Różności…

Skończyłem książkę dla jednego wydawnictwa. Zaczynam kolejną, dla innego. I muszę powiedzieć, że wreszcie, WRESZCIE – pierwszy raz od chyba trzech lat – będę tłumaczył coś naprawdę ciekawego. Dobre wydawnictwo (i „oryginalne”, i polskie), naprawdę niezła stawka, a przy tym książka, którą po prostu sam chętnie bym przeczytał. Porządne, dobrze napisane non-fiction, którego autorem jest bardzo dobry amerykański dziennikarz, laureat wielu nagród. A w dodatku temat, który zawsze mnie interesował. To będzie przyjemność, nie praca… (No dobra, praca też 😉 )

Gdybym mógł tłumaczyć tylko takie rzeczy, to naprawdę byłoby fajnie. Niestety, tak dobrze nie ma: mam już „zaklepane” kolejne dwie książki (od tego wydawnictwa, dla którego teraz tłumaczyłem). Co, oczywiście jest bardzo pozytywnym zjawiskiem – tyle, że tematycznie i jakościowo są to zdecydowanie mniej ciekawe pozycje… Cóż, narzekać nie będę. Zwłaszcza, że sytuacja finansowa – po +/- półtora roku – znowu jest dość fatalna…

***

Piłka dostała informację, że przyznano jej jedno ze stypendiów, o które się ubiegała w związku z przyjęciem na Cambridge. To załatwia niecałą jedną trzecią kosztów – ale to dobry początek. Gdyby dostała to drugie w maksymalnej wysokości (uzupełnienie do 100% potrzebnych środków), sprawa byłaby zamknięta – choć oczywiście szanse na to są niewielkie. Ale nawet gdyby dostała „tylko” równowartość kolejnej jednej trzeciej, to już byłoby optymistycznie: tę ostatnią część może dałoby się jakość pozbierać, prosząc o wsparcie różne instytucje i fundacje. Jest szansa…

***

Pietruszka opowiadał, jak na zajęciach pani prowadząca przez dwadzieścia minut wyprowadzała im jakiś dowód (miała wyprowadzić wartość ∏/4 za pomocą wzoru Taylora, jeśli dobrze zrozumiałem… Gdyby czytali to jacyś ścisłowcy, to bardzo przepraszam, jeśli coś namieszałem, ale – jak się domyślacie – nie mam pojęcia, o co chodzi). Dwadzieścia minut. Kiedy skończyła (wszyscy skrzętnie notowali), zapytała, czy wszystko jasne. I wszyscy pokiwali głowami… Wróć: nie wszyscy. Bo mój syn – z typową dla siebie niepewnością – zapytał, dlaczego [cośtam] jest opisane jako [cośtam], podczas gdy powinno być [coś_innego]. Pani prowadząca wpatrywała się w tablicę przez dziesięć sekund, po czym oznajmiła: „Oczywiście, ma pan rację. Namieszałam. Skreślcie to wszystko, zrobiłam błąd i cały dowód jest do kosza. Powtórzymy to sobie na następnych zajęciach, jak dojdę, co jest nie tak”.

Nikt inny tego nie zauważył i w ogóle nikt nie załapał, że „coś jest nie tak”. W ten sposób Pietruszka mocno zapunktował u pani prowadzącej – choć reszta studenckiej braci była mniej zachwycona tym „…skreślcie to wszystko”. Tym bardziej, że – o czym wcześniej nie wiedziałem – podobno nie była to pierwsza taka akcja w wykonaniu mojego syna. 🙂

Nieźle. Powiedziałbym, że dobre geny – ale te akurat zdecydowanie objawiają się w co drugim pokoleniu (jego dziadek, a mój Osobisty Tata, był bardzo matematyczny; ja – nie).

***

Wiosna. Wreszcie. Pogodne niebo, ciepłe dni (nawet jeśli noce jeszcze zimne), słońce… To chyba jakiś pierwotny instynkt, jakaś gatunkowa pamięć zbiorowa, ale kiedy zaczyna się taka pogoda, od razu mi trochę lepiej. Kiedy wychodząc na spacer z psem czuję na plecach ciepło słonecznych promieni, słyszę śpiew ptaków – czuję, jakby różne troski i obawy trochę mniej mi ciążyły. Już kiedyś o tym pisałem: jestem człowiekiem lata.

