Katedra w płomieniach

Był rok 1992, kiedy po raz pierwszy trafiłem do Paryża. Wyprawa szalona: w trzy osoby, zachwyceni faktem, że można – że paszport w szufladzie, że można po prostu jechać… – dojechaliśmy autostopem przez Czechosłowację (tak!), Austrię i Szwajcarię do Francji. W Paryżu byliśmy jakieś dwa tygodnie, mieszkaliśmy w dwupokojowym mieszkaniu znajomych mojego ojca, którzy wyjechali na urlop. Zjeździliśmy i schodziliśmy cały Paryż…

Pamiętam do dziś dzień, w którym trafiliśmy na Île de la Cité i weszliśmy do Notre-Dame. Pamiętam, jak stanąłem na środku i… po prostu stałem. Nie pamiętam, jak długo. Nie mogłem wyjść z tej katedry przez bodaj dwie godziny. Strzeliste kolumny, światło padające przez witraże, „gotyk płynący z kolumn lasu”… Czułem się, jakbym był w innym świecie.

Widziałem potem wiele gotyckich katedr, niektóre podobały mi się nawet bardziej (Orlean…) – ale to Notre-Dame była pierwsza. To w niej zrozumiałem, że (…co oczywiście jest absolutnie subiektywnym odczuciem…) nie wspanialszego niż gotyk w historii architektury nie powstało.

Byłem potem w Paryżu jeszcze kilka razy i zawsze ją odwiedzałem choć na chwilę (za każdym razem było to trudniejsze, bo tłumy turystów rosły z roku na rok).

I miałem nadzieję, że kiedyś pokażę ją moim dzieciom (bo akurat do Paryża jeszcze nigdy razem nie dotarliśmy). Ale już mi się to chyba nie uda.

Na początku miałem nadzieję, że to tylko dach – ale nie. Najnowsze informacje są takie, że spłonęło 3/4 wnętrza. Wszystkie drewniane sprzęty, rzeźby… Trochę najcenniejszych dzieł sztuki strażacy zdołali wynieść. Została (na razie) konstrukcja budynku, fasada i dwie wieże.

Już są pierwsze komentarze o tym, że będzie odbudowana… Ale jak? Czy da się odtworzyć ten klimat? Witraże? Wielką rozetę?

Katedrę budowano ponad 180 lat. Stała przez osiem wieków. Spłonęła w kilka godzin. Jakoś mi z tym ciężko.

Uzupełnienie…

Dwa dni później wiadomo już sporo więcej. Sama historia jak z jakiegoś koszmarnego thrillera… Napastnik psychicznie chory, w trakcie leczenia. Nie wiadomo, skąd wziął się na Smrekowej, nie wiadomo, skąd wziął się w tym miejscu – jakie głosy czy jakie zwidy go tam doprowadziły.

Smrekowa leży na Antałówce – zaczyna się zaraz koło ronda, przy którym leżą oba zakopiańskie dworce, kolejowy i autobusowy. Na dole to jest normalna, zakopiańska ulica – ale im wyżej, tym puściej. Domy w zasadzie kończą się kawałek za zakrętem pod górę, asfalt kończy się nawet chwilę wcześniej. Potem jest sto metrów „niczego” – po obu stronach wspinającej się pod górę drogi jest pole, jakieś chaszcze, jakiś zagajnik. I dopiero dalej stoi dom, w którym mieszkały ciotki. Jak się stoi przy tych ostatnich wcześniejszych zabudowaniach, to tego domu prawie nie widać – czubek dachu co najwyżej.

Gdyby ten szaleniec próbował w podobny sposób dostać się do któregoś z domów leżących niżej, na pewno ktoś by zareagował – sąsiedzi wylecieliby z kijami (…albo i z siekierką, w końcu jesteśmy na Podhalu). Ale tam nikogo dookoła nie ma – nikt nawet nie widział, że coś się dzieje. Z tego, co piszą w prasie, policja przyjechała w ciągu kilku minut… Ale za późno. Napastnik obszedł dom, który nie był nawet ogrodzony (ciotki zawsze mówiły, że trzeba by kiedyś płot postawić – i zawsze na mówieniu się kończyło). Od strony ogrodu tam są stare, drewniane drzwi balkonowe. Zaczął się dobijać i rzucać kamieniami – ciotki zadzwoniły na policję. A on rozwalił te drzwi i wszedł do środka z nożem.

Jakby tego wszystkiego było mało – dziennikarze dowiedzieli się, że siostra tego człowieka dzień czy dwa przed tragedią dzwoniła na policję i na pogotowie, prosząc o pomoc, bo bratu wyraźnie się pogarszało, wpadał w psychozę, dziwnie się zachowywał. Ale że (wtedy) nie zachowywał się jeszcze agresywnie, to rzecz prosta wszyscy to zlekceważyli.

Przecież dwa miesiące wcześniej bardzo podobna sytuacja doprowadziła do tragedii w Gdańsku. Matka człowieka, który później zabił prezydenta Adamowicza, także zgłaszała, że jej syn stwarza zagrożenie. Nikt się tym nie przejął. I – jak widać – nikt z tej tragedii żadnych wniosków nie wyciągnął.

…dnia ani godziny…

Stoję w kolejce do kasy. Kolejka długa, idzie powoli, więc z nudów wyciągam telefon i zaczynam przeglądać najnowsze wiadomości. I nagle czytam: Tragedia w Zakopanem. Facet z nożem zaatakował dwie siostry. Jedna nie żyje, druga leży w szpitalu. Widzę nazwę ulicy (bo akurat ją podali), i nagle kojarzę. Dwie samotnie mieszkające siostry, ta ulica, dom oddalony od innych… Wychodzę ze sklepu i dzwonię do ciotki B. Tak, to one.

Moje dalekie ciotki, kuzynki mojej mamy. Jedna była mniej więcej w jej wieku. Druga – ta, która zginęła – kilka lat młodsza, co oznacza, że obecnie pod siedemdziesiątkę. Podobno jakiś wariat zaczął rzucać im kamieniami w okna i walić do drzwi. Wyszły zapewne, żeby go pogonić – stare góralki nie tak łatwo przestraszyć – a on rzucił się na nie z nożem. Tyle wiem na razie.

Piękny, stary dom na Smrekowej. Cały z bali, ponadstuletni, w nienajlepszym stanie, bo remont takiego drewnianego zabytku to straszne pieniądze… Wielki dom – a ciotki mieszkały od bardzo dawna same, tak im się życie poukładało. Jako dziecko bywałem tam co najmniej raz, czasami dwa razy w roku. Przyjeżdżałem z mamą, mieszkaliśmy w takim dużym pokoju gościnnym na dole. Potem przyjeżdżałem już sam, żeby połazić po górach. Kilka razy nawet z grupką znajomych (wtedy płaciliśmy ciotkom, bo w końcu ogrzewanie, woda…). Z domem na Smrekowej, na Antałówce, wiąże się mnóstwo wspaniałych wspomnień.

I nagle taka wiadomość.

Popielcowo

(Wpis umieszczony na starym blogu 6 marca, w Środę Popielcową).

Kolega K. chodził ze mną do przedszkola. Potem chodziliśmy do tej samej podstawówki, ale do sąsiednich klas. A potem… Potem nie widzieliśmy się przez jakieś dwadzieścia parę lat. Aż spotkałem go bodaj ze trzy lata po przeprowadzce z Warszawy do G., w sklepie. Okazało się, że mieszka w M. (trzy kilometry od nas). Potem jeszcze parę razy spotykaliśmy się – a to w sklepie, a to w parku w G., a to w kolejce do lekarza (jego córka leczyła się u tego samego ortopedy, co moja). Miłe to były spotkania, bo choć z K. nie byliśmy nigdy bliskimi kumplami, to gość jest inteligentny, sympatyczny, jest z nim o czym pogadać. Wymieniliśmy się telefonami, „tak na wszelki wypadek”.

Dziś K. zadzwonił do mnie właśnie, kiedy byłem na mszy (Popielec…). Oddzwoniłem po powrocie do domu. Głos miał zupełnie normalny – może trochę „nakręcony”, ale zawsze żartowaliśmy, że był na granicy ADHD.

– Wiesz – powiedział – …mam raka. Nie, spokojnie, jeszcze nie umieram. Ale to rak jamy ustnej. Wiesz, na własną prośbę. 30 lat paliłem. Rzuciłem cztery lata temu, ale widać za późno. Za tydzień operacja, muszą mi usunąć spory kawałek szczęki i język. Więc pomyślałem, że zadzwonię i powiem ci „cześć”, bo potem to już tylko esemesy i maile.

Potem jeszcze opowiadał mi, że chciałby nakręcić (…już tylko pisemnie) wielką akcję antynikotynową, pokazując się ludziom i „mówiąc” im, do czego prowadzi palenie. – Może choć jeden głupek pomyśli i nie wyląduje tu, gdzie ja jestem – tłumaczył. – Masz jeszcze te stare kontakty w gazecie?…

Siedzę i nie mogę przestać myśleć. Człowiek ma żonę i dzieci. Jest takim samym gadułą jak ja. Ale nie łamie się, nie siedzi z płaczem w kącie, nie wpada w depresję. Dzwoni, żeby powiedzieć „cześć”. I już planuje, co będzie robił po operacji.

No, to właśnie tak mi się dziś zaczął Wielki Post.

(Przy okazji, jakbyście zapomnieli: