„To już jest koniec…”

Długo się zastanawiałem, czy napisać to, co za chwilę napiszę. Bo przecież to i tak nic nie zmieni. Bo może część z Was nie będzie chciała więcej tu zaglądać. Ale – jak wiedzą ci, co mnie znają osobiście – nie potrafię siedzieć cicho. Więc napiszę, a jeśli ktoś poczuje się urażony albo zawiedziony, to chciałbym tylko mieć pewność, że najpierw przeczytał. Do końca.

Chcę napisać kilka słów o wczorajszym orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego i o jego (orzeczenia) skutkach. Przy czym „kilka słów” to eufemizm. Będzie długo.

Od czego zacząć… Jestem człowiekiem wierzącym. Chrześcijaninem. Katolikiem. Ci, co mnie znają, wiedzą, że wiara i Kościół są bardzo ważną częścią mojego życia.

Jestem także głęboko przekonany, że życie ludzkie zaczyna się w momencie poczęcia. Myślę tak nie tylko dlatego, że tak naucza Kościół – ale także (a może przede wszystkim) dlatego, że nie zam żadnego racjonalnego, naukowego argumentu, który wskazywałby jakikolwiek inny moment jako początek życia ludzkiego.

Co za tym idzie, jestem przekonany, że aborcja jest złem. I że nie powinno jej być – z wyjątkiem sytuacji, w której jest niezbędna do ratowania życia, a wszelkie inne odstępstwa od tej zasady są już pewną formą kompromisu. I piszę to z pełną świadomością faktu, że „kompromis” to z definicji sytuacja, w której żadna ze stron nie jest w 100% „zadowolona”…

Dlatego właśnie uznawałem dotychczasowy „kompromis aborcyjny” za rzecz dobrą. Bardzo znaczący był dla mnie fakt, że w czasach, kiedy w większości krajów świata dostęp do aborcji „na życzenie” (czy prawie „na życzenie”) jest oczywistością, w Polsce funkcjonował taki właśnie kompromis. Jasne, zdarzały się osoby o poglądach ekstremalnych (z obu stron okołoaborcyjnego sporu), ale – wbrew ich opiniom – kompromis ten był przez większość ludzi w Polsce abo akceptowany, albo przynajmniej tolerowany (potwierdzały to wszelkie sondaże).

Mówię to w czasie przeszłym, bo tego kompromisu już nie ma. Po 27 latach został wyrzucony do kosza. I – jako człowiek wierzący i mający takie poglądy, jak wyżej napisałem – chcę napisać, dlaczego moim zdaniem stało się bardzo źle.

Oczywiście nie napiszę wszystkiego – nikt z Was pewnie aż tyle czasu na czytanie nie ma. Nie chcę też powtarzać wszystkich tych argumentów, które przelewają się teraz przez wszystkie możliwe media, a które w gruncie rzeczy sprowadzają się do tego, co już parę ładnych lat temu napisał dominikanin, o. Ludwik Wiśniewski:

Wprowadzenie całkowitego zakazu aborcji nie jest lekarstwem ratującym życie każdego nienarodzonego. Decyzja na urodzenie kalekiego dziecka jest aktem heroicznym i musi być osobista. Tej osobistej decyzji nie można zastąpić decyzją prawodawcy!

Chciałbym jednak napisać o czym innym. O dwóch rzeczach, z których, jak mi się wydaje, wiele osób o poglądach pro-life nie zdaje sobie sprawy. Pierwsza nie ma może zasadniczego znaczenia dla istoty sporu. Druga – i owszem.

Pierwsza sprawa jest taka: mam wrażenie, że większość środowiska pro-life (…do którego, przypomnę, poniekąd też się zaliczam…) nie zdaje sobie sprawy, że jest ordynarnie wykorzystywana. Czy naprawdę są ludzie na tyle naiwni, żeby uwierzyć w to, że Jarosław Kaczyński (bo przecież, bądźmy poważni, to on podjął dezycję, a nie Trybunał Konstytucyjny) zgodził się na takie rozwiązanie ze względów ideowych? Z troski o życie nienarodzonych? Gdyby tak było, PiS dawno już przegłosowałby zakaz aborcji ustawowo – Kaczyński miał do tego dość ludzi w parlamencie i nikt by go nie powstrzymał. Ale nie: przez ostatnie 5 lat temat aborcji był w sejmie od czasu do czasu wałkowany i zawsze w końcu lądował w „zamrażarce”. Dlaczego odmrożono go akurat teraz? I dlaczego w takiej formie – zamiast ustawy w parlamencie szopka z „pytaniem do Trybunału”? Nie bądźmy naiwni: Kaczyński ma sprawę aborcji w nosie – cała akcja, na moje oko, obliczona jest wyłącznie na wywołanie wielkiej, ogólnonarodowej awantury, która odwróci naszą uwagę od dramatycznej sytuacji ekonomicznej, kolejnych afer i faktu, że ten rząd zmarnował kilka ostatnich miesięcy na wewnętrzne przepychanki, a teraz kompletnie nie panuje nad sytuacją drugiej fali pandemii.

