Sound of Silence…

Trochę nie mam siły pisać. Jest taka dziwna zależność w moim życiu, że zawsze jak się wydaje, że wszystko się wali, że zostały już tylko gruzy i zgliszcza, to okazuje się, że jednak jest w tym wszystkim jakaś droga, że otwiera się nowa perspektywa, że coś się na tych gruzach jednak da zbudować.

Niestety, ten medal ma też drugą stronę, swój negatyw, lustrzane odbicie: czasami mam wrażenie, że zawsze, jak już się wydaje, że jest lepiej – że jest dobrze, że wszystko się jakoś układa – to wyskakuje coś, co ten obrazek burzy. Jakiś kolejny problem, kolejny dołek, kolejna przeszkoda.

Tak, to oczywiście prawda stara jak ludzkość, odwieczny cykl strapienia i pocieszenia, tak rzeczowo opisany przez Ignacego Loyolę.

To tym bardziej trudne, że ja – dawno już doszedłem do tego wniosku – naprawdę nie mam dużych wymagań. Nie oczekuję od życia rzeczy wielkich. Wstrząsających przeżyć, wybuchów emocji, największych wspaniałości. Milionów na koncie. Naprawdę. To, co mam, zupełnie mi wystarcza. Nie musi być rewelacyjnie. Nie musi być wspaniale. Nie potrzebuję wielkich wydarzeń, żeby się zachwycić.

Czasami chciałbym tylko, żeby było normalnie. Zwyczajnie. Spokojnie. Żeby nie musieć się martwić o codzienność, o przyszłość. O bliskich.

No i właśnie: ile razy tę normalność osiągam (czy, w każdym razie, już mi się wydaje, że ją osiągam…), tyle razy dzieje się coś, co ją zaburza. I bardzo często jest to coś, na co nie mam żadnego wpływu – albo mam wpływ bardzo niewielki.

Hey, Mr. Tambourine Man, play a song for me – I’m not sleepy and there ain’t no place I’m goin’ to…

Pod górkę

No i niestety jeszcze jakiś czas nie odetchnę (to w nawiązaniu do poprzedniego wpisu). Niemiecki Puckowi poszedł, matematyka poszła (…nie, żeby świetnie, ale poszła). Ale fizyka nie poszła. Musi zdać w sierpniu poprawkę. W końcu sierpnia. Co oznacza, że przede mną jeszcze dwa miesiące denerwowania się.

Każda (prawie…) sytuacja ma jakieś plusy. Plusem tej sytuacji jest to, że Pucek wreszcie załapał, że chyba potrzebuje jakiejś pomocy. Mieliśmy poważną rozmowę (przez „poważną rozmowę” rozumiem poważną rozmowę, a nie wrzaski, awantury czy pretensje; jak wiecie nie jestem politykiem i staram się, żeby moje słowa znaczyły tyle, ile znaczą…). Pokazałem mu, że o ile z pozostałymi przedmiotami radzi sobie w tym systemie nauki naprawdę dobrze (poza tym nieszczęsnym niemieckim ze wszystkich egzaminów miał w tym roku same czwórki i piątki!), o tyle ROZSZERZONA fizyka i ROZSZERZONA matematyka najwyraźniej wymagają czegoś więcej. I że tym „czymś więcej” jest konsekwencja i systematyczność – które akurat nie są jego najmocniejszymi stronami. Bo przecież nie chodzi o to, że on tego „nie ogarnia” intelektualnie – z matematyki i fizyki przez całą podstawówkę miał dobre oceny, a wiem, że nauczyciele nie byli specjalnie pobłażliwi i nie dawali dobrych ocen „na piękne oczy”.

No więc stanęło na tym, że w przyszłym roku szkolnym będzie ktoś, kto mu pomoże z matematyką i fizyką. Nie ktoś, kto go będzie uczył – ale ktoś, kto spotka się z nim powiedzmy raz na dwa tygodnie, żeby podsumować przerobiony materiał, wyjaśnić wątpliwość i sprawdzić, czy dobrze rozumie to, czego się nauczył. I to – moim zdaniem – powinno wystarczyć, bo to go zmusi to tego, żeby regularnie i systematycznie się tych rozszerzonych przedmiotów uczył. Wystarczy, że posiedzi nad matematyką i fizyką głupią godzinę dziennie (łącznie) – i spokojnie dostanie czwórkę.

I on się na to zgodził, co – jak niektórzy z Was wiedzą – w przypadku tego egzemplarza jest elementem kluczowym. Bo dotąd zawsze było „…poradzę sobie!”. A teraz chyba załapał, że może jednak nie do końca.

Ale żeby to wszystko doszło do skutku, to najpierw musi zdać tę poprawkę w sierpniu. Znalazłem mu kogoś, kto mu pomoże się przygotować – wyobraźcie sobie, mój nauczyciel fizyki z liceum! Obecnie już starszy pan, ale nadal równie inteligentny, błyskotliwy i dowcipny jak te trzydzieści pięć lat temu. Jest na emeryturze, dorabia sobie korepetycjami. Zawsze był świetnym nauczycielem – i nie tylko dlatego, że potrafił kapitalnie wszystko tłumaczyć, ale także dlatego, że był prawdziwym pasjonatem. Uwielbiał fizykę, dawała mu – i nadal daje – pozytywnego kopa. Mam tylko nadzieję, że „zaiskrzy”, bo w przypadku Pucka to jest dość kluczowa sprawa… Pierwsze spotkanie (on-line) pojutrze, trzymajcie kciuki. Mocno.

