Mruczanka z Bolącym Brzuchem (Ze Śmiechu)

Naszło Puchatka któregoś wieczoru na opowiadanie Potworom starych kawałów. O Mrówce, co mówiła słoniowi żeby się za nią schował… O żabie, co miała powiedzieć „konfitury”, a powiedziała „MARMELADA”… O zajączku, co to… I tak dalej. Ot, głupstewka, akurat na poziomie Potworów. No i w pewnym momencie, zachęcony skręcaniem-się-ze-śmiechu, rzucił Puchatek „dowcip” z gatunku bardziej abstrakcyjnych (czyli, mówiąc wprost, głupi jak pasztet): Siedzą dwa gołębie na drzewie, i jeden grucha, a drugi jabco”. Ha, ha, ha, ha, ha.

Dwa dni później Puchatek siedzi przy robocie, M. czyta gazetę, a Potwory – całe w chichach – przypominają sobie wybitne tatusiowe dowcipy.

– A pamiętasz ten o dwóch gołębiach – rży Pietruszka i (oczywiście) powtarza tekst po raz nasty.

Piłeczka najpierw się śmieje, a potem myśli, myśli aż jej zaczyna z czupryny parować. – A właściwie co to znaczy „jabco”? – pyta brata.

– Nie wiem – odpowiada Pietruszka nie przestając się śmiać. – Ale to chyba coś po GÓRALSKU.

Niewątpliwie.

 

Mruczanka Muzyczna Poniekąd

Śmierć Michaela Jacksona – jak odejście każego bardzo popularnego artysty – wywołała falę (co tam falę – tsunami…) komentarzy. Zostawmy na boku wszystkie analizy jego życia osobistego, narkotyków, procesów i operacji plastycznych – nie schodźmy na poziom rozhisteryzowanych nastolatek z kultury „Bravo”, dla których sam fakt że ktoś dobrze śpiewa jest wystarczającym powodem do emocjonowania się (albo oburzania, co na jedno wychodzi) tym, z kim sypia i w co się ubiera.

Warto natomiast zatrzymać się nad komentarzami „fachowymi”, podsumowującymi jego dokonania muzyczne i karierę w show-businessie. A tu większość komentujących mówi mniej więcej jednym głosem: „Umarł król”. Czyli – można było Jacksona lubić lub nie, ale odszedł wielki artysta, człowiek który zrewolucjonizował szeroko rozumianą muzykę popularną, który stworzył zupełnie nową jakość, który odcisnął niezatarte piętno… etc. etc.

A ja tego słucham (a raczej głównie czytam) i myślę sobie… Oh, really?

Mały wtręt dla fanów Jacksona – nie zasypujcie mnie, proszę, wściekłymi komentarzami. Absolutnie nie neguję tego, że Jacko Wielkim Artystą Był. Mam tylko wątpliwość, czy na pewno jego wielkość dotyczyła akurat tej dziedziny, o której mówią liczni komentatorzy.

Co zrewolucjonizował Jackson? Do czego wniósł tę „nową jakość”? Czy rzeczywiście do muzyki? Moim zdaniem – nie.

Jackson niewątpliwie wniósł „nową jakość” do czegoś, co można by nazwać „poziomem show”. Jego image (z czasem zresztą coraz mniej artystyczny, a coraz bardziej narcystyczny), jego taniec (fakt, moonwalk przejdzie do historii estardy), oprawa jego muzyki – to było naprawdę nowe i niezwykłe. Show, przedstawienie, teledysk, pokaz. Jackson rozumiał że to wszystko jest częścią świata muzyki pop – i potrafił to wykorzystać jak chyba nikt przed nim. Tyle, że samo hasło „muzyka pop” składa się z dwóch członów, jak widać. Jackson niewątpliwie zrewolucjonizował poziom „pop”. Ale czy rzeczywiście wniósł coś nowego do „muzyki”?

Co konkretnie?

Oczywiście – był profesjonalistą, miał wyczucie, miał głos, potrafił robić to co robił. Nie oszukujmy się – na niezwykle wymagającej amerykańskiej scenie muzycznej bez tego wszystkiego raczej by nie zaistniał. Ale czy to co śpiewał (ŚPIEWAŁ, podkreślam) było w jakikolwiek sposób nowatorskie, autorskie, własne?

Moim zdaniem nie. Co zresztą trudno uznać za zarzut zważywszy, że cały pop z definicji jest stosunkowo wtórny, jest nieustanną reinterpretacją.

Jackson był świetnym showmanem, człowiekiem estrady, królem sceny, wizjonerem epoki MTV. Jeśli ktoś lubi klimat show, jeśli ktoś dobrze się czuje w świecie MTV (ja akurat nie…), na pewno to doceniał. Ale na poziomie muzycznym – na poziomie wyłączonego telewizora, że się tak wyrażę – Jackson był po prostu niezłym piosenkarzem, o niezłym głosie i niezłych pomysłach muzycznych. I nic więcej.