Ale OK, jestem w stanie zrozumieć, że dla osób patrzących na kwestię zakazu aborcji czysto ideowo to nie jest argument. Mogą powiedzieć: „W porządku, intencje mogły być takie, ale skutek jest pozytywny”.

Tylko czy rzeczywiście? Tu pojawia się druga sprawa, o której chciałbym napisać.

Czy zdajecie sobie sprawę, skąd wziął się ten (już nieaktualny) dotychczasowy kompromis w kwestii aborcji? Ano wziął się stąd, skąd biorą się wszystkie kompromisy: z DIALOGU. Kiedy w latach dziewięćdziesiątych toczyła się pierwsza wielka dyskusja społeczna na ten temat, spory były ostre, emocji było dużo (także negatywnych), pióra leciały, ale był w tej sprawie DIALOG. Pamiętam uderzające zestawienie badań sondażowych, które pokazywały jednoznacznie, jak na skutek tego dialogu zmieniały się podglądy. Przed rozpoczęciem dyskusji większość polskiego społeczeństwa była przeciwna jakimkolwiek zmianom w kwestii aborcji – ale w chwili, kiedy parlament przegłosowywał obowiązującą do wczoraj ustawę, miała ona już w sondażach poparcie większości badanych (nie pomnę dokładnych danych, na pewno można je znaleźć w sieci).

Co się zmieniło – prawo? Otóż nie: zmieniła się mentalność, zmienił się sposób myślenia ludzi. I dlatego była możliwa (…i miała sens) zmiana prawa.

W takiej sprawie jak aborcja – w dowolnych kwestiach dotyczących światopoglądu – zmiana prawa bez zmiany świadomości nie ma sensu. A nawet więcej: jest przeciwskuteczna. A teraz zmiany świadomości nie było: wszystkie sondaże jednoznacznie wskazywały, że ogromna większość ludzi w Polsce nie chciała zmian dotychczasowego kompromisu.

Jeśli nie rozumiecie, o czym mówię, wyobraźcie sobie Apostołów, którzy zamiast cierpliwie głosić Ewangelię z pełną świadomością, że dotarcie z nią do całego świata zajmie wieki, postanowiliby najpierw nawrócić cesarza (…albo przekonać go, że będzie to dla niego korzystne) i skłonić go do nakazania wiary w Chrystusa wszystkim mieszkańcom Imperium.

Tak, Trybunał wydał orzeczenie. Kompromis przestał istnieć. Pchnęliśmy wahadło aborcyjne w prawo. Co oznacza, że przy najbliższej okazji wychyli się ono w lewo. A okazja zdarzy się zapewne szybciej, niż nam się wydaje: nawet jeśli ten rząd dotrwa do kolejnych wyborów (w co, patrząc na sytuację pandemiczną i gospodarczą, szczerze wątpię), to przecież nie dłużej. Wyrok tego Trybunału przy nowym parlamencie łatwo będzie obalić – wielu prawników dość jednoznacznie sugeruje, że jego orzeczenia nie mają mocy prawnej (niekonstytucyjnie wybrana Pierwsza Prezes, obecność „sędziów-dublerów”). Albo zorganizowane zostanie referendum konstytucyjne. Możliwości jest sporo.

Kiedyś wierzyłem w to, że najważniejszym zadaniem środowisk pro-life jest właśnie zmiana świadomości, mentalności ludzi. Że powoli, krok za krokiem, rozmowa za rozmową, powinniśmy przekonywać innych. Że kiedy ktoś zrozumie, to zmieni zdanie. Że narzucanie czegokolwiek siłą jest po prostu bez sensu, podobnie zresztą jak prymitywne granie na emocjach. I miałem pełną świadomość tego, że osiągnięcie takiego celu – we współczesnym świecie – musi zająć lata. Dekady.

To, co stało się wczoraj, kończy tę walkę. I nie mam na myśli tego, że cel został osiągnięty. Bo nie został. Stworzono sytuację prawną, w której czegoś zakazano – i tyle. Akcja rodzi reakcję: jeśli chodzi o mentalność, o sposób myślenia, efekt będzie dokładnie przeciwny do zmierzonego. Mnóstwo ludzi, zwłaszcza młodych, zbuntuje się, zradykalizuje, stanie się gorącymi zwolennikami pełnej liberalizacji aborcji (nawet, jeśli dotąd byli dużo bardziej „centrowi”). Nie trafią już do nich żadne argumenty, żadne racje, nic. Nie wierzycie mi? To poczekajcie, historia pokaże Wam, że mam rację. Przy najbliższej okazji, jak napisałem, wahadło wychyli się w przeciwną stronę – ale tym razem na dobre, a przynajmniej na bardzo, bardzo długo. Mogę się założyć, że najdalej w ciągu piętnastu lat (a raczej szybciej) w Polsce dostępna będzie aborcja na życzenie. Jestem także pewien, że potem to się już nie zmieni za mojego życia, bo po tym, co się wczoraj stało, jakakolwiek rozmowa, jakikolwiek dialog na ten temat będzie w zasadzie niemożliwy. I odpowiedzialna za to będzie wczorajsza decyzja TK.

