Jesień

Dziś Piłka wylądowała w Cambridge. Wsadziłem ją w samolot w Modlinie, trochę zaniepokojony, jak sobie na miejscu poradzi z dwudziestokilową walizką (to prawie połowa tego, ile waży właścicielka) – ale jakoś dała radę. Dotarła do Londynu (no, w zasadzie lotnisko Stansted leży jakieś 50 kilometrów na północ od Londynu…), złapała właściwy autobus, dotarła na miejsce, zameldowała się w College’u, dostała pokój w akademiku… Od poniedziałku czeka ją pierwszy tydzień wykładów i zajęć, ale już jutro ma całe mnóstwo jakichś spotkań, „wieczorków zapoznawczych” i innych atrakcji związanych z „Freshers Week”. Cambridge powitało ją uroczo – piękną, słoneczną pogodą i temperaturą 18 stopni (Celsjusza…). Niesamowite.

***

Mój wrześniowy wyjazd niestety nie wypalił. Napiszę Wam dlaczego – ale jeszcze nie teraz, bo najpierw kilka spraw musi się poukładać. Powiem tylko, że jest problem z Puckiem. Wszystko wskazuje na to, że przeszłość plus półtora roku izolacji w czasie pandemii (…plus głupi wiek, plus znacząca zmiana w życiu w postaci nowej szkoły…) skumulowały się w taki ładunek, który okazał się dla niego za ciężki. To będzie kolejny trudny rok, w dodatku (rzecz prosta) zupełnie inny (…i zupełnie inaczej trudny), niż sobie wyobrażałem. Na szczęście wszystko wskazuje na to, że udało się znaleźć profesjonalne wsparcie.

Rozmawiałem też ze znajomą, chrzestną mamą Pietruszki, która jest lekarzem pediatrą (podkreślam – pediatrą, nie psychologiem czy psychiatrą). Powiedziała mi, że w ciągu ostatniego półtora roku miała w swoim gabinecie więcej przypadków dzieci z depresją, problemami emocjonalnymi, zaburzeniami lękowymi czy nawet po próbach samobójczych, niż przez poprzednie piętnaście lat pracy.

Tak, za jakiś czas napiszę coś więcej, na razie mogę tylko powiedzieć, że jestem bardzo, bardzo zmęczony.

Powakacyjnie + lista strachów

I tyle wakacji. Już pierwszy września. Byliśmy z chłopcami kilka dni w Bieszczadach. Prawie zapomniałem, jak tam jest pięknie… W dzień chodziliśmy, wieczorami szedłem w górę, kilkaset metrów powyżej ostatnich domów w Przysłupie, żeby pogapić się na gwiazdy (i podjąć kolejne próby ich fotografowania – wyniki znajdziecie na dole).

Pogodę mieliśmy doskonałą, a Bieszczady mają ten dodatkowy plus, że nie ma tam tłumów. Jasne, na kilku najbardziej popularnych szlakach jest w czasie wakacji sporo ludzi, ale nie są to jednak takie rzesze jak w Tatrach – a wystarczy wybrać się w trasę mniej popularną, aby przy odrobinie szczęścia przez dwie godziny nie spotkać żywego ducha… Jedyny kawałek, gdzie jest naprawdę koszmarnie turystycznie, to okolice Zalewu Solińskiego, ale my byliśmy w Bieszczadach Wysokich (Przysłup leży mniej więcej w połowie drogi między Cisną a Wetliną).

Jednego dnia moich chłopcy poszli na Tarnicę – a ja nie poszedłem z nimi, bo dzień wcześniej obtarłem sobie nogę. Więc kiedy oni poszli na szlak, ja zrobiłem sobie wycieczkę samochodową po różnych Dziwnych i Dalekich Rejonach. Dotarłem między innymi do Tarnawy Niżnej – miejsca, gdzie kręcono między innymi część serialu „Wataha”. Tarnawa to miejsce, gdzie wisi dumna tabliczka „50 kilometrów do cywilizacji”, nie ma zasięgu żadna polska sieć komórkowa, a kilkanaście kilometrów dalej droga po prostu się kończy. Zawsze fascynowały mnie takie miejsca położone „na końcu świata”…

Niestety, byliśmy tam tylko pięć dni. Dość, żeby zasmakować i przypomnieć sobie, co się lubi – za mało, żeby naprawdę odpocząć. Zwłaszcza, że w tym roku był to mój jedyny wyjazd.

No i tak: wakacje się skończyły, zaczął się kolejny rok szkolny, a ja wcale nie czuję, żebym był na niego gotowy.

***

Co gorsza wszystko wskazuje na to, że to nie będzie łatwy rok. Jest kilka rzeczy, których się naprawdę boję.

Boję się o to, jak przetrwamy zimę. Finansowo, rzecz prosta. Koszty ogrzewania (gaz…) już ubiegłej zimy były znacząco wyższe, niż w poprzednich latach, a przecież potem było jeszcze kilka podwyżek, a przecież w zeszłym roku Niemiłościwie Nam Panujący obcięli VAT na gaz… I tak dalej. Nie mówię już o wszystkich innych cenach, które rosną jak głupie (najwyraźniej widać to po produktach, które kupuje się regularnie) – ale ceny gazu, muszę przyznać, trochę nie dają mi spać. Z wielu rzeczy można (i pewnie trzeba będzie) zrezygnować, ale z ogrzewania domu tak całkiem zrezygnować się nie da (…sorry, taki mamy klimat). Jasne, póki do będzie możliwe będę wykorzystywał nasz niby-kominek, ale po pierwsze całej zimy to nie załatwi, a po drugie koszty drewna kominkowego też poszły ostro w górę (metr sześcienny olchy jeszcze ostatniej zimy mogłem kupić za 280 zł, teraz najtańszy dostawca w okolicy chce 500 zł!).

A tej jesieni czeka mnie jeszcze kilka dodatkowych wydatków. Muszę wezwać fachowców od instalacji grzewczej, bo mam w domu dwa kaloryfery, które mimo odpowietrzenia nie nagrzewają się w całości. Muszę zrobić „duży przegląd” pieca, bo ostatni był robiony dobre kilka lat temu, od tego czasu były tylko „małe przeglądy”.

Pucek w nowej szkole… Wiem, że będę musiał mu zorganizować jakieś korepetycje z angielskiego (bo po nauce zdalnej narobił sobie zaległości), a być może także z fizyki (jest z niej dobry, ale w ósmej klasie pani od fizyki z powodów zdrowotnych przez prawie pół roku nie było w pracy, nie przerobili całego materiału, a to klasa „mat-fiz”…). Nie wiem tylko, skąd wziąć na to pieniądze, bo koszty korepetycji są niemałe.

Boję się też (choć już na innej płaszczyźnie) tej pierwszej klasy Pucka w nowej szkole. On źle znosi zmiany, już teraz strasznie się denerwuje, nie wiem, jak będzie reagował – zwłaszcza, jak mu coś nie pójdzie (a przecież nigdy nie jest tak, żeby wszystko było idealnie). A kto najbardziej w takich sytuacjach obrywa emocjonalnie, to chyba nikomu, kto ma dzieci, nie muszę tłumaczyć.

Do tego chodzi wiele innych, większych i mniejszych problemów, które nie są może dramatami egzystencjalnymi, ale sama ich ilość (i fakt, że są tylko na mojej głowie) nieco przytłacza. Sporą część z nich (choć nie wszystkie, rzecz prosta) dałoby się stosunkowo łatwo rozwiązać za pomocą pieniędzy – ale… Patrz punkt pierwszy.

Nie lubię się bać. Nigdy też nie miałem ambicji bycia bogatym (kto mnie zna, ten wie, że naprawdę wiele mi do szczęścia nie trzeba), ale świadomość, że może zwyczajnie zabraknąć (…nie wspominając o długach, które nade mną wiszą) to jednak spore obciążenie.

***

No to sobie ponarzekałem. A teraz, jak obiecałem, kilka zdjęć…

Bieszczady za dnia:

…i nocą:

Wakacje…?

O tylu sprawach chciałbym napisać, ale za każdym razem jak siadam do klawiatury, to albo jestem zbyt zmęczony, albo coś się dzieje, albo… Siedzę i nie wiem, co właściwie mam do powiedzenia.