***

Ukraina się broni. Rosja – na kilku poziomach – już poniosła w tej wojnie koszmarną klęskę. Klęska wizerunkowa – której nie przysłonią wszystkie kłamstwa Ławrowa i innych rosyjskich „dyplomatów” – jest oczywista. To, że rosyjska gospodarka będzie odczuwać skutki samej wojny i związanych z nią zachodnich sankcji jeszcze długie lata – to też wydaje się jasne. Niezwykłe jest także to, na jak wielu płaszczyznach ta wojna wywołała skutki przeciwne do planów Putina. Na Ukrainie jeszcze dziesięć lat temu naprawdę duża grupa ludzi (mówi się, że w niektórych rejonach – około połowy) miała mocno prorosyjskie poglądy… Po tym, co się dzieje, Rosja nie będzie miała na Ukrainie większej grupy zwolenników przez kolejne trzy pokolenia.

Ale moim zdaniem największą klęską Rosji jest co innego. Przez całe lata Zachód patrzył na Rosję z respektem. Co by nie mówić: ogromne państwo, z jedną z największych armii świata… I nagle, w ciągu miesiąca, okazało się, jak bardzo król jest nagi! Bajzel, braki i błędy w dowodzeniu, źle wyszkoleni żołnierze, fatalny wywiad, kłopoty z podstawową logistyką, gigantyczna korupcja i zwykłe złodziejstwo (dotyczące, jak widać, także gigantycznych pieniędzy teoretycznie przeznaczanych co roku na wydatki wojskowe). Najbardziej „elitarne” rosyjskie jednostki – jak słynni spadochroniarze, zawsze przedstawiani jako twardzi, niepokonani, niemal nadludzie… – nagle w starciu z ukraińskimi oddziałami okazują się niewiele warte. Kolejne rosyjskie czołgi odholowywane przez ukraińskie traktory, kolejne wozy pancerne niszczone za pomocą ręcznych wyrzutni. Ktoś jeszcze pamięta buńczuczne „żarty” Putina o tym, że „jakby co”, to rosyjskie czołgi w dwa tygodnie będą pod Brukselą?…

Po tych czterech tygodniach cały świat już wie, że pod względem militarnym Wielka Rosja to kolos na glinianych nogach. Szkoda, że to nic nie zmienia dla ludzi kryjących się pod ostrzałem w ruinach Mariupola…

…o wschodzie słońca…

Czytam, oglądam, słucham. Śledzę. Przez cały dzień, niemal bez przerwy. Nawet kiedy pracuję, co parę chwil rzucam okiem na wiadomości. Od mnie z domu do Kijowa – jak podają mapy G – jest trochę ponad 800 kilometrów. 10 godzin jazdy. Do Lwowa – połowa tej drogi.

Jutro rano wstanę, zjem śniadanie, mój młodszy syn pojedzie do szkoły, starszy na uczelnię. Córkę dziś odwiozłem do bursy, gdzie mieszka w tygodniu. Będę pracował, kiedy chłopcy wrócą do domu – zjemy obiad, wyjdę z psem na spacer…

A tam – nie na końcu świata, ale głupie kilkaset kilometrów stąd! – toczy się wojna. Dzieci nie chodzą do szkół, bo siedzą w schronach, albo właśnie uciekają do Polski, albo właśnie nie żyją, bo jakiś bandyta zdecydował się strzelać do uciekających cywilów. Studenci nie chodzą na zajęcia, tylko z karabinami w rękach walczą o wolność. I giną.

Nie mogę o tym spokojnie myśleć. Nie mogę. Rozbija mnie wewnętrznie koszmarna bezsilność – bo mam poczucie, że NIC nie mogę zrobić. Jasne, mogę wpłacić jakieś grosze (bo na więcej mnie nie stać) na pomoc dla uchodźców. Mogę pozbierać ubrania po moich dzieciach – pewnie się przydadzą ludziom, którzy z całego swojego życia, które zostawili za sobą, mogli zabrać tylko walizkę czy dwie. Nasz proboszcz – nie spodziewałem się – ogłosił, że w naszym domu parafialnym zamieszkają trzy rodziny z Ukrainy, kobiety z dziećmi. Zgłosił taką możliwość, pierwsza rodzina ma dotrzeć jeszcze w tym tygodniu. Pewnie będzie trzeba jakoś pomóc. W klasie Pucka właśnie przybyło troje uczniów z Ukrainy. Dwoje zna angielski – więc natychmiast znalazły się dzieciaki, które im wszystko na angielski tłumaczą. Jeden chłopiec mówi tylko po ukraińsku – ale w klasie jest uczeń, który ma mamę Ukrainkę i jest dwujęzyczny.