Chciałem Wam to uświadomić: Wam, moi znajomi i przyjaciele, moi bracia w wierze, i Wam, biskupi mojego Kościoła: jeśli myślicie o swoim posłannictwie w kategorii walki o życie nienarodzonych, to zdajcie sobie sprawę, że właśnie wczoraj tę wojnę przegraliśmy.

Muzycznie

A tak z bardziej optymistycznych wieści… Cztery dni temu ukazał się najnowszy album Katie Melua, zatytułowany po prostu „Album No. 8”. Dziś dostanę płytę, coś na pewno napiszę, jak spokojnie posłucham. A już 23 października premiera płyty z zupełnie innej bajki (chociaż…) – swój najnowszy krążek, „Royal Tea”, wydaje Joe Bonamassa, legenda bluesa i blues-rocka, człowiek, który mając dwanaście lat (!) występował na scenie jako „support” B.B. Kinga.

Meesa can’t wait… 😉

Tu i teraz

Przyznam, że pierwszy raz od naprawdę długiego czasu zaczynam się bać. Nie chodzi o panikowanie, nie jestem przerażony – ale jest we mnie coraz więcej lęku. I nie chodzi mi o samą pandemię – ale o to, jak nasze państwo się w tym czasie zachowuje, co robią (…a raczej – czego nie robią) władze.

Każdy, kto choć trochę interesuje się tym, co się dookoła dzieje, już wiosną słyszał, że najprawdopodobniej po letnim rozluźnieniu czeka nas druga, jesienna fala pandemii. Mówili o tym wszyscy fachowcy – naukowcy, lekarze – a spora część z nich ostrzegała, że ta druga fala może być wyższa od pierwszej. W większości krajów Europy władze wykorzystały ten spokojniejszy, letni czas na przygotowania do drugiej fali. Jednym wyszło to trochę lepiej, innym trochę gorzej – ale jednak. W Wielkiej Brytanii tworzono szpitale polowe, szkolono personel, wszędzie gromadzono leki, kupowano na zapas szczepionki na grypę (żeby druga fala pandemii nie nałożyła się na coroczny sezon grypowy), opracowywano procedury na wypadek gwałtownego wzrostu zachorowań.

A co robił nasz Najlepszy Rząd Tysiąclecia? Zajmował się „rekonstrukcją”. Czyli (tłumacząc to na polski) kłótniami o to, kto będzie … w który ministerialny stołek. Bo było lato, bo zachorowań było mniej, bo jakoś to będzie, bo przecież jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było, prawda?

No i mamy druga falę. Dzienna liczba nowych zachorowań coraz bardziej zbliża się do dziesięciu tysięcy – a wszyscy fachowcy mówią, że to dopiero początek. Dopiero początek – a nasz system ochrony zdrowia już się sypie. Karetki jeżdżą od szpitala do szpitala, bo nie ma gdzie przyjmować chorych. Przedstawiciele władz uspokajają, że wolnych łóżek „covidowych” jest jeszcze dużo – ale przeczą temu kolejne doniesienia o ludziach, których wożono z miejsca w miejsce przez osiem czy dziesięć godzin, o karetkach stojących w kilkugodzinnych kolejkach pod szpitalami, bo nie ma gdzie tych chorych przyjmować. W piątek (to głośna sprawa) zmarł zarażony COVID-19 kierowca karetki, którego wożono przez bodaj dwanaście godzin i NIGDZIE nie został przyjęty do szpitala, bo nie było miejsca – ale jeszcze wczoraj kolejny Wiceminister Czegokolwiek Bądź zapewniał, że „są wolne łóżka”. Cóż, dla ministrów, wiceministrów i ich rodzin pewnie są. Takoż dla partyjnej wierchuszki i innych VIPów. Rząd się wyżywi, rząd się wyleczy.

Nie ma dodatkowych respiratorów, nie ma dość leków, szczepionek na grypę nie ma nigdzie, a jak się pojawiają, to znikają natychmiast.