…co oznacza, że nadal żyję w zawieszeniu. Z jednej strony mam nadzieję, że z taką pomocą on tę poprawkę bez problemu zda – i trochę na to się nastawiam. Z drugiej… Problem polega na tym, że w nauczaniu domowym (tak Niemiłościwie Nam do Niedawna Panujący zadecydowali) nie można powtarzać klasy, nie można też mieć żadnego „warunku”. Więc gdyby – nie daj Boże – on tej poprawki nie zdał, to… Houston, mamy problem. Bo wtedy na przełomie sierpnia i września trzeba by „na gwałt” szukać mu nowej szkoły, w której mógłby powtarzać drugą klasę. Ale gdzie znajdziemy taką szkołę, która go wtedy przyjmie? W żadnym sensownym liceum nie będzie już przecież miejsc. Obawiam się, że w tych mniej sensownych też. Technikum? Ale jakie? Co zostaje…?

Ryzyko takiej sytuacji jest realnie niewielkie… Ale przecież nie zerowe. Więc prawda jest taka, że do końca sierpnia będę się denerwował. Jasne, potem mi wszyscy powiedzą, że nie było po co. Tylko co to zmienia…

Mój wrześniowy wyjazd twardo planuję, ale gdyby jak wyżej – to on oczywiście też weźmie w łeb, bo początek września będę musiał spędzić robiąc zupełnie co innego. Z drugiej strony – jeśli chcę, żeby to miało szanse powodzenia, to podstawowe decyzje muszę podjąć w najbliższych dniach. Inna sprawa, że jak będzie źle, to strata jakiejś tam niewielkiej zainwestowanej sumy będzie najmniejszym problemem.

Jestem zmęczony. Bardzo. Takim ciężkim, up…dliwym zmęczeniem. Pracą, staraniem się, walczeniem. Byciem silnym. Nawet nie wiecie, jak mam serdecznie dość bycia silnym. Między innymi dlatego tak bardzo potrzebuję tego samotnego wyjazdu. Bo wtedy nic nie muszę. Nie muszę być silny, nie muszę się starać, robię coś albo nie – i tylko ja ponoszę konsekwencje własnych wyborów.

Marzę o wędrowaniu, o szumie morza albo wiatru w górach, o drodze pod nogami, o ciszy, o spokojnych wieczorach spędzanych gdzieś daleko od szumu codzienności. Ale nawet jeśli to marzenie uda się zrealizować, to do tego czasu musi minąć jeszcze ponad dwa i pół miesiąca. Dwa i pół miesiąca pracy w dużych ilościach (tak się złożyło). Z czego ponad dwa miesiące w napięciu, bo w oczekiwaniu na poprawkę Pucka. Jeszcze tydzień temu miałem nadzieję, że on zda to wszystko (…jakkolwiek) i przynajmniej ta jedna sprawa do końca wakacji spadnie mi z barków.

„Myślałam już, że tego nie wytrzymam… Ale nie wiedziałam, jak to zrobić, więc szłam dalej”

Some dreams lie waiting at the end of the road…

Zmarł Shane MacGowan… O mojej (nigdy niesłabnącej) miłości do grupy The Pogues już tu kiedyś pisałem. MacGowan to genialny przykład na to, jak „niszowe” może być jednocześnie „kultowe”. Trzy czwarte ludzi w wieku moich dzieci (i starszych) w życiu o nim nie słyszała i zapewne nie słyszała nigdy żadnej jego piosenki – a o jego odejściu pisała chyba cała anglojęzyczna prasa, wspominali go muzycy tacy jak Nick Cave, a Bono razem z U2 nie tylko „oddał mu cześć” na Twitterze, ale w czasie piątkowego koncertu zaśpiewał w ramach „tribute to” jego piosenkę „A Rainy Night in Soho”…

Smutne to: odszedł kolejny muzyk, na którego koncercie bardzo kiedyś chciałem być – i nigdy już nie będę. Człowiek o bardzo pokomplikowanym życiu, ktoś, z kim większość z nas pewnie osobiście nie chciałaby się zadawać – a jednocześnie naprawdę niesamowity muzyk i niezwykła osobowość sceniczna. Popularne powiedzonko głosiło, że Shane MacGowan z powodu alkoholu zapomniał więcej piosenek, niż wielu innych muzyków kiedykolwiek w życiu napisało i nauczyło się.

Kiedy w nadchodzące święta będę słuchał „Fairytale of New York” (bo to dla mnie, nie śmiejcie się, jeden z obowiązkowych elementów świątecznego czasu…), to jednak będzie dziwne: mieć świadomość, że tego gościa już tu nie ma… (Dla uczciwości: to „już” jest względne: na wieść o jego śmierci wielu ludzi było zaskoczonych tym, że zmarł – ale chyba równie wielu tym, że w ogóle jeszcze żył…).

