy, NIGDY jeszcze coś takiego mnie nie spotkało.

Dostałem maila od pani redaktor z Dużego Naukowego Wydawnictwa, która zleciła mi tłumaczenie. To tłumaczenie, o którym pisałem w poprzedniej notce – spory fragment książki z bardzo krótkim terminem – nad którym siedziałem przez cały październik.

Pani redaktor napisała, że są niezwykle zadowoleni z mojego tłumaczenia, że wypracowałem zasady, którym pozostali tłumacze musieli się podporządkować (…ciekawe, co ONI o mnie myślą…), że byłem dokładny i wnikliwy, i mój wkład… I tak dalej. I w związku z tym, ona podsyła mi do podpisania zmienioną umowę, bo – jeśli oczywiście nie mam nic przeciwko temu – uznali, że jednak w związku z tym powinni zapłacić mi WYŻSZĄ stawkę, niż się na początku umówiliśmy.

Przeczytałem maila chyba trzy razy, zanim do mnie doszło, że tam naprawdę jest napisane to, co myślę. Potem bardzo dokładnie przeczytałem tę nową umowę, szukając „haczyków” („zapłacimy więcej, ale w przyszłym roku” na przykład…) – ale nie: umowa jest słowo w słowo ta sama, z wyjątkiem stawki, która urosła. OK, nie jest to może wzrost astronomiczny, ale jednak o 10 procent więcej, niż miało być.

Umowa była podpisana, stawka – ta wcześniejsza – i tak była nieco wyższa, niż zwykle (bo powiedziałem, że jeśli termin jest tak krótki, to chcę, żeby mi nieco więcej zapłacili). Naprawdę nie mieli żadnego racjonalnego powodu, żeby już po wszystkim płacić mi więcej.

No to jak, mam napisać, że się zgadzam na zmianę umowy po terminie?…

Mówiąc szczerze – nie wiedziałem, że takie rzeczy się w ogóle zdarzają…

Listopadowo

Skończyłem książkę (ten fragment, który tłumaczyłem) w sobotę wieczorem. Czyli w zasadzie przed czasem, bo w umowie miałem termin do dziś (do 4 listopada). Taki ze mnie stachanowiec.

Dobrze, że ta książka przyszła, bo mi finansowo cztery litery ratuje. Za jakieś dwa tygodnie powinny za nią być pieniądze (pani redaktor obiecała – i w umowie zawarła – że termin płatności będzie krótki. Może mi się wreszcie dołek wyrówna. Choć trochę.

Jestem po tym miesiącu bardzo zmęczony. Robiłem wszystko to co zwykle (tłumaczenia dla kolegi S., tłumaczenia dla Dużego Portalu), jakieś drobiazgi poza tym, no i oczywiście zakupy, obiady, prania etc – a POZA TYM tłukłem tę książkę. Na akord. Przez cały ten miesiąc w zasadzie nie robiłem NIC więcej.

A za oknami listopad. I cholerna zmiana czasu, której serdecznie nienawidzę, bo ciemno robi się w połowie dnia. Fuj.