Da Capo

Epopeja trwa. Teść na razie nie trafił na rehabilitację – bo w ośrodku opieki, w którym był, zaczęło mu się pogarszać. Najpierw myśleli, że to jakiś „postęp” problemów poudarowych, ale szybko okazało się, że problem jest inny: jakaś infekcja bakteryjna. W efekcie był w ośrodku pięć dni (od piątku do wtorku), a we wtorek trafił z powrotem do szpitala – tego samego, co wcześniej, tyle że tym razem na oddział wewnętrzny. Spędził tam ponad tydzień.

Szczerze mówiąc – wyglądało to tak, jakby miał już z tego szpitala nie wyjść. Ale nie: antybiotyki pomogły, infekcję dało się wyleczyć, funkcje poznawcze wróciły do poziomu z czasu pobytu na neurologii (no, mniej więcej). Jest przytomny. Rozumie. Mówi w zasadzie kompletnie niezrozumiale, czasami uda się wyłapać pojedyncze słowa.

Ze szpitalnym rehabilitantem współpracuje – chyba rozumie, że to dla jego dobra. Szkoda, że nie rozumie tego samego w przypadku pielęgniarek, wobec których jest niegrzeczny (głównie w gestach i zachowaniu, bo w słowach nie bardzo może). Nie jestem w stanie tego pojąć. Gdzieś wewnętrznie chcę wierzyć, że to jednak efekt uszkodzenia mózgu.

No i co dalej? Otóż dalej nie wiadomo, co dalej. Wszystko wskazuje na to, że albo jutro, albo (miejmy nadzieję) pojutrze go wypiszą. Na oddziale rehabilitacyjnym oczywiście ktoś już jego miejsce przez te dwa tygodnie zajął. Kiedy będzie nowe? Pewnie po niedzieli. Tylko po wypisie muszę natychmiast dostarczyć wszystkie „wypisowe” papiery, żeby lekarka które dokonuje kwalifikacji mogła się nimi zająć.

Co oznacza, że prawdopodobnie jutro albo w piątek znowu trafi do tego samego ośrodka, co wcześniej. Co wiąże się z dwoma problemami.

Po pierwsze – finanse. Ośrodek kosztuje (…i trudno się dziwić). Za poprzedni pobyt na razie zapłaciła Piłka ze swoich oszczędności, które przez najbliższe kilka miesięcy nie będą jej potrzebne. Ale przecież nie mogę wymagać, aby robiła to znowu. Pewnie będę musiał od kogoś te pieniądze pożyczyć – z takim zastrzeżeniem, że oddam za miesiąc, dwa albo pół roku, jak się je od teścia (jakoś) wydobędzie. Już samo to mnie po prostu kosmicznie dołuje.

Po drugie – kilka dni w ośrodku to kilka dni bez rehabilitacji. To znaczy nie tak całkiem: w ośrodku jest rehabilitacja, ale nie na taką skalę i tylko w dni powszednie – no i jest to rehabilitacja ogólna (ruchowa, „mięśniowa”), a nie specjalistyczna, neurologiczna. Co może oznaczać, że po tych kilku dniach znowu będzie gorzej z kontaktem i taj dalej. Co – w skrajnym przypadku – oznaczałoby, że go na ten oddział nie przyjmą (bo tam pacjent musi być w kontakcie, żeby współpracować z rehabilitantami).

Czyli poza tym, że minęły trzy tygodnie i wydaliśmy łącznie (na razie) ponad trzy tysiące złotych, nic się w zasadzie nie zmieniło.

A mnie, jak na złość, akurat nie płacą: czekam na „przyjęcie tłumaczenia”, żeby móc wystawić fakturę. Jak ją wystawię, to mi zapłacą… W ciągu czternastu dni. A ja nie mam kasy teraz. I różne rachunki i faktury do zapłacenia na ponad tysiąc złotych. Mać.

Mam tego bardzo, bardzo dosyć.

Ciąg Dalszy

Wypis ze szpitala był w piątek. Teść trafił na te pierwsze kilka dni do prywatnego ośrodka opieki, będącego zresztą drugą placówką tej samej firmy, która prowadzi „właściwy” szpital rehabilitacyjny. Ośrodek luksusowy, świetnie wyposażony, opieka lekarska i pielęgniarska, asystenci medyczni, rehabilitacja… Żyć nie umierać. Jedyne 460 złotych za dobę. Dób będzie od czterech do siedmiu, w zależności od tego, kiedy w końcu będzie to miejsce na rehabilitacji. Możecie sobie policzyć.

W czasie przyjęcia (teść bardzo spokojny, bo na lekach, które mu jeszcze w szpitalu zaordynowała pani psychiatra) dano mi do wypełnienia plik papierów. O tych finansowych już nawet na razie nie wspominam, ale był wśród nich jeden, który mnie nieco przeraził: „Zgoda na pobyt w ośrodku”. Do podpisania przez pacjenta. Zapytałem administratorkę, czy ten podpis może poczekać do jutra – bo jutro (w sobotę) miała przyjechać Sylwia. A jak JA mu to dam do podpisu, to raczej sukcesu nie będzie, bo ja przecież jestem ten zły, co go chce okraść i oszukać. Zgodziła się na szczęście.

Dziś (a w zasadzie już „wczoraj”, bo od dwudziestu minut jest niedziela) przyjechała wreszcie Sylwia. Wcześniej nie mogła, bo miała akurat w pracy taką sytuację, że nie mogła nawet wziąć urlopu z dnia na dzień. Ustaliliśmy, że ja się w ogóle nie pokazuję. Poszła do niego sama. Dwa zasadnicze cele: nakłonić teścia do podpisania zgody na pobyt (bo bez tego prywatny ośrodek po prosu nie może go trzymać) oraz jakoś zacząć dogadywać sprawę pieniędzy.

