Około-wielkanocnie

Jakoś nie potrafię się odnaleźć w tej Wielkanocy. Wiele spraw się na to składa – na pewno jedną z ważniejszych jest wojna za miedzą. Śledzę kolejne doniesienia, kolejne straszne opowieści, kolejne dramaty. Nie jestem naiwny, wiem, że takie rzeczy się na świecie dzieją częściej, niż nam się wydaje… Ale tym razem bliskość – nie tylko geograficzna, ale kulturowa i (czy ja wiem?) cywilizacyjna, historyczna – sprawia, że wszystko to wygląda zupełnie inaczej.

Masowe mogiły w Buczy (a przecież wszystko wskazuje na to, że ten akurat koszmar to dopiero początek), gwałty na kobietach i małych dzieciach, strzelanie związanym cywilom w tył głowy, masowe kradzieże, rosyjski żołnierz, który rozmawia z żoną przez telefon i dostaje od niej pozwolenie – aż chciałoby się użyć słowa „błogosławieństwo” – na gwałcenie Ukrainek… Europa, XXI wiek. O jedną granicę stąd.

Trudno mi śpiewać wielkanocne pieśni, mówiące o radości Zmartwychwstania. Z drugiej strony mam świadomość – silniejszą, niż kiedykolwiek – że właśnie Zmartwychwstanie jest jedynym, co sprawia, że w całym tym koszmarze można zachować jakąś nadzieję. Bo Krzyż bez Zmartwychwstania nie ma sensu: jest tylko zgorszeniem, koszmarem, upadkiem w otchłań bez dna.

***

A u nas życie toczy się zwykłym trybem. Piłka przygotowuje się do matury i – uskrzydlona nowymi perspektywami – snuje plany na przyszłość (na razie tę najbliższą, bo jest realistką). Pucek poczuł na plecach oddech egzaminów ósmoklasisty: rozwiązuje jakieś zadania z matematyki, z Piłką powtarza angielski. Pietruszka jak to Pietruszka – trochę w swoim świecie, od czasu do czasu raczy mnie opowieściami o jakichś twierdzeniach i dowodach matematycznych, i musze przyznać, że robi to w taki sposób, że nawet coś tam do mnie dociera. Lucek utyka na przednią łapę (lewą). Lekko i tylko od czasu do czasu, ale po świętach trzeba będzie z nim pójść do pani doktor.

A ja? Siedzę nad książką dla wydawnictwa Z. i pierwszy raz od – czy ja wiem? – trzech albo czterech lat praca sprawia mi autentyczną przyjemność, sam jestem ciekaw, co będzie w kolejnym akapicie, w kolejnym rozdziale. To błogosławieństwo móc sobie czasami przypomnieć, że praca może być ciekawa i dawać jakąś satysfakcję. Niestety, dwie kolejne książki, które już czekają w kolejce (umowy podpisane) to już powrót do filozofii „…dla chleba, panie, dla chleba”.

***

Pierwsze wiosenne dni – oczywiście, jakżeby inaczej – budzą we mnie nostalgię za podróżą, za Drogą. Gdzieś pod powiekami krążą obrazki z różnych miejsc i kierunków, w których byłem i które chciałbym jeszcze raz zobaczyć. I z takich, które znam tylko ze zdjęć – a które chciałbym kiedyś zobaczyć po raz pierwszy na własne oczy. Wyjść z domu i ruszyć przed siebie, tak po prostu, zostawić za sobą myśli, niepokoje… (Niebezpiecznie jest wychodzić za własny próg, mój Frodo! Trafisz na gościniec i jeżeli nie powstrzymasz własnych nóg, ani się spostrzeżesz, kiedy cię poniosą…).

A tu rzeczywistość skrzeczy* – akurat w tym roku raczej nigdzie daleko nie pojadę, z przyczyn absolutnie przyziemnych, czyli finansowych.

***

I tak to wygląda. Zwykłe życie. A tymczasem tak niedaleko stąd…

W Rzymie na Campo di Fiori
Kosze oliwek i cytryn,
Bruk opryskany winem
(…)

* Tak, wiem, że w oryginale skrzeczała pospolitość, a nie rzeczywistość. Ale tak mi bardziej pasuje…

Akademicko

Trochę zabiegany mam czas, nie mam kiedy pisać, a są rzeczy warte napisania… Piłka dostała oficjalną wiadomość z Cambridge: przyznano jej pełne, stuprocentowe stypendium. Co oznacza, że jeśli tylko zda A-levels (brytyjską maturę) na wymaganym poziomie (…a z tym raczej problemów nie będzie…), to od października zaczyna studia na Trinity College Cambridge.

Minęło już parę dni, a mnie wciąż trudno w to uwierzyć. Żeby Wam pokazać skalę wydarzenia… Trinity to największy i najbogatszy college na Cambridge University. W związku z tym przyznaje rocznie pięć takich stuprocentowych stypendiów dla kandydatów z Europy (spoza Wielkiej Brytanii). Inne college albo nie mają takich stypendiów, albo jakieś pojedyncze.

Pięć stypendiów. I nie mówimy o Unii Europejskiej, tylko o Europie kontynentalnej (a więc kandydaci do tych stypendiów są nie tylko z UE, ale także z Ukrainy, Serbii, Rosji, Turcji, że o Szwajcarii czy Norwegii nie wspomnę).

Zasady przyznawania takich stypendiów (i wszystkich innych na Cambridge) są dość złożone. Osoba aplikująca o stypendium przechodzi dwa etapy weryfikacji. Pierwszy – co oczywiste – to sprawdzenie sytuacji materialnej kandydata (jeśli stać go na zapłacenie za studia, to dlaczego miałby otrzymać stypendium). Ale drugi etap opiera się już wyłącznie na kwestiach merytorycznych – wynikach w nauce, osiągnięciach, tym, co potencjalny stypendysta sobą reprezentuje na poziomie akademickim i „ludzkim”. Czyli – jeśli kandydat przeszedł pierwszy etap weryfikacji, to w drugim już jego sytuacja materialna nie ma znaczenia: nie jest tak, że osoba o gorszej sytuacji materialnej ma większe szanse na zdobycie stypendium. Dostają je „najlepsi”.

I właśnie jedno z tych stypendiów dostała moja córka. „Stuprocentowe” stypendium oznacza dokładnie to, co ma w nazwie: pokrywa koszty czesnego (zarówno opłatę na rzecz uniwersytetu, jak konkretnego college’u), mieszkania w akademiku, wyżywienia, podręczników etc. – po prostu wszystko, z uwzględnieniem tego, że regulamin Cambridge University zabrania studentom pracować (dorabiać sobie) w czasie studiów.

Jedyne koszty, jakie Piłka misi zapłacić z własnej kieszeni to opłata za wizę studencką i ubezpieczenie zdrowotne w czasie studiów (żeby miała pełny dostęp do brytyjskiego NHS) – to łącznie kwota rzędu poniżej pięciu tysięcy złotych, ale po pierwsze Piłka ma spore oszczędności, które właśnie na ten cel zbierała, a po drugie przynajmniej połowę z tej kwoty pokryje jej szkoła.

Czesne + mieszkanie + wyżywienie + dodatkowe koszty to dla studentów niebędących obywatelami brytyjskimi to kwota rzędu czterdziestu tysięcy funtów rocznie. Teraz pomnóżcie to przez trzy lata. A potem pomnóżcie wynik przez dzisiejszy kurs funta. Wychodzi kwota, która przekracza nie tylko moje możliwości (…), ale i wyobraźnię.

Wiecie co? Tak poza wszystkim innym, to aż jej zazdroszczę. Przygoda życia 🙂

Różności…

Skończyłem książkę dla jednego wydawnictwa. Zaczynam kolejną, dla innego. I muszę powiedzieć, że wreszcie, WRESZCIE – pierwszy raz od chyba trzech lat – będę tłumaczył coś naprawdę ciekawego. Dobre wydawnictwo (i „oryginalne”, i polskie), naprawdę niezła stawka, a przy tym książka, którą po prostu sam chętnie bym przeczytał. Porządne, dobrze napisane non-fiction, którego autorem jest bardzo dobry amerykański dziennikarz, laureat wielu nagród. A w dodatku temat, który zawsze mnie interesował. To będzie przyjemność, nie praca… (No dobra, praca też 😉 )

Gdybym mógł tłumaczyć tylko takie rzeczy, to naprawdę byłoby fajnie. Niestety, tak dobrze nie ma: mam już „zaklepane” kolejne dwie książki (od tego wydawnictwa, dla którego teraz tłumaczyłem). Co, oczywiście jest bardzo pozytywnym zjawiskiem – tyle, że tematycznie i jakościowo są to zdecydowanie mniej ciekawe pozycje… Cóż, narzekać nie będę. Zwłaszcza, że sytuacja finansowa – po +/- półtora roku – znowu jest dość fatalna…

***

Piłka dostała informację, że przyznano jej jedno ze stypendiów, o które się ubiegała w związku z przyjęciem na Cambridge. To załatwia niecałą jedną trzecią kosztów – ale to dobry początek. Gdyby dostała to drugie w maksymalnej wysokości (uzupełnienie do 100% potrzebnych środków), sprawa byłaby zamknięta – choć oczywiście szanse na to są niewielkie. Ale nawet gdyby dostała „tylko” równowartość kolejnej jednej trzeciej, to już byłoby optymistycznie: tę ostatnią część może dałoby się jakość pozbierać, prosząc o wsparcie różne instytucje i fundacje. Jest szansa…

***

Pietruszka opowiadał, jak na zajęciach pani prowadząca przez dwadzieścia minut wyprowadzała im jakiś dowód (miała wyprowadzić wartość ∏/4 za pomocą wzoru Taylora, jeśli dobrze zrozumiałem… Gdyby czytali to jacyś ścisłowcy, to bardzo przepraszam, jeśli coś namieszałem, ale – jak się domyślacie – nie mam pojęcia, o co chodzi). Dwadzieścia minut. Kiedy skończyła (wszyscy skrzętnie notowali), zapytała, czy wszystko jasne. I wszyscy pokiwali głowami… Wróć: nie wszyscy. Bo mój syn – z typową dla siebie niepewnością – zapytał, dlaczego [cośtam] jest opisane jako [cośtam], podczas gdy powinno być [coś_innego]. Pani prowadząca wpatrywała się w tablicę przez dziesięć sekund, po czym oznajmiła: „Oczywiście, ma pan rację. Namieszałam. Skreślcie to wszystko, zrobiłam błąd i cały dowód jest do kosza. Powtórzymy to sobie na następnych zajęciach, jak dojdę, co jest nie tak”.

Nikt inny tego nie zauważył i w ogóle nikt nie załapał, że „coś jest nie tak”. W ten sposób Pietruszka mocno zapunktował u pani prowadzącej – choć reszta studenckiej braci była mniej zachwycona tym „…skreślcie to wszystko”. Tym bardziej, że – o czym wcześniej nie wiedziałem – podobno nie była to pierwsza taka akcja w wykonaniu mojego syna. 🙂

Nieźle. Powiedziałbym, że dobre geny – ale te akurat zdecydowanie objawiają się w co drugim pokoleniu (jego dziadek, a mój Osobisty Tata, był bardzo matematyczny; ja – nie).

***

Wiosna. Wreszcie. Pogodne niebo, ciepłe dni (nawet jeśli noce jeszcze zimne), słońce… To chyba jakiś pierwotny instynkt, jakaś gatunkowa pamięć zbiorowa, ale kiedy zaczyna się taka pogoda, od razu mi trochę lepiej. Kiedy wychodząc na spacer z psem czuję na plecach ciepło słonecznych promieni, słyszę śpiew ptaków – czuję, jakby różne troski i obawy trochę mniej mi ciążyły. Już kiedyś o tym pisałem: jestem człowiekiem lata.

***

Ukraina się broni. Rosja – na kilku poziomach – już poniosła w tej wojnie koszmarną klęskę. Klęska wizerunkowa – której nie przysłonią wszystkie kłamstwa Ławrowa i innych rosyjskich „dyplomatów” – jest oczywista. To, że rosyjska gospodarka będzie odczuwać skutki samej wojny i związanych z nią zachodnich sankcji jeszcze długie lata – to też wydaje się jasne. Niezwykłe jest także to, na jak wielu płaszczyznach ta wojna wywołała skutki przeciwne do planów Putina. Na Ukrainie jeszcze dziesięć lat temu naprawdę duża grupa ludzi (mówi się, że w niektórych rejonach – około połowy) miała mocno prorosyjskie poglądy… Po tym, co się dzieje, Rosja nie będzie miała na Ukrainie większej grupy zwolenników przez kolejne trzy pokolenia.

Ale moim zdaniem największą klęską Rosji jest co innego. Przez całe lata Zachód patrzył na Rosję z respektem. Co by nie mówić: ogromne państwo, z jedną z największych armii świata… I nagle, w ciągu miesiąca, okazało się, jak bardzo król jest nagi! Bajzel, braki i błędy w dowodzeniu, źle wyszkoleni żołnierze, fatalny wywiad, kłopoty z podstawową logistyką, gigantyczna korupcja i zwykłe złodziejstwo (dotyczące, jak widać, także gigantycznych pieniędzy teoretycznie przeznaczanych co roku na wydatki wojskowe). Najbardziej „elitarne” rosyjskie jednostki – jak słynni spadochroniarze, zawsze przedstawiani jako twardzi, niepokonani, niemal nadludzie… – nagle w starciu z ukraińskimi oddziałami okazują się niewiele warte. Kolejne rosyjskie czołgi odholowywane przez ukraińskie traktory, kolejne wozy pancerne niszczone za pomocą ręcznych wyrzutni. Ktoś jeszcze pamięta buńczuczne „żarty” Putina o tym, że „jakby co”, to rosyjskie czołgi w dwa tygodnie będą pod Brukselą?…

Po tych czterech tygodniach cały świat już wie, że pod względem militarnym Wielka Rosja to kolos na glinianych nogach. Szkoda, że to nic nie zmienia dla ludzi kryjących się pod ostrzałem w ruinach Mariupola…

…o wschodzie słońca…

Czytam, oglądam, słucham. Śledzę. Przez cały dzień, niemal bez przerwy. Nawet kiedy pracuję, co parę chwil rzucam okiem na wiadomości. Od mnie z domu do Kijowa – jak podają mapy G – jest trochę ponad 800 kilometrów. 10 godzin jazdy. Do Lwowa – połowa tej drogi.

Jutro rano wstanę, zjem śniadanie, mój młodszy syn pojedzie do szkoły, starszy na uczelnię. Córkę dziś odwiozłem do bursy, gdzie mieszka w tygodniu. Będę pracował, kiedy chłopcy wrócą do domu – zjemy obiad, wyjdę z psem na spacer…

A tam – nie na końcu świata, ale głupie kilkaset kilometrów stąd! – toczy się wojna. Dzieci nie chodzą do szkół, bo siedzą w schronach, albo właśnie uciekają do Polski, albo właśnie nie żyją, bo jakiś bandyta zdecydował się strzelać do uciekających cywilów. Studenci nie chodzą na zajęcia, tylko z karabinami w rękach walczą o wolność. I giną.

Nie mogę o tym spokojnie myśleć. Nie mogę. Rozbija mnie wewnętrznie koszmarna bezsilność – bo mam poczucie, że NIC nie mogę zrobić. Jasne, mogę wpłacić jakieś grosze (bo na więcej mnie nie stać) na pomoc dla uchodźców. Mogę pozbierać ubrania po moich dzieciach – pewnie się przydadzą ludziom, którzy z całego swojego życia, które zostawili za sobą, mogli zabrać tylko walizkę czy dwie. Nasz proboszcz – nie spodziewałem się – ogłosił, że w naszym domu parafialnym zamieszkają trzy rodziny z Ukrainy, kobiety z dziećmi. Zgłosił taką możliwość, pierwsza rodzina ma dotrzeć jeszcze w tym tygodniu. Pewnie będzie trzeba jakoś pomóc. W klasie Pucka właśnie przybyło troje uczniów z Ukrainy. Dwoje zna angielski – więc natychmiast znalazły się dzieciaki, które im wszystko na angielski tłumaczą. Jeden chłopiec mówi tylko po ukraińsku – ale w klasie jest uczeń, który ma mamę Ukrainkę i jest dwujęzyczny.

Ale to wszystko nic. NIC. Cały świat patrzy, jak Ukraina walczy o wolność. Kiedy czytam kolejne doniesienia, napełniają mnie na zmianę skrajne emocje. Czasami satysfakcja, że Goliat po raz kolejny dostaje w pysk. Czasami ból, kiedy słyszę o kolejnych ofiarach, zniszczonych domach, płonących miastach.

Mój straszy syn kilka dni temu skończył dwadzieścia lat. Gdybyśmy jakiś zrządzeniem losu urodzili się pięćset kilometrów na wschód, prawdopodobnie teraz walczyłby z karabinem w ręku. Jak o tym pomyślę, wzbiera we mnie uczucie, którego dawno już nie czułem. Miałem nadzieję, że udało mi się je wyrzucić z serca na dobre – a jednak w takich sytuacjach się pojawia. Tak, kiedy myślę o młodych ludziach – takich jak Pietruszka i młodszych – którzy giną (albo są zmuszani do zabijania innych) tylko dlatego, że jednemu skurwysynowi zachciało się wojny…

Zwykle nie jestem wielkim fanem kazań naszego proboszcza (nie ma w nich nic złego, ale ciężko się ich słucha…), ale to, co mówił w Środę Popielcową, bardzo mnie poruszyło (bo też widać było, że i on jest poruszony). Mówił o tym, że w takich sytuacjach – kiedy dzieją się rzeczy straszne, a jednocześnie kiedy wiemy, po której stronie jest słuszność – bardzo łatwo jest pozwolić sobie na nienawiść. Pozwolić sobie na nienawiść. A to już jest trochę klęska.

A ja Wam powiem…

A ja Wam powiem, że moja córka, znana tu jako Piłka, właśnie dostała oficjalną informację, że się dostała na Cambridge. Przeszła wszystkie etapy rekrutacji, włącznie z dwoma „interview” (on-line na szczęście). Teraz, żeby zacząć studia, musi zrobić już tylko dwie rzeczy.

Po pierwsze – musi dostać na A-levels (brytyjska matura) co najmniej oceny A*, A, A (czyli „po naszemu” szóstkę i dwie piątki). To akurat trudne nie będzie, zważywszy, że ze wszystkich przedmiotów ma na razie prognozowane A* (szóstki).

Po drugie – i tu zaczynają się schody – musi zapłacić za pierwszy rok. 32 840 funtów. Jak podpowiada Google, po dzisiejszym kursie daje to 179 487,84 złotych. Więc jeśli nie znajdą się stypendia albo sponsorzy, to oczywiście nic z tego nie będzie…

Ale nawet jeśli nie będzie – to sam fakt dostania się na Cambridge to już jest coś. A nie licząc Cambridge Piłka dostała się także na St Andrews University (gdzie łatwiej o stypendia) i do Utrechtu (gdzie też jest uniwersytet z top 50, a to UE, więc i kredyty studenckie łatwo dostać).

Gratulację przyjmuję mailowo i telefonicznie – osobiście tylko od zaszczepionych ;-)))

Mało świątecznie, bardziej traumatycznie…

Dziwne to były święta. Summa summarum ostatecznie potoczyły się (prawie) normalnie, ale był moment, kiedy wydawało się, że w tym roku nie będzie ich wcale. To znaczy: nie będzie ich u nas w domu, bo obiektywnie oczywiście Uroczystość Narodzenia Pańskiego raczej odbyłaby się jak co roku…

Tak naprawdę zaczęło się w piątek, na tydzień przed Wigilią. Coś mnie zaczęło boleć w dole pleców. Nie przejąłem się tym specjalnie, bo takie rzeczy czasami mi się zdarzają – siedząca praca, brak kondycji, wiadomo. W sobotę było nieco gorzej. W niedzielę – jeszcze gorzej, ale jeszcze rano poszedłem normalnie do kościoła, a potem nawet pojechałem na chwilę cmentarz (choć idąc alejkami już nieco utykałem). Poważny problem zaczął się w niedzielę po południu. Bolało coraz bardziej, chodzić było coraz trudniej. Wieczorem podjechałem na stację odebrać Piłkę, która wracała od kolegi – i jak wróciliśmy pod dom, miałem już poważny problem z wyjściem z samochodu.

W poniedziałek rano obudziłem się ze wszystkimi klasycznymi objawami tak zwanej rwy kulszowej. Po konsultacji z moją lekarką wziąłem ketonal, pożyczyłem od znajomych kule (bo bez nich nie bardzo byłem w stanie chodzić) i miałem nadzieję, że mi przejdzie za dzień – dwa.

Nie przeszło. Przeciwnie, mimo leków było coraz gorzej. Lekarka zaordynowała nieco mocniejsze leki przeciwzapalne i przeciwbólowe, które – po kolejnych dwóch dniach – przyniosły analogiczny skutek. Zerowy. Czy raczej – de facto – ujemny, bo nadal było coraz gorzej.

Czwartek przed wigilią był ciężki. Przygotowania do świąt, zupy, choinka, prezenty – a ja byłem w zasadzie unieruchomiony, wszystko musiałem robić na siedząco (a i tak mnie bolało), co godzinę musiałem iść się na kwadrans położyć… Na szczęście Potwory stanęły na wysokości zadania: Pucek samodzielnie, za pomocą harcerskiego noża, ociosał i osadził choinkę (przywiezioną przez niezawodnego kolegę P.), Piłka (przy współudziale Pucka) zrobiła pierogi i uszka, Pietruszka w zasadzie samodzielnie posprzątał cały dom… Znajomi zrobili nam ostatnie zakupy (na szczęście większość rzeczy zdążyłem kupić wcześniej).

Kiedy w czwartek wieczorem kładłem się spać, było już naprawdę kiepsko: trudno było znaleźć tę jedną, jedyną pozycję, w której dało się zasnąć. Ostatecznie jakoś mi się to udało… Obudziłem się o drugiej w nocy i poczułem, że muszę pójść do łazienki. Wstanie z łóżka zajęło mi 10 minut (nie, to nie jest obrazowa przesada: przy łóżku mam budzik). Droga do łazienki (jakieś cztery metry) – kolejne pięć minut. Powrót – kwadrans. I to był w zasadzie koniec imprezy: udało mi się jeszcze położyć (choć każda zmiana pozycji wiązała się z dźgnięciem ostrego bólu, co było przerywnikiem w nieustającym bólu tępym…). I już nic więcej. Nie było żadnej pozycji w której ból byłby choćby na tyle mniejszy, żeby móc pomyśleć o zaśnięciu. Każda próba przesunięcia się o centymetr w łóżku bolała tak, że sama myśl o przewróceniu się na drugi bok była jak plany wyprawy na Mount Everest. Przez pół godziny usiłowałem się w ten sposób ułożyć (nie zacytuję Wam, co wtedy mówiłem, bo chyba zmienilibyście o mnie zdanie), aż doszedłem do wniosku, że nic z tego nie będzie. Postanowiłem wstać, nie do końca mając pomysł, co dalej – ale w łóżku zostać nie mogłem. Wstawanie z łóżka do pozycji siedzącej trwało kolejny kwadrans, próba stanięcia na nogi (mimo podpierania się kulami) spaliła na panewce. Siedzenie bolało tak samo, jak leżenie.

O wpół do czwartej nad ranem uznałem, że po prostu nie dam rady czekać w takim stanie do rana i – pierwszy raz w życiu – zadzwoniłem na pogotowie. Pani dyspozytorka oświeciła mnie, że pogotowie do takich przypadków nie jeździ (cóż – trzeba przyznać, że nie był to stan zagrożenia życia…), ale dała mi numer do nocnej pomocy lekarskiej w szpitalu w G., gdzie nocne wizyty domowe jak najbardziej były obsługiwane. Kolejny telefon, kolejna pani dyspozytorka, która przyjęła zgłoszenie, wszystko zanotowała i powiedziała, że oczywiście lekarz do mnie przyjedzie, ale ma jeszcze dwie wizyty przede mną. Więc będzie najdalej o ósmej rano.

Obudziłem Piłkę (bo tylko ją da się w nocy obudzić telefonem – pójście do pokoju nie wchodziło w grę), która zamknęła psa i otworzyła drzwi. I czekałem, pół siedząc, pół opierając się na kulach. Lekarz pojawił się dopiero o siódmej rano. Muszę powiedzieć, że przez te ponad trzy godziny byłem szczerze przekonany, że te święta spędzę w szpitalu. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek wcześniej coś mnie tak bolało (…a próg bólu mam naprawdę dość wysoki).

Lekarz bardzo sensowny, wytłumaczył co i jak, zapytał, czy wolę leki doustne, czy w zastrzyku. A co szybciej działa? No zastrzyki, ale wielu ludzi się boi ukłucia. Serio?! Jakby mi powiedział, że konieczne jest walniecie młotkiem w kolano, żeby to przestało boleć, to też bym się zgodził…

Dostałem zatem dwie szpryce w odwłok. Lekarz przepisał mi analogiczne szpryce na kolejne dziesięć dni, dodatkowe leki przeciwbólowe („…ale takie prawdziwe, bo to, co pan kupi bez recepty, to na takie okazje jest zdecydowanie za mało!”), szczegółowo powiedział, jak je brać, a na koniec optymistycznie stwierdził, że zastrzyki powinny zacząć działać… za od pół do półtorej godziny. I poszedł, bo niby co miał robić – za rączkę mnie trzymać?…

Ostatkiem sił (już chyba głównie psychicznych) dowlokłem się z powrotem do łazienki, napuściłem sobie do wanny bardzo gorącej wody i jakimś cudem do niej wlazłem – ciepło rozluźnia mięśnie, więc trochę ulgi przynosi. Przyniosło na tyle, że przysnąłem na kwadrans. Kiedy wychodziłem z wanny, od zastrzyków minęło półtorej godziny… I nic. Ale NIC. Ani trochę lepiej. Jak podniosłem nogę, żeby wyjść z wanny, to omal się nie popłakałem z bólu. Tymczasem na szczęście zjawił się (wezwany z wanny telefonicznie) kolega P. i skoczył wykupić przepisane leki (normalnie posłałbym potwory, ale P. pojechał samochodem, więc było dużo szybciej). Dopełzłem do pokoju, wziąłem leki – i wreszcie, łącznie po dwóch i pół godziny od szprycy, ból ustąpił. NIE-SA-MO-WI-TE uczucie: w ciagu kwadransa po prostu przestało boleć! To znaczy: bolało jak się schylałem, jak zbyt gwałtownie podniosłem nogę etc., ale mogłem chodzić (z kulami) i normalnie funkcjonować. Rzadko w życiu doceniamy takie drobne przyjemności: że na przykład można siedzieć. Na krześle. I to nie boli 🙂

Wieczerza wigilijna odbyła się zatem już prawie normalnie – choć oczywiście nie wszystko było tak przygotowane, jak zwykle. Potraw mniej (choć i tak najedliśmy się po kokardy…), porządek jakby zdecydowanie mniejszy… A jak się koło północy położyłem spać to „odpadłem” chyba w dziesięć sekund: obudziła mnie telefonem znajoma, która jest pielęgniarką i przyjechała mi zrobić zastrzyki. Była dziewiąta rano.

No i teraz codziennie (do 3 stycznia) mam dostawać szprycę w odwłok, biorę leki, więc funkcjonuję w miarę normalnie (choć bez kul po schodach nie mam jeszcze odwagi zejść). Całą lewą nogę mam lekko osłabioną, jakby nieco zdrętwiałą („…tak, to klasyczny objaw” – potwierdziła moja lekarka). Czasami trochę pobolewa, muszę uważać przy schylaniu się, chodzić ostrożnie, nie forsować.

Co dalej? Jak już przejdzie do końca, to trzeba by pójść do jakiegoś rehabilitanta, żeby pokazał ćwiczenia, które potem trzeba robić (żeby nie wróciło). A potem umówić się na wizytę kontrolną do neurologa. Który pewnie zleci jakąś tomografię na wszelki wypadek. Chyba, żeby po trzech tygodniach dalej nie przeszło – wtedy trzeba od razu na badania obrazowe. No.

W porządku, tak też zrobię. Tylko niech już nie wróci taki stan jak w nocy z czwartku na piątek. Przyznam, że to było jedno z najpaskudniejszych doświadczeń w życiu.

***

No i kurczę blade: trzeci rok z rzędu (choć za każdym razem z innych przyczyn) nie byłem na Pasterce. Nie byłem też w kościele w pierwszy ani drugi dzień Świąt. Ciekawe, czy do Nowego Roku dam już radę…

Mimo wszystko:

Jubileuszowo i podwyżkowa

Wczoraj moja córka skończyła osiemnaście lat. Ja wiem, że to do bólu banalne stwierdzenie, ale to naprawdę aż nie do wiary: kiedy zdążyło minąć tyle czasu? Osiemnaście lat, serio?!

Piłka kończy w tym roku (szkolnym) szkołę średnią. Ma już w zasadzie zaklepane miejsce na St Andrews University. Miała już „interview” na Cambridge (wyniki będą w styczniu). A gdyby nawet okazało się, że na żadnej z tych uczelni nie będzie w stanie studiować z powodów finansowych (bo to by wymagało znalezienia stypendiów / sponsorów, co po brexicie nie jest takie proste) – to jest już w zasadzie przyjęta na dwa świetne uniwersytety w Holandii (Groningen i Utrecht). Tylko wybierać. Połączenie inteligencji, niesamowitej pracowitości, wielkiej ambicji – ale też (o czym już kiedyś pisałem) takiego przekonania, że nie ma rzeczy niemożliwych, że „sky is the limit”.

Sto lat.

***

Ogrzewam dom gazem. Piec jest nowoczesny, instalacja też, dom jest ocieplony. Rachunek za gaz przychodzi do nas co drugi miesiąc. Luty / kwiecień / czerwiec / sierpień / październik / grudzień.

Ten grudniowy jest pierwszym po lecie wyższym rachunkiem – bo od przełomu października i listopada w domu zaczyna się już dość regularnie grzać. Ale ponieważ w październiku jeszcze się prawie nie grzeje (na chłodne dni jest kominek), a w listopadzie też jeszcze nie na pełny gwizdek, to ten grudniowy rachunek nie jest jeszcze tak wysoki, jak lutowy (po pełnych dwóch miesiącach normalnego ogrzewania).

Zwykle grudniowy rachunek za gaz wynosił – w zależności od tego, jak chłodna była jesień – od 450 do 550 złotych. Ponieważ w tym roku jesień była chłodna, a ceny gazu już trochę poszły w górę, zakładałem, że tym razem będzie to około 600 złotych, może ciut więcej.

Okazałem się optymistą: rachunek opiewa na 750 złotych. A przecież ta „prawdziwa” podwyżka cen gazu dopiero przed nami: od stycznia ceny mają wzrosnąć o ponad 50%.

A to oznacza, że rachunek lutowy (czyli za gaz zużyty w grudniu i styczniu, plus opłaty przesyłowe i tak dalej), który zwykle wynosił około 1500 złotych, teraz wyniesie zapewne co najmniej 2500. A może więcej.

I trochę mnie to przeraża.