Furtka

Furtka. Oto, czego potrzebuję: otwarta furtka. Co tam otwarta zresztą – choćby uchylona. Nie potrzebuję wielkich cudów. Nie potrzebuję podania mi okazji na tacy. Nie jestem – nigdy nie byłem – kimś, kto bezczynnie czeka, aż coś się wydarzy. Zawsze wystarczyła mi uchylona furtka – nigdy nie zawahałem się, czy w nią wchodzić, czy nie.

Zawsze było tak, że gdzieś tam w głębi wolałem żałować, że się nie udało – niż żałować, że nie spróbowałem. I mimo wszystko, mimo wszystkich spraw i wydarzeń, to jedno się nie zmieniło. Więc gdyby choć taka furtka, gdyby choć uchylona. Gdybym ją zobaczył – choćby na krótką chwilę – na pewno bym przez nią przeszedł.

A co by było dalej? „Odpowiedź jest oczywista: nie wiadomo”. Pewnie i tak nic by się nie wydarzyło. Ale to nie byłby problem. Bo niepowodzenie nie jest problemem. Niepowodzenia się zdarzają. Człowiek o coś walczy – i przegrywa: zdarza się. Jasne, potem przez jakiś czas się liże rany – i idzie się dalej. Nie boję się przegrać. Boję się tego, że nie będą miał okazji spróbować. Że ta furtka nigdy się nie pojawi.

W Głębokim Szoku…

Przeżyłem dziś coś, co naprawdę wymaga zapisania. Sytuację, której nie doświadczyłem jeszcze w całym (absolutnie całym) życiu zawodowym. Tłumaczę książki (i nie tylko, jak niektórzy wiedzą) od bodaj siedemnastu lat, od piętnastu w zasadzie tylko z tego żyję – i nigdy, NIGDY jeszcze coś takiego mnie nie spotkało.

Dostałem maila od pani redaktor z Dużego Naukowego Wydawnictwa, która zleciła mi tłumaczenie. To tłumaczenie, o którym pisałem w poprzedniej notce – spory fragment książki z bardzo krótkim terminem – nad którym siedziałem przez cały październik.

Pani redaktor napisała, że są niezwykle zadowoleni z mojego tłumaczenia, że wypracowałem zasady, którym pozostali tłumacze musieli się podporządkować (…ciekawe, co ONI o mnie myślą…), że byłem dokładny i wnikliwy, i mój wkład… I tak dalej. I w związku z tym, ona podsyła mi do podpisania zmienioną umowę, bo – jeśli oczywiście nie mam nic przeciwko temu – uznali, że jednak w związku z tym powinni zapłacić mi WYŻSZĄ stawkę, niż się na początku umówiliśmy.

Przeczytałem maila chyba trzy razy, zanim do mnie doszło, że tam naprawdę jest napisane to, co myślę. Potem bardzo dokładnie przeczytałem tę nową umowę, szukając „haczyków” („zapłacimy więcej, ale w przyszłym roku” na przykład…) – ale nie: umowa jest słowo w słowo ta sama, z wyjątkiem stawki, która urosła. OK, nie jest to może wzrost astronomiczny, ale jednak o 10 procent więcej, niż miało być.

Umowa była podpisana, stawka – ta wcześniejsza – i tak była nieco wyższa, niż zwykle (bo powiedziałem, że jeśli termin jest tak krótki, to chcę, żeby mi nieco więcej zapłacili). Naprawdę nie mieli żadnego racjonalnego powodu, żeby już po wszystkim płacić mi więcej.

No to jak, mam napisać, że się zgadzam na zmianę umowy po terminie?…

Mówiąc szczerze – nie wiedziałem, że takie rzeczy się w ogóle zdarzają…

Listopadowo

Skończyłem książkę (ten fragment, który tłumaczyłem) w sobotę wieczorem. Czyli w zasadzie przed czasem, bo w umowie miałem termin do dziś (do 4 listopada). Taki ze mnie stachanowiec.

Dobrze, że ta książka przyszła, bo mi finansowo cztery litery ratuje. Za jakieś dwa tygodnie powinny za nią być pieniądze (pani redaktor obiecała – i w umowie zawarła – że termin płatności będzie krótki. Może mi się wreszcie dołek wyrówna. Choć trochę.

Jestem po tym miesiącu bardzo zmęczony. Robiłem wszystko to co zwykle (tłumaczenia dla kolegi S., tłumaczenia dla Dużego Portalu), jakieś drobiazgi poza tym, no i oczywiście zakupy, obiady, prania etc – a POZA TYM tłukłem tę książkę. Na akord. Przez cały ten miesiąc w zasadzie nie robiłem NIC więcej.

A za oknami listopad. I cholerna zmiana czasu, której serdecznie nienawidzę, bo ciemno robi się w połowie dnia. Fuj.

Codzienność taka…

Nie piszę, bo nie mam kiedy. Więc teraz piszę, bo akurat mam chwilę. Bo jest wieczór. I łazienka zajęta (…), więc jeszcze nie mogę pójść spać. A już chyba chciałbym.

Książkę dostałem do tłumaczenia. I dobrze, bo – nie ukrywam – sytuację finansową mi to trochę (choćby chwilowo) ratuje. A ponieważ Duże Naukowe Wydawnictwo nie płaci ostatnio zaliczek, to jak dostanę całą sumę pod koniec listopada, to przynajmniej o święta nie będę musiał się martwić. To jest plus.

Są też minusy, niestety. Minus podstawowy jest taki, że czasu jest bardzo mało. Termin super-krótki, więc książka podzielona na trzech (troje?) tłumaczy, bo gruba. Teoretycznie do końca października trzeba ją oddać. Sygnał przyszedł w drugiej połowie września, więc zadeklarowałem się, że zdążę zrobić dwieście stron. I tyle dostałem. Ale ostateczny plik do tłumaczenia przyszedł półtora tygodnia później. Więc się zarzynam, tłukąc po dziesięć stron dziennie – oczywiście niezależnie od tego, co robię „na bieżąco”, a z czego przecież nie zrezygnuję, bo… wiadomo. A książka nie jest łatwa – ciekawa wprawdzie, ale napisana językiem nie do końca przyjaznym dla użytkownika. Więc jestem zarżnięty.

***

Piłka podjęła życiową decyzję: od tygodnia mieszka w bursie w Warszawie, do domu zjeżdża na weekendy. Kiedy składała papiery stypendialne do swojej super-hiper szkoły, zaznaczyła, że bursą nie jest zainteresowana. Bursa? Trzy osoby w pokoju? WSPÓLNA ŁAZIENKA? Nieee… Lepiej dojeżdżać.

Okazało się, że sprawy mają się nieco inaczej. Z jednej strony – dojazdy okazały się bardziej męczące, niż myślała. Dzień w dzień od trzech i pół do czterech godzin w drodze. Z drugiej – w TEJ szkole bursa wygląda… Jakby to powiedzieć… Nieco inaczej. „Bursa” to po prostu wynajęte przez szkołę piętro w pobliskim (sto metrów) hotelu biznesowym. Jedno skrzydło dla dziewcząt, drugie dla chłopców. W każdym skrzydle opiekun obecny 24/7. Pokoje jednoosobowe, z łazienkami i mini-kuchenką, poza tym większa kuchnia w pokoju wspólnym. Pełen komfort. Więc Piłka się zdecydowała (bo w umowie stypendialnej bursa była uwzględniona). I teraz zamiast wstawać przed szóstą, wstaje o siódmej (a mogłaby spokojnie nawet pół godziny później). I po szkole wraca – i ma czas na naukę i nie tylko. A do domu zjeżdża na weekendy.

A ja? No, nie jest to może jeszcze „syndrom opuszczonego gniazda”, ale przyznam, że poczułem się… Dziwnie.

***

Gdzieś w biegu – w samochodzie głównie – parę nowych „odkryć” muzycznych. Ale o tym już chyba następnym razem, bo łazienka się zwolniła…

Deszczowo

Deszcz pada za oknem. Czy w ubiegłym roku wrzesień był cieplejszy, czy tylko tak mi się wydaje? Chyba jednak był, bo pamiętam, że pierwsze odpalenie kominka nastąpiło chyba dopiero w drugiej połowie października – a tym razem wszystko wskazuje na to, że już w tym tygodniu trzeba będzie to zrobić.

Po upalnym lecie – i w obliczu globalnego ocieplenia – jakoś podświadomie czekałem na ciepłą, słoneczną jesień. A tu proszę – zdaje się, że nic z tego.

Kiedyś – dawno, dawno temu – deszcz bębniący o szyby grał mi muzykę. Melancholijną, innym razem zamyśloną, a czasem po prostu smutną.

Dziś muzyka zniknęła, słychać jedynie mokry szum – i tylko czasami, kiedy wokół jest cicho (a więc rzadko, bardzo rzadko…) znowu ją słyszę. Jak przez mgłę, z daleka, przytłumioną, na granicy percepcji.

…Ale jednak gdzieś tam jest. Nie umilkła, nie została stłumiona. Pewnie po prostu z wiekiem coraz gorzej słyszę.

Politycznie (…ale czy na pewno?)

Maciej Giertych – „nestor narodowej prawicy”, jak uroczo scharakteryzował go dziennikarz z portalu gazeta.pl – wystosował list otwarty do katolików świeckich, wzywający do… niegłosowania na PiS. Przeczytajcie.

Przyznam, że apel ten wywołał we mnie reakcję, którą chyba najlepiej można scharakteryzować jako dysonans poznawczy.

Bo z jednej strony muszę powiedzieć uczciwie, że profesor Giertych nie jest postacią z mojej bajki. Nie podobają mi się jego poglądy polityczne (bo też do endecji i neoendecji mi bardzo daleko). Nie podobała mi się jego wizja Kościoła. Nie byłem w stanie zapomnieć jego dość paskudnych zachowań z przeszłości – choćby tego, że w roku 1968 popierał udział Wojska Polskiego w tłumieniu Praskiej Wiosny, albo że po roku 1989 był przeciwny wycofaniu z Polski wojsk radzieckich (i, z tego co wiem, nigdy się z tych poglądów jednoznacznie nie wycofał).

A z drugiej strony czytam ten jego apel i… No kurczę, zgadzam się w zasadzie z każdym słowem. Z tym, że „Głosowanie na PiS to pewna droga do zniszczenia Kościoła Polskiego.” Że „W ciągu ostatnich czterech lat ścisłego związku Państwa z Kościołem nasz Kościół poniósł ogromne straty duchowe wynikające z faktu, że ta część społeczeństwa która nie popiera PiS (a jest to ponad połowa) masowo odchodzi od Kościoła.” Że „…sojusz Tronu z Ołtarzem zawsze osłabia duchowo Ołtarz.”

I tak dalej.

Dysonans poznawczy. Jak to możliwe, że człowiek, do którego poglądów mi tak daleko – i który w ogóle jest mi tak daleki – tak dokładnie trafia w sedno sprawy?

Nie on jeden zresztą. W to samo sedno trafiają dziś jak widać endecy (Giertych), katoliccy konserwatyści (Terlikowski – bardzo ostro w rozmowie ze Sroczyńskim) i socjaliści (choćby Sierakowski). Jak to możliwe, że ludzie o tak diametralnie różnych poglądach mówią tak bardzo jednym głosem w ocenie „dobrej zmiany”?

Wszyscy trafiają w sedno. Jak to wyjaśnić? Moim zdaniem – najbardziej chyba proroczo zrobił to Mistrz Młynarski w jednym z „podsumowań” na koniec któregoś programu Kabaretu Dudek:

Mili Państwo, dodam Wam na zakończenie, 
Że czy w upał, czy w czas mroźnej gołoledzi 
Coraz częściej słyszeć da się 
W telewizji, radio, prasie 
Ciepłe, szczere i otwarte wypowiedzi! 

A w tych wypowiedziach – wyznam Wam, Panowie – 
Nieodmiennie wciąż zadziwia mnie to jedno: 
To zadziwia mnie, Panowie, 
Że ktokolwiek się wypowie – 
Trafia swoją wypowiedzią w samo sedno! 

Już od dawna nie słyszałem wypowiedzi, 
Co by błędu zawierała choć zarodek. 
Czasem zda mi się na oko, 
Że ktoś myli się głęboko, 
A on – sunie bez wysiłku w sedna środek! 

Celnych owych wypowiedzi słucham przeto, 
Rozmyślając sobie czasem przy ich wtórze:
Czy ci ludzie w jednej chwili 
Tacy mądrzy się zrobili…
Czy to sedno się zrobiło takie duże…?

Naprawdę nic

I znowu to samo. Znowu rok szkolny, znowu te same problemy, te same narzekania, te same wątpliwości, niepewności i braki. I znowu kończy się lato. Bo niby jeszcze ciepło, jeszcze w parku w ciagu dnia dzieci taplają się w wodzie, jeszcze słońce i dwadzieścia parę stopni… Ale już koło ósmej zaczyna robić się ciemno, już noce chłodniejsze, już wiatr nie pachnie latem.

Niby tyle rzeczy nowych – jedna nowa szkoła, jedno nowe odkrycie, parę nowych wierszy i piosenek… Ale tak naprawdę wszystko jest tak samo. Brakuje poezji. Brakuje muzyki. Brakuje wędrowania. Nawet w moim narzekaniu nie ma nic nowego. Wszystko już było.

„Naprawdę nie dzieje się nic – i nie stanie się nic aż do końca”.