Some dreams are hollow
Some dreams are cold
Some dreams are crazy
And some dreams are bold

Some dreams are bought
And other dreams are sold
Some dreams lie waiting
At the end of the road…

(Jem Finer, The Pogues, fragment „Bright Lights” z płyty Pogue Mohone)

Bo jesień, wie pan, głupia historia…*

*…grypa i wiatr, i oratoria.

Zawsze w listopadzie budzi się we mnie zwierzę… Problem polega na tym, że to zwierzę to oczywiście niedźwiedź, więc budzi się i nie marzy o niczym innym, jak o zapadnięciu z powrotem w sen (zimowy). Marzenia – oczywiście – nie do zrealizowania, bo praca, bo milion innych rzeczy (…o tym, że biologia nie ta, to już nawet szkoda gadać). Jest mokro, zimno, szaro, zmrok zapada coraz wcześniej. Nie cierpię tej pory roku.

A w tym roku jesień wyjątkowo ponuro-depresyjna. Dwa dni przed Wszystkimi Świętymi zmarł mąż mojej serdecznej przyjaciółki. Oboje młodsi ode mnie. J. był chory – bardzo poważnie chory, od wielu, wielu lat. Jego żona zawsze mówiła, że ma pełną świadomość tego, iż „starości raczej razem nie dożyją”. Ale właśnie dlatego, że to trwało tak długo (J. był chory już kiedy się pobierali, a to było jakieś dwadzieścia lat temu) – to jednak było „nagle” (…w sumie – śmierć chyba zawsze jest „nagle”). J. idzie do szpitala? No tak, wiadomo, przynajmniej dwa razy w roku J. idzie do szpitala na tydzień czy dwa. Wszyscy się do tego przyzwyczaili… Ale tym razem już z tego szpitala nie wrócił. Moja przyjaciółka – zresztą lekarka – wezwana pilnym telefonem zdążyła jeszcze dojechać na OIOM. Zmarł przy niej. Została sama z dwiema córkami.

A kilka dni temu odeszła kilkunastoletnia córka jednych znajomych. Dziewczyna miała kłopoty, leczyła się, wydawało się, że jest już lepiej, trafiła do świetnego ośrodka terapeutycznego, wszyscy mieli nadzieję, że jest na dobrej drodze… Przedawkowała leki. Czy to był wypadek, czy świadoma decyzja – tego się już pewnie na tym świecie nie dowiemy. Pogrzeb dziecka (choćby i nastoletniego) to jedna z najtrudniejszych rzeczywistości, jakie znam.

***

Dobrze jest czasami móc się spotkać ze starymi przyjaciółmi. Są tacy ludzie, z którymi nie widuję się miesiącami, z którymi przez rok mam kontakt wyłącznie internetowo-telefoniczny, ale kiedy się spotkamy – czujemy, jakbyśmy rozmawiali wczoraj.

***

O tym, że był remont, już wspominałem – choć skupiłem się głównie na historii szczura. Historii, która zresztą miała ciąg dalszy, bo szczur wrócił (choć tylko do przedsionka, dalej już nie miał jak), przez dwa dni odmawiał złapania się w ustawione pułapki – a dnia trzeciego został znaleziony martwy. Pan M. – fachowiec od remontu – uznał, że chyba po prost był już stary. Moim zdaniem nie wytrzymał psychicznie…

Tak, jak pisałem, remont początkowo miał być mini-remontem, a skończyło się na malowaniu prawie całego domu. Wszystko przez mojego Tatę, który – kiedy usłyszał, że chcę pomalować te dwa pokoje – zaczął mi tłumaczyć (zresztą absolutnie racjonalnie, jak to mój Tata…), że to bez sensu. – I tak będziesz miał bałagan w domu, i tak będzie trzeba sprzątać – mówił. – I co, za rok będziesz robił następne malowanie? Skoro już i tak to robisz, to pomaluj wszystko!

Próbowałem mu wytłumaczyć, że na „wszystko” mnie po prostu nie stać (nawet ta wersja mini miała kosztować za dużo… pewnie dlatego, że dla mnie od jakiegoś czasu wszystko, co się wiąże z wydawaniem pieniędzy, jest „za dużo”). Ale Tata natychmiast powiedział, że nie, że on mi pomoże, że ma odłożone jakieś pieniądze (…on zawsze „ma odłożone jakieś pieniądze”…) i tak dalej.

No i… Well, jak mawiają Anglicy. Z jednej strony – naprawdę trudno takiej propozycji odmówić. Więc nie odmówiłem, oczywiście. Z drugiej…

Nie mówię już o tym, że akurat czas na ten „większy” remont był dla mnie bardzo niewygodny – raz, że pracy mnóstwo, a dwa, że jak wiadomo remont zawsze kosztuje plus minus półtora raza tyle, ile się założyło, co oznacza, że znowu jestem na minusie jak stąd na Kamczatkę. Ale to są (…były…) problemy na poziomie – nazwijmy to – technicznym. A ja mam problem na poziomie – czy ja wiem? – egzystencjalnym.

Mam pięćdziesiąt trzy lata. To jest – jak wczoraj mówiłem w rozmowie z moimi Przyjaciółmi – taki wiek, kiedy ludzie osiągają już w życiu jakiś poziom stabilizacji. A ja nie jestem w stanie pomalować domu bez pomocy mojego osiemdziesięciotrzyletniego Taty. Emeryta. I po prostu źle się z tym czuję, bo tak sobie myślę, że to już jest wiek, w którym to ja jemu powinienem pomagać, a nie on mnie. Ech.

***

Przeczytałem ostatnio wiersz (…bo, jak wiadomo, niektórzy lubią poezję…), który mnie naprawdę zachwycił. Znam Autorkę – poznałem ją osobiście kilka lat temu, przy okazji różnych spraw zupełnie niezwiązanych z poezją; poniekąd przypadkiem dowiedziałem się, że pisze wiersze – które zrobiły na mnie duże wrażenie. Jest w nich jakiś poziom wrażliwości, jakieś postrzeganie świata i ubieranie myśli w słowa, które bardzo do mnie przemawiają. Bezpośredniego kontaktu z tą osobą nie mam już dawno, ale raz na jakiś czas zaglądam na jej stronę stronę i czytam to, co pisze. I muszę powiedzieć, że dawno już żadne słowa tak mnie nie poruszyły.

Franciszkańska 3 i co dalej

Długo się zastanawiałem, czy o tym pisać, ale kto mnie zna, ten wie, że cicho siedzieć nie umiem… Uprzedzam, będzie długo. Krótko się nie da.

Burza medialno-polityczna po opublikowaniu reportażu „Franciszkańska 3” przewala się przez Polskę we wszystkich kierunkach i na stu różnych poziomach. Jedni się oburzają, głośno wyrażają zgorszenie, rwą się do obalania pomników, sięgają po najostrzejsze inwektywy. Drudzy „bronią papieża”, oburzają się na tych pierwszych, odsądzają ich od czci i wiary, zarzucając im (jak zwykle przy takich okazjach) „zdradę ojczyzny i Kościoła”, „stalinowskie metody”, „szarganie świętości” i tak dalej, i tak dalej…

W większości reakcji i wypowiedzi mamy tylko czerń albo biel, żadnych odcieni szarości, żadnego zniuansowania, ani sekundy namysłu. W kraju i tak już podzielonym na dwa wrogie, nienawidzące się plemiona pojawił się kolejny temat, który można do pogłębiania tych podziałów wykorzystywać. A ludzie reagują jak psy Pawłowa – bezmyślnie, bez cienia refleksji. I każdy, kto myśli inaczej, jest Wrogiem.

A ja jak zwykle stoję w środku, patrzę w jedną stronę, w drugą – i po żadnej się nie odnajduję. Ani nie rwę się do obalania pomników i odrzucenia wszystkiego, czego dokonał Jan Paweł II – ani do obrony go na siłę, tylko dlatego, że „papież wielkim Polakiem był”. I – trochę dla poukładania własnych myśli, trochę dla wyjaśnienia mojego podejścia tym kilku osobom, które tu zaglądają – chciałbym wyjaśnić, dlaczego.

1. DLACZEGO NIE RWĘ SIĘ DO OBALANIA POMNIKÓW.

Przede wszystkim – jestem i zawsze byłem zdecydowanym przeciwnikiem „cancel culture”. Nigdy nie zgadzałem się z podejściem według którego czyjś błąd (czy choćby ciężki grzech) w jednej sprawie automatycznie „zeruje” wszystkie inne jego dokonania, dzieła i osiągnięcia. Wielu wielkich ludzi miało w życiu złe chwile, wielu nie raz dokonywało fatalnych wyborów, wielu miało na sumieniu paskudne decyzje. Nie chodzi mi o usprawiedliwianie dokonanego zła („…no tak, był mordercą, ale za to pisał dobre książki”) – ale uważam, że to działa także w drugą stronę: popełnione zło nie niweczy dokonanego dobra. Ludzie nie są tylko dobrzy albo tylko źli. Niezależnie od błędów Karola Wojtyły nic nie zmieni tego wszystkiego, czego dokonał i co zdziałał.

Poza tym mam dziwne wrażenie, że ogromna większość ludzi najostrzej reagujących na ten reportaż i ujawnione w nim fakty to ludzie stosunkowo młodzi, którzy (trochę z „przywileju późnego urodzenia”) postrzegają to, czego się dowiedzieli, w kategoriach kompletnie ahistorycznych. Uwaga: nie mówię o politykach, którzy na fali tych wydarzeń robią sobie przyspieszoną kampanię wyborczą (o tym niżej) – mówię o „zwykłych ludziach”, oburzonych, wściekłych, zgorszonych. Co mam na myśli?

Po pierwsze – niemal wszyscy krytycy (nie wątpię, że w dobrej wierze) mówią o tym, że mając wiedzę na temat konkretnych wydarzeń, Karol Wojtyła zamiast to ukrywać powinien to „zgłosić”. Pytanie zasadnicze: komu miał to zgłosić? Łatwo zapominamy, że mówimy o czasach, w których nie było nawet namiastki niezależnej prokuratury: zarówno prokuratura, jak organy ścigania (milicja, służby bezpieczeństwa) były opresyjnymi instytucjami totalitarnego państwa; państwa, które w dodatku uważało Kościół katolicki za jednego ze swoich największych wrogów. Jeśli ktoś dziś sądzi, że wtedy milicja albo prokuratura uczciwie zajęłyby się sprawcą i robiły wszystko dla dobra ofiar, to chyba nie ma pojęcia, o jakich czasach mówimy. Komunistyczne władze zrobiłyby raczej wszystko, żeby taką sytuację – gdyby już wyszła na jaw – wykorzystać przeciwko Kościołowi; gdyby w tym celu miały na przykład ujawnić dane ofiar, żeby pokazać, „jaki ten Kościół jest paskudny”, nie zawahałyby się ani sekundy. Można zarzucać kardynałowi Wojtyle, że „chronił dobre imię Kościoła kosztem ofiar” – jestem jednak przekonany, że „zgłoszenie” sprawców organom państwa miałoby dla ofiar co najmniej równie fatalne konsekwencje.

Tu, oczywiście można powiedzieć: no dobrze, a co z następnymi ofiarami? Co z tymi wszystkimi, których ci pedofile skrzywdzili później (albo choćby mogli skrzywdzić) dlatego, że sprawcy nie siedzieli za kratkami, tylko byli przeniesieni gdzie indziej? Tu pojawia się „po drugie”.

Po drugie zatem – ahistoryczność, o której napisałem wyżej, wyraża się także w innej sprawie: chodzi o kwestię wiedzy (także naukowej) na temat pedofilii i związanych z nią problemów. Ahistoryczność polega na tym, że oceniamy sytuację z perspektywy świata, w którym pewien zakres wiedzy wydaje nam się oczywisty – i łatwo zapominamy, że ta „oczywistość” jest stosunkowo młoda. Pojęcie „pedofilia” znalazło się już w pierwszym wydaniu DSM (Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders, klasyfikacja zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, podstawowy „podręcznik” zaburzeń psychicznych) z 1952 r. – jednak ani w tym wydaniu, ani w drugim (DSM-II, 1968) nie podano jeszcze nawet kryteriów diagnostycznych. Pogłębienie wiedzy o tym, jak ta parafilia funkcjonuje, jakie są szczegółowe kryteria diagnostyczne i generalnie jak „działają” pedofile to – jeśli dobrze pamiętam – dopiero przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku.

Nie chcę przez to powiedzieć, rzecz prosta, że w czasach, kiedy Karol Wojtyła był biskupem krakowskim, mógł „nie wiedzieć”, że pedofilia jest czymś złym. Mówię jedynie, że raczej nie wiedział (bo nawet dla specjalistów nie było to jeszcze oczywiste) jak ten problem funkcjonuje i jak działa (mówiąc w uproszczeniu) psychika pedofila.

Karol Wojtyła nie był psychologiem, seksuologiem czy psychiatrą. Był teologiem i filozofem, a przy tym także duszpasterzem. Problem pedofilii znał zapewne nie od strony opracowań naukowych, ale (znowu – mówiąc w uproszczeniu) od strony konfesjonału. Jako duszpasterz i osoba nie posiadająca specjalistycznej wiedzy mógł zatem podejmować niesłuszne, błędne i szkodliwe decyzje nie zdając sobie do końca sprawy z ich konsekwencji. Co to znaczyło w praktyce?

Wyobraźmy sobie, że biskup dowiaduje się, że jeden z jego księży dopuścił się czynów pedofilskich. To, że ów ksiądz postąpił podle i że doszło do przestępstwa – było dla biskupa oczywiste. Pytanie – co dalej?

O kwestii „zgłaszania odpowiednim organom państwa” pisałem wyżej, tu chodzi mi przede wszystkim stronę „kościelną”. Wyobraźmy to sobie: lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte XX w., nawet psychiatrzy i psychologowie wiedzą o pedofilii znacznie mniej, niż wiemy dziś. Biskup wie o niej stosunkowo niewiele. Jak każdy „normalny” człowiek nie do końca jest w stanie zrozumieć takie zachowania (bo – przy ówczesnym stanie wiedzy – patrzy na to właśnie raczej w kategoriach „zachowań”, konkretnych czynów, niż wewnętrznych „potrzeb”). Molestowanie seksualne DZIECKA?! Przecież to jakieś szaleństwo, obłęd (w sensie dosłownym)! Biskup ma przed soba księdza, który dopuścił się takich czynów – ale ten ksiądz (jak w przypadku opisanym w reportażu) bije się w piersi, kaja, mówi o nawróceniu i obiecuje poprawę i zerwanie z grzechem (…i być może nawet sam w to wierzy). Co zatem robi biskup, który – powtórzę – patrzy na tę sprawę nie jako psychiatra, nie jako prawnik, ale jako spowiednik i duszpasterz? Stara się rozegrać sprawę tak, aby nic więcej złego się nie stało, a nawrócony grzesznik także dostał drugą szansę. Więc grzesznika przenosi „gdzieś daleko”, gdzie nie będzie on miał kontaktu z ofiarami. I być może biskupowi wydaje się, że to najlepsze wyjście: ofiary zostały odizolowane od sprawcy, więc są bezpieczne; sprawca został odizolowany od pokus i obiektów pożądania, więc – skruszony i nawrócony – ma szanse na rozpoczęcie od nowa… A przy okazji można sprawę wyciszyć, co będzie dobre dla Kościoła (zwłaszcza w sytuacji funkcjonowania w czasach komunizmu), ale także dla ofiar, które przecież na pewno nie chciałyby, aby to nagłośniono…

Dziś, oczywiście, wiemy, że to bzdura. Wiemy, że fakt molestowania dziecka nie wynikał z tego, że pedofilowi spodobało się to konkretne dziecko, tylko z faktu istnienia pewnej parafilii która powoduje konkretne potrzeby i prowadzi do konkretnych reakcji. I że właśnie dlatego pedofil przeniesiony w nowe środowisko prawie na pewno szybko zacznie w tym nowym środowisku szukać nowych ofiar (nawet jeśli początkowo jego żal i postanowienia poprawy były szczere). Dziś wiemy, że takie działanie nie tylko nic nie zmienia, ale daje pedofilowi nowe możliwości i ostatecznie prowadzi do kolejnych dramatów, kolejnych skrzywdzonych dzieci. Wiemy, że z wielu możliwych sposobów działania to akurat jest jeden z najgorszych. DZIŚ to wiemy. WTEDY biskup mógł myśleć, że postępuje słusznie.

Czy to oznacza, że postępując w ten sposób Karol Wojtyła był bez winy? Oczywiście, że nie. I tu jest miejsce na drugi „duży punkt” tego, chcę napisać. A zatem:

2. DLACZEGO NIE RWĘ SIĘ DO „OBRONY PAPIEŻA NA SIŁĘ” i dlaczego nie przemawiają do mnie idee organizowania „marszów w obronie” i nadęte deklaracje polityków.

Ano dlatego, że prawda jest taka, że Karol Wojtyła jako biskup mógł zrobić więcej. Był człowiekiem wykształconym, myślącym, świadomym; w zderzeniu z tak niepokojącą rzeczywistością (nawet znaną tylko „od strony konfesjonału”) mógł szukać głębiej, mógł zasięgnąć opinii fachowców – psychiatrów, seksuologów. Jasne, pewnie nie zdawał sobie spawy ze skali problemu i możliwych konsekwencji, ale wszystko wskazuje na to, że działał w tej sprawie zbyt pobłażliwie, że wykazał się (podobnie zresztą jak później, choćby w sprawie Marciala Degollado) ogromną naiwnością. Mógł działać ostrzej, twardziej, bardziej zdecydowanie – i być może uratowałby w ten sposób wiele późniejszych ofiar.

Muszę też przyznać, że szlag mnie trafia, kiedy słyszę kolejne napuszone wypowiedzi polityków „broniących Ojca Świętego”, w żaden sposób nie odnoszące się do faktów i przedstawionych materiałów…

Jedni krzyczą, że „ubeckie dokumenty nie są wiarygodne”, udając, że nie widzą wszystkich innych dowodów (zeznań świadków, a także dokumentów kościelnych, także tych spoza polskiego Kościoła). Nie wspominając już o tym, że najgłośniej tego argumentu używają ci sami ludzie, którzy nie mają żadnych wątpliwości co do prawdziwości ubeckich dokumentów, kiedy atakują za ich pomocą swoich przeciwników politycznych czy dowodzą, że Lech Wałęsa „był agentem”.

Inni w ogóle nie próbują nawet sięgać po jakiekolwiek argumenty, sprowadzając całą dyskusję do tego, że „Jan Paweł II wielkim Polakiem był” i każdy, kto twierdzi inaczej, ten łotr, sprzedawczyk, zdrajca ojczyzny, narodu i Kościoła.

I tu dochodzimy do dość zasadniczego problemu dotyczącego stosunku polskiego Kościoła do osoby Jana Pawła II. Papież-Polak był dla nas (także dla mojego pokolenia) kimś absolutnie wyjątkowym. Problem polega na tym, że zamiast słuchać tego, co mówił i czytać to, co pisał, zrobiliśmy z niego „święty obrazek”. Zaczęliśmy go traktować (wybaczcie) jak idola, jak bożka. Zachwycaliśmy się tym, że chodził na kremówki, że jeździł na nartach, do znudzenia powtarzaliśmy żarty, które opowiadał, do znudzenia śpiewaliśmy piosenki, o których wspomniał, postawiliśmy setki pomników człowiekowi, który wiele razy mówił, żeby tego nie robić… Stworzyliśmy sobie „obiekt kultu” z kogoś, kto za życia wielokrotnie podkreślał, że kult i cześć należą się wyłącznie Komu Innemu.

W takim „obrazku” nie ma miejsca na rysy, pęknięcia, niedoskonałości. Nie ma miejsca na spokojne uświadomienie sobie, kim naprawdę był Karol Wojtyła, a później Jan Paweł II.

A był – tylko, aż – po prostu człowiekiem. I jak każdy człowiek miał swoje słabości czy złe chwile. I jak każdemu człowiekowi zdarzało mu się czynić zło. Zdarzało mu się podejmować niewłaściwe decyzje, źle oceniać sytuację, popełniać błędy (także takie, które powodowały bardzo złe skutki), dokonywać fatalnych wyborów. Zdarzało mu się grzeszyć.

I to, że Kościół go kanonizował, nic w tej sprawie nie zmienia: fakt ogłoszenia kogoś świętym nie oznacza, że ten ktoś był bezgrzesznym ideałem, który nigdy w życiu nie zrobił nic złego. Pozwolę sobie przypomnieć, że zgodnie z nauczaniem Kościoła i słowami Pisma każdy człowiek jest grzesznikiem. Nawet ten największy, nawet ten najbardziej podziwiany, nawet ten ogłoszony świętym. A, niestety, im bardziej ubóstwiamy i idealizujemy konkretnego człowieka, tym trudniej nam potem pogodzić się z tym, że na takim idealnym, przesłodzonym obrazie pojawiają się plamy i rysy.

A pojawiają się. I będą się pojawiać. Jan Paweł II – jak wielu innych ludzi, nie tylko tych kanonizowanych – uczynił wiele wspaniałych rzeczy. W wielu sprawach był (i jest) człowiekiem Wielkim. Ale – jak widać – były też sprawy, w których – znowu, jak każdy człowiek – okazał się mały, słaby, niedostatecznie dobry i niewystarczająco wielki. TAK PO PROSTU JEST. Od ludzi możemy się wiele nauczyć, możemy ich podziwiać – ale nigdy na sto procent, nigdy absolutnie i bezkrytycznie. Jeśli szukamy ideału – musimy go szukać Gdzie Indziej.

Co dalej? Mam nadzieję (naprawdę), że kiedy już opadną emocję, zdołamy (mówiąc „my” mam na myśli Kościół w Polsce) wyciągnąć z tej sprawy wnioski. Że powstanie – jak postuluje wielu ludzi Kościoła – niezależna komisja, złożona z naukowców, które zostanie dopuszczona do kościelnych archiwów i będzie mogła je spokojnie i rzeczowo zbadać. Bo najgorsza i najtrudniejsza prawda zawsze będzie lepsza, niż najpiękniejsze kłamstwo. Bo żadnego problemu nie da się rozwiązać przez udawanie, że go nie ma.

Jan Paweł II nigdy nie przestanie dla mnie być kimś wyjątkowym – zawsze będę uważał, że był człowiekiem wielkim i wielkich rzeczy dokonał. Ale jego wielkość nie zmienia faktu, że był człowiekiem, a więc także grzesznikiem. Każdy z nas (toutes proportions gardées) nosi w sobie te dwie rzeczywistości: wielkość Dziecka Bożego i skazę grzechu.

Medycznie – feryjnie – i w ogóle…

Tata wczoraj wreszcie wyszedł ze szpitala. A, bo nie napisałem, że do niego trafił? Ano trafił, trafił. Zapalenie płuc nie chciało się łatwo poddać, a w dodatku cukrzyca, jakby to ująć, wymknęła się spod kontroli (…co po części wynikało z osłabienia związanego z chorobą, ale po części także z tego, że tata od bardzo dawna zalecenia lekarzy traktował tak, jak duża część polskich kierowców traktuje ograniczenia prędkości: jako sugestie…). Trzy tygodnie tam spędził. Wyleczyli, zrobili wszystkie możliwe badania, ustawili leki… Pacjent czuje się dobrze i jest szczęśliwy, że wrócił do domu. Co więcej, chyba przestraszył się na tyle, że tym razem będzie grzecznie przestrzegał zaleceń. Zobaczymy, jak długo…

***

Kończę książkę – ciekawą, ale trudną i wymagającą. Mnóstwo „fact-checkingu”, mnóstwo bibliograficznych przypisów. Dobrze, że już kończę, bom się zmęczył. I mam już kolejną – z tego samego, bardzo dobrego wydawnictwa, ale tym razem za wyższą stawkę, a w dodatku ciekawszą (dla mnie). Nic na razie powiedzieć nie mogę – jak już będę miał podpisaną umowę, to uchylę rąbka tajemnicy 😉

***

Ferie się zaczęły. Pietruszka egzaminy semestralne na drugim roku zdał jak burza – między innymi topologię, którą 2/3 roku oblało, a on (jako bodaj jedyny) dostał 4+. Piłka siedzi w Cambridge – ona teraz ferii nie ma, ale w ten weekend jadą z grupą przyjaciół do Londynu. Okazało się, że jeden z kolegów z takiej siedmio- czy ośmioosobowej paczki mieszka (poza studiami) w doskonałej dzielnicy Londynu, w wielkim i (zdaje się) bardzo bogatym domu. Rodzice kolegi zgodzili się, żeby zaprosił całą ekipę na weekend – więc Piłka pierwszy raz zobaczy Londyn. Już jej zrobiłem długa listę atrakcji, które koniecznie powinna zobaczyć… 😉

Swoją drogą – ta ich ekipa przyjaciół to ilustracja pojęcia „globalizacja”: troje Anglików (w tym jeden pochodzenia hinduskiego), jedna dziewczyna z Pakistanu, jedna z Indii, jedna z Ghany (jeśli dobrze pamiętam) i jedna Polka. Kolory skóry – od bardzo jasnego (Piłka ma cerę po mamie, czyli dość białą…) przez wszystkie wersje pośrednie po bardzo ciemny (koleżanka z Afryki). Różnice kutrowe i religijne – równie rozległe. I proszę: w niczym im to nie przeszkadza, kumplują się, dobrze się razem bawią, potrafią się razem uczyć – i wspólnie wygłupiać. Fajne doświadczenie, które zostaje i pozwala chyba szerzej i bardziej otwarcie patrzeć na świat…

Ferie głównie w domu. Może w przyszły tygodniu pojedziemy na dwa – trzy dni do C., do cioci, gdzie już dawno nie byliśmy. To znaczy – ja z chłopakami, bo Piłka wraca do Polski dopiero w marcu.

***

Bardzo, bardzo tęsknię za wiosną. Bardzo chciałbym gdzieś na kilka dni wyjechać (sam). Ale na razie się na to nie zanosi (…ani na nic innego też nie). A w przyszłą środę – w Popielec – minie osiem lat od odejścia M. Trudno uwierzyć, jak czas szybko biegnie. Tak, wiem, to banał.

Pomaga zanurzenie się w opowieści. W dobrej książce, w ciekawym serialu. W dobrej muzyce.

***

…Kiedyś zastanawiałem się, na czym polega fenomen bluesa. Jak to jest, że muzyka, która ma w nazwie „smutki” i która powstała jako wyraz tragicznego losu niewolników, ma w sobie tyle pogody, uśmiechu i światła. Zrozumiałem (zgodnie z psychologiczną zasadą „co zwerbalizowane, to uświadomione”) dopiero jak usłyszałem ten kawałek. A konkretnie jego refren. „When you see me laughing, I’m laughing just to keep from crying”. Niegłupie. I działa.

Szlag mnie trafił

Zdarza się Wam wspomagać ludzi, którzy za pomocą internetowych zbiórek gromadzą pieniądze na leczenie swoich dzieci, na jakieś wyjątkowo trudne operacje, których w Polsce nikt nie robi, albo leki, które u nas nie są refundowane, a kosztują tysiące czy setki tysięcy złotych? Mnie się zdarza. Nie jestem bogaty, ale wychodzę z założenia, że jeśli ktoś musi zebrać milion złotych na leczenie, które ma szanse uratować życie jego dziecka, to jeśli wpłacę mu na ten cel dziesięć złotych – to będzie już musiał zebrać o dziesięć złotych mniej, prawda?

Oczywiście nie wpłacam każdemu, kto się pojawi w polu widzenia – ale jeśli ktoś zbiera za pośrednictwem fundacji, które zajmują się takimi sprawami, to mam pewność, że nie jest to oszustwo czy naciągactwo, bo każda taka zbiórka jest szczegółowo weryfikowana.

Jeśli zatem zdarza Wam się w taki sposób pomagać, to pewnie zainteresuje Was fakt, że nasi wspaniali rządzący właśnie uchwalili, iż tego typu zbiórki będą OPODATKOWANE. Polecam artykuł (tu akurat Wirtualne Media, bo oni chyba piszą o tym jako pierwsi – zaraz pewnie będzie i na innych portalach).

Wybaczcie, wiem, że rzadko używam takich słów, ale w tym przypadku innych nie znajduję: to jest wyjątkowe skurwysyństwo.

Żyjemy w państwie, które stać na wille dla kolesi ministra, na milionowe premie dla rządzących, na rozdęcie do gigantycznych rozmiarów wszystkich rządowych instytucji, na 2,7 miliarda złotych ROCZNIE na „ministerstwo propagandy”, dla niepoznaki nazywane mediami publicznymi… Niestety, tego samego państwa nie stać na leczenie śmiertelnie chorych dzieci: nie jest w stanie zapewnić wielu ratujących życie operacji, nie refunduje wielu leków, które są refundowane w sporej części cywilizowanego świata.

A kiedy zdesperowani rodzice żebrzą o drobne datki od obcych ludzi, żeby zebrać fundusze na te leki czy zabiegi, bez których ich dziecko UMRZE – albo będzie do końca życia inwalidą – to samo państwo wyciąga łapę i żąda haraczu od tych wyżebranych pieniędzy. Bo może.

Można mieć różne poglądy polityczne, można popierać takie albo inne rozwiązania, ale to jest po prostu obrzydliwe.