Uzupełnienie…

Dwa dni później wiadomo już sporo więcej. Sama historia jak z jakiegoś koszmarnego thrillera… Napastnik psychicznie chory, w trakcie leczenia. Nie wiadomo, skąd wziął się na Smrekowej, nie wiadomo, skąd wziął się w tym miejscu – jakie głosy czy jakie zwidy go tam doprowadziły.

Smrekowa leży na Antałówce – zaczyna się zaraz koło ronda, przy którym leżą oba zakopiańskie dworce, kolejowy i autobusowy. Na dole to jest normalna, zakopiańska ulica – ale im wyżej, tym puściej. Domy w zasadzie kończą się kawałek za zakrętem pod górę, asfalt kończy się nawet chwilę wcześniej. Potem jest sto metrów „niczego” – po obu stronach wspinającej się pod górę drogi jest pole, jakieś chaszcze, jakiś zagajnik. I dopiero dalej stoi dom, w którym mieszkały ciotki. Jak się stoi przy tych ostatnich wcześniejszych zabudowaniach, to tego domu prawie nie widać – czubek dachu co najwyżej.

Gdyby ten szaleniec próbował w podobny sposób dostać się do któregoś z domów leżących niżej, na pewno ktoś by zareagował – sąsiedzi wylecieliby z kijami (…albo i z siekierką, w końcu jesteśmy na Podhalu). Ale tam nikogo dookoła nie ma – nikt nawet nie widział, że coś się dzieje. Z tego, co piszą w prasie, policja przyjechała w ciągu kilku minut… Ale za późno. Napastnik obszedł dom, który nie był nawet ogrodzony (ciotki zawsze mówiły, że trzeba by kiedyś płot postawić – i zawsze na mówieniu się kończyło). Od strony ogrodu tam są stare, drewniane drzwi balkonowe. Zaczął się dobijać i rzucać kamieniami – ciotki zadzwoniły na policję. A on rozwalił te drzwi i wszedł do środka z nożem.

Jakby tego wszystkiego było mało – dziennikarze dowiedzieli się, że siostra tego człowieka dzień czy dwa przed tragedią dzwoniła na policję i na pogotowie, prosząc o pomoc, bo bratu wyraźnie się pogarszało, wpadał w psychozę, dziwnie się zachowywał. Ale że (wtedy) nie zachowywał się jeszcze agresywnie, to rzecz prosta wszyscy to zlekceważyli.

Przecież dwa miesiące wcześniej bardzo podobna sytuacja doprowadziła do tragedii w Gdańsku. Matka człowieka, który później zabił prezydenta Adamowicza, także zgłaszała, że jej syn stwarza zagrożenie. Nikt się tym nie przejął. I – jak widać – nikt z tej tragedii żadnych wniosków nie wyciągnął.

…dnia ani godziny…

Stoję w kolejce do kasy. Kolejka długa, idzie powoli, więc z nudów wyciągam telefon i zaczynam przeglądać najnowsze wiadomości. I nagle czytam: Tragedia w Zakopanem. Facet z nożem zaatakował dwie siostry. Jedna nie żyje, druga leży w szpitalu. Widzę nazwę ulicy (bo akurat ją podali), i nagle kojarzę. Dwie samotnie mieszkające siostry, ta ulica, dom oddalony od innych… Wychodzę ze sklepu i dzwonię do ciotki B. Tak, to one.

Moje dalekie ciotki, kuzynki mojej mamy. Jedna była mniej więcej w jej wieku. Druga – ta, która zginęła – kilka lat młodsza, co oznacza, że obecnie pod siedemdziesiątkę. Podobno jakiś wariat zaczął rzucać im kamieniami w okna i walić do drzwi. Wyszły zapewne, żeby go pogonić – stare góralki nie tak łatwo przestraszyć – a on rzucił się na nie z nożem. Tyle wiem na razie.

