Jubileuszowo

Tak więc mój rok jubileuszowy dobiegł końca. Bogiem a prawdą – nie bardzo wiem, jak mógłbym go podsumować. Z jednej strony – pewne sprawy posunęły się do przodu, a inne, choć się nie posunęły, to się przynajmniej wyjaśniły. Coś zacząłem, kilka sympatycznych rzeczy się wydarzyło.

Z drugiej strony… Nie wydarzyło się nic, co czyniłoby Prawdziwą Różnicę. Nie zaszła żadna Wielka Zmiana. Nie zrealizowała się żadna ze spraw, na które szczególnie liczyłem. Nie przyszedł żaden Nowy Początek.

Nie, nie czuję sie zawiedziony czy rozczarwany – to nie o to chodzi. Nie myślę życzeniowo, nie myślę magicznie. A jednak podświadomie na coś czekałem. Miałem nadzieję, że kiedy ten kolejny rok minie, coś będzie wyglądało inaczej.

Tak, mam pełną świadomość, że wyrażam się bardzo mało precyzyjnie.

***

Byliśmy nad morzem, jutro może zdążę wrzucić parę zdjeć (zabawa filtrem polaryzacyjnym dała kilka całkiem ciekawych widoczków). Byliśmy u dawno nie widzianych Przyjaciół koło Bydgoszczy. Byliśmy też w C., u cioci, oczywiście. Jeździliśmy po Górach Kaczawskich i wiemy, gdzie są najlepsze lody w Legnicy. Było całkiem miło.

Tyle, że przez te dwa tygodnie w zasadzie ani przez chwilę nie byłem sam.

***

Dziś zadzwoniła do mnie moja siostra – z życzeniami. I powiedziała, że ponieważ chwilowo nie stać ją na żadne prezenty (pandemia to kiepski czas na zmianę pracy, jak się okazuje – ale czasami tak zwany los ma takie a nie inne pomysły), to ma dla mnie prezent w innej formie. Otóż deklaruje się, że w dowolnym czasie (byle została poinformowana z sensownym wyprzedzeniem) przyjezdzie do G. i pomieszka przez tydzień z Potworami, żebym ja mógł sobie gdzieś wyjechać SAM.

O tym wyjeżdżaniu samemu już parę razy tu pisałem… Z różnych powodów (których tu wyjaśniać nie będę – kto wie, ten i tak wie) zostawienie Potworów samych na razie nie jest takie proste (nie mówię, że jest „niemożliwe” – ale właśnie że „nie jest proste”). Ale jeśli ona tu będzie – to będzie OK. I nawet nie chodzi o to, że będzie musiała coś robić – ale po prostu będzie.

Wszystko zatem wskazuje na to, że we wrześniu (a może pod koniec sierpnia? Zobaczymy…) wyskoczę sobie gdzieś sam na kilka dni. Teraz muszę jeszcze wymyśleć, dokąd.

I tak sobie myślę, że to chyba najfajniejszy prezent, jaki dostałem od dawna.

***

A moje dzieci na urodziny sprawiły mi taką oto koszulkę. Kto gra na gitarze, ten zrozumie…

Przed drogą

Lipiec. W niedzielę wyjeżdżamy nad morze – nie jestem może wielkim fanem polskiego wybrzeża Bałtyku, ale nawet cieszę się na ten czas. Chyba mam ochotę oderwać się trochę od codzienności, zwłaszcza po czasie pandemii, izolacji i tak dalej.

Na szczęście bez problemów znalazł się dog-sitter: kolega P., który w przeszłości już chyba ze trzy razy tę rolę pełnił (…w tym jeden raz z TYM psem). Zna dom, zna psa, zna kota. Będzie dobrze.

***

Za dwa tygodnie (…i dwa dni) kończy się mój prywatny Rok Jubileuszowy. Na razie – bez specjalnych fajerwerków. W niektórych sprawach jest nieco lepiej, niż rok temu, w innych – w zasadzie bez zmian. A szkoda, bo właśnie na te zmiany bardzo liczyłem.

Najtrudniej, kiedy coś jest tak blisko, na wyciągnięcie ręki – i tak daleko jednocześnie.

Już Prawie Lipiec…

Czas biegnie w nieprawdopodobnym tempie. Od ostatniej notatki minęło już ponad półtora miesiąca – nie do wiary. Ale po prostu nie miałem siły: kończyłem Grubą Książkę, tłukąc po 10 stron dziennie stosunkowo niełatwego tekstu z mnóstwem nowego słownictwa (ekonomia!…), milionem tabelek, wykresów, ramek i wyjaśnień. Jednocześnie – oczywiście – robiąc wszystko to, co na co dzień (zarówno domowo, jak zawodowo).