A co będzie, kiedy dziennie będzie piętnaście, dwadzieścia czy trzydzieści tysięcy nowych zdiagnozowanych? Władze przygotowują szpital polowy na Stadionie Narodowym. No świetnie – tylko raz, że „rychło w czas” (to trzeba było zacząć szykować w lipcu, a nie teraz…); a dwa – co to znaczy „szpital polowy”? Ustawią łóżka i… co dalej? Skąd wezmą respiratory? Skąd wezmą lekarzy (przecież do pacjentów w ciężkim stanie chorych na COVID nie ściągną internistów czy lekarzy rodzinnych z przychodni…)? Skąd wezmą pielęgniarki? Rozmawiałem ze znajomą pielęgniarką – żeby zostać pielęgniarką anestezjologiczną trzeba przejść DWULETNIĄ SPECJALIZACJĘ. „Zwykła” pielęgniarka po studiach nie umie pracować przy chorym leżącym pod respiratorem. Jasne, można zrobić tygodniowe kursy dla chętnych – tylko ile z takich pielęgniarek potem (bez swojej winy!) będzie popełniać błędy, których skutki będą dla chorych fatalne?

Czy rzeczywiście, jak pisze niemiecki „Die Welt”, Polska będzie „Włochami drugiej fali pandemii”?

Moje dzieci starsze już uczą się w domu (warszawskie szkoły średnie przeszły od dziś w tryb on-line). Pucek jeszcze chodzi do szkoły, a naszym rejonie na razie tragedii nie ma, ale jak długo? Dobrze, że przynajmniej Piłka jest co tydzień badana na COVID – póki jej testy wychodzą negatywnie, to i my raczej nie jesteśmy chorzy. Ale na przykład jedni nasi znajomi ewidentnie przechorowali tę zarazę, choć stosunkowo łagodnie. Gorączka, dość silny kaszel, bóle głowy i mięśni jak w grypie plus kompletna utrata węchu (kolega opowiadał, że codziennie rano schodził do kuchni i wąchał płyn do mycia naczyń, żeby sprawdzić, czy już coś czuje – węch zaczął mu wracać po plus minus dziesięciu dniach). Ale że wszyscy mieli tylko trzy objawy z czterech – nikt im oczywiście testów nie zrobił. Bo po co.

O siebie się nie boję – jasne, nie mam gwarancji, jak bym to paskudztwo przechodził, ale generalnie jestem zdrowy, bardzo odporny i wszelkie infekcje wirusowe łapią mnie bardzo rzadko, a jeśli już – to przechodzę je bardzo łagodnie.

Ale mój tata ma osiemdziesiąt lat, a w dodatku przez wiele lat palił (rzucił ostatecznie bodaj osiem lat temu, ale…). I boje się, po prostu się boje, że jeśli – nie daj Boże – skądś to cholerstwo złapie, to będą go wozili karetką przez osiem godzin od szpitala do szpitala. I zdążą albo nie.

To samo dotyczy mojej ciotki (osiemdziesiąt trzy lata) i paru innych osób.

A do tego dochodzą wszyscy „covidosceptycy”, uważający, że żadnej pandemii nie ma i że to wszystko spisek światowych potęg / Billa Gatesa / Reptilian / Żydów / masonów / kosmitów, półgłówki, które nie będą nosić maseczek w autobusach i sklepach, „bo nie”, „bo maseczki nic nie dają”, „bo to zamach na wolność” i wszyscy inni płaskoziemcy, antyszczepionkowcy i świry od 5G.

Generalnie – nie wygląda to fajnie.

Literacki Nobel dla Louise Glück

Muszę przyznać z niejakim wstydem, że po raz pierwszy od dosyć dawna po ogłoszeniu decyzji Akademii Szwedzkiej zorientowałem się, że laureatka jest mi kompletnie nieznana. Nie „nie czytałem za wiele”, nie „nie znam za dobrze” – po prostu „nie znam”. A szybkie przejrzenie noty biograficznej w Wikipedii zdecydowanie sugeruje, że Louise Glück nie jest „mało znaną poetką” – poważnymi nagrodami literackimi, które w życiu zdobyła, można by obdzielić kilku twórców.

Cóż, trzeba będzie to nadrobić. Z szybkiej kwerendy internetowej wnioskuję, że jak dotąd nikt jej chyba na polski nie tłumaczył (w każdym razie żadnego chyba z jej zbiorów poezji po polsku nie wydano, może pojedyncze wiersze gdzieś się ukazywały?).

Cóż, trzeba będzie nadrobić zaległości… 🙂

Miał być koncert, jest pandemia…

Na koncert miałem iść. Bilety sobie kupiłem. Rok temu. Koncert miał być 8 października. W Warszawie, na Torwarze. Od dłuższego czasu zastanawiałem się, czy będzie, czy jednak go odwołają. Jeszcze kilka dni temu organizator przysłał maila, że koncert będzie, tylko środki bezpieczeństwa, maseczki, oświadczenie o tym, że nie jestem chory i w ogóle… Trochę byłem w rozterce, bo z jednej strony tak się na ten koncert cieszyłem, a z drugiej – druga fala pandemii i 2 tysiące nowych przypadków dziennie (…a mówimy tylko o tych zdiagnozowanych…) nieco mnie zniechęcały.