OK, jasne, to tylko i wyłącznie moje zdanie. Ale dla mnie to niezwykle ważne rozróżnienie – bo to właśnie to, co „nowatorskie, autorskie, własne” zawsze było dla mnie tym, co przyciagało mnie i fascynowało w śpiewaniu różnych artystów.

Dlatego mogę w nieskończoność słuchać Dylana, z jego beczącym głosem – a na dłuższą metę nie fascynuje mnie Presley, który przepięknym, aksamitnym barytonem doskonale śpiewał Cudze Piosenki. Dlatego z marszu kupię każdą nową płytę Joe Cockera czy Leonarda Cohena, a na przykład Celine Dion czy Whitney Houston są dla mnie niedomiennie „plastikowe”. I tak dalej.

Tak, zdaję sobie sprawę, że mieszam gatunki, nurty, klimaty (mój Boże, gdzie Cocker, gdzie Cohen i gdzie w tym wszystkim Dion…). Ale jeśli ktoś potrafi włożyć w to, co śpiewa, odrobinę siebie, jeśli tekst który śpiewa nie jest dla niego tylko „wypełniaczem rytmu” – to może śpiewać pieśni Schuberta, folk, bluesa, jazz, rocka, pop, poezję śpiewaną albo arie operowe – zawsze będę go słuchał z zapartym tchem.

Bo wtedy można wziąć nawet najbardziej znany utwór na świecie – i zaśpiewać go tak, że będzie własny, jedyny i niepowtarzalny.

I jeszcze na koniec: tego sie nie da nauczyć. To się ma – albo nie. Cocker to ma, Dylan to ma, Aretha Franklin to ma, Katie Melua to ma, ja wiem – Barbra Streisand, Loreena MacKennitt, Shane MacGowan, Sting, Bono, Johnny Cash…

Jackson tego nie miał. Był genialnym showmanem – i nic więcej.

Mruczanka Chirurgiczna

Piłeczka. Rower. Piłeczka na rowerze. To zawsze był niebezpieczny zestaw. Jak miała trzy i pół roku, szyliśmy głowę. Ilości upadków, katastrof i wywrotek nie ogarniam. Nauczyła się jeździć na dwóch kółkach, skubana, równo ze swoim o dwa lata starszym bratem – i od prawie trzech lat szaleje.

No i dziś: przed samym domem. Jakoś źle skręciła, za szybko jechała… Rowerek w jedną, ona w drugą. Walnęła lewą nogą w krawężnik. Podchodzę, patrzę – rana jak pod Grunwaldem. Pod kolanem rozcięcie, jakby nie spotkała się z krawężnikiem, tylko z krzyżackim mieczem. Cięcie proste, równe, nadpodziewanie gładkie. Długość – na oko dziesięć centymetrów. Głębokosć – co najmniej 2,5. Nie, nie przesadzam. Nie mam zwyczaju wpadać w panikę w takich sytuacjach, więc oceniam na chłodno.

A samochód akurat trafił na dwa dni do warsztatu… Telefon. Niezawodny Wujek D. Szpital w G. Izba przyjęć. Dziecko przerażone, ale trzyma się dzielnie. – Tatusiu, ale powiedz im, że muszą mi przed tym szyciem dać znieczulenie! – powtarza jak nakręcona.

Gabinet zabiegowy, sympatyczny młody chirurg zagaduje Piłeczkę przygotowując sobie materiały do dziergania. Znieczula i szyje.

Czternaście szwów. CZTERNAŚCIE. Siedem wewnątrz („Za głęboko, żeby szyć samą skórę…”), siedem po wierzchu.

– W poniedziałek proszę przyjść na zdjęcie, bo już się trochę zagoi, więc wyjmiemy i złapiemy plasterkami – tłumaczy pan doktor. – Wie pan, szwy zostawiają blizny, a przecież kiedyś dziewczyna będzie chciała chodzić w mini…

Cóż za perspektywiczne podejście 🙂

(A swoją drogą – mimo przerażenia całe szycie bez jednego miauknięcia. Zuch dziewczyna.)

3653

Dokładnie. Dziesięć lat, w tym trzy przestępne. Słownie trzy tysiące sześćset pięćdziesiąt trzy dni. Dziś jest trzy tysiące sześćset pięćdziesiąty czwarty. I zanosi się na to, że też będzie w porządku 🙂

Mieliśmy dziś wyrwać się na wieś, w głuszę, w towarzystwie wyłącznie rodzinnym. Niestety, chyba nic z tego nie wyjdzie, bo Pietruszka wczoraj – po powrocie z zakończenia roku w zerówce – dostał gorączki. Wysokiej. Dziś jest nieco lepiej, ale musi go Pani Doktor zobaczyć…

No cóż, najwyżej będziey świętowali w domu. Dziesięć lat, kto by pomyślał. 🙂

Mruczanka o Szczęściu w Niezczęściu

Znajomi Puchatków przez długie lata jeździli starym nissanem micrą. To znaczy – z początku nie był stary, ale po dziesięciu czy dwunastu latach (szczegółów nie pomnę) każdy samochód jest stary. No i mały był: na zakupy wygodny, ale pojechać micrą na wakację w cztery osoby (dwójka dzieci) – to już było wyzwanie.