No, ale skończyłem wreszcie. Co prawda nie jest to koniec mojej przygody z tym arcydziełem – teraz sczytuję kolejne rozdziały, które wracają do mnie po pierwszej redakcji i wykłócam się z panią redaktorką o różne drobiazgi, które jej zdaniem powinny być inaczej, a moim właśnie tak. Ale to już są drobiazgi… To były bardzo męczące trzy miesiące (a w zasadzie trzy i pół). Ale też korzyści będą dość wymierne – jest szansa, że (zwłaszcza w sytuacji pandemii…) tegoroczne wakacje zakończą się na finansowym plusie. Pierwszy raz od pięciu lat.

***

Rok szkolny się kończy. Piłka pisała egzaminy (wszystko on-line) – teraz czeka na wyniki, ale jak ją znam, to będzie OK. Pietruszka zdaje się będzie miał na świadectwie czwórkę… jedną. A poza tym same piątki i jedną szóstkę. Co – jak łatwo obliczyć – daje średnią 5,0. W liceum. Jednym z najlepszych w Polsce. No kurczę…

Pucek jak zwykle na koniec roku przypomniał, że w kwestiach szkolnych jest „słabszy” wyłącznie „w porównaniu” ze swoim zmutowanym rodzeństwem: jego średnia na koniec szóstej klasy to 4,92. Nawet, gdyby opuścić mu dwie oceny końcowe, które moim zdaniem są nieco zawyżone (…ten urok osobisty etc.…), to i tak łapałby się na biało-czerwony pasek. Naprawdę, nie mam zastrzeżeń.

***

Wakacje… Plany były takie i owakie, ale wiadomo – korona, pandemia, kryzys i dramat. Więc plany wzięły w łeb. Po raz pierwszy od bardzo dawna całe wakacje spędzimy w Polsce. W lipcu będziemy tydzień nad morzem, potem wpadniemy na dzień czy dwa do znajomych mieszkających pod Bydgoszczą, którzy zapraszają nas od pięciu lat i zawsze się jakoś nie składało. Potem pojedziemy na dwa – trzy dni do G., do cioci. Razem niecałe dwa tygodnie.

A w sierpniu jedziemy na tydzień w Bieszczady, w dodatku ze znajomymi (i ich trzema córkami). Tak, tak, Bieszczady jednak. Z uwagi na obecność progenitury nie będzie to może taka wyprawa, jak te, o których pisałem… Ale zawsze coś. Może się uda przejść przez Połoniny, może dotrzemy na Tarnicę czy Rawki. Piłka powiedziała, że „ona jeszcze nie wie, czy chce w te Bieszczady jechać” – może zostanie w domu. Trochę rozumiem: przy jej problemach zdrowotnych góry nie są dla niej atrakcją. Za długo nie połazi, w górę nie pójdzie, a siedzieć w domu może też w domu… Ano, zobaczymy. Ale mam nadzieję, że chłopaków uda mi się trochę bieszczadzkim bakcylem zarazić.

A, przy okazji: może ktoś ma ochotę wpaść do Puchatkowa na półtora tygodnia w lipcu albo na tydzień w sierpniu, żeby sobie pomieszkać pod Warszawą i powakacjować w zamian za opiekę nad Zwierzyńcem?… Zgłoszenia na priv proszę – ci, którzy ewentualnie byliby zainteresowani, to raczej adres mają 😉

***

…ale prawda jest taka, że (nie mówcie moim dzieciom, OK?) najchętniej pojechałbym w te Bieszczady sam. „Sam” mogłoby oczywiście oznaczać w miłym towarzystwie kilkorga dobrych przyjaciół – ale mogłoby także oznaczać, że SAM sam. Cała ta pandemia i domowa izolacja sprawiły, że marzę o pobyciu choć przez kilka dni jak najdalej od miejsca, w którym aktualnie przebywają moje dzieci. Też tak macie?…

Mało to realne, niestety. Ale może – może, kto wie – jak już wrócimy z tych Bieszczadów, udałoby mi się choć na dwa dni pojechać gdzieś samemu. Może moje dzieci zrobiłyby mi taki prezent na urodziny… Same nie zostaną (Pietrucha już niby pełnoletni, Piłka w grudniu skończy siedemnaście lat, ale Pucek… Ktoś by musiał z nimi zostać. Ano, zobaczymy).

***

A to, co pisałem w lipcu ubiegłego roku o Roku Jubileuszowym… Cóż, do moich urodzin został miesiąc. Na razie nic nie wskazuje, żeby coś wielkiego miało się w tym czasie wydarzyć. Żadne Drzwi Święte mi się nie otworzyły. Ba, nawet furtki żadnej nie widzę, choć w Pewnej Sprawie naprawdę jej wyglądałem i naprawdę miałem nadzieję, że się uchyli.