Sylwia siedziała u niego ponad dwie godziny. Wyszła wykończona, spocona i ledwie żywa. Sukces połowiczny: udało się, podpisał zgodę na pobyt. To bardzo dobra wiadomość, bo gdyby tego nie zrobił, to naprawdę nie wiem, co byłoby dalej. Ale z kwestii finansowych nic nie wyszło. Zdaje się, że nawet nie dlatego, że teść nie chciał (kiedy w środę, jeszcze ze szpitala, zadzwonił do Sylwii (!), to choć niewiele zrozumiała, podobno mówił coś o tym, żeby przyjechała „załatwić formalności”). Dziś wydawało się, że chce jej coś przekazać na ten temat, ale nie mógł: połączenie leków i faktu, że w weekend nie ma rehabilitacji sprawiło, że nie bardzo mógł powiedzieć cokolwiek w sposób zrozumiały. Z pisania także niewiele wyszło.

Sylwia się w końcu poddała i powiedziała mu (co chyba do niego dotarło), że na razie musi wracać do domu, ale za kilka dni czy tydzień przyjdzie znowu, „…kiedy wujek będzie już trochę lepiej mówił”. I wtedy – miejmy nadzieję – coś się uda załatwić.

Ale kiedy będzie to „wtedy”? Oto jest pytanie. Sam pobyt w ośrodku – w zależności od tego, kiedy będzie go można przewieźć na oddział rehabilitacyjny – będzie kosztował w najbardziej optymistycznej wersji pomad tysiąc osiemset złotych (licząc, że będą to cztery doby). W bardziej pesymistycznej – przy siedmiu dobach – może to być nawet ponad trzy tysiące. Do tego dochodzi pięćset złotych za transport medyczny (jak jechał ze szpitala, to karetka była jeszcze w ramach szpitala, ale teraz trzeba za transport zapłacić).

A ja dostałem z powrotem ten cholerny portfel, w którym jest dziewięćset złotych (tym razem nie będę już miał cienia skrupułów, żeby z tych pieniędzy w tym celu skorzystać) – i to są obecnie wszystkie jego środki, którymi dysponuję.

Tymczasem od piątku wydałem już na jego sprawy trzysta pięćdziesiąt złotych (za same leki, które trzeba było wykupić po wypisie, zapłaciłem prawie dwieście). Trzysta pięćdziesiąt złotych, których nota bene nie miałem, bo akurat (Murphy…) jestem na etapie „czekania na przelew”. Mam na szczęście kartę kredytową, której używam bardzo rzadko (z przyczyn oczywistych), więc się nią posłużyłem. Ale będę ją musiał spłacić (…oczywiście). Na razie nie mam pojęcia, skąd wezmę na zapłacenie za ośrodek i transport – a to przecież dopiero początek wydatków. Bo:

– Co będzie po zakończeniu rehabilitacji? A co będzie, jeśli on nie będzie chciał współpracować z rehabilitantami i wypiszą go wcześniej? Jeśli Sylwii nie uda się z nim załatwić kwestii tych pieniędzy, to na razie (jak mawia Potwór Najstarszy) „…odpowiedź jest oczywista: nie wiadomo”.

– A do tego dochodzi jeszcze jeden problem: zakładając, że teść na tej rehabilitacji spędzi (jak mówiła lekarka) kilka tygodni – trzeba by się dowiedzieć, czy np. nie zalega już z czynszem (mieszkanie komunalne) czy jakimiś rachunkami. Pytanie, czy ktoś nam udzieli takich informacji, zważywszy, że teść nie jest ubezwłasnowolniony? Pytanie drugie – nawet jak udzieli, to patrz punkt pierwszy, czyli skąd wziąć na to kasę?

Po niedzieli idę się spotkać ze znajomym prawnikiem, żeby sprawdził, czy jest jakiekolwiek wyjście z sytuacji, o którym nie wiem (swoją drogą – co za ironia losu: córka prawniczka po Cambridge i Harvardzie, ale polskiego prawa nie zna…).

Naprawdę nie bardzo wiem, co mam robić. Udar, zdrowie, leżący starszy człowiek, konieczność załatwiania tysiąca rzeczy – już samo to jest „ciężkie”… A do tego dochodzi jego paranoiczna osobowość połączona z trudnościami z mową i faktem, że mnie akurat nie lubi – a jedyna osoba, do której ma jakie takie zaufanie mieszka na drugim końcu kraju.

Trochę mam dość.

Szpitale, pieniądze i paranoja

Będzie długo, ale musze się wygadać (…wypisać?). Mój teść miał udar. Niedokrwienny. Do udaru doszło najprawdopodobniej w niedzielę lub poniedziałek tydzień temu. Teść ma 80 lat, ale mieszka sam, zawsze był zdrowy i sprawny, a że kontakt z nami utrzymuje… jakby to ująć… na własnych warunkach, więc nikogo nie dziwił fakt, że się nie odzywał (zwłaszcza, że tydzień wcześniej nas odwiedził). Teść leżał w domu na podłodze – ze sparaliżowaną lewą połową ciała i bez możliwości mówienia – prawdopodobnie jakieś półtorej doby. We wtorek po południu sąsiadka wracająca z zakupów usłyszała jego próby wołania o pomoc. Wezwała policję, policja wezwała strażaków, strażacy weszli par force, pogotowie, szpital.

Teść nie mówił, nie był w stanie powiedzieć, z kim się kontaktować. Dopiero następnego dnia rano (czyli w środę tydzień temu) w szpitalu zjawił się pan zajmujący się sprawami socjalnymi pacjentów, dobrał się do teścia telefonu (na szczęście to nie smartfon, więc bateria trzymała i nie trzeba było znać PINu…) i sprawdził ostatnie połączenia. A ostatnie połączenie było do Sylwii. Sylwia mieszka w C., jest córką naszej cioci i kuzynką mojej M. Jest jedyną osobą, z którą (z jakiegoś dziwnego powodu) teść ma niezły kontakt i czasami do niej dzwoni, żeby pogadać. Więc zadzwonili do Sylwii, Sylwia zadzwoniła do mnie. Ja zadzwoniłem do lekarki prowadzącej (dostałem jej numer).

Epopei medycznej wam streszczać nie będę, bo też nie o to chodzi. Chcę Wam tylko nakreślić sytuację, która wygląda tak, że… Właściwie nie wiem, jak.

Teść ma 80 lat. Udar w każdym wieku jest sprawą poważną, ale w tym wieku – bardziej poważną. Do tego dochodzi fakt, że udar nie był leczony od razu, tylko po +/- półtorej doby. Co, jak się można domyśleć, nie rokuje najlepiej. Lekarka mówi wprost: jest bardzo mało prawdopodobne żeby nawet po intensywnej rehabilitacji on był w stanie samodzielnie mieszkać. Najprawdopodobniej będzie wymagał opieki 24/7 – i to (nie oszukujmy się) nie takiej, jaką my moglibyśmy mu zapewnić w domu. Czyli – albo zakład opiekuńczo-leczniczy, albo opieka na stałe w domu. Zakład na NFZ – jak najbardziej, ale czeka się rok. Przez ten rok trzeba albo do prywatnego zakładu, albo „wynajęta” opiekunka w domu.

I tu dochodzimy do sedna problemu. Ale nie, wbrew temu, co zapewne większość z Was pomyślała – akurat tym razem problemem nie są pieniądze. Bo cały dowcip polega na tym, że teść (choć jego codzienne życie wcale na to nie wskazuje) pieniądze ma. Jakieś oszczędności z czasów pracy w USA, jakieś sumy ze sprzedaży dwóch działek (w tym jednej pod Warszawą, w zasadzie w granicach miasta, którą miał bodaj po rodzicach…). Nie mam pojęcia ile tych pieniędzy jest, ale na pewno jest ich tyle, że wystarczy na przyzwoity ośrodek opieki albo profesjonalną opiekę w domu (warunki są, teść ma dwa pokoje).

Na czym zatem polega problem? Problemem jest… teść. Jaki to jest człowiek, trochę Wam pisałem, większość z Was zna mnie osobiście i wie więcej. Ciężki przypadek. Osobowość paranoidalna (spiski, podstępy, cały świat nie marzy o niczym innym tylko o tym, żeby mu zaszkodzić). Zawsze taki był, śmierć żony to spotęgowała, śmierć jedynej, ukochanej córki jeszcze bardziej, wiek też zrobił swoje. Teść nie ufa NIKOMU. I tu, proszę wycieczki, robi się pod górkę…

Pieniądze są – ale gdzie? Oszczędności na jakichś kontach – gdzie? W jakim banku? Nikt nie wie, a nawet jakby ktoś wiedział, to przecież my nie mamy do tych pieniędzy żadnego dostępu – i bez upoważnienia nikt nam go nie udzieli. Wiem, że część oszczędności (chyba w złocie) ma w małym sejfie, który ma w domu – ale przecież szyfru do sejfu nie znamy. Więc niby pieniądze są, ale ich nie ma.

Teść jest przytomny, świadomy, jego funkcji kognitywnych udar najwyraźniej nie naruszył – z mówieniem tylko jest problem: można zrozumieć pojedyncze słowa, ale rzadko. Ale fizycznie – lewa połowa ciała w zasadzie nie działa, nie jest w stanie nawet podnieść się na łóżku. Kilka prób porozmawiania z nim i wymuszenia jakichś decyzji (bo to ON je musi podjąć) – bez skutku. Te same co zawsze idiotyczne żarciki, głupawe komentarze (nic to, że nikt nie rozumie, ważne, że można je powiedzieć…). Siedzieliśmy dziś przez godzinę razem z panem Januszem (to ten „pan od spraw socjalnych”) tłumacząc mu, jaka jest sytuacja. Że w szpitalu będzie do piątku (co i tak jest kompromisem, bo chcieli go wypisać jutro). Że potem trafi na oddział rehabilitacyjny – ale miejsce na oddziale („na NFZ”) jest dopiero od przyszłego wtorku. A do domu w tym stanie trafić nie może. Więc trzeba go zawieźć od razu do tej kliniki rehabilitacyjnej, ale te pierwsze kilka dni musi w niej być „prywatnie”. I że – niestety – „prywatnie” znaczy „za pieniądze”. Więc niech w jakiś sposób umożliwi nam skorzystanie z tych JEGO pieniędzy, żeby móc opłacić JEGO leczenie.

Nie. On nic nikomu nie poda, szyfru do sejfu, upoważnienia do konta, nie i już. I kolejna seria głupich (i w większości niezrozumiałych) komentarzy. No to co robimy? On sobie poradzi. JAK sobie poradzi?! On chce się ubrać i iść do domu. W tym momencie nie wytrzymałem i w obecności lekarki i pana Janusza wyjąłem z jego szafki przy łóżku torbę z ubraniami (którą sam przyniosłem od niego z mieszkania), położyłem koło niego i powiedziałem: „Proszę, tato, tu jest ubranie, niech się tata ubierze i idzie do domu”. Wtedy po raz pierwszy na chwilę zamilkł.

Ale chwila trwała krótko. Nie, bo nie i już, nikt mu nic nie może kazać i koniec. No to co robimy? Wzruszenie ramion. Tłumaczyłem mu, że – na litość Boską – nie chcę jego pieniędzy, ale potrzebuję środków na JEGO sprawy. Że nie proszę o szyfr do drogocennego sejfu ani hasła do banków, ale niech mi w takim razie przynajmniej poda PIN do karty bankomatowej, która jest w portfelu, żebym mógł na bieżąco płacić za to, co niezbędne (karta – co akurat wiem – jest do konta bieżącego, żadnych bardzo dużych środków na niej nie ma). Nie, bo nie.

A ja naprawdę NIE MAM pieniędzy, aby za to wszystko zapłacić.

Potem zaczął się dopytywać, gdzie jest jego portfel (był w depozycie, sam go odebrałem, bo w ubiegły czwartek wyraził na to zgodę, na szczęście przy świadkach). Mam mu oddać. Ależ proszę: portfel, jakieś karty, prawo jazdy, w przegródce 900 zł. Noszę to przy sobie od tygodnia, ale jak tata chce to mieć ze sobą w szpitalu, to nie ma sprawy (tylko żeby nie było na mnie, jak to ktoś ukradnie).

Wziął. Wyjął te pieniądze i tą zdrową ręką przeliczył, banknot po banknocie. Nawet pan Janusz – który niejedno już widział i doświadczenie ma spore – aż się skrzywił.

A potem wziął jedną z tych stuzłotówek i z tym swoim krzywym uśmieszkiem chciał mi ją wręczyć (takim gestem, jakby mówił, że to „za fatygę”). Przysięgam Wam, że byłem o krok od powiedzenia mu, gdzie może sobie tę stówę wsadzić. I jak głęboko.

Czego, oczywiście, nie zrobiłem.

Podręcznikowy przykład tego, co to znaczy „impas”. Na szczęście pan Janusz wpadł na właściwe pytanie: „No dobrze, panie L., a może komuś innemu pan jakieś pełnomocnictwa da? Może któremuś z wnuków?”. Nie. „A może Sylwii?”

Tak, Sylwii da. Niech Sylwia przyjedzie.

Więc teść w piątek będzie przewieziony na rehabilitację, za której pierwsze kilka dni albo sam zapłaci (tą kartą…), albo za którą zapłacimy z dołu, jak Sylwia od niego na ten cel wyciągnie pieniądze. A Sylwia przyjedzie w sobotę, bo wcześniej nie może. I będzie jechała 450 kilometrów (…w jedną stronę), bo tak.

A najgorsze w tym wszystkim jest to, że to wszystko i tak nie rozwiązuje problemu, a jedynie odsuwa go w czasie. Bo po rehabilitacji (która, w zależności od efektów, może trwać od kilku do nawet kilkunastu tygodni) I TAK trzeba będzie podjąć decyzję „co dalej”. Czy zakład. Czy opieka w domu. A jeśli on na jedno ani na drugie nie wyrazi zgody? Zakład nie, bo nie. Opiekunka w domu? Za żadne skarby, nie wpuści obcego człowieka, który NA PEWNO będzie chciał go okraść, prawda?

I co wtedy? Pojęcia nie mam.

On nie ma w zasadzie nikogo poza nami. Miał dwóch braci, ale obaj już nie żyją. Starszy brat miał dwie córki – znam je, bardzo fajne dziewczyny (obie już mężate i dzieciate), ale teść z nimi kontaktu nie utrzymuje, bo nie. No i jest ciocia w C. (czyli siostra jego zmarłej żony) – też już starsza pani, z chorym kolanem i w ogóle. No i Sylwia (tejże cioci córka), na szczęście. Tylko że Sylwia – jakem napisał – także mieszka w C., czyli 450 kilometrów stąd.

Przyjaciół nie ma żadnych, bo nikogo do siebie bliżej nie dopuszcza. Znajomych ma kilku, ale nie są to ludzie, którzy by mu coś pomogli.

No ale ma nas. Zięcia, którego nigdy nie lubił, ale który przecież krzywdy mu nie zrobi. Troje wnuków, którzy też mają dość ambiwalentne odczucia na temat dziadka, ale na które jednak można liczyć, bo są dobrymi i odpowiedzialnymi ludźmi. Ale nie: trzeba tych wszystkich ludzi od siebie odepchnąć dalej, obrazić, zniechęcić, bo przecież jak chcą dostępu do pieniędzy, to na pewno w złych zamiarach.

Smutne to wszystko, ale też mówiąc szczerze cholernie męczące (zwłaszcza psychicznie) i nieprawdopodobnie irytujące. Od tygodnia zajmuję się głównie jeżdżeniem do Warszawy i usiłowaniem załatwiania jego spraw (musiałem już napisać do redaktora, że nie wyrobię się z terminem tłumaczenia – na szczęście powiedział, że dwa tygodnie nie stanowią problemu). Nie mam czasu pracować, jestem zmęczony, zniechęcony, jakiekolwiek szanse na kilkudniowy wyjazd we wrześniu właśnie zdaje się poszły się paść… A on przelicza, czy mu pieniędzy z portfela nie ukradłem.

Jasne, ja wiem, że to w zasadzie choroba, ale nie czyni to sytuacji ani trochę bardziej przyjemną.

Ad mortem defecatam…

Dzieje się milion rzeczy. Na raz, oczywiście, bo przecież jakby się działy po kolei, to by było za proste. Tu lekarz, tam jakieś urzędy, to trzeba załatwić, tamto trzeba załatwić… Do tego dochodzą zbliżające się święta, które z paru powodów będą wyglądały nieco inaczej, niż zwykle (o tym niżej). A ze świętami wiążą się także próby scholi na Triduum Paschalne (czyli jeszcze jedno popołudnie / wieczór zajęte). A na to wszystko nakłada się oczywiście normalna praca – kończę książkę, na którą teoretycznie mam jeszcze sporo czasu, ale w praktyce MUSZĘ ją skończyć jak najszybciej, bo im szybciej skończę, tym szybciej zapłacą – a to niestety znowu robi się sprawa życia i śmierci. Nie, jasne że nie dosłownie. Ale.