Trzy miesiące temu znajomym zdarzyła się wyjątkowa okazja: ktoś z rodziny tanio sprzedawał stosunkowo mało używane wielkie volvo combi. Duże, wygodne, z ogromnym bagażnikiem. Czteroletnie, czyli „jak nowe”. Mieli oszczędności, to kupili.

Micry nie sprzedali – przydawała się, jak były potrzebne dwa auta. I tylko żartowali, że teraz rzucają monetą, kto ma dziś jechać orłem, a kto reszt(k)ą.

Kilka dni temu znajoma jechała z Warszawy do G. po załatwianiu jakichś spraw. Na tylnym siedzeniu, w foteliku, siedział jej pięcioletni synek (starsza córka była w szkole).

Nie wiadomo, co się dokładnie stało – czy ktoś jej wyskoczył na drogę, czy czegoś się przestraszyła – nie pamięta. Dość, że z szybkością około 60 kilometrów na godzinę walnęła centralnie w słup czy inną latarnię.

Piękne volvo – do kasacji. Nie było czego naprawiać. Natomiast znajoma i jej synek wyszli z tego w zasadzie bez szwanku. Jakieś drobne potłuczenia, jakieś siniaki i otarcia od pasów bezpieczeństwa, kilka drobnych skaleczeń. Nawet ich w szpitalu nie zatrzymali.

Następnego dnia znajoma – już z grubsza spokojna – składała zeznania na policji. No i – między innymi – mówiła policjantowi z drogówki, że jest wściekła, że zdecydowała się jechać volvem. – Psia krew, mogłam wziąć stary samochód, przynajmniej nie byłoby szkoda! – narzekała.

– Jaki pani ma ten drugi samochód? Dziesięcioletnią micrę? – Policjant popatrzył na nią spod uniesionych brwi. – Nie wiem, czy pani sobie z tego zdaje sprawę, ale gdyby pani wczoraj jechała micrą, to prawdopodobnie oboje byście już nie żyli. A pani to na sto procent.

Strefy zgniotu, poduszki powietrzne, silnik automatycznie wbijający się pod samochód, a nie w nogi kierowcy – i parę innych bajerów. No cóż, nowoczesna technika to jednak nie jest taka głupia sprawa…

(UWAGA: wpis nie był sponsorowany  przez Ford Motor Company, producenta marki Volvo) 😉

Mruczanka Ku Końcowi

Ku końcowi roku szkolnego, oczywiście.

Jesteśmy zmęczeni. Oboje. Ja przez ostatnie miesiące – z powodów opisywanych wyżej – narobiłem sobie zaległości, które teraz intensywnie nadrabiam. M. ma za sobą fajny, satysfakcjonujący, niemniej męczący rok Przedszkola.

Jeszcze tydzień. Ba, niecały tydzień. W czwartek podwójne zakończenie roku – u M. w przedszkolu (a, jeszcze trzeba dyplomy podrukować…) i w pietruszkowej zerówce.

A w piątek Puchatki mają rocznicę ślubu. Dziesiątą! No, niemożliwe – ktos z Puchatkiem wytrzymał pod jednym dachem całe dziesięć lat i wcale nie mówi, że ma dosyć! Już samo to można uznać za cud…

***

Wakacje szkolno-przedszkolne nie oznaczają niestety wakacji puchatkowych. Puchatki wyjeżdżają w połowie lipca – ale do tego czasu Puchatek musi jeszcze skończyć to, co robi teraz i zdążyć zrobić następne. No, ale już nie będzie przedszkola, zerówki, nerwówki, budzika dzwoniącego (za) wcześnie rano.

Plany wakacyjne? Najpierw w Tatry. Puchatek w Tatrach nie był za długo! Jasne, z małymi Potworami wiele sie nie pochodzi, ale zawsze coś 🙂

Potem, w sierpniu, nad morze (polskie… Poniekąd dzięki pomocy Sia.si, oby żyła wiecznie).

Ja chcę już wyjechaaaaaać!!!!

No.

Mruczanka (nie)Finansowa

No i znowu to samo, Kocia Twarz. Jakby zsumować wszystko, co aktualnie są mi winni dwaj pracodawcy, to wyszłoby jakieś dwanascie tysięcy złotych. Polskich, nowych. Z tych dwunastu tysięcy pawie dziewięć miało być w ubiegły piątek. Ale nie było. I dzis znowu nie ma – czyli będą za tydzień. Miejmy nadzieję.

I jeszcze %&#@&%@!!! ZUS, który już o ponad tydzień spóźnia się ze zwrotem reszty należności za pogrzeb mojej Mamy. Tysiąc dwieście powinni przelać tydzień temu. Nie przelali.

Podsumowując – różne instytucje wiszą mi ponad trzynaście tysięcy.

Stan konta Puchatków: 800 złotych na minusie.

Cholery można dostać. 😦