Ale sprawa szybko rozwiązała się sama: dziś kolejny mail, że jednak cała trasa koncertowa odwołana. Bo pandemia w natarciu, bo Wielka Brytania wpisała Polskę na listę krajów „do kwarantanny” i w ogóle. Trochę można się tego było spodziewać…

Tym jednak, co jest najbardziej irytujące, nie jest nawet sam fakt, że jak już raz w życiu sobie kupiłem bilety, to akurat koncert odwołali. Najbardziej irytująca była dalsza część wiadomości od organizatora – ta o zwrocie pieniędzy za bilety. Jasne, trzeba wejść na stronę, przeklikać swoje i organizator pieniądze zwróci. Ale – cytuję:

Zgodnie z postanowieniami tarczy antykryzysowej czas procesowania zwrotów, może się wydłużyć do 180 dni licząc od momentu rozwiązania umowy. 
Zwroty będą realizowane w ciągu 180 dni od daty odwołania koncertu na podstawie decyzji Parlamentu (…)

Organizatorem koncertu jest Eventim – wielka, międzynarodowe firma. Tak, zdaję sobie sprawę, że z powodu pandemii odwołano mnóstwo koncertów i że firma nie ma z tego powodu lekko. Dlatego słowa bym nie powiedział, gdyby czas zwrotu pieniędzy za bilety zamiast tydzień (bo tyle maksymalnie powinno to trwać w normalnej sytuacji) liczył miesiąc. Czy nawet dwa miesiące.

Ale PÓŁ ROKU?!

Czy tylko ja mam wrażenie, że „tarcza antykryzysowa” jest tu tylko pretekstem…?

***

Szkoda. Naprawdę szkoda. Zwłaszcza, że nowy album Katie zapowiada się naprawdę ciekawie.

I znowu wrzesień…

Szybko jakoś te wakacje minęły… Tu nad morze, tu w Bieszczady, a tu proszę – już pierwszy września. Kiedy kończyłem Dużą Książkę, miałem takie plany, że ho ho. Że to zrobię, tamto, i jeszcze owo. Że tu posprzątam, tam zrobię porządek, to wywiozę a tamto przestawię. I co? I pstro: udało mi się z tego zrobić może dziesięć procent.

I żebym jeszcze mógł powiedzieć, że OK – niewiele zrobiłem, ale przynamniej odpocząłem… Ale też nie do końca. Nie czuję się bardzo wypoczęty, mówiąc szczerze. A rok szkolny, który się zaczyna, może dać w kość.

No bo raz, że pandemia. Nikt nic nie wie, kilkaset nowych zarażeń dziennie, dzieci wracają do szkół – a władze (przepraszam czytelników o wrażliwszych uszach) rżną głupa, z jednej strony zwalając na dyrektorów i samorządy całą odpowiedzialność, z drugiej odmawiając im de facto nie tylko pomocy, ale nawet możliwości podejmowania samodzielnych decyzji o przejściu w razie czego na nauczanie zdalne czy „hybrydowe”. A pan minister oświaty (!) twierdzi, że pójście dzieci do szkół nie zwiększy liczby zarażeń, bo „sama szkoła nie zaraża” (nie wymyśliłbym tego).

I nie chodzi mi o to, że dzieci nie powinny do tej szkoły iść (bo na ten temat trwają dyskusje w całej Europie, zdania fachowców są podzielone) – ale o to, że nasze władze kochane najwyraźniej nie mają pojęcia, co z tym wszystkim robić i wciąż, niezmiennie działają według tradycyjnego, staropolskiego „jakoś to będzie” (czy, w wersji z XXI w., „zmieścisz się śmiało”). Witamy na pokładzie Szalonego Autobusu, w którym jedyne, co działa sprawnie, to kontrola biletów.

W szkole u Piłki KAŻDY uczeń, nauczyciel i pracownik będzie CO TYDZIEŃ miał test na COVID-19. Jak ktoś okaże się „pozytywny” – ląduje na kwarantannie, a szkoła na ten czas przechodzi w tryb zdalny, po czym wracają do niej tylko ci, którzy „zdadzą” kolejny test po dwóch tygodniach. Strategia brzmi rozsądnie. Testy kosztują rodziców po 200 zł miesięcznie (Piłka, jako stypendystka, nie płaci).

Skoro ona jest badana (pierwszy test już zaliczyła, z wynikiem negatywnym, co w tym przypadku jest pozytywne…), to trochę tak, jakbyśmy wszyscy byli badani, bo w końcu mieszkamy pod jednym dachem.

Ale w szkole Piłki jest +/- 200 uczniów – i są to uczniowie, dla których rodziców 200 złotych miesięcznie to kwota „na waciki”. A jak to rozegrać u Pucka, gdzie w szkole jest około 500 dzieciaków + przedszkolaki z nowo otwartego oddziału? Albo u Pietruszki – w dużym warszawskim liceum, gdzie tych uczniów jest ponad tysiąc? Przecież wszystkie te środki ostrożności, mycie rąk i tak dalej to w gruncie rzeczy kompletna fikcja… Jak będzie „ognisko”, to będzie – i rozwinie się zanim ktokolwiek się zorientuje.

***

Ale nie samą pandemią żyje człowiek…

Pietruszka w klasie maturalnej. Jeśli wirus „walnie” i trzeba będzie przejść na dłuższy czas na nauczanie zdalne, to naprawdę nie będzie fajnie. A w dodatku Pietruszka wciąż nie jest pewien, co właściwie chce studiować. To znaczy: wiadomo, że nauki ścisłe, wiadomo też, że raczej w kierunku uniwersyteckim, niż politechnicznym. Ale tak konkretnie – to za przeproszeniem czarna dziura.

Pucek… Ech, Pucek ma lat dwanaście i chyba coraz szybciej wchodzi w nastolatkowość. Strasznie łatwo się irytuje, o wszystko się pieni, marudzi jak nieboskie stworzenie (na dowolny temat), wszystko mu się nie podoba (zwłaszcza jeśli chodzi o szkołę, a ZWŁASZCZA szkołę w pandemicznej rzeczywistości). To źle, tamto źle, i w ogóle jak to może być, że jest pierwszy września, a nauczyciele JESZCZE nie wiedzą, w której grupie on ma przychodzić na WF! No skandal po prostu.

A jak do tego dorastania dodać fakt, że jedną z cech konstytutywnych Pucka jest nienaginalny, ośli upór (w każdej, najdrobniejszej sprawie), to może się okazać, że ten rok może być bardzo trudny. Albo trzy lata.

A ja żyję cichą nadzieją, że jednak pandemia nas nie dopadnie i że Potwory pochodzą do tych swoich szkół choćby jakiś czas. Bo jeśli ten semestr będzie wyglądał tak, jak poprzedni – z nauką zdalną i dziećmi w domu 24/7 – to jedyne istotne pytanie będzie dotyczyć tego, kto oszaleje pierwszy…

***

A poza szkołą i poza pandemią…

Czekam, kiedy pani redaktor z Dużego Wydawnictwa odezwie się do mnie w sprawie tej kolejnej książki, co to ponoć ją dla mnie miała. Jeśli się odezwie – to może nie będzie tak źle. Ale jeśli nie…

Jakby to powiedzieć: wielkimi krokami zbliża się kilka inwestycji, których tak czy owak trzeba będzie dokonać. Na pierwsze miejsce wśród nich wysuwa się na razie sprawa samochodu.

Nie da się ukryć, że Zefirek się kończy. Ma piętnaście lat i problemy zdrowotne, które zapewne dałoby się wyleczyć, ale koszt kuracji mógłby dorównywać rynkowej wartości Zefirka, więc, jakby to powiedzieć, większego sensu to nie ma. Do końca tego roku szkolnego powinniśmy zamienić Zefirka na coś młodszego.

Ale na co? Kupić kolejnego staruszka, żeby za dwa lata mieć ten sam problem – to też trochę kiepski pomysł. Kupić (jak kiedyś) samochód trzy- czy czteroletni – pomysł super, ale nierealny finansowo. Trzeba zatem mierzyć w środek skali.

Po dłuższych analizach doszedłem do dwóch wniosków. Po pierwsze – żeby to miało ręce i nogi, i żeby na parę lat mieć spokój, to optymalny stosunek wieku do ceny będzie miało auto sześcio-siedmioletnie (nowsze też może być, tylko żeby było w takiej cenie…). Czyli graniczny rok produkcji to 2013.

Po drugie – przyzwyczailiśmy się do większych pojazdów, ale umówmy się: jest nas czworo i więcej raczej nie będzie. Nie potrzebujemy już samochodu wielkości Zefirka – w zupełności wystarczy nam „normalny” samochód osobowy, a ze względu na zamiłowanie do podróży niech to będzie kombi. Na co dzień żadna różnica, na długą wyprawę wakacyjną zawsze można kupić „trumnę” na dach, a ceny takich samochodów są niższe o 15 do 20 procent od ceny dowolnego vana z tego samego rocznika i z takim samym przebiegiem. Mam już nawet dwa czy trzy modele, które „by się nadały”.

Wszystko to nie zmienia faktu, że żeby to miało sens, to na samochód w takim wieku – i we w miarę dobrym stanie – trzeba wydać jakieś 20 – 25 tysięcy. Więc jak nie będzie nowej książki (…albo jakiejś wygranej w Lotto…) to nie ma o czym mówić.

***

A poza tym – bez zmian.

Bieszczady revisited…

Prawie już zapomniałem, jakie piękne są Bieszczady… Prawie już zapomniałem, ile radości daje wędrowanie przez góry, ciepło słońca na twarzy, wiatr szumiący w koronach drzew, falujące trawy i śpiew ptaków w ciszy. Tak, wiem, że to co piszę jest do obrzydliwości sentymentalne – ale zrozumcie: od sześciu lat nie byłem w górach. To znaczy: byłem / bywałem (Alpy, Pireneje, co tam chcecie…), ale tylko przejazdem, tylko podziwiając z okien samochodu, albo co najwyżej z perspektywy spokojnego spaceru doliną. Bo tak a nie inaczej się życie toczyło, bo choroby, bo dzieci, bo Piłka ze swoimi chorymi stawami chodzić po górach za bardzo nie może, więc…

Ale w końcu się udało. Chłopcy bardzo chcieli po górach połazić, Piłka postanowiła, że zostanie w domu, bo miała ochotę na parę chwil w samotności i z książką (…o, jakże ją rozumiem!). A my pojechaliśmy na tydzień w Bieszczady, razem ze znajomymi i ich trzema córkami.

Trochę się bałem, szczerze mówiąc, jak to z tymi górami będzie. Bo raz – że te sześć lat przerwy w „chodzeniu”; dwa – że (co nie jest bez znaczenia) jest mnie dziś niestety sporo więcej, niż te sześć lat temu.

Okazało się jednak, że nie było tak źle. Jasne, tempo wchodzenia pod górę miałem dużo wolniejsze niż kiedyś, częściej musiałem przystawać, żeby złapać oddech, a zanim doszedłem na górę, byłem cały mokry. Ale co z tego? Doszedłem, a kiedy już byłem na górze, spokojnie szedłem dalej. I czułem (…i to czucie przekładało się na fakty…) że mógłbym tak iść, iść, iść…

Żeby to pokazać obrazkowo: żółtym szlakiem z Wetliny na Przełęcz Orłowicza według mapy idzie się dwie godziny. Dawniej (…czyli +/- ćwierć wieku temu…) pokonywałem tę trasę w godzinę i kwadrans. Teraz szedłem pełne dwie godziny (odliczam kilka minut przestoju kiedy okazało się, że Pucek obtarł sobie piętę i trzeba było użyć plasterka). Ale kiedy doszliśmy na przełęcz, idąc dalej przez połoninę – i przez Osadzki Wierch – nie czułem się zmęczony, a kiedy doszliśmy do końca i zeszliśmy na dół, na Berehy, to JA rzuciłem propozycję, żeby z marszu iść jeszcze na Caryńską (co oznaczałoby powrót do domu mocno późnym wieczorem), a MŁODZIEŻ oznajmiła, że już dziś nie da rady 🙂

Więc chyba nie jest tak źle…

***

Drugiego dnia w Bieszczadach okazało się, że schodzi mi powietrze z lewego przedniego koła. Krótkie poszukiwania – i okazało się, że właśnie niedaleko miejsca, w którym mieszkaliśmy (kilka kilometrów) jest bodaj jedyny w tej części gór warsztat samochodowy, w którym zajmują się także wulkanizacją. Pojechałem. Poczekałem, aż pan Czesio (tak stało na tabliczce) skończy dokręcać tłumik trzem sympatycznym dziewczynom z Kielc, którym także problemy samochodowe zakłóciły wakacje. A potem pan Czesio zajął się moim kołem.

Koło – banał, jakiś gwoździk się wbił, trzeba było zlokalizować, wyciągnąć, zrobić uszczelnienie i łatkę. Czekając i rozmawiając z panem Czesiem zobaczyłem wiszącą nad drzwiami warsztatu gitarę, bardzo podobną do mojej pierwszej gitary sprzed trzydziestu pięciu lat. Zagadałem, zapytałem. Od słowa do słowa pan Czesio wyciągnął dwie inne gitary (sprawne, choć jedna była w stanie mocno zużytym) i zaczęła się rozmowa o graniu i muzyce. Pan Czesio – na oko w wieku 60+ – opowiadał, jak mając sześć lat przyjechał z Opola do Cisnej z ojcem, który dostał tu pracę. I jak w szkole stworzyli później zespół muzyczny, jak grali na lokalnych festynach… Już wyobrażałem sobie jakieś ludowo-discopolowe klimaty, kiedy pan Czesio sięgnął po gitarę i całkiem fachowo zagrał „Schody do nieba” Zeppelinów, a potem parę innych kawałków z repertuaru klasyków rocka.