I trochę mi z tego powodu smutno.

Nostalgicznie…

„Długi majowy weekend” trochę mnie nostalgicznie nastroił. I nie dlatego, że pogoda kiepska, bo to akurat mi nigdy nie przeszkadzało. Chodzi o to, że kiedyś te kilka dni – czasami lekko przedłużone, jeśli akurat kalendarz się sensownie ułożył – to był czas wyjazdowy. Zawsze. Co roku. Bez wyjątków.

W czasach studenckich jeździło się albo w Tatry, albo w Bieszczady. Szczególnie te bieszczadzkie wyjazdy wspominam niezwykle ciepło. Kiedyś (kiedy nie znałem jeszcze M.) pojechaliśmy we czwórkę – z Martą N., jej narzeczonym i jej bratem. Z Baligrodu do Wetliny dojeżdżaliśmy autostopem – zabrał nas kierowca wiozący chleb z piekarni do lokalnych sklepów. Dwie godziny jazdy w oparach zapachu świeżego, jeszcze ciepłego chleba… Do dziś to pamiętam. A potem – następnego dnia – wędrowaliśmy torami bieszczadzkiej wąskotorówki (wówczas – kompletnie nieużywanymi) z Wetliny aż na Moczarne.

Albo innym razem – w większej grupie kumpelsko-przyjacielskiej, kiedy w nocy poszliśmy z Wetliny szosą w kierunku Brzegów Górnych, na Przełęcz nad Berehami – i tam całą ekipą rozłożyliśmy się na asfalcie, na środku szosy, żeby gapić się w gwiazdy (bo noc była ciepła i bezchmurna, księżyc w nowiu, a gwiazdy były takie, jakich w mieście oglądać się nie da…). I kolega Jacek z początku strasznie się denerwował (…pamiętasz, Jacku?). „Dajcie spokój, wstawajcie, leżycie na środku szosy, w nocy, coś was przejedzie!” Ale wytłumaczyliśmy mu, że jesteśmy w środku Bieszczadów, jest druga w nocy, NIC tu o tej porze nie jeździ, a nawet gdyby jechało, to leżymy na przełęczy i każdy samochód będzie widać, kiedy będzie jeszcze trzy czy cztery kilometry od nas. Więc kolega Jacek się uspokoił i podziwiał gwiazdy z nami…

Albo kiedy na środku Połoniny Wetlińskiej koleżanka A., dla przyjaciół Tygrys, po usłyszeniu pewnego kawału (zresztą, mówiąc uczciwie, takiego sobie…) dostała tak histerycznego ataku śmiechu, że nie mogła się przestać śmiać przez dobre kilka minut – i siedziała na ziemi, na środku szlaku turystycznego, wydając z siebie dziwne odgłosy, aż przechodzący turyści upewniali się, czy na pewno nie trzeba wezwać pomocy…

A teraz – izolacja, pandemia, wirus i koniec świata. Wszystko, na co można było liczyć w majowy weekend to spacer po pobliskim lasku.

Droga. Brakuje mi drogi. Wędrowania. Plecaka na plecach, kamieni pod nogami, kilku przyjaciół i tego poczucia, że za najbliższym zakrętem może czekać na nas widok, którego jeszcze nie znamy – i którego nie zapomnimy do końca życia. A w ten majowy weekend brakuje mi tego szczególnie.

„Jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie”. Trzeba w to wierzyć.

Prezent…

No, jakby to powiedzieć… Miałem zdać relację. To zdaję. Kurier zjawił się dziś. Przed południem. Nie ukrywam, byłem równie podekscytowany jak Potwory (którym, oczywiście, o całej sprawie opowiedziałem). Kurier sprawdził adres, dopytał o nazwisko, po czym wypakował z furgonetki… wielką pakę. Karton miał chyba z półtora metra wysokości, pół mera szerokości i jakieś dwadzieścia centymetrów głębokości. Przyznam, że mi nieco szczęka opadła, bo spodziewałem się przesyłki wielkości płyty czy książki.

Rozpakowaliśmy i… szczęka opadła mi jeszcze niżej.

Szanowni Państwo pozwolą, że im przedstawię nową lokatorkę Puchatkowa:

To jest, szanowni Państwo, Framus, seria Legacy, Grand Auditorium. Gitara akustyczna (w zasadzie – elektroakustyczna, bo ma możliwość podłączenia kabelka…). Dość nietypowy model. Bo raz, że płyta rezonansowa jest z litego mahoniu – co daje miększe, cieplejsze, ciemniejsze brzmienie, niż w przypadku świerku – takie właśnie mocno bluesowe… Ale dwa – że ma toto szerszy gryf niż typowy „akustyk”: szerokość na siodełku to 48 milimetrów (czyli 1 i 7/8 cala). Gryf typowego „akustyka” ma w tym miejscu 42 albo 43 milimetry – co dla mnie, wychowanego jednak na gitarze klasycznej (…i, nie ukrywajmy, posiadającego palce nieco grubsze niż eteryczna nastolatka…), jest trochę wąsko. A te 48 to już prawie tyle, co w gitarze klasycznej (która ma 50 abo 52). No, tylko grać (…żeby jeszcze było kiedy…).