Bo oczywiście zawsze coś, prawda? Pieniądze za książkę będę miał za +/- trzy tygodnie. Czyli już na pewno po świętach. Na koncie głównie przeciągi – ale wyliczyłem, że jakoś te trzy tygodnie przeżyjemy. Na styk, bez szaleństw, ale przeżyjemy. Wyliczyłem to dokładnie w poniedziałek rano. I jak już miałem wyliczone, to właśnie przyszła wiadomość z towarzystwa ubezpieczeniowego, że we wtorek upływa termin płatności drugiej raty składki za ubezpieczenie samochodu (o której inaczej bym zapomniał, co także świadczy o tym, że jestem zmęczony). I cały misterny plan…

…wiadomo.

Jak zapłacę wszystko to, co mi zostało do zapłacenia w ciągu najbliższych kilku dni, to zostaną mi jakieś grosze, za które oczywiście trzech tygodni nie przeżyjemy. O świętach już nawet nie wspominam – dobrze przynajmniej, że akurat TE święta to bardziej na liturgii, niż gdzie indziej, i bez kupowania prezentów. Co nie zmienia faktu, że tym razem niestety nie obędzie się bez pożyczenia. Dobrze, że z grubsza jest od kogo…

Zawsze na „świąteczne śniadanie” (płynnie przechodzące w świąteczny obiad…) w Niedzielę Wielkanocną jeździliśmy do mojego Taty. Tradycja, zawsze tak było i gdzieś podświadomie oczywiście myśleliśmy, że zawsze tak będzie. Ale, jak wiadomo, „zawsze” nie istnieje… Ciocia (żona Taty) poważnie chora. Chemie, naświetlania i wszystkie inne atrakcje, które (niestety) dobrze znam. I ciocia – mistrzyni świątecznego stołu – powiedziała, że niestety, ona w tym roku „imprezy” nie zrobi, bo po prostu nie będzie miała na to siły. Do nas też nie przyjadą, bo – patrz punkt pierwszy. Jasne, pojedziemy do nich w niedzielę późnym popołudniem czy wieczorem, żeby się chociaż zobaczyć (Piłka przyjeżdża do domu na niecałe trzy dni…) – ale to tyle. I wiele niestety wskazuje na to, że dużo lepiej już nie będzie.

Piłka miała w ogóle nie przyjeżdżać na Wielkanoc, bo na uniwersytetach w Stanach nie ma przerwy wiosennej połączonej z wielkanocną, jak w wielkiej Brytanii: do czwartku miała mieć normalnie zajęcia, potem od poniedziałku dalej – a lot z Ameryki do Europy na dwa dni to jednak trochę przesada. Okazało się jednak, że półtora tygodnia przed Wielkanocą Piłka z grupą z Harvard Law School leci na kilka dni do Wiednia na jakiś międzynarodowy konkurs dla studentów prawa. Wracają z tego Wiednia… w Poniedziałek Wielkanocny. Za bilety lotnicze oczywiście płaci uczelnia. Więc moja rzeczowa córka poszła do organizatorów i zapytała, czy mogą jej kupić bilet powrotny nie z Wiednia, tylko z Warszawy. Zgodzili się, nie robiło im to różnicy. Więc Piłka kupiła jakiegoś Wizzaira czy Ryanaira (nie pomnę) z Wiednia do Warszawy: zjawi się w domu w sam Wielki Piątek późnym wieczorem, a już w poniedziałek leci z powrotem do Bostonu. Trochę wariactwo – ale przynajmniej wpadnie.

***

Zmęczony jestem. Bardzo. Uświadomiłem sobie, że w zasadzie przez cały ubiegły rok nie miałem wakacji. Jasne, byłem na Filipinach – wyprawa fantastyczna, ale jednak wakacje to nie były (choć spędziliśmy dwa dni na plaży…). Wyjazd w sierpniu – choć także bardzo pozytywny – też nie był „wypoczynkowy”. Potrzebuję wakacji. Choć kilku dni oderwania od codzienności, wyjechania gdzieś, pobycia ze sobą samym albo w jakimś miłym (ale niewielkim!) towarzystwie. Tyle, że w najbliższym czasie nie mam na to najmniejszych szans. Może – MOŻE – jak wszystko dobrze się ułoży (…i będą jakieś pieniądze), to uda mi się wyrwać na kilka dni… we wrześniu. Na pewno nie wcześniej. A jest dopiero koniec marca.

A ja właśnie przez te ostatnie nieco zwariowane dwa tygodnie – i mając w perspektywie kolejne dwa podobne – coraz mocniej odczuwam to, że (mówiąc najprościej) nie mam już dwudziestu lat. Ani czterdziestu zresztą. Że zwyczajnie mam mniej siły niż kiedyś. Że szybciej się męczę, że jestem mniej odporny, że taka sama ilość „dodatkowych atrakcji”, które jeszcze dziesięć czy piętnaście lat temu skwitowałbym sarkastycznie, że „…ot, dzień świra” – dziś okazuje się dużo większym obciążeniem. I wymaga dużo dłuższej regeneracji. Na którą nie ma czasu ani środków.

No, to sobie pomarudziłem.

Dokąd, ośle…

Obiecuję sobie, że wrócę do pisania, ale za każdym razem, kiedy chcę się za to wziąć, coś „wypada”. Dużo ostatni spraw, które sprawiają, że nie chce mi się pisać, nie chce mi się opowiadać, nie chce mi się tłumaczyć. A z czasem – oczywiście – sprawy się nawarstwiają, więc kolejnym dniu czy tygodniu jeszcze trudniej się zabrać za pisanie, bo tych spraw do opisania czy wyjaśniania jest coraz więcej. Więc siadam, patrzę przez chwilę – a potem i tak kończy się na „…bez sensu”.

Nie, to nie jest tak, że wszystko jest źle, wszystko się wali, nic się nie udaje. Obiektywnie patrząc jest… Przeciętnie. Zapewne. Tylko kilka poważniejszych problemów… i milion drobnych spraw, które sprawiają, że trochę nie mam siły na to wszystko.

Pamiętam, jak kiedyś tu pisałem zirytowany o problemach finansowych. I co? I minęło ileś lat (a ten blog ruszył już ponad dwadzieścia lat temu!) – i dalej jest tak samo. Znowu gdzieś brakuje, znowu czegoś się nie da, znowu trzeba nerwowo czekać, czy aby przelew zdąży wpłynąć zanim będzie musiał wypłynąć (…że się tak wyrażę). Nawet jak przez chwilę jest lepiej – to zaraz znowu nie jest. Tym razem przelew ma wpłynąć w piątek (…„do piątku”, ale realnie oznacza to piątek, rzecz prosta). Problem polega na tym, że w czwartek muszę coś zapłacić. I co z tym fantem zrobić? Jakieś drobne zagięcie czasoprzestrzeni byłoby niezłym wyjściem…

Jasne, jasne, z głodu nie umrę, będę musiał pożyczyć (…od kogo?) i tyle. A potem wpłynie, to oddam. Co oznacza, że to, co wpłynie, już będzie uszczuplone. I nawet to by było do wytrzymania – „zacisnąć pasa”, przeczekać, za kilka dni kończę książkę, więc niedługo niby jakaś kasa będzie… Tyle, że jest styczeń. A w lutym będzie rachunek za gaz. A przez ostatni miesiąc temperatury były takie, że jak pomyślę o wysokości tego rachunku, to już nawet ogrzewania nie musze podkręcać , bo i tak mi się gorąco robi.

I tak w nieskończoność.

***

Mówiłem Wam kiedyś o osiołku w kieracie…? Obrazek usłyszany na jakichś rekolekcjach. Osiołek chodzi w kieracie. Kierat, praca, codzienne życie, porównanie banalne do bólu. Tyle, że jak się chwilę zastanowić…

Taki „kierat” kojarzy nam się z pracą bez sensu i bez celu, męczącą po prostu. Ale to nieprawda. Kierat nie jest bez sensu. Kierat ma cel. Kiedy osiołek kręci kieratem, to (na przykład) pompuje wodę, która nawadnia pole. To jest potrzebna i ważna praca! Bez wody pole nie obrodzi, bez ciężkiej pracy osiołka nie będzie jak żyć. Praca osiołka ma sens. Ma cel. Jest potrzebna. Ale…

Osiołek chodzi w kieracie cały dzień. Wieczorem jest zmęczony. Bolą go nogi, jakby przeszedł wiele kilometrów. Nie, nie „jakby”. Przecież właśnie przeszedł wiele kilometrów! W końcu szedł cały dzień.

Cały dzień szedł przed siebie, w dodatku z obciążeniem. Wiedział, że nie może przestać, że jego praca jest potrzebna, że nie może zawieść. Szedł, szedł, szedł…

…ale wieczorem, po całym dniu chodzenia, dalej był w tym samym miejscu, co rankiem. Smutne, co?

A potem, raz na jakiś czas, osiołek ma czas, żeby się zatrzymać. Jakaś chwila wolnego, jakieś małe wakacje, jakieś rekolekcje… Więc osiołek ma też czas, żeby pomyśleć. Żeby przeanalizować całą swoją sytuację. A kiedy już widzi – podejmuje jakąś refleksję. Patrzy na to wszystko z perspektywy.

Więc kiedy wraca do pracy, zaczyna… Chodzić szybciej.

Tyle. Morału dziś nie będzie.

Są za to dwie świetne płyty, które chciałem Wam polecić. Ale to już nie dziś. Stay tuned.

Spieszmy się.

Zmarł Jan Turnau – mądry i dobry człowiek, publicysta, animator dialogu ekumenicznego. Pisał mądrze (parafrazując ś.p. księdza Tischnera – pisał nie tylko do rzeczy, ale też do ludzi).

Poznałem Jana ćwierć wieku temu, kiedy zaczynałem pracę w Jednej Gazecie. Poniekąd poprzez niego tam trafiłem. Zdarzało nam się rozmawiać na bardzo różne tematy (ale z nim nigdy nie rozmawiało się „o niczym”), kilka razy miałem okazję z nim współpracować (wspólnie robiliśmy na przykład wywiad z o. Timothym Radcliffe’em, wówczas generałem dominikanów, w ubiegłym roku mianowanym kardynałem przez Franciszka). Wiele razy pomagał mi zdobywać potrzebne informacje. Miał „namiary” i bezpośrednie numery telefonów do połowy episkopatu, mnóstwa innych ludzi istotnych w Kościele, ale też do przedstawicieli innych kościołów, do rabinów, do wielu muzułmanów. Znali go niemal wszyscy, a on zawsze był sobą – człowiekiem o niezwykle przenikliwym spojrzeniu, ale skromnym, dobrym, otwartym, raczej słuchającym innych, niż mówiącym o sobie.

Kiedy odszedłem z gazety (krótka to była przygoda, niecałe trzy lata…), utrzymywaliśmy kontakt… Z rzadka. Ja dzwoniłem do niego w dniu jego urodzin (łatwo mi było pamiętać, bo miał urodziny w tym samym dniu, co moja M.). On odzywał się też może raz w roku, pytał co u mnie słychać. Po śmierci M. zadzwonił i powiedział dosłownie dwa zdania – że mi współczuję, że pamięta), a potem długo milczał do słuchawki.

A potem jakoś nam się ten kontakt wyciszył. Co roku dwudziestego trzeciego lutego myślałem, żeby do niego zadzwonić – ale jakoś nigdy tego nie zrobiłem. Kiedy we wrześniu spotkałem się „po latach” ze znajomymi z gazety, pytałem o niego – ktoś powiedział, że jest już bardzo słaby, że się bardzo postarzał, choć „wygląda tak jak zawsze” (bo Jan „od zawsze” wyglądał jak mocno starszy pan). Pomyślałem, że muszę się do niego odezwać. I że w lutym, na jego urodziny, zadzwonię. I pewnie bym to zrobił, ale wczoraj dowiedziałem się, że odszedł.

To „…spieszmy się kochać ludzi…” z wiersza księdza Twardowskiego (też Jana…), bywa powtarzane, parafrazowane, przekształcane na tyle sposobów, że stało się niemal memem. Że już prawie trąci banałem. A jednak…

Takie sobie marudzenie…

Wybaczcie, że mało piszę. Nie dlatego, bynajmniej, że nic się nie dzieje (…choć naprawdę nie dzieje się nic…), bo dzieje się dużo. Ale jakoś nie mam siły. Nie mogę się zebrać. Co, rzecz prosta, jest bez sensu, bo właśnie powinienem się zebrać, bo to pisanie pomaga mi zebrać myśli, zobaczyć pewne rzeczy jaśniej, spojrzeć z dystansu.

Ale co z tego, skoro nie mogę. Poczucie zapętlenia, niemożności, bezsilności sprawia, że kiedy chcę usiąść i coś napisać, jakiś wewnętrzny głos mówi „…ale po co… nie mam siły… nie chce mi się…”. Nienawidzę poczucia bezsilności. Nienawidzę sytuacji, kiedy po prostu nic nie mogę zrobić, kiedy jedyne, co mi zostaje to czekanie, aż sprawy się ułożą.

Tak, mam pełną świadomość tego, że to oczekiwanie (…i realna nadzieja, że sprawy się rzeczywiście ułożą) jest efektem tego, że wcześniej zadziałałem, że podjąłem określone decyzje. I mam świadomość, że były to słuszne decyzje.

Ale to nic nie zmienia. Konieczność patrzenia, jak „sprawy powoli się układają” – bez możliwości interwencji, zmiany czegoś, przyspieszenia ich… – jest dla mnie torturą. Tym większą, że patrzę na czyjeś cierpienie, czyjeś zmagania. I nie jestem w stanie pomóc „tu i teraz”.

Wybaczcie, że nie wchodzę w szczegóły (choć niektórzy z Was je znają…). Ale tych pozostałych też proszę – westchnijcie w intencji…

***

Tymczasem – o czym tu dotąd nie pisałem – poza wszystkim innym przede mną naprawdę wyjątkowa wyprawa. Po Wielkanocy wyruszam w miejsce naprawdę niezwykłe. Niezwykłe przez swoje położenie, niezwykłe przez fakt, że tam jeszcze nie byłem, niezwykłe przez odległość (ostatni raz tak daleko od domu byłem ponad trzydzieści lat temu, jak podróżowałem po Stanach; to będzie porównywalna odległość, choć miejsce dużo mniej oczywiste, a przez to – z perspektywy Wędrowca – jeszcze bardziej pociągające). Nie będzie to wyprawa turystyczna (choć oczywiście jakiś element Wielkiego Wędrowania też się w tym znajdzie). Więcej szczegółów może następnym razem (…taki mały cliffhanger…).

No i powinienem się cieszyć i być nakręcony samą wizją… Ale jestem tylko trochę. To, o czym pisałem na początku, sprawia, że boję się tego czasu. Tak, jak dzieliłem się w rozmowie z kilkoma osobami, które też tam jadą: paradoksalnie nie boję się drogi, nie boję się wyprawy, związanych z nią wyzwań (jestem Jaś Wędrowniczek, Włóczykij, Wędrowiec, droga to mój żywioł…) – boję się tego, co zostawiam za sobą tu, w domu.

Ale może niepotrzebnie. Może właśnie tak ma być. Może właśnie to moje zniknięcie na dwa tygodnie sprawi, że coś się szybciej ruszy do przodu. Może doda energii, zmobilizuje do działania. Chcę mieć taką nadzieję.

***

Taka myśl, która ostatnio wraca i domaga się przemyślenia: z odwagą – czy też, patrząc z drugiej strony, ze strachem – jest tak samo, jak z miłością (tą w znaczeniu Agape) czy z przebaczeniem. Tu nie chodzi o uczucia (w sytuacji zagrożenia tylko głupiec się nie boi), ale o świadomą decyzję. Odwaga to nie brak uczucia strachu – ale zdolność robienia tego, co właściwe, mimo strachu.

***

A mówiłem Wam, że Piłka przebiegła ten półmaraton w Cambridge? Coraz częściej się zastanawiam, czy jednak jej nie podmienili w szpitalu jako noworodka…

***

Passenger na koniec. Posłuchajcie. Bardzo mnie ta piosenka poruszyła. Ten człowiek jest naprawdę świetnym „tekściarzem” (poza wszystkim). To kolejny utwór (po tym, który wrzuciłem w poprzednim wpisie) z muzycznej adaptacji książki „Niezwykła wędrówka Harolda Fry” autorstwa Rachel Joyce.

…ale mnie nic nie minęło…

Dziś (technicznie rzecz biorąc – wczoraj, jest już po północy…) minęło dziesięć lat od śmierci M. Dziesięć lat. Dekada. Tak, wiem, że to brzmi jak kompletny banał, ale to przerażające, w jakim tempie leci czas. Jakieś rozmowy, jakieś spotkania, dziś (wczoraj…) była u nas w parafii msza w Jej intencji, na której zjawiło się sporo znajomych – także takich, z którymi z różnych powodów dość dawno się nie wdziałem. Wszyscy, z którymi rozmawiałem – włącznie z naszym proboszczem, kiedy „zamawiałem” tę rocznicową mszę – reagowali tak samo: To już dziesięć lat?! Niemożliwe!

A jednak. Dużo się przez te dziesięć lat wydarzyło. Wiele dobrych rzeczy. Sporo kiepskich. Życie płynie (…kolejny banał), świat się turla do przodu. A przynajmniej takie sprawia wrażenie. Bo przecież naprawdę nie dzieje się nic.

Ale… You must keep on walking, mr Fry.

Introspekcyjnie

Dziś uświadomiłem sobie pewien problem, który ma ogromny wpływ na wiele rzeczy w moim życiu – ze szczególnym uwzględnieniem relacji z bliskimi, w tym także (czy może – przede wszystkim) z moimi dziećmi. Problem, który decyduje o tym, jakim jestem ojcem (i że nie takim świetnym, jak się niektórym wydaje).

Paradoks polega na tym, że problem jest poniekąd pochodną pewnej bardzo pozytywnej cechy – czy może umiejętności – która często (częściej, niż by się chciało) okazuje się w życiu bardzo potrzebna. Niestety – jak wiadomo – każdy kij ma dwa końce.

W dodatku – co także sobie uświadomiłem – to nie jest kwestia wyboru, nauczenia się, przyzwyczajeń, a raczej „fabrycznego oprogramowania”, czyli tego, co Fabryka dała. Co – z drugiej strony – rodzi pewien optymizm, bo skoro Fabryka dała, to pewnie jednak wiedziała, co robi…

Wiecie, w czym jestem tak naprawdę dobry? OK, nie licząc gadania i operowania językiem… Potwierdzi to każdy, kto mnie zna i widział mnie w działaniu: to, co wychodzi mi najlepiej, to gaszenie pożarów. Czyli to, co w sferze korporacyjnej czy PR nazywa się „crisis management”. A w zasadzie – część tegoż (bo że nie całość – o tym niżej).

Kiedy coś się dzieje – coś złego, trudnego, niespodziewanego – i kiedy w związku z tym trzeba podjąć konkretne działania, opanować żywioł, zminimalizować szkody, a docelowo zlikwidować zagrożenie i przywrócić normalność… Kiedy coś się wali, pali, przydarza i wybucha – wtedy się sprawdzam. Potrafię zachować spokój, działać szybko i sprawnie, zachować racjonalne myślenie mimo emocji, nie wpadać w panikę. Potrafię świetnie dostosować się do sytuacji, nawet kiedy nie mam żadnych środków, planów czy schematów. Jestem mistrzem improwizacji w sytuacjach kryzysowych.

I to się sprawdza. I to jest potrzebne. Kilka razy w życiu usłyszałem coś, co do dziś uznaję za największy komplement – że jestem „dobrym przyjacielem na kłopoty”. Bo zawsze znajdę wyjście, bo zawsze jakoś rozwiążę problem, bo zawsze jakimś cudem dotrę do celu.

Tyle, że prawdziwy „crisis management” powinien obejmować także przygotowania do (ewentualnej) sytuacji kryzysowej. Planowanie, systemy, procedury – wszystko to, co pozwala zapobiec powstawaniu sytuacji kryzysowych. Zgodnie z zasadą, że „lepiej jest zapobiegać, niż leczyć”.

A w tym, niestety, jestem kiepski. I nie chodzi o nieumiejętność przewidywania, bo przecież myślenie idzie mi generalnie nie najgorzej. Ale nie potrafię dobrze planować. To, że potrafię świetnie reagować na trudne sytuacje i sobie z nimi radzić, sprawia, że za mało energii wkładam w przygotowywanie się na nie i zapobieganie im. A to, niestety, ma konsekwencje. A najgorsze jest to, że to nie ja (…nie tylko ja) te konsekwencje ponoszę.

Kiedyś wszystko było dużo łatwiejsze, bo była M. Ona nie przepadała za improwizacją, nie była w tym dobra, w takich sytuacjach zdawała się na mnie – za to była mistrzynią planowania i przewidywania. Zawsze potrafiła zauważyć słabe punkty moich pomysłów i wizji. Kiedy planowaliśmy wakacyjną wyprawę (to tylko przykład), ja – pełen entuzjazmu – przedstawiałem Jej „szeroką wizję”, tego, co możemy zrobić, gdzie pojechać, co zobaczyć. A Ona myślała, myślała, myślała – a potem pytała: „A co z tym? A jak załatwimy to? Co zrobimy tu? Jak zmienimy trasę, jeśli to i to nie wyjdzie?”. I tak dalej. I te jej „uwagi” zawsze były celne, jej planowanie zawsze było właściwe. A kiedy potem – już w trasie – coś szło inaczej, niż w planach (…bo przecież zawsze coś idzie inaczej…), wtedy wkraczałem ja, mistrz improwizacji, mentalny MacGyver. Uzupełnialiśmy się.

A potem Jej zabrakło. I niestety zabrakło też planowania, przewidywania, jasnej wizji. Kiedy są kłopoty, problemy, kiedy coś się wali, kiedy nadchodzi kolejny kryzys – tak, wtedy ja się sprawdzam. I wtedy słyszę od różnych znajomych czy przyjaciół, że jestem takim świetnym ojcem, bo potrafię wybrnąć z problemu, znaleźć rozwiązanie, bo wiem, jak w takiej trudnej sytuacji z moimi dziećmi rozmawiać.

I to wszystko prawda – ale czasami myślę, że gdybym był naprawdę świetnym ojcem, to do dużej części tych kryzysowych sytuacji po prostu nigdy by nie doszło. Bo byłbym uważniejszy, bo potrafiłbym wcześniej rozpoznać sygnały ostrzegawcze, bo umiałbym – jak mówił Morihei Ueshiba – zwyciężać bez walki, lub przynajmniej zwyciężać przed walką.

A czasami, niestety, jest tak, że kiedy już dojdzie do kryzysu, to taki kryzys zostawia trwałe ślady. Blizny. Gaszenie pożarów to cenna umiejętność, ale każdy pożar – nawet szybko i sprawnie zgaszony – zostawia po sobie zniszczenia. Zgliszcza. A nie wszystko i nie zawsze udaje się odbudować. Czasami wolałbym umieć przewidzieć pożar i umieć mu zapobiec. To by chyba było lepsze. Zwłaszcza dla moich dzieci.