I tak, czekając aż łatka w oponie się utwardzi („…chemia musi mieć czas, żeby złapać”, jak powiedział pan Czesio) siedzieliśmy na starych oponach plumkając na dwóch gitarach i dyskutując o muzycznych fascynacjach.

Takie rzeczy tylko w Bieszczadach.

***

A wieczorami wychodziłem sobie sam na boczną drogę koło domu, w którym mieszkaliśmy. Wystarczyło pójść dwieście metrów w górę – i było kompletnie, absolutnie, doskonale ciemno (19 sierpnia był nów księżyca!). I wreszcie udało mi się popróbować fotografii Drogi Mlecznej. Efekty na razie dość średnie, ale pierwsze koty za płoty…

Jubileuszowo

Tak więc mój rok jubileuszowy dobiegł końca. Bogiem a prawdą – nie bardzo wiem, jak mógłbym go podsumować. Z jednej strony – pewne sprawy posunęły się do przodu, a inne, choć się nie posunęły, to się przynajmniej wyjaśniły. Coś zacząłem, kilka sympatycznych rzeczy się wydarzyło.

Z drugiej strony… Nie wydarzyło się nic, co czyniłoby Prawdziwą Różnicę. Nie zaszła żadna Wielka Zmiana. Nie zrealizowała się żadna ze spraw, na które szczególnie liczyłem. Nie przyszedł żaden Nowy Początek.

Nie, nie czuję sie zawiedziony czy rozczarwany – to nie o to chodzi. Nie myślę życzeniowo, nie myślę magicznie. A jednak podświadomie na coś czekałem. Miałem nadzieję, że kiedy ten kolejny rok minie, coś będzie wyglądało inaczej.

Tak, mam pełną świadomość, że wyrażam się bardzo mało precyzyjnie.

***

Byliśmy nad morzem, jutro może zdążę wrzucić parę zdjeć (zabawa filtrem polaryzacyjnym dała kilka całkiem ciekawych widoczków). Byliśmy u dawno nie widzianych Przyjaciół koło Bydgoszczy. Byliśmy też w C., u cioci, oczywiście. Jeździliśmy po Górach Kaczawskich i wiemy, gdzie są najlepsze lody w Legnicy. Było całkiem miło.

Tyle, że przez te dwa tygodnie w zasadzie ani przez chwilę nie byłem sam.

***

Dziś zadzwoniła do mnie moja siostra – z życzeniami. I powiedziała, że ponieważ chwilowo nie stać ją na żadne prezenty (pandemia to kiepski czas na zmianę pracy, jak się okazuje – ale czasami tak zwany los ma takie a nie inne pomysły), to ma dla mnie prezent w innej formie. Otóż deklaruje się, że w dowolnym czasie (byle została poinformowana z sensownym wyprzedzeniem) przyjezdzie do G. i pomieszka przez tydzień z Potworami, żebym ja mógł sobie gdzieś wyjechać SAM.

O tym wyjeżdżaniu samemu już parę razy tu pisałem… Z różnych powodów (których tu wyjaśniać nie będę – kto wie, ten i tak wie) zostawienie Potworów samych na razie nie jest takie proste (nie mówię, że jest „niemożliwe” – ale właśnie że „nie jest proste”). Ale jeśli ona tu będzie – to będzie OK. I nawet nie chodzi o to, że będzie musiała coś robić – ale po prostu będzie.

Wszystko zatem wskazuje na to, że we wrześniu (a może pod koniec sierpnia? Zobaczymy…) wyskoczę sobie gdzieś sam na kilka dni. Teraz muszę jeszcze wymyśleć, dokąd.

I tak sobie myślę, że to chyba najfajniejszy prezent, jaki dostałem od dawna.

***

A moje dzieci na urodziny sprawiły mi taką oto koszulkę. Kto gra na gitarze, ten zrozumie…

Przed drogą

Lipiec. W niedzielę wyjeżdżamy nad morze – nie jestem może wielkim fanem polskiego wybrzeża Bałtyku, ale nawet cieszę się na ten czas. Chyba mam ochotę oderwać się trochę od codzienności, zwłaszcza po czasie pandemii, izolacji i tak dalej.

Na szczęście bez problemów znalazł się dog-sitter: kolega P., który w przeszłości już chyba ze trzy razy tę rolę pełnił (…w tym jeden raz z TYM psem). Zna dom, zna psa, zna kota. Będzie dobrze.

***

Za dwa tygodnie (…i dwa dni) kończy się mój prywatny Rok Jubileuszowy. Na razie – bez specjalnych fajerwerków. W niektórych sprawach jest nieco lepiej, niż rok temu, w innych – w zasadzie bez zmian. A szkoda, bo właśnie na te zmiany bardzo liczyłem.

Najtrudniej, kiedy coś jest tak blisko, na wyciągnięcie ręki – i tak daleko jednocześnie.