Ale to wszystko nic. NIC. Cały świat patrzy, jak Ukraina walczy o wolność. Kiedy czytam kolejne doniesienia, napełniają mnie na zmianę skrajne emocje. Czasami satysfakcja, że Goliat po raz kolejny dostaje w pysk. Czasami ból, kiedy słyszę o kolejnych ofiarach, zniszczonych domach, płonących miastach.

Mój straszy syn kilka dni temu skończył dwadzieścia lat. Gdybyśmy jakiś zrządzeniem losu urodzili się pięćset kilometrów na wschód, prawdopodobnie teraz walczyłby z karabinem w ręku. Jak o tym pomyślę, wzbiera we mnie uczucie, którego dawno już nie czułem. Miałem nadzieję, że udało mi się je wyrzucić z serca na dobre – a jednak w takich sytuacjach się pojawia. Tak, kiedy myślę o młodych ludziach – takich jak Pietruszka i młodszych – którzy giną (albo są zmuszani do zabijania innych) tylko dlatego, że jednemu skurwysynowi zachciało się wojny…

Zwykle nie jestem wielkim fanem kazań naszego proboszcza (nie ma w nich nic złego, ale ciężko się ich słucha…), ale to, co mówił w Środę Popielcową, bardzo mnie poruszyło (bo też widać było, że i on jest poruszony). Mówił o tym, że w takich sytuacjach – kiedy dzieją się rzeczy straszne, a jednocześnie kiedy wiemy, po której stronie jest słuszność – bardzo łatwo jest pozwolić sobie na nienawiść. Pozwolić sobie na nienawiść. A to już jest trochę klęska.

People, help the people…

Wieczór, ciemno, poszedłem z psem na wieczorny spacer. Traf chciał, że zamiast zwykłej trasy „dookoła osiedla” zdecydowałem się pójść do parku, który zaczyna się za ulicą ograniczającą nasze osiedle od północy. Pogoda ładna, ciepło, Lucek w parku dawno nie był (…a lubi). No to ruszamy. Potworom się nie chciało, szedłem sam, więc słuchawki na uszach, w słuchawkach muzyka…

Przechodzę przez ulicę – na trawniku przy alejce „wchodzącej” do parku ktoś leży. Mężczyzna. Leży w pozycji embrionalnej, nie rusza się. Jest ciemno, robi się zimno. Podchodzę, pies na krótkiej smyczy. Młody chłopak – siedemnaście-dwadzieścia lat. Próbuję potrząsnąć, poruszyć, pytam go, co się stało – zero reakcji. Dotykam policzka – zimny. Przez moment myślałem, że nie żyje – ale nie, ruszył się, podniósł, usiadł… Ale dalej zero kontaktu, nic nie mówi, nie podnosi głowy, nie patrzy (więc nie mogę nawet mu w oczy spojrzeć). Za chwilę podnosi się na nogi – ale po przejściu kilku kroków z powrotem ciężko siada na ziemi, obejmując rosnące tam drzewko.

No więc dzwonię na 112. Pani dyspozytorka wypytuje, więc tłumaczę: nie wiem, co mu jest, żyje, ale kontaktu z nim nie ma, alkoholu nie czuję (a w każdym razie nie na tyle, żeby to mogło tłumaczyć takie objawy). Narkotyki? Niewykluczone, skąd mam wiedzieć? Ale widać – podkreślam to głośno i dobitnie – że jest z nim coś bardzo nie tak. Może być pijany? No może, ale nie wygląda na aż tak pijanego, żeby aż tak nie kontaktować. A może jest naćpany. Albo ma udar, cholera wie. Pani decyduje, że przyśle policję.