Kolekcja gitar wzrosła mi zatem do czterech sztuk.

Mam moją klasyczną gitarę, manufakturowego Manuela Rodrigueza, kupionego dobre ćwierć wieku temu. Kocham ten instrument – znać po nim ślady używania, ale dalej brzmi lepiej niż większość klasyków, które kiedykolwiek miałem w rękach. Płyta rezonansowa z hiszpańskiego cedru. Lutnik, który ją naprawiał po drobnym wypadku, powiedział, żebym jej broń Boże nie sprzedawał, bo jest świetna, „…a dziś żeby taką kupić musiałby pan wydać kupę kasy, a i tak nie miałby pan gwarancji, że nie jest made in China…”.

Mam akustyczną Jasmine S-34C (świerk). Jasmine to taka tańsza (duuużo tańsza…), budżetowa linia japońskiej marki Takamine. Ot, taniutki instrument (nową można kupić za kwotę rzędu 100 dolarów, a ja kupiłem używaną…), ale – jak to Japończyk – wykonany bardzo precyzyjnie, świetnie stroi i dźwięk ma porównywalny z instrumentami z półki cenowej o klasę wyżej. Całkiem fajny akustyk, tylko ten gryf wąski (42 milimetry na siodełku…).

Mam dwunastostrunowego Hohnera – fajna zabawka, w zasadzie (oficjalnie) nie jest moja, tylko kolegi Z., ale on ma w domu chyba …naście gitar, w tym znacznie lepszą „dwunastkę”, więc powiedział, że mogą ją trzymać, ile zechcę.

No i teraz proszę bardzo – Framus Legacy Grand Auditorium, mahoń… Gitara do bluesa. No to chyba trzeba będzie się za tego bluesa trochę wziąć (…jak tylko skończę książkę, którą robię, bo do tego czasu raczej niczemu specjalnie dużo czasu nie poświęcę).

Muszę powiedzieć (jakby to banalnie nie zabrzmiało), że na taki prezent bym nie wpadł.

Uff…

Czekając na Kuriera…

Ot, sympatyczna historia w niesympatycznych czasach… Mam ci-ja takich znajomych za Wielką Wodą, w samej Hameryce. Poznaliśmy się drobne dwadzieścia siedem lat temu (!), kiedy pojechałem za Wielką Wodę na Światowe Dni Młodzieży, które wówczas odbywały się w Denver (tak, wtedy byłem jeszcze młodzieżą…). Jak do tego doszło – kiedyś tu chyba pisałem. Pisałem też, że po zakończeniu WYD’1993 przez dobre półtora miesiąca podróżowałem sobie samotnie po USA, mając „na życie” dokładnie pięć dolarów dziennie – co prawda ćwierć wieku temu było to ciut więcej niż dziś, ale i tak grosze. Pardon, centy. Jeździłem autobusami Greyhounda (miesięczny bilet na nie kupiłem jeszcze w Polsce, nie wiem, czy dziś nadal są takie możliwości, choć w epoce Internetu pewnie łatwiej to zrobić, niż wtedy). Trochę jeździłem też autostopem (pokonałem na przykład w ten sposób trasę Los Angeles – San Francisco i z powrotem). Jadałem głównie w różnych makdonaldach i innych burgerkingach, bo na nic innego te moje 5 dolarów dziennie raczej by nie starczyło. Sypiałem głownie „w drodze”, w autobusach, myłem się w prysznicach dla truckersów… Objechałem prawie całe Stany. To były czasy…

Ale wcześniej, jeszcze w Denver, poznałem kapitalnych ludzi – państwa L., którzy wprawdzie wiekiem bliżsi byli moim rodzicom, niż mnie (ich starszy syn jest ode mnie trzy lata młodszy) ale dogadaliśmy się fantastycznie. Po skończeniu WYD wylądowałem na półtora tygodnia u nich w domu, w Greeley, 50 mil od Denver. Gadaliśmy, graliśmy, rozmawialiśmy o muzyce (głównie o bluesie, ale nie tylko…), łaziliśmy po Górach Skalistych… Ech, rozmarzyłem się…

Po powrocie do Polski przez jakiś czas jeszcze pisywaliśmy do siebie, ale z