***

Rok szkolny się skończył z przytupem. Pucek pasek na świadectwie jednak ma – ale nie za sprawą pani od fizyki. Jego wychowawca (i anglista w jednej osobie), jak się o całej sprawie dowiedział, to się wkurzył i – nic nam nie mówiąc – podciagnął mu ocenę z angielskiego na szóstkę. Nijak się ta ocena, mówiąc szczerze, nie przekłada na rzeczywistą wiedzę (piątka i tak była mocno naciągana…), ale pan J. uznał, że do licha, co mu tam. Pucka wyniki z egzaminów ósmoklasisty nie są może rewelacyjne – najsłabiej (no właśnie) angielski, ale nadal 75 procent. Polski 82 procent, w matematyce zrobił jeden błąd, stracił jeden punkt z dwudziestu pięciu – czyli dostał 96 procent. Mogło być gorzej. W połączeniu z ocenami i „paskiem” (oraz wszystkimi dodatkami, takimi jak wolontariat etc) daje mu to około 155 punktów. Nie jest to wynik rewelacyjny, ale jest OK. Teraz musimy poczekać do bodaj 20 lipca, żeby się dowiedzieć, gdzie się dostał do liceum. Zobaczymy.

(Przy okazji – dowiedziałem się, jakie są średnie wyniki egzaminów ósmoklasisty w Polsce. Polski – 60 procent. Matematyka – 57 (!). Język obcy – 67. Trochę to przerażające.

***

Piłka miała uroczyste „graduation”, wszyscy absolwenci wchodzili na scenę, wyczytywani z imienia i nazwiska, dostawali dyplom, uścisk dłoni dyrektorki… W przypadku niektórych wyczytywanych ogłaszano także, że dana osoba dostała wyróżnienie z jednego ze swoich głównych przedmiotów. Wyróżnienia miała mniej więcej jedna trzecia absolwentów. Było bodaj z dziesięcioro takich, którzy mieli po dwa wyróżnienia. I była JEDNA osoba – jedna na cały rocznik – która miała TRZY wyróżnienia, ze wszystkich trzech przedmiotów maturalnych. Zgadnijcie, kto…

Teraz Piłka musi już tylko poczekać do połowy sierpnia na oficjalne wyniki A-Levels (czyli brytyjskich matur) – i może się pakować do Cambridge. Bilet już kupiła…

***

Pietruszka zaliczał pierwszą w życiu poważną sesję egzaminacyjną (no dobrze, pierwsza była po pierwszym semestrze, ale to jednak nie było to). Jak to on, strasznie się denerwował… Dziś się dowiedział, że z najtrudniejszego egzaminu (analiza matematyczna) dostał 3+. Dopiero po dłuższej z nim rozmowie dowiedziałem się, że na 200 osób na roku:

– około 150 egzamin uwaliło i będzie poprawiać we wrześniu

– czwórki dostało osiem osób

– reszta dostała trójki.

Czyli, jak stwierdził Pietruszka filozoficznie, ze swoim 3+ i tak jest w górnych dziesięciu procent wyników… Ale i tak się zastanawia, czy nie iść na poprawę. Cóż. Niektórzy tak mają.

***

Wakacje? Jakie wakacje?…

Zeszłoroczna Korsyka odbija się nam finansową czkawką do dziś. Z czysto ekonomicznego punktu widzenia trzeba uczciwie powiedzieć, że to była błędna decyzja. Kasy nie ma, żadne większe wyjazdy nie wchodzą w grę. Pucek jest na obozie harcerskim – chociaż tyle (choć wiadomości mam takie, że chyba chce wrócić wcześniej, coś mu nie do końca pasuje… zobaczymy). Pietruszka z przyjaciółmi jedzie w sierpniu na dwa tygodnie w Bory Tucholskie. Piłka ze swoimi znajomymi gdzieś na Mazury. A ja?… Ja chyba w tym roku będę miał wakacje stacjonarne. Miałem nadzieję, że może wyskoczę gdzieś (sam!) w czasie, kiedy Pucek będzie na obozie, ale z wielu przyczyn wygląda na to, że się to nie uda – w NAJLEPSZYM razie może wyskoczę ze znajomymi na weekend.

Jest szansa, że w drugiej połowie sierpnia uda się nam całą czwórka pojechać na kilka dni nad morze – ale i to nie jest pewne.

***

A poza tym? Nic z tego, co miało wyjść, nie wyszło. Wszystko to, co się wydawało, że już, że zaraz – wzięło w łeb. „Warto ciągle próbować” – napisał mi ktoś z Was w komentarzach. Dzięki za dobre słowom ale problem polega na tym, że nie mam jak próbować. Że pierwszy raz w życiu (w każdy razie pierwszy raz na taka skalę) jestem w takiej sytuacji, kiedy w tych istotnych sprawach nic ode mnie nie zależy. Kiedy – chyba już o tym pisałem – mogę tylko czekać. Nie, nie jestem bierny. Jeśli furtka się uchyli choć na centymetr, na pewno się w nią wcisnę. Ale dopóki się nie uchyli, mogę tylko czekać.

A w tym akurat nigdy nie byłem dobry.

Który to już raz? Przestałem liczyć… Ile takich spraw, ile różnych historii w ciągu ostatnich kilku lat. Coś się układa, coś się udaje, wygląda na to, że wreszcie coś się przełamie. I właśnie wtedy, kiedy już zaczynam mieć nadzieję, że może, że jednak, że tym razem na pewno – właśnie wtedy okazuje się, że jednak nie.

Czasami myślę, że lepiej nie robić sobie nadziei, bo wtedy rozczarowanie jest mniejsze. Za każdym razem czuję się bardziej zmęczony.

Około-wielkanocnie

Jakoś nie potrafię się odnaleźć w tej Wielkanocy. Wiele spraw się na to składa – na pewno jedną z ważniejszych jest wojna za miedzą. Śledzę kolejne doniesienia, kolejne straszne opowieści, kolejne dramaty. Nie jestem naiwny, wiem, że takie rzeczy się na świecie dzieją częściej, niż nam się wydaje… Ale tym razem bliskość – nie tylko geograficzna, ale kulturowa i (czy ja wiem?) cywilizacyjna, historyczna – sprawia, że wszystko to wygląda zupełnie inaczej.

Masowe mogiły w Buczy (a przecież wszystko wskazuje na to, że ten akurat koszmar to dopiero początek), gwałty na kobietach i małych dzieciach, strzelanie związanym cywilom w tył głowy, masowe kradzieże, rosyjski żołnierz, który rozmawia z żoną przez telefon i dostaje od niej pozwolenie – aż chciałoby się użyć słowa „błogosławieństwo” – na gwałcenie Ukrainek… Europa, XXI wiek. O jedną granicę stąd.

Trudno mi śpiewać wielkanocne pieśni, mówiące o radości Zmartwychwstania. Z drugiej strony mam świadomość – silniejszą, niż kiedykolwiek – że właśnie Zmartwychwstanie jest jedynym, co sprawia, że w całym tym koszmarze można zachować jakąś nadzieję. Bo Krzyż bez Zmartwychwstania nie ma sensu: jest tylko zgorszeniem, koszmarem, upadkiem w otchłań bez dna.

***

A u nas życie toczy się zwykłym trybem. Piłka przygotowuje się do matury i – uskrzydlona nowymi perspektywami – snuje plany na przyszłość (na razie tę najbliższą, bo jest realistką). Pucek poczuł na plecach oddech egzaminów ósmoklasisty: rozwiązuje jakieś zadania z matematyki, z Piłką powtarza angielski. Pietruszka jak to Pietruszka – trochę w swoim świecie, od czasu do czasu raczy mnie opowieściami o jakichś twierdzeniach i dowodach matematycznych, i musze przyznać, że robi to w taki sposób, że nawet coś tam do mnie dociera. Lucek utyka na przednią łapę (lewą). Lekko i tylko od czasu do czasu, ale po świętach trzeba będzie z nim pójść do pani doktor.