Panowie niebiescy zjawiają się po kilku minutach. Mówię, co i jak, wskazuję człowieka i czekam. Próbują z nim rozmawiać, podnoszą go, widzę, ze wyciągają mu z kieszeni dokumenty – chłopak niby stoi (podtrzymywany), ale nie reaguje. Trwa to kilka minut, w końcu chcę podejść i powiedzieć, że moim zdaniem powinien go zobaczyć lekarz – ale nie zdążam, bo panowie niebiescy na szczęście podejmują decyzję, że trzeba go zabrać. Nie wiem, czy zawieźli go do szpitala, czy do domu, ale w każdym razie w parku nie został.

Ale…

Alejka przy wejściu do parku. Siódma wieczorem. W parku sporo ludzi, jakieś halloweenowe imprezy się toczą. Grupy dzieciaków (starszych i młodszych) chodzą poprzebierane i zbierają cukierki. Na ławce po drugiej stronie alejki (nie wiem – dwadzieścia metrów dalej?) siedzi grupka młodzieży w wieku podobnym do tego biedaka. I co, naprawdę nikt go nie zauważył? Przez te kilka minut, kiedy czekałem na policję, alejką obok przeszło kilkanaście osób. Stałem kilka metrów dalej, z psem, nikt nie wiedział, że czekam na wezwaną pomoc. Widziałem, jak ludzie patrzyli na niego. I szli dalej.

Dlaczego…?

Pisałem poprzednim razem o książce, którą czytałem (Władcy strachu. Przemoc w sierocińcach i przełamywanie zmowy milczenia” – Ewa Winnicka i Dionisios Sturis). Straszna lektura, ale w całej swojej straszności moim zdaniem – lektura obowiązkowa. Zawsze czytając takie historie mam wrażenie, że choćby w ten sposób – właśnie czytając i przeżywając – mogę oddać jakąś sprawiedliwość ofiarom i uderzyć w sprawców takich czynów, którzy bardzo chcieliby, aby nikt o tym nie mówił.

Książka (long story short) opowiada historię systemowego (tak to chyba trzeba nazwać) znęcania się i okrucieństwa wobec podopiecznych sierocińców (ale także rodzin zastępczych) na wyspie Jersey w ciagu ostatniego półwiecza. Przemoc psychiczna i fizyczna, de facto tortury, wszechobecne wykorzystywanie seksualne (i przyzwolenie na wykorzystywanie młodszych dzieci przez starsze) z brutalnymi gwałtami włącznie, najprawdopodobniej – także morderstwa. A wszystko to na sielskiej, spokojnej, uroczej wyspie, słynącej z niskich podatków, dobrych szkół, niskiej przestępczości i uznawanej za wprost doskonałe miejsce do życia.

Koszmarna to lektura. Same relacje ofiar (dziś już dorosłych ludzi) są wstrząsające – opowiadane pozornie na zimno (po po latach), a jednak pełne emocji, opisujące rzeczowo i dokładnie doznane krzywdy. Znacie takie uczucie, kiedy ktoś na pozór spokojnie opowiada o jakichś wydarzeniach, ale w jego głosie słychać krzyk?

Ale – paradoksalnie – nie to poruszyło mnie najbardziej. Tym, co dla mnie w całej tej opowieści było najbardziej wstrząsające, było wszystko to, co działo się na zewnątrz tych historii. Systemowe ukrywanie tego, co się działo. Lokalni politycy, dla których do końca ważniejsze było „dobre imię wyspy” i zachowanie funkcjonującej od wieków „Jersey way of living” niż cierpienie, życie i zdrowie ofiar. Policjanci (zwłaszcza członkowie „policji honorowej”) działający zawsze w interesie „wyspy”, nigdy w interesie ofiar. Prokuratorzy, którzy odmawiali wszczęcia śledztwa mimo zebranych dowodów i zeznań. Rządzący, którzy świadomie i cynicznie niszczyli kariery tych policjantów („importowanych” z głównej części Wielkiej Brytanii), którzy nie poddali się zmowie milczenia i uruchamiali kolejne śledztwa. I tak dalej, i tak dalej…

Bulwersujemy się (i słusznie, rzecz prosta!) historiami pedofilii w polskim Kościele. Oburzamy się (i słusznie!) na biskupów, którzy wiedząc o skłonnościach albo działaniach jednego czy drugiego księdza zamiast zadziałać, przeciąć sprawę, zgłosić gdzie trzeba – zamiatali wszystko pod dywan. Zjawiskiem, które jest dziś niemal symbolem całego procederu, jest osławione „przenoszenie do innej parafii” (czy wręcz diecezji) księdza, który krzywdził nieletnich – na skutek czego nie tylko unikał on kary, ale mógł krzywdzić kolejne ofiary. Oburza nas to. Gorszy.

