Dlaczego…?

Pisałem poprzednim razem o książce, którą czytałem (Władcy strachu. Przemoc w sierocińcach i przełamywanie zmowy milczenia” – Ewa Winnicka i Dionisios Sturis). Straszna lektura, ale w całej swojej straszności moim zdaniem – lektura obowiązkowa. Zawsze czytając takie historie mam wrażenie, że choćby w ten sposób – właśnie czytając i przeżywając – mogę oddać jakąś sprawiedliwość ofiarom i uderzyć w sprawców takich czynów, którzy bardzo chcieliby, aby nikt o tym nie mówił.

Książka (long story short) opowiada historię systemowego (tak to chyba trzeba nazwać) znęcania się i okrucieństwa wobec podopiecznych sierocińców (ale także rodzin zastępczych) na wyspie Jersey w ciagu ostatniego półwiecza. Przemoc psychiczna i fizyczna, de facto tortury, wszechobecne wykorzystywanie seksualne (i przyzwolenie na wykorzystywanie młodszych dzieci przez starsze) z brutalnymi gwałtami włącznie, najprawdopodobniej – także morderstwa. A wszystko to na sielskiej, spokojnej, uroczej wyspie, słynącej z niskich podatków, dobrych szkół, niskiej przestępczości i uznawanej za wprost doskonałe miejsce do życia.

Koszmarna to lektura. Same relacje ofiar (dziś już dorosłych ludzi) są wstrząsające – opowiadane pozornie na zimno (po po latach), a jednak pełne emocji, opisujące rzeczowo i dokładnie doznane krzywdy. Znacie takie uczucie, kiedy ktoś na pozór spokojnie opowiada o jakichś wydarzeniach, ale w jego głosie słychać krzyk?

Ale – paradoksalnie – nie to poruszyło mnie najbardziej. Tym, co dla mnie w całej tej opowieści było najbardziej wstrząsające, było wszystko to, co działo się na zewnątrz tych historii. Systemowe ukrywanie tego, co się działo. Lokalni politycy, dla których do końca ważniejsze było „dobre imię wyspy” i zachowanie funkcjonującej od wieków „Jersey way of living” niż cierpienie, życie i zdrowie ofiar. Policjanci (zwłaszcza członkowie „policji honorowej”) działający zawsze w interesie „wyspy”, nigdy w interesie ofiar. Prokuratorzy, którzy odmawiali wszczęcia śledztwa mimo zebranych dowodów i zeznań. Rządzący, którzy świadomie i cynicznie niszczyli kariery tych policjantów („importowanych” z głównej części Wielkiej Brytanii), którzy nie poddali się zmowie milczenia i uruchamiali kolejne śledztwa. I tak dalej, i tak dalej…

Bulwersujemy się (i słusznie, rzecz prosta!) historiami pedofilii w polskim Kościele. Oburzamy się (i słusznie!) na biskupów, którzy wiedząc o skłonnościach albo działaniach jednego czy drugiego księdza zamiast zadziałać, przeciąć sprawę, zgłosić gdzie trzeba – zamiatali wszystko pod dywan. Zjawiskiem, które jest dziś niemal symbolem całego procederu, jest osławione „przenoszenie do innej parafii” (czy wręcz diecezji) księdza, który krzywdził nieletnich – na skutek czego nie tylko unikał on kary, ale mógł krzywdzić kolejne ofiary. Oburza nas to. Gorszy.

Ale kiedy czytam o tym, co się działo na Jersey, dochodzę do wniosku, że te historie z naszego podwórka to jeszcze nic. Bo tam (mówiąc obrazowo, bo na Jersey akurat nie duchowni byli sprawcami) nawet „nie przenoszono do innej parafii”. Ludzie, o których wiadomo było, że znęcają się nad dziećmi, molestują, gwałcą, dalej pracowali w sierocińcach. Nikt nikogo nie przenosił, skargi trafiały w próżnię, jakimkolwiek próbom zmiany sytuacji natychmiast ukręcano łeb.

Chłopak, który został brutalnie zgwałcony przez zamożnego gentlemana, zabierającego go na przejażdżki w ramach „pomocy sierotom”, opowiedział wszystko pielęgniarce (podobno skądinąd miłej kobiecie), do której trafił, bo po tym, co się stało, przez kilka dni krwawił z odbytu. Co zrobiła pielęgniarka? Nic. Powiedziała mu, że na pewno zmyśla, pewnie się przewrócił i tyle. Zamożny gentleman zabierał go potem na takie „przejażdżki” jeszcze wielokrotnie.