A ja? Siedzę nad książką dla wydawnictwa Z. i pierwszy raz od – czy ja wiem? – trzech albo czterech lat praca sprawia mi autentyczną przyjemność, sam jestem ciekaw, co będzie w kolejnym akapicie, w kolejnym rozdziale. To błogosławieństwo móc sobie czasami przypomnieć, że praca może być ciekawa i dawać jakąś satysfakcję. Niestety, dwie kolejne książki, które już czekają w kolejce (umowy podpisane) to już powrót do filozofii „…dla chleba, panie, dla chleba”.

***

Pierwsze wiosenne dni – oczywiście, jakżeby inaczej – budzą we mnie nostalgię za podróżą, za Drogą. Gdzieś pod powiekami krążą obrazki z różnych miejsc i kierunków, w których byłem i które chciałbym jeszcze raz zobaczyć. I z takich, które znam tylko ze zdjęć – a które chciałbym kiedyś zobaczyć po raz pierwszy na własne oczy. Wyjść z domu i ruszyć przed siebie, tak po prostu, zostawić za sobą myśli, niepokoje… (Niebezpiecznie jest wychodzić za własny próg, mój Frodo! Trafisz na gościniec i jeżeli nie powstrzymasz własnych nóg, ani się spostrzeżesz, kiedy cię poniosą…).

A tu rzeczywistość skrzeczy* – akurat w tym roku raczej nigdzie daleko nie pojadę, z przyczyn absolutnie przyziemnych, czyli finansowych.

***

I tak to wygląda. Zwykłe życie. A tymczasem tak niedaleko stąd…

W Rzymie na Campo di Fiori
Kosze oliwek i cytryn,
Bruk opryskany winem
(…)

* Tak, wiem, że w oryginale skrzeczała pospolitość, a nie rzeczywistość. Ale tak mi bardziej pasuje…

Różności…

Skończyłem książkę dla jednego wydawnictwa. Zaczynam kolejną, dla innego. I muszę powiedzieć, że wreszcie, WRESZCIE – pierwszy raz od chyba trzech lat – będę tłumaczył coś naprawdę ciekawego. Dobre wydawnictwo (i „oryginalne”, i polskie), naprawdę niezła stawka, a przy tym książka, którą po prostu sam chętnie bym przeczytał. Porządne, dobrze napisane non-fiction, którego autorem jest bardzo dobry amerykański dziennikarz, laureat wielu nagród. A w dodatku temat, który zawsze mnie interesował. To będzie przyjemność, nie praca… (No dobra, praca też 😉 )

Gdybym mógł tłumaczyć tylko takie rzeczy, to naprawdę byłoby fajnie. Niestety, tak dobrze nie ma: mam już „zaklepane” kolejne dwie książki (od tego wydawnictwa, dla którego teraz tłumaczyłem). Co, oczywiście jest bardzo pozytywnym zjawiskiem – tyle, że tematycznie i jakościowo są to zdecydowanie mniej ciekawe pozycje… Cóż, narzekać nie będę. Zwłaszcza, że sytuacja finansowa – po +/- półtora roku – znowu jest dość fatalna…

***

Piłka dostała informację, że przyznano jej jedno ze stypendiów, o które się ubiegała w związku z przyjęciem na Cambridge. To załatwia niecałą jedną trzecią kosztów – ale to dobry początek. Gdyby dostała to drugie w maksymalnej wysokości (uzupełnienie do 100% potrzebnych środków), sprawa byłaby zamknięta – choć oczywiście szanse na to są niewielkie. Ale nawet gdyby dostała „tylko” równowartość kolejnej jednej trzeciej, to już byłoby optymistycznie: tę ostatnią część może dałoby się jakość pozbierać, prosząc o wsparcie różne instytucje i fundacje. Jest szansa…

***

Pietruszka opowiadał, jak na zajęciach pani prowadząca przez dwadzieścia minut wyprowadzała im jakiś dowód (miała wyprowadzić wartość ∏/4 za pomocą wzoru Taylora, jeśli dobrze zrozumiałem… Gdyby czytali to jacyś ścisłowcy, to bardzo przepraszam, jeśli coś namieszałem, ale – jak się domyślacie – nie mam pojęcia, o co chodzi). Dwadzieścia minut. Kiedy skończyła (wszyscy skrzętnie notowali), zapytała, czy wszystko jasne. I wszyscy pokiwali głowami… Wróć: nie wszyscy. Bo mój syn – z typową dla siebie niepewnością – zapytał, dlaczego [cośtam] jest opisane jako [cośtam], podczas gdy powinno być [coś_innego]. Pani prowadząca wpatrywała się w tablicę przez dziesięć sekund, po czym oznajmiła: „Oczywiście, ma pan rację. Namieszałam. Skreślcie to wszystko, zrobiłam błąd i cały dowód jest do kosza. Powtórzymy to sobie na następnych zajęciach, jak dojdę, co jest nie tak”.

Nikt inny tego nie zauważył i w ogóle nikt nie załapał, że „coś jest nie tak”. W ten sposób Pietruszka mocno zapunktował u pani prowadzącej – choć reszta studenckiej braci była mniej zachwycona tym „…skreślcie to wszystko”. Tym bardziej, że – o czym wcześniej nie wiedziałem – podobno nie była to pierwsza taka akcja w wykonaniu mojego syna. 🙂

Nieźle. Powiedziałbym, że dobre geny – ale te akurat zdecydowanie objawiają się w co drugim pokoleniu (jego dziadek, a mój Osobisty Tata, był bardzo matematyczny; ja – nie).

***

Wiosna. Wreszcie. Pogodne niebo, ciepłe dni (nawet jeśli noce jeszcze zimne), słońce… To chyba jakiś pierwotny instynkt, jakaś gatunkowa pamięć zbiorowa, ale kiedy zaczyna się taka pogoda, od razu mi trochę lepiej. Kiedy wychodząc na spacer z psem czuję na plecach ciepło słonecznych promieni, słyszę śpiew ptaków – czuję, jakby różne troski i obawy trochę mniej mi ciążyły. Już kiedyś o tym pisałem: jestem człowiekiem lata.

***

Ukraina się broni. Rosja – na kilku poziomach – już poniosła w tej wojnie koszmarną klęskę. Klęska wizerunkowa – której nie przysłonią wszystkie kłamstwa Ławrowa i innych rosyjskich „dyplomatów” – jest oczywista. To, że rosyjska gospodarka będzie odczuwać skutki samej wojny i związanych z nią zachodnich sankcji jeszcze długie lata – to też wydaje się jasne. Niezwykłe jest także to, na jak wielu płaszczyznach ta wojna wywołała skutki przeciwne do planów Putina. Na Ukrainie jeszcze dziesięć lat temu naprawdę duża grupa ludzi (mówi się, że w niektórych rejonach – około połowy) miała mocno prorosyjskie poglądy… Po tym, co się dzieje, Rosja nie będzie miała na Ukrainie większej grupy zwolenników przez kolejne trzy pokolenia.

Ale moim zdaniem największą klęską Rosji jest co innego. Przez całe lata Zachód patrzył na Rosję z respektem. Co by nie mówić: ogromne państwo, z jedną z największych armii świata… I nagle, w ciągu miesiąca, okazało się, jak bardzo król jest nagi! Bajzel, braki i błędy w dowodzeniu, źle wyszkoleni żołnierze, fatalny wywiad, kłopoty z podstawową logistyką, gigantyczna korupcja i zwykłe złodziejstwo (dotyczące, jak widać, także gigantycznych pieniędzy teoretycznie przeznaczanych co roku na wydatki wojskowe). Najbardziej „elitarne” rosyjskie jednostki – jak słynni spadochroniarze, zawsze przedstawiani jako twardzi, niepokonani, niemal nadludzie… – nagle w starciu z ukraińskimi oddziałami okazują się niewiele warte. Kolejne rosyjskie czołgi odholowywane przez ukraińskie traktory, kolejne wozy pancerne niszczone za pomocą ręcznych wyrzutni. Ktoś jeszcze pamięta buńczuczne „żarty” Putina o tym, że „jakby co”, to rosyjskie czołgi w dwa tygodnie będą pod Brukselą?…

Po tych czterech tygodniach cały świat już wie, że pod względem militarnym Wielka Rosja to kolos na glinianych nogach. Szkoda, że to nic nie zmienia dla ludzi kryjących się pod ostrzałem w ruinach Mariupola…

…o wschodzie słońca…

Czytam, oglądam, słucham. Śledzę. Przez cały dzień, niemal bez przerwy. Nawet kiedy pracuję, co parę chwil rzucam okiem na wiadomości. Od mnie z domu do Kijowa – jak podają mapy G – jest trochę ponad 800 kilometrów. 10 godzin jazdy. Do Lwowa – połowa tej drogi.

Jutro rano wstanę, zjem śniadanie, mój młodszy syn pojedzie do szkoły, starszy na uczelnię. Córkę dziś odwiozłem do bursy, gdzie mieszka w tygodniu. Będę pracował, kiedy chłopcy wrócą do domu – zjemy obiad, wyjdę z psem na spacer…

A tam – nie na końcu świata, ale głupie kilkaset kilometrów stąd! – toczy się wojna. Dzieci nie chodzą do szkół, bo siedzą w schronach, albo właśnie uciekają do Polski, albo właśnie nie żyją, bo jakiś bandyta zdecydował się strzelać do uciekających cywilów. Studenci nie chodzą na zajęcia, tylko z karabinami w rękach walczą o wolność. I giną.

Nie mogę o tym spokojnie myśleć. Nie mogę. Rozbija mnie wewnętrznie koszmarna bezsilność – bo mam poczucie, że NIC nie mogę zrobić. Jasne, mogę wpłacić jakieś grosze (bo na więcej mnie nie stać) na pomoc dla uchodźców. Mogę pozbierać ubrania po moich dzieciach – pewnie się przydadzą ludziom, którzy z całego swojego życia, które zostawili za sobą, mogli zabrać tylko walizkę czy dwie. Nasz proboszcz – nie spodziewałem się – ogłosił, że w naszym domu parafialnym zamieszkają trzy rodziny z Ukrainy, kobiety z dziećmi. Zgłosił taką możliwość, pierwsza rodzina ma dotrzeć jeszcze w tym tygodniu. Pewnie będzie trzeba jakoś pomóc. W klasie Pucka właśnie przybyło troje uczniów z Ukrainy. Dwoje zna angielski – więc natychmiast znalazły się dzieciaki, które im wszystko na angielski tłumaczą. Jeden chłopiec mówi tylko po ukraińsku – ale w klasie jest uczeń, który ma mamę Ukrainkę i jest dwujęzyczny.

Ale to wszystko nic. NIC. Cały świat patrzy, jak Ukraina walczy o wolność. Kiedy czytam kolejne doniesienia, napełniają mnie na zmianę skrajne emocje. Czasami satysfakcja, że Goliat po raz kolejny dostaje w pysk. Czasami ból, kiedy słyszę o kolejnych ofiarach, zniszczonych domach, płonących miastach.

Mój straszy syn kilka dni temu skończył dwadzieścia lat. Gdybyśmy jakiś zrządzeniem losu urodzili się pięćset kilometrów na wschód, prawdopodobnie teraz walczyłby z karabinem w ręku. Jak o tym pomyślę, wzbiera we mnie uczucie, którego dawno już nie czułem. Miałem nadzieję, że udało mi się je wyrzucić z serca na dobre – a jednak w takich sytuacjach się pojawia. Tak, kiedy myślę o młodych ludziach – takich jak Pietruszka i młodszych – którzy giną (albo są zmuszani do zabijania innych) tylko dlatego, że jednemu skurwysynowi zachciało się wojny…

Zwykle nie jestem wielkim fanem kazań naszego proboszcza (nie ma w nich nic złego, ale ciężko się ich słucha…), ale to, co mówił w Środę Popielcową, bardzo mnie poruszyło (bo też widać było, że i on jest poruszony). Mówił o tym, że w takich sytuacjach – kiedy dzieją się rzeczy straszne, a jednocześnie kiedy wiemy, po której stronie jest słuszność – bardzo łatwo jest pozwolić sobie na nienawiść. Pozwolić sobie na nienawiść. A to już jest trochę klęska.