Ale kiedy czytam o tym, co się działo na Jersey, dochodzę do wniosku, że te historie z naszego podwórka to jeszcze nic. Bo tam (mówiąc obrazowo, bo na Jersey akurat nie duchowni byli sprawcami) nawet „nie przenoszono do innej parafii”. Ludzie, o których wiadomo było, że znęcają się nad dziećmi, molestują, gwałcą, dalej pracowali w sierocińcach. Nikt nikogo nie przenosił, skargi trafiały w próżnię, jakimkolwiek próbom zmiany sytuacji natychmiast ukręcano łeb.

Chłopak, który został brutalnie zgwałcony przez zamożnego gentlemana, zabierającego go na przejażdżki w ramach „pomocy sierotom”, opowiedział wszystko pielęgniarce (podobno skądinąd miłej kobiecie), do której trafił, bo po tym, co się stało, przez kilka dni krwawił z odbytu. Co zrobiła pielęgniarka? Nic. Powiedziała mu, że na pewno zmyśla, pewnie się przewrócił i tyle. Zamożny gentleman zabierał go potem na takie „przejażdżki” jeszcze wielokrotnie.

Dzieci, które w rodzinie zastępczej były bite, głodzone i wykorzystywane seksualnie, próbowały się poskarżyć – i nic. Zagrożono im, że jak jeszcze raz coś takiego „wymyślą”, to trafią do szpitala psychiatrycznego. Nie chodzi nawet o to, że im nie uwierzono – nikt nawet nie wysłuchał, co mają do powiedzenia.

Zeznania wielu świadków dowodzą, że w największym domu dziecka na wyspie wielokrotnie zjawiali się różni „sławni i bogaci”, którzy po prostu wybierali sobie dzieci, które później ich „obsługiwały”. Nie mówimy o gwałcie w ciemnej uliczce czy o sprytnym pedofilu kryjącym się w ciemnych korytarzach sierocińca, ale o systemowym (wiem, że używam tego słowa po raz kolejny) wykorzystywaniu, o którym bez cienia wątpliwości wiedział dyrektor i (zapewne) większość personelu. I co? I nic. Nikogo nawet „nie przeniesiono do innej parafii”. Większość sprawców spokojnie dożyła swoich dni na emeryturze, ciesząc się do końca życia szacunkiem otoczenia.

Wstrząsająca jest historia o nauczycielu z miejscowego college’u (w realiach brytyjskich college to odpowiednik naszego liceum, przypominam), który wykorzystywał seksualnie nie tylko sieroty z domu dziecka, ale także swoich uczniów – dzieci z dobrych domów, z zamożnych i szanowanych miejscowych rodzin. I co? I nic. Nawet kiedy już zebrano dowody (łącznie z filmami, które s…syn sam nagrywał!) dyrektor college’u nie widział powodu, żeby go zwolnić z pracy, bo to przecież znakomity nauczyciel, szanowany w społeczności, lubiany przez uczniów i rodziców… A kiedy – wyłącznie dzięki uporowi „importowanych” policjantów – drań został wreszcie oskarżony, dyrektor zgodził się na to, aby… nie prowadził więcej zajęć z uczniami, ale nadal otrzymywał pełną pensję. A rodzice – rodzice! – urządzili awanturę szefowi policji, że psuje dobre imię szkoły…

I – przypomnę – to wszystko nie działo się w jakimś (pardon) Bantustanie, tylko na terenie będącym dependencją Korony Brytyjskiej. Europa Zachodnia, cywilizacja, pierwszy świat.

Trzy myśli, które nie dają mi spokoju po przeczytaniu tej książki.

Po pierwsze – zarozumiałem, co miały – mają – wspólnego wszystkie ofiary takich czynów. Wszystkie: i te na Jersey, i te w Polsce, i w USA, i gdziekolwiek. Tu nie chodzi o status (choć oczywiście łatwiej krzywdzić sierotę, o którą nikt się nie upomni), o pochodzenie, inteligencję, wygląd, zachowanie. Jedynym, co łączy wszystkie ofiary, jest to, że nikt ich nie słuchał.

Po drugie – zrozumiałem, co łączy wszystkich sprawców takich czynów. Tu nie chodzi o to, czy ktoś jest nauczycielem, opiekunem w sierocińcu, bogatym i znanym prezenterem radiowym (jak niesławny Jimmy Savile), księdzem czy może prostym woźnym albo stolarzem. Jedynym, co łączy sprawców jest to, że mieli władzę. Władzę oczywiście na bardzo różnych poziomach – ale jednak władzę nad tymi dziećmi.

Po trzecie – chyba zrozumiałem, dlaczego ci ludzie to robili. Dlaczego dopuszczali się tych okropności, dlaczego krzywdzili, bili, molestowali, gwałcili. Odpowiedź na to pytanie mrozi krew w żyłach. No bo pomyślcie: naukowcy sądzą że skłonności pedofilskie (w najszerszym sensie – także te „graniczne” i te, które nigdy nie przekładają się na zachowania pedofilskie, a pozostają w sferze jakichś tam tendencji, myśli etc.) może przejawiać do 5 procent męskiej populacji. Tych „prawdziwych” pedofili, którzy dopuszczają się czynów uznawanych za przestępstwo, jest znacznie mniej – prawdopodobnie poniżej 1 procent populacji. Pedofilia to zachowanie objęte w naszej cywilizacji szczególnie silnym tabu. A jednak w sprzyjającej sytuacji całe mnóstwo zupełnie normalnych ludzi – od wysoko postawionych polityków i celebrytów, poprzez pedagogów, wychowawców, aż po przypadkowych woźnych, stolarzy czy czy monterów – zachowywało się tak a nie inaczej i najwyraźniej nie widziało w tym nic szczególnie złego. Odpowiedź, dlaczego to robili, jeśli się dobrze wczytać w historie opisane we „Władcach strachu”, jest bardzo prosta: BO MOGLI.

I nie mogę się oprzeć myśli, że to fatalnie o nas świadczy. O nas jako gatunku.

„To już jest koniec…”

Długo się zastanawiałem, czy napisać to, co za chwilę napiszę. Bo przecież to i tak nic nie zmieni. Bo może część z Was nie będzie chciała więcej tu zaglądać. Ale – jak wiedzą ci, co mnie znają osobiście – nie potrafię siedzieć cicho. Więc napiszę, a jeśli ktoś poczuje się urażony albo zawiedziony, to chciałbym tylko mieć pewność, że najpierw przeczytał. Do końca.

Chcę napisać kilka słów o wczorajszym orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego i o jego (orzeczenia) skutkach. Przy czym „kilka słów” to eufemizm. Będzie długo.

Od czego zacząć… Jestem człowiekiem wierzącym. Chrześcijaninem. Katolikiem. Ci, co mnie znają, wiedzą, że wiara i Kościół są bardzo ważną częścią mojego życia.

Jestem także głęboko przekonany, że życie ludzkie zaczyna się w momencie poczęcia. Myślę tak nie tylko dlatego, że tak naucza Kościół – ale także (a może przede wszystkim) dlatego, że nie zam żadnego racjonalnego, naukowego argumentu, który wskazywałby jakikolwiek inny moment jako początek życia ludzkiego.

Co za tym idzie, jestem przekonany, że aborcja jest złem. I że nie powinno jej być – z wyjątkiem sytuacji, w której jest niezbędna do ratowania życia, a wszelkie inne odstępstwa od tej zasady są już pewną formą kompromisu. I piszę to z pełną świadomością faktu, że „kompromis” to z definicji sytuacja, w której żadna ze stron nie jest w 100% „zadowolona”…

Dlatego właśnie uznawałem dotychczasowy „kompromis aborcyjny” za rzecz dobrą. Bardzo znaczący był dla mnie fakt, że w czasach, kiedy w większości krajów świata dostęp do aborcji „na życzenie” (czy prawie „na życzenie”) jest oczywistością, w Polsce funkcjonował taki właśnie kompromis. Jasne, zdarzały się osoby o poglądach ekstremalnych (z obu stron okołoaborcyjnego sporu), ale – wbrew ich opiniom – kompromis ten był przez większość ludzi w Polsce abo akceptowany, albo przynajmniej tolerowany (potwierdzały to wszelkie sondaże).

Mówię to w czasie przeszłym, bo tego kompromisu już nie ma. Po 27 latach został wyrzucony do kosza. I – jako człowiek wierzący i mający takie poglądy, jak wyżej napisałem – chcę napisać, dlaczego moim zdaniem stało się bardzo źle.

Oczywiście nie napiszę wszystkiego – nikt z Was pewnie aż tyle czasu na czytanie nie ma. Nie chcę też powtarzać wszystkich tych argumentów, które przelewają się teraz przez wszystkie możliwe media, a które w gruncie rzeczy sprowadzają się do tego, co już parę ładnych lat temu napisał dominikanin, o. Ludwik Wiśniewski:

Wprowadzenie całkowitego zakazu aborcji nie jest lekarstwem ratującym życie każdego nienarodzonego. Decyzja na urodzenie kalekiego dziecka jest aktem heroicznym i musi być osobista. Tej osobistej decyzji nie można zastąpić decyzją prawodawcy!

Chciałbym jednak napisać o czym innym. O dwóch rzeczach, z których, jak mi się wydaje, wiele osób o poglądach pro-life nie zdaje sobie sprawy. Pierwsza nie ma może zasadniczego znaczenia dla istoty sporu. Druga – i owszem.

Pierwsza sprawa jest taka: mam wrażenie, że większość środowiska pro-life (…do którego, przypomnę, poniekąd też się zaliczam…) nie zdaje sobie sprawy, że jest ordynarnie wykorzystywana. Czy naprawdę są ludzie na tyle naiwni, żeby uwierzyć w to, że Jarosław Kaczyński (bo przecież, bądźmy poważni, to on podjął dezycję, a nie Trybunał Konstytucyjny) zgodził się na takie rozwiązanie ze względów ideowych? Z troski o życie nienarodzonych? Gdyby tak było, PiS dawno już przegłosowałby zakaz aborcji ustawowo – Kaczyński miał do tego dość ludzi w parlamencie i nikt by go nie powstrzymał. Ale nie: przez ostatnie 5 lat temat aborcji był w sejmie od czasu do czasu wałkowany i zawsze w końcu lądował w „zamrażarce”. Dlaczego odmrożono go akurat teraz? I dlaczego w takiej formie – zamiast ustawy w parlamencie szopka z „pytaniem do Trybunału”? Nie bądźmy naiwni: Kaczyński ma sprawę aborcji w nosie – cała akcja, na moje oko, obliczona jest wyłącznie na wywołanie wielkiej, ogólnonarodowej awantury, która odwróci naszą uwagę od dramatycznej sytuacji ekonomicznej, kolejnych afer i faktu, że ten rząd zmarnował kilka ostatnich miesięcy na wewnętrzne przepychanki, a teraz kompletnie nie panuje nad sytuacją drugiej fali pandemii.

Ale OK, jestem w stanie zrozumieć, że dla osób patrzących na kwestię zakazu aborcji czysto ideowo to nie jest argument. Mogą powiedzieć: „W porządku, intencje mogły być takie, ale skutek jest pozytywny”.

Tylko czy rzeczywiście? Tu pojawia się druga sprawa, o której chciałbym napisać.

Czy zdajecie sobie sprawę, skąd wziął się ten (już nieaktualny) dotychczasowy kompromis w kwestii aborcji? Ano wziął się stąd, skąd biorą się wszystkie kompromisy: z DIALOGU. Kiedy w latach dziewięćdziesiątych toczyła się pierwsza wielka dyskusja społeczna na ten temat, spory były ostre, emocji było dużo (także negatywnych), pióra leciały, ale był w tej sprawie DIALOG. Pamiętam uderzające zestawienie badań sondażowych, które pokazywały jednoznacznie, jak na skutek tego dialogu zmieniały się podglądy. Przed rozpoczęciem dyskusji większość polskiego społeczeństwa była przeciwna jakimkolwiek zmianom w kwestii aborcji – ale w chwili, kiedy parlament przegłosowywał obowiązującą do wczoraj ustawę, miała ona już w sondażach poparcie większości badanych (nie pomnę dokładnych danych, na pewno można je znaleźć w sieci).

Co się zmieniło – prawo? Otóż nie: zmieniła się mentalność, zmienił się sposób myślenia ludzi. I dlatego była możliwa (…i miała sens) zmiana prawa.

W takiej sprawie jak aborcja – w dowolnych kwestiach dotyczących światopoglądu – zmiana prawa bez zmiany świadomości nie ma sensu. A nawet więcej: jest przeciwskuteczna. A teraz zmiany świadomości nie było: wszystkie sondaże jednoznacznie wskazywały, że ogromna większość ludzi w Polsce nie chciała zmian dotychczasowego kompromisu.

Jeśli nie rozumiecie, o czym mówię, wyobraźcie sobie Apostołów, którzy zamiast cierpliwie głosić Ewangelię z pełną świadomością, że dotarcie z nią do całego świata zajmie wieki, postanowiliby najpierw nawrócić cesarza (…albo przekonać go, że będzie to dla niego korzystne) i skłonić go do nakazania wiary w Chrystusa wszystkim mieszkańcom Imperium.

Tak, Trybunał wydał orzeczenie. Kompromis przestał istnieć. Pchnęliśmy wahadło aborcyjne w prawo. Co oznacza, że przy najbliższej okazji wychyli się ono w lewo. A okazja zdarzy się zapewne szybciej, niż nam się wydaje: nawet jeśli ten rząd dotrwa do kolejnych wyborów (w co, patrząc na sytuację pandemiczną i gospodarczą, szczerze wątpię), to przecież nie dłużej. Wyrok tego Trybunału przy nowym parlamencie łatwo będzie obalić – wielu prawników dość jednoznacznie sugeruje, że jego orzeczenia nie mają mocy prawnej (niekonstytucyjnie wybrana Pierwsza Prezes, obecność „sędziów-dublerów”). Albo zorganizowane zostanie referendum konstytucyjne. Możliwości jest sporo.

Kiedyś wierzyłem w to, że najważniejszym zadaniem środowisk pro-life jest właśnie zmiana świadomości, mentalności ludzi. Że powoli, krok za krokiem, rozmowa za rozmową, powinniśmy przekonywać innych. Że kiedy ktoś zrozumie, to zmieni zdanie. Że narzucanie czegokolwiek siłą jest po prostu bez sensu, podobnie zresztą jak prymitywne granie na emocjach. I miałem pełną świadomość tego, że osiągnięcie takiego celu – we współczesnym świecie – musi zająć lata. Dekady.

To, co stało się wczoraj, kończy tę walkę. I nie mam na myśli tego, że cel został osiągnięty. Bo nie został. Stworzono sytuację prawną, w której czegoś zakazano – i tyle. Akcja rodzi reakcję: jeśli chodzi o mentalność, o sposób myślenia, efekt będzie dokładnie przeciwny do zmierzonego. Mnóstwo ludzi, zwłaszcza młodych, zbuntuje się, zradykalizuje, stanie się gorącymi zwolennikami pełnej liberalizacji aborcji (nawet, jeśli dotąd byli dużo bardziej „centrowi”). Nie trafią już do nich żadne argumenty, żadne racje, nic. Nie wierzycie mi? To poczekajcie, historia pokaże Wam, że mam rację. Przy najbliższej okazji, jak napisałem, wahadło wychyli się w przeciwną stronę – ale tym razem na dobre, a przynajmniej na bardzo, bardzo długo. Mogę się założyć, że najdalej w ciągu piętnastu lat (a raczej szybciej) w Polsce dostępna będzie aborcja na życzenie. Jestem także pewien, że potem to się już nie zmieni za mojego życia, bo po tym, co się wczoraj stało, jakakolwiek rozmowa, jakikolwiek dialog na ten temat będzie w zasadzie niemożliwy. I odpowiedzialna za to będzie wczorajsza decyzja TK.

Chciałem Wam to uświadomić: Wam, moi znajomi i przyjaciele, moi bracia w wierze, i Wam, biskupi mojego Kościoła: jeśli myślicie o swoim posłannictwie w kategorii walki o życie nienarodzonych, to zdajcie sobie sprawę, że właśnie wczoraj tę wojnę przegraliśmy.