Dzieci, które w rodzinie zastępczej były bite, głodzone i wykorzystywane seksualnie, próbowały się poskarżyć – i nic. Zagrożono im, że jak jeszcze raz coś takiego „wymyślą”, to trafią do szpitala psychiatrycznego. Nie chodzi nawet o to, że im nie uwierzono – nikt nawet nie wysłuchał, co mają do powiedzenia.

Zeznania wielu świadków dowodzą, że w największym domu dziecka na wyspie wielokrotnie zjawiali się różni „sławni i bogaci”, którzy po prostu wybierali sobie dzieci, które później ich „obsługiwały”. Nie mówimy o gwałcie w ciemnej uliczce czy o sprytnym pedofilu kryjącym się w ciemnych korytarzach sierocińca, ale o systemowym (wiem, że używam tego słowa po raz kolejny) wykorzystywaniu, o którym bez cienia wątpliwości wiedział dyrektor i (zapewne) większość personelu. I co? I nic. Nikogo nawet „nie przeniesiono do innej parafii”. Większość sprawców spokojnie dożyła swoich dni na emeryturze, ciesząc się do końca życia szacunkiem otoczenia.

Wstrząsająca jest historia o nauczycielu z miejscowego college’u (w realiach brytyjskich college to odpowiednik naszego liceum, przypominam), który wykorzystywał seksualnie nie tylko sieroty z domu dziecka, ale także swoich uczniów – dzieci z dobrych domów, z zamożnych i szanowanych miejscowych rodzin. I co? I nic. Nawet kiedy już zebrano dowody (łącznie z filmami, które s…syn sam nagrywał!) dyrektor college’u nie widział powodu, żeby go zwolnić z pracy, bo to przecież znakomity nauczyciel, szanowany w społeczności, lubiany przez uczniów i rodziców… A kiedy – wyłącznie dzięki uporowi „importowanych” policjantów – drań został wreszcie oskarżony, dyrektor zgodził się na to, aby… nie prowadził więcej zajęć z uczniami, ale nadal otrzymywał pełną pensję. A rodzice – rodzice! – urządzili awanturę szefowi policji, że psuje dobre imię szkoły…

I – przypomnę – to wszystko nie działo się w jakimś (pardon) Bantustanie, tylko na terenie będącym dependencją Korony Brytyjskiej. Europa Zachodnia, cywilizacja, pierwszy świat.

Trzy myśli, które nie dają mi spokoju po przeczytaniu tej książki.

Po pierwsze – zarozumiałem, co miały – mają – wspólnego wszystkie ofiary takich czynów. Wszystkie: i te na Jersey, i te w Polsce, i w USA, i gdziekolwiek. Tu nie chodzi o status (choć oczywiście łatwiej krzywdzić sierotę, o którą nikt się nie upomni), o pochodzenie, inteligencję, wygląd, zachowanie. Jedynym, co łączy wszystkie ofiary, jest to, że nikt ich nie słuchał.

Po drugie – zrozumiałem, co łączy wszystkich sprawców takich czynów. Tu nie chodzi o to, czy ktoś jest nauczycielem, opiekunem w sierocińcu, bogatym i znanym prezenterem radiowym (jak niesławny Jimmy Savile), księdzem czy może prostym woźnym albo stolarzem. Jedynym, co łączy sprawców jest to, że mieli władzę. Władzę oczywiście na bardzo różnych poziomach – ale jednak władzę nad tymi dziećmi.

Po trzecie – chyba zrozumiałem, dlaczego ci ludzie to robili. Dlaczego dopuszczali się tych okropności, dlaczego krzywdzili, bili, molestowali, gwałcili. Odpowiedź na to pytanie mrozi krew w żyłach. No bo pomyślcie: naukowcy sądzą że skłonności pedofilskie (w najszerszym sensie – także te „graniczne” i te, które nigdy nie przekładają się na zachowania pedofilskie, a pozostają w sferze jakichś tam tendencji, myśli etc.) może przejawiać do 5 procent męskiej populacji. Tych „prawdziwych” pedofili, którzy dopuszczają się czynów uznawanych za przestępstwo, jest znacznie mniej – prawdopodobnie poniżej 1 procent populacji. Pedofilia to zachowanie objęte w naszej cywilizacji szczególnie silnym tabu. A jednak w sprzyjającej sytuacji całe mnóstwo zupełnie normalnych ludzi – od wysoko postawionych polityków i celebrytów, poprzez pedagogów, wychowawców, aż po przypadkowych woźnych, stolarzy czy czy monterów – zachowywało się tak a nie inaczej i najwyraźniej nie widziało w tym nic szczególnie złego. Odpowiedź, dlaczego to robili, jeśli się dobrze wczytać w historie opisane we „Władcach strachu”, jest bardzo prosta: BO MOGLI.

I nie mogę się oprzeć myśli, że to fatalnie o nas świadczy. O nas jako gatunku.

„To już jest koniec…”

Długo się zastanawiałem, czy napisać to, co za chwilę napiszę. Bo przecież to i tak nic nie zmieni. Bo może część z Was nie będzie chciała więcej tu zaglądać. Ale – jak wiedzą ci, co mnie znają osobiście – nie potrafię siedzieć cicho. Więc napiszę, a jeśli ktoś poczuje się urażony albo zawiedziony, to chciałbym tylko mieć pewność, że najpierw przeczytał. Do końca.

Chcę napisać kilka słów o wczorajszym orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego i o jego (orzeczenia) skutkach. Przy czym „kilka słów” to eufemizm. Będzie długo.

Od czego zacząć… Jestem człowiekiem wierzącym. Chrześcijaninem. Katolikiem. Ci, co mnie znają, wiedzą, że wiara i Kościół są bardzo ważną częścią mojego życia.

Jestem także głęboko przekonany, że życie ludzkie zaczyna się w momencie poczęcia. Myślę tak nie tylko dlatego, że tak naucza Kościół – ale także (a może przede wszystkim) dlatego, że nie zam żadnego racjonalnego, naukowego argumentu, który wskazywałby jakikolwiek inny moment jako początek życia ludzkiego.

Co za tym idzie, jestem przekonany, że aborcja jest złem. I że nie powinno jej być – z wyjątkiem sytuacji, w której jest niezbędna do ratowania życia, a wszelkie inne odstępstwa od tej zasady są już pewną formą kompromisu. I piszę to z pełną świadomością faktu, że „kompromis” to z definicji sytuacja, w której żadna ze stron nie jest w 100% „zadowolona”…

Dlatego właśnie uznawałem dotychczasowy „kompromis aborcyjny” za rzecz dobrą. Bardzo znaczący był dla mnie fakt, że w czasach, kiedy w większości krajów świata dostęp do aborcji „na życzenie” (czy prawie „na życzenie”) jest oczywistością, w Polsce funkcjonował taki właśnie kompromis. Jasne, zdarzały się osoby o poglądach ekstremalnych (z obu stron okołoaborcyjnego sporu), ale – wbrew ich opiniom – kompromis ten był przez większość ludzi w Polsce abo akceptowany, albo przynajmniej tolerowany (potwierdzały to wszelkie sondaże).

Mówię to w czasie przeszłym, bo tego kompromisu już nie ma. Po 27 latach został wyrzucony do kosza. I – jako człowiek wierzący i mający takie poglądy, jak wyżej napisałem – chcę napisać, dlaczego moim zdaniem stało się bardzo źle.

Oczywiście nie napiszę wszystkiego – nikt z Was pewnie aż tyle czasu na czytanie nie ma. Nie chcę też powtarzać wszystkich tych argumentów, które przelewają się teraz przez wszystkie możliwe media, a które w gruncie rzeczy sprowadzają się do tego, co już parę ładnych lat temu napisał dominikanin, o. Ludwik Wiśniewski:

Wprowadzenie całkowitego zakazu aborcji nie jest lekarstwem ratującym życie każdego nienarodzonego. Decyzja na urodzenie kalekiego dziecka jest aktem heroicznym i musi być osobista. Tej osobistej decyzji nie można zastąpić decyzją prawodawcy!

Chciałbym jednak napisać o czym innym. O dwóch rzeczach, z których, jak mi się wydaje, wiele osób o poglądach pro-life nie zdaje sobie sprawy. Pierwsza nie ma może zasadniczego znaczenia dla istoty sporu. Druga – i owszem.

Pierwsza sprawa jest taka: mam wrażenie, że większość środowiska pro-life (…do którego, przypomnę, poniekąd też się zaliczam…) nie zdaje sobie sprawy, że jest ordynarnie wykorzystywana. Czy naprawdę są ludzie na tyle naiwni, żeby uwierzyć w to, że Jarosław Kaczyński (bo przecież, bądźmy poważni, to on podjął dezycję, a nie Trybunał Konstytucyjny) zgodził się na takie rozwiązanie ze względów ideowych? Z troski o życie nienarodzonych? Gdyby tak było, PiS dawno już przegłosowałby zakaz aborcji ustawowo – Kaczyński miał do tego dość ludzi w parlamencie i nikt by go nie powstrzymał. Ale nie: przez ostatnie 5 lat temat aborcji był w sejmie od czasu do czasu wałkowany i zawsze w końcu lądował w „zamrażarce”. Dlaczego odmrożono go akurat teraz? I dlaczego w takiej formie – zamiast ustawy w parlamencie szopka z „pytaniem do Trybunału”? Nie bądźmy naiwni: Kaczyński ma sprawę aborcji w nosie – cała akcja, na moje oko, obliczona jest wyłącznie na wywołanie wielkiej, ogólnonarodowej awantury, która odwróci naszą uwagę od dramatycznej sytuacji ekonomicznej, kolejnych afer i faktu, że ten rząd zmarnował kilka ostatnich miesięcy na wewnętrzne przepychanki, a teraz kompletnie nie panuje nad sytuacją drugiej fali pandemii.

Ale OK, jestem w stanie zrozumieć, że dla osób patrzących na kwestię zakazu aborcji czysto ideowo to nie jest argument. Mogą powiedzieć: „W porządku, intencje mogły być takie, ale skutek jest pozytywny”.

Tylko czy rzeczywiście? Tu pojawia się druga sprawa, o której chciałbym napisać.

Czy zdajecie sobie sprawę, skąd wziął się ten (już nieaktualny) dotychczasowy kompromis w kwestii aborcji? Ano wziął się stąd, skąd biorą się wszystkie kompromisy: z DIALOGU. Kiedy w latach dziewięćdziesiątych toczyła się pierwsza wielka dyskusja społeczna na ten temat, spory były ostre, emocji było dużo (także negatywnych), pióra leciały, ale był w tej sprawie DIALOG. Pamiętam uderzające zestawienie badań sondażowych, które pokazywały jednoznacznie, jak na skutek tego dialogu zmieniały się podglądy. Przed rozpoczęciem dyskusji większość polskiego społeczeństwa była przeciwna jakimkolwiek zmianom w kwestii aborcji – ale w chwili, kiedy parlament przegłosowywał obowiązującą do wczoraj ustawę, miała ona już w sondażach poparcie większości badanych (nie pomnę dokładnych danych, na pewno można je znaleźć w sieci).

Co się zmieniło – prawo? Otóż nie: zmieniła się mentalność, zmienił się sposób myślenia ludzi. I dlatego była możliwa (…i miała sens) zmiana prawa.

W takiej sprawie jak aborcja – w dowolnych kwestiach dotyczących światopoglądu – zmiana prawa bez zmiany świadomości nie ma sensu. A nawet więcej: jest przeciwskuteczna. A teraz zmiany świadomości nie było: wszystkie sondaże jednoznacznie wskazywały, że ogromna większość ludzi w Polsce nie chciała zmian dotychczasowego kompromisu.

Jeśli nie rozumiecie, o czym mówię, wyobraźcie sobie Apostołów, którzy zamiast cierpliwie głosić Ewangelię z pełną świadomością, że dotarcie z nią do całego świata zajmie wieki, postanowiliby najpierw nawrócić cesarza (…albo przekonać go, że będzie to dla niego korzystne) i skłonić go do nakazania wiary w Chrystusa wszystkim mieszkańcom Imperium.

Tak, Trybunał wydał orzeczenie. Kompromis przestał istnieć. Pchnęliśmy wahadło aborcyjne w prawo. Co oznacza, że przy najbliższej okazji wychyli się ono w lewo. A okazja zdarzy się zapewne szybciej, niż nam się wydaje: nawet jeśli ten rząd dotrwa do kolejnych wyborów (w co, patrząc na sytuację pandemiczną i gospodarczą, szczerze wątpię), to przecież nie dłużej. Wyrok tego Trybunału przy nowym parlamencie łatwo będzie obalić – wielu prawników dość jednoznacznie sugeruje, że jego orzeczenia nie mają mocy prawnej (niekonstytucyjnie wybrana Pierwsza Prezes, obecność „sędziów-dublerów”). Albo zorganizowane zostanie referendum konstytucyjne. Możliwości jest sporo.

Kiedyś wierzyłem w to, że najważniejszym zadaniem środowisk pro-life jest właśnie zmiana świadomości, mentalności ludzi. Że powoli, krok za krokiem, rozmowa za rozmową, powinniśmy przekonywać innych. Że kiedy ktoś zrozumie, to zmieni zdanie. Że narzucanie czegokolwiek siłą jest po prostu bez sensu, podobnie zresztą jak prymitywne granie na emocjach. I miałem pełną świadomość tego, że osiągnięcie takiego celu – we współczesnym świecie – musi zająć lata. Dekady.

To, co stało się wczoraj, kończy tę walkę. I nie mam na myśli tego, że cel został osiągnięty. Bo nie został. Stworzono sytuację prawną, w której czegoś zakazano – i tyle. Akcja rodzi reakcję: jeśli chodzi o mentalność, o sposób myślenia, efekt będzie dokładnie przeciwny do zmierzonego. Mnóstwo ludzi, zwłaszcza młodych, zbuntuje się, zradykalizuje, stanie się gorącymi zwolennikami pełnej liberalizacji aborcji (nawet, jeśli dotąd byli dużo bardziej „centrowi”). Nie trafią już do nich żadne argumenty, żadne racje, nic. Nie wierzycie mi? To poczekajcie, historia pokaże Wam, że mam rację. Przy najbliższej okazji, jak napisałem, wahadło wychyli się w przeciwną stronę – ale tym razem na dobre, a przynajmniej na bardzo, bardzo długo. Mogę się założyć, że najdalej w ciągu piętnastu lat (a raczej szybciej) w Polsce dostępna będzie aborcja na życzenie. Jestem także pewien, że potem to się już nie zmieni za mojego życia, bo po tym, co się wczoraj stało, jakakolwiek rozmowa, jakikolwiek dialog na ten temat będzie w zasadzie niemożliwy. I odpowiedzialna za to będzie wczorajsza decyzja TK.

Chciałem Wam to uświadomić: Wam, moi znajomi i przyjaciele, moi bracia w wierze, i Wam, biskupi mojego Kościoła: jeśli myślicie o swoim posłannictwie w kategorii walki o życie nienarodzonych, to zdajcie sobie sprawę, że właśnie wczoraj tę wojnę przegraliśmy.

Miał być koncert, jest pandemia…

Na koncert miałem iść. Bilety sobie kupiłem. Rok temu. Koncert miał być 8 października. W Warszawie, na Torwarze. Od dłuższego czasu zastanawiałem się, czy będzie, czy jednak go odwołają. Jeszcze kilka dni temu organizator przysłał maila, że koncert będzie, tylko środki bezpieczeństwa, maseczki, oświadczenie o tym, że nie jestem chory i w ogóle… Trochę byłem w rozterce, bo z jednej strony tak się na ten koncert cieszyłem, a z drugiej – druga fala pandemii i 2 tysiące nowych przypadków dziennie (…a mówimy tylko o tych zdiagnozowanych…) nieco mnie zniechęcały.

Ale sprawa szybko rozwiązała się sama: dziś kolejny mail, że jednak cała trasa koncertowa odwołana. Bo pandemia w natarciu, bo Wielka Brytania wpisała Polskę na listę krajów „do kwarantanny” i w ogóle. Trochę można się tego było spodziewać…

Tym jednak, co jest najbardziej irytujące, nie jest nawet sam fakt, że jak już raz w życiu sobie kupiłem bilety, to akurat koncert odwołali. Najbardziej irytująca była dalsza część wiadomości od organizatora – ta o zwrocie pieniędzy za bilety. Jasne, trzeba wejść na stronę, przeklikać swoje i organizator pieniądze zwróci. Ale – cytuję:

Zgodnie z postanowieniami tarczy antykryzysowej czas procesowania zwrotów, może się wydłużyć do 180 dni licząc od momentu rozwiązania umowy. 
Zwroty będą realizowane w ciągu 180 dni od daty odwołania koncertu na podstawie decyzji Parlamentu (…)

Organizatorem koncertu jest Eventim – wielka, międzynarodowe firma. Tak, zdaję sobie sprawę, że z powodu pandemii odwołano mnóstwo koncertów i że firma nie ma z tego powodu lekko. Dlatego słowa bym nie powiedział, gdyby czas zwrotu pieniędzy za bilety zamiast tydzień (bo tyle maksymalnie powinno to trwać w normalnej sytuacji) liczył miesiąc. Czy nawet dwa miesiące.

Ale PÓŁ ROKU?!

Czy tylko ja mam wrażenie, że „tarcza antykryzysowa” jest tu tylko pretekstem…?

***

Szkoda. Naprawdę szkoda. Zwłaszcza, że nowy album Katie zapowiada się naprawdę ciekawie.

Już Prawie Lipiec…

Czas biegnie w nieprawdopodobnym tempie. Od ostatniej notatki minęło już ponad półtora miesiąca – nie do wiary. Ale po prostu nie miałem siły: kończyłem Grubą Książkę, tłukąc po 10 stron dziennie stosunkowo niełatwego tekstu z mnóstwem nowego słownictwa (ekonomia!…), milionem tabelek, wykresów, ramek i wyjaśnień. Jednocześnie – oczywiście – robiąc wszystko to, co na co dzień (zarówno domowo, jak zawodowo).

No, ale skończyłem wreszcie. Co prawda nie jest to koniec mojej przygody z tym arcydziełem – teraz sczytuję kolejne rozdziały, które wracają do mnie po pierwszej redakcji i wykłócam się z panią redaktorką o różne drobiazgi, które jej zdaniem powinny być inaczej, a moim właśnie tak. Ale to już są drobiazgi… To były bardzo męczące trzy miesiące (a w zasadzie trzy i pół). Ale też korzyści będą dość wymierne – jest szansa, że (zwłaszcza w sytuacji pandemii…) tegoroczne wakacje zakończą się na finansowym plusie. Pierwszy raz od pięciu lat.

***

Rok szkolny się kończy. Piłka pisała egzaminy (wszystko on-line) – teraz czeka na wyniki, ale jak ją znam, to będzie OK. Pietruszka zdaje się będzie miał na świadectwie czwórkę… jedną. A poza tym same piątki i jedną szóstkę. Co – jak łatwo obliczyć – daje średnią 5,0. W liceum. Jednym z najlepszych w Polsce. No kurczę…

Pucek jak zwykle na koniec roku przypomniał, że w kwestiach szkolnych jest „słabszy” wyłącznie „w porównaniu” ze swoim zmutowanym rodzeństwem: jego średnia na koniec szóstej klasy to 4,92. Nawet, gdyby opuścić mu dwie oceny końcowe, które moim zdaniem są nieco zawyżone (…ten urok osobisty etc.…), to i tak łapałby się na biało-czerwony pasek. Naprawdę, nie mam zastrzeżeń.

***

Wakacje… Plany były takie i owakie, ale wiadomo – korona, pandemia, kryzys i dramat. Więc plany wzięły w łeb. Po raz pierwszy od bardzo dawna całe wakacje spędzimy w Polsce. W lipcu będziemy tydzień nad morzem, potem wpadniemy na dzień czy dwa do znajomych mieszkających pod Bydgoszczą, którzy zapraszają nas od pięciu lat i zawsze się jakoś nie składało. Potem pojedziemy na dwa – trzy dni do G., do cioci. Razem niecałe dwa tygodnie.

A w sierpniu jedziemy na tydzień w Bieszczady, w dodatku ze znajomymi (i ich trzema córkami). Tak, tak, Bieszczady jednak. Z uwagi na obecność progenitury nie będzie to może taka wyprawa, jak te, o których pisałem… Ale zawsze coś. Może się uda przejść przez Połoniny, może dotrzemy na Tarnicę czy Rawki. Piłka powiedziała, że „ona jeszcze nie wie, czy chce w te Bieszczady jechać” – może zostanie w domu. Trochę rozumiem: przy jej problemach zdrowotnych góry nie są dla niej atrakcją. Za długo nie połazi, w górę nie pójdzie, a siedzieć w domu może też w domu… Ano, zobaczymy. Ale mam nadzieję, że chłopaków uda mi się trochę bieszczadzkim bakcylem zarazić.

A, przy okazji: może ktoś ma ochotę wpaść do Puchatkowa na półtora tygodnia w lipcu albo na tydzień w sierpniu, żeby sobie pomieszkać pod Warszawą i powakacjować w zamian za opiekę nad Zwierzyńcem?… Zgłoszenia na priv proszę – ci, którzy ewentualnie byliby zainteresowani, to raczej adres mają 😉

***

…ale prawda jest taka, że (nie mówcie moim dzieciom, OK?) najchętniej pojechałbym w te Bieszczady sam. „Sam” mogłoby oczywiście oznaczać w miłym towarzystwie kilkorga dobrych przyjaciół – ale mogłoby także oznaczać, że SAM sam. Cała ta pandemia i domowa izolacja sprawiły, że marzę o pobyciu choć przez kilka dni jak najdalej od miejsca, w którym aktualnie przebywają moje dzieci. Też tak macie?…

Mało to realne, niestety. Ale może – może, kto wie – jak już wrócimy z tych Bieszczadów, udałoby mi się choć na dwa dni pojechać gdzieś samemu. Może moje dzieci zrobiłyby mi taki prezent na urodziny… Same nie zostaną (Pietrucha już niby pełnoletni, Piłka w grudniu skończy siedemnaście lat, ale Pucek… Ktoś by musiał z nimi zostać. Ano, zobaczymy).

***

A to, co pisałem w lipcu ubiegłego roku o Roku Jubileuszowym… Cóż, do moich urodzin został miesiąc. Na razie nic nie wskazuje, żeby coś wielkiego miało się w tym czasie wydarzyć. Żadne Drzwi Święte mi się nie otworzyły. Ba, nawet furtki żadnej nie widzę, choć w Pewnej Sprawie naprawdę jej wyglądałem i naprawdę miałem nadzieję, że się uchyli.

I trochę mi z tego powodu smutno.

Nostalgicznie…

„Długi majowy weekend” trochę mnie nostalgicznie nastroił. I nie dlatego, że pogoda kiepska, bo to akurat mi nigdy nie przeszkadzało. Chodzi o to, że kiedyś te kilka dni – czasami lekko przedłużone, jeśli akurat kalendarz się sensownie ułożył – to był czas wyjazdowy. Zawsze. Co roku. Bez wyjątków.

W czasach studenckich jeździło się albo w Tatry, albo w Bieszczady. Szczególnie te bieszczadzkie wyjazdy wspominam niezwykle ciepło. Kiedyś (kiedy nie znałem jeszcze M.) pojechaliśmy we czwórkę – z Martą N., jej narzeczonym i jej bratem. Z Baligrodu do Wetliny dojeżdżaliśmy autostopem – zabrał nas kierowca wiozący chleb z piekarni do lokalnych sklepów. Dwie godziny jazdy w oparach zapachu świeżego, jeszcze ciepłego chleba… Do dziś to pamiętam. A potem – następnego dnia – wędrowaliśmy torami bieszczadzkiej wąskotorówki (wówczas – kompletnie nieużywanymi) z Wetliny aż na Moczarne.

Albo innym razem – w większej grupie kumpelsko-przyjacielskiej, kiedy w nocy poszliśmy z Wetliny szosą w kierunku Brzegów Górnych, na Przełęcz nad Berehami – i tam całą ekipą rozłożyliśmy się na asfalcie, na środku szosy, żeby gapić się w gwiazdy (bo noc była ciepła i bezchmurna, księżyc w nowiu, a gwiazdy były takie, jakich w mieście oglądać się nie da…). I kolega Jacek z początku strasznie się denerwował (…pamiętasz, Jacku?). „Dajcie spokój, wstawajcie, leżycie na środku szosy, w nocy, coś was przejedzie!” Ale wytłumaczyliśmy mu, że jesteśmy w środku Bieszczadów, jest druga w nocy, NIC tu o tej porze nie jeździ, a nawet gdyby jechało, to leżymy na przełęczy i każdy samochód będzie widać, kiedy będzie jeszcze trzy czy cztery kilometry od nas. Więc kolega Jacek się uspokoił i podziwiał gwiazdy z nami…

Albo kiedy na środku Połoniny Wetlińskiej koleżanka A., dla przyjaciół Tygrys, po usłyszeniu pewnego kawału (zresztą, mówiąc uczciwie, takiego sobie…) dostała tak histerycznego ataku śmiechu, że nie mogła się przestać śmiać przez dobre kilka minut – i siedziała na ziemi, na środku szlaku turystycznego, wydając z siebie dziwne odgłosy, aż przechodzący turyści upewniali się, czy na pewno nie trzeba wezwać pomocy…

A teraz – izolacja, pandemia, wirus i koniec świata. Wszystko, na co można było liczyć w majowy weekend to spacer po pobliskim lasku.

Droga. Brakuje mi drogi. Wędrowania. Plecaka na plecach, kamieni pod nogami, kilku przyjaciół i tego poczucia, że za najbliższym zakrętem może czekać na nas widok, którego jeszcze nie znamy – i którego nie zapomnimy do końca życia. A w ten majowy weekend brakuje mi tego szczególnie.

„Jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie”. Trzeba w to wierzyć.

Życie w czasach zarazy – c.d.

Siedzimy w domu. Jedni znoszą to lepiej, inni gorzej. Piłka nieźle – bo ona i tak za dużo się nie rusza, jej wieczne problemy ze stawami czynią z niej osobę mało ruchliwą: wyjście na spacer z psem zaspokaja jej potrzebę działania. Poza tym ona jedyna z całej trójki ma „normalne” lekcje. Oczywiście on-line, ale normalnie, według planu, tak, jakby siedziała w szkole. Co jest stosunkowo łatwe, kiedy „klasa” – w zależności od zajęć – liczy od czterech do +/- ośmiu osób.

Pietruszka – jako tako. Lekcje on-line ma maksymalnie godzinę dziennie, ale nauczyciele są z nimi w stałym kontakcie (e-maile, komunikatory, Skype…) i zadają im robotę, a potem ją sprawdzają. Przez kilka pierwszych dni wszyscy nie mieli jeszcze doświadczenia z taką pracą, więc przysłali tej roboty tyle, że Pietruszka siedział nad lekcjami więcej, niż gdyby normalnie chodził do szkoły. Dziś już jest lepiej – wszyscy wiedzą już mniej więcej co i jak – ale roboty biedni licealiści dalej mają sporo. Pietrucha trochę narzeka, trochę marudzi (jak to on…), ale generalnie wygląda na pogodzonego z losem. Najbardziej nie może przeboleć tego, że odwołano tegoroczne Euro. Mają ludzie problemy…

Najgorzej jest z Puckiem. On też dostaje cała masę zadań do robienia, ma codziennie jakieś lekcje on-line, ale… Cóż, Pucek nie jest człowiekiem, który dobrze znosi samotność. Nie potrafi się sam bawić. Starszy brat siedzi i się uczy, siostra zajmuje się swoimi sprawami, tata musi pracować (prace bieżące idą zwykłym torem, a do tego książka, którą teoretycznie trzeba zamknąć do końca maja, a to wcale nie jest dużo czasu…). A tu z kolegą żadnym spotkać się nie da… Nie jest dobrze. Jak jest pogoda, to można przynajmniej wyjść na rower (uliczki są puste, zaraz za osiedlem pola i lasek, z ludźmi się nie widuje…) – ale ile można jeździć na rowerze samemu? „Nudzę się”. A jak się nudzę, to humor mam fatalny.

A to dopiero przygrywka…

A ja? Poza pracą (patrz wyżej) nie robię w zasadzie prawie nic. Jak kończę pracę koło siódmej wieczorem, to już oglądać mi się nic nie chce, na czytanie też czasu niewiele, bo jak się wstanie od biurka, to trzeba się Potworami zająć… Dobrze, że chociaż można wspólnie z psem wyjść – to mobilizuje do ruszenia się na powietrze.

Jedynym stworzeniem szczęśliwym z powodu lockoutu jest oczywiście Lucek. Wreszcie ma wszystkich w domu, nikt nie wychodzi do szkoły, wszyscy są pod ręką, czy raczej on jest pod wszystkimi rękami, które chcąc nie chcąc psa głaszczą, czochrają i drapią. Na żądanie.

***

Mój tata miał urodziny – skończył we wtorek osiemdziesiąt lat. A ja nawet nie mogłem do niego pojechać z życzeniami – tyle, co pogadaliśmy przez telefon.

***

Zaczyna się wiosna. To taki czas w roku, kiedy zawsze najbardziej chce się ruszyć w drogę. A w tym roku zupełnie się nie da…

Deszczowo

Deszcz pada za oknem. Czy w ubiegłym roku wrzesień był cieplejszy, czy tylko tak mi się wydaje? Chyba jednak był, bo pamiętam, że pierwsze odpalenie kominka nastąpiło chyba dopiero w drugiej połowie października – a tym razem wszystko wskazuje na to, że już w tym tygodniu trzeba będzie to zrobić.

Po upalnym lecie – i w obliczu globalnego ocieplenia – jakoś podświadomie czekałem na ciepłą, słoneczną jesień. A tu proszę – zdaje się, że nic z tego.

Kiedyś – dawno, dawno temu – deszcz bębniący o szyby grał mi muzykę. Melancholijną, innym razem zamyśloną, a czasem po prostu smutną.

Dziś muzyka zniknęła, słychać jedynie mokry szum – i tylko czasami, kiedy wokół jest cicho (a więc rzadko, bardzo rzadko…) znowu ją słyszę. Jak przez mgłę, z daleka, przytłumioną, na granicy percepcji.

…Ale jednak gdzieś tam jest. Nie umilkła, nie została stłumiona. Pewnie po prostu z wiekiem coraz gorzej słyszę.