Piękny, stary dom na Smrekowej. Cały z bali, ponadstuletni, w nienajlepszym stanie, bo remont takiego drewnianego zabytku to straszne pieniądze… Wielki dom – a ciotki mieszkały od bardzo dawna same, tak im się życie poukładało. Jako dziecko bywałem tam co najmniej raz, czasami dwa razy w roku. Przyjeżdżałem z mamą, mieszkaliśmy w takim dużym pokoju gościnnym na dole. Potem przyjeżdżałem już sam, żeby połazić po górach. Kilka razy nawet z grupką znajomych (wtedy płaciliśmy ciotkom, bo w końcu ogrzewanie, woda…). Z domem na Smrekowej, na Antałówce, wiąże się mnóstwo wspaniałych wspomnień.

I nagle taka wiadomość.

Popielcowo

(Wpis umieszczony na starym blogu 6 marca, w Środę Popielcową).

Kolega K. chodził ze mną do przedszkola. Potem chodziliśmy do tej samej podstawówki, ale do sąsiednich klas. A potem… Potem nie widzieliśmy się przez jakieś dwadzieścia parę lat. Aż spotkałem go bodaj ze trzy lata po przeprowadzce z Warszawy do G., w sklepie. Okazało się, że mieszka w M. (trzy kilometry od nas). Potem jeszcze parę razy spotykaliśmy się – a to w sklepie, a to w parku w G., a to w kolejce do lekarza (jego córka leczyła się u tego samego ortopedy, co moja). Miłe to były spotkania, bo choć z K. nie byliśmy nigdy bliskimi kumplami, to gość jest inteligentny, sympatyczny, jest z nim o czym pogadać. Wymieniliśmy się telefonami, „tak na wszelki wypadek”.

Dziś K. zadzwonił do mnie właśnie, kiedy byłem na mszy (Popielec…). Oddzwoniłem po powrocie do domu. Głos miał zupełnie normalny – może trochę „nakręcony”, ale zawsze żartowaliśmy, że był na granicy ADHD.

– Wiesz – powiedział – …mam raka. Nie, spokojnie, jeszcze nie umieram. Ale to rak jamy ustnej. Wiesz, na własną prośbę. 30 lat paliłem. Rzuciłem cztery lata temu, ale widać za późno. Za tydzień operacja, muszą mi usunąć spory kawałek szczęki i język. Więc pomyślałem, że zadzwonię i powiem ci „cześć”, bo potem to już tylko esemesy i maile.

Potem jeszcze opowiadał mi, że chciałby nakręcić (…już tylko pisemnie) wielką akcję antynikotynową, pokazując się ludziom i „mówiąc” im, do czego prowadzi palenie. – Może choć jeden głupek pomyśli i nie wyląduje tu, gdzie ja jestem – tłumaczył. – Masz jeszcze te stare kontakty w gazecie?…

Siedzę i nie mogę przestać myśleć. Człowiek ma żonę i dzieci. Jest takim samym gadułą jak ja. Ale nie łamie się, nie siedzi z płaczem w kącie, nie wpada w depresję. Dzwoni, żeby powiedzieć „cześć”. I już planuje, co będzie robił po operacji.

No, to właśnie tak mi się dziś zaczął Wielki Post.

(Przy okazji, jakbyście zapomnieli:

Na Papierze

W czwartek, przed pierwszym w tym roku długim weekendem, spędziłem godzinkę u bardzo życzliwej Pani Notariusz. Poświadczenie przejęcia spadku.

Dlaczego po prawie dwóch latach? Bo nie miałem pojęcia, że to w ogóle potrzebne. Tak, wiem, niby człowiek inteligentny (w miarę…) i wykształcony, a głupi. Ale co zrobić – pierwszy raz w życiu zostałem wdowcem. Zawsze mi się (naiwnie) wydawało, że sprawa spadkowa potrzebna jest wtedy, kiedy są jakieś wątpliwości. Większa ilość spadkobierców, spory między nimi, testament (na przykład przez kogoś kwestionowany), jakieś dzieci z poprzednich małżeństw czy z innych związków… A tu – wydawałoby się – sprawa prosta. Oboje byliśmy jedynakami, żadnych innych dzieci poza trójką Potworów, żadnych wątpliwości co i kto.

A jednak. Okazało się, że trzeba. Bo bez tego nie da się załatwić miliona spraw. Ignorantia iuris non excusat, jak wiadomo.

Na szczęście – dzięki pomocy znajomego prawnika – udało się to załatwić bez konieczności robienia sprawy w sądzie rodzinnym, tylko właśnie przez notariusza. Choć tyle.

Tak więc jestem właścicielem 5/8 naszego domu – pozostałe 3/8 należą do moich dzieci. Czyli nawet, jakbym chciał któreś wyrzucić z domu, to nie będzie proste… Podobnie ma się sprawa z samochodem. Gdybym chciał go sprzedać – muszę uzyskać zgodę sądu rodzinnego (bo Potwory są niepełnoletnie) – a potem albo kupić nowy samochód znowu „na współwłasność” z dziećmi, albo poinformować sąd, w jaki sposób część pieniędzy ze sprzedaży należącą do moich dzieci przeznaczę na ich potrzeby. Trochę to paranoiczne, zważywszy, że mówimy o dziesięcioletnim samochodzie… Cóż zrobić – stulta lex, sed lex.

***

Przyjęcie spadku… Wyszedłem od Pani Notariusz w dziwnym nastroju. Przygasiło mnie. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałem, co. Trzymanie w ręku takiego dokumentu sprawia, że człowiek jakoś wyraźniej – choćby po tych dwóch latach – zdaje sobie sprawę z nieodwracalności zdarzeń. Z tego, że już nigdy. I że już zawsze. I tak dalej.

Pod górkę

Czasami naprawdę nie wiem, co mam robić. Nie wiem, jak to wszystko rozgrywać. Mam takie wrażenie, że wszystko, za co się wezmę, natychmiast zaczyna się sypać. Praca idzie fatalnie: za mało mam na nią czasu. A to „za mało” to i tak o wiele za dużo, jeśli spojrzeć z perspektywy tego, czego potrzebują moje dzieci. Zwłaszcza Pucek, ale przecież nie tylko on.

Z powakacyjnego dołka miałem wyjść w październiku – a tu październik się kończy, a brzegów dołka nie widać. A tu jakieś długi do pozamykania – miałem nadzieję, że już będę je miał z głowy, ale oczywiście nie, to by było za proste. Bo przecież ciągle coś się musi dziać, bo przecież jak już coś do przodu, to zaraz coś do tyłu, bo ubezpieczenie samochodu, bo cztery duże rachunki na raz, bo piekarnik się zepsuł, bo, bo, bo…

Jak tylko udaje mi się coś ogarnąć, dogonić rzeczywistość w jakiejś konkretnej sprawie, mieć przez moment poczucie, że zaczynam nad tym wszystkim panować – to zaraz się okazuje, że dwie inne sprawy zawaliłem, jedna nie poszła tak, jak miała pójść, a trzy kolejne właśnie się pojawiły. Chciałem książkę zamknąć przed końcem października – a guzik, gdzie tam. Może (może!) uda się do połowy listopada. I niby żaden problem, pośpiechu nie ma, termin jest do końca roku… Ale po pierwsze – potem do końca marca są jeszcze dwie książki, więc im szybciej skończę tę, tym szybciej zacznę kolejną. A po drugie – jak skończę, to mi zapłacą. Proste zależność, prawda?…

A jeszcze ta cholerna jesień. Nienawidzę jesieni. Leje, mokro, paskudnie. A niedługo znowu bezsensowna, nikomu do niczego niepotrzebna zmiana czasu, która sprawi, że koło czwartej już będzie ciemno. Czasami naprawdę doceniam mądrość niedźwiedzi: mam ochotę położyć się do łóżka i zapaść w sen zimowy. I wstać dopiero na wiosnę. I wcale nie musi to być ta najbliższa wiosna.

No, to sobie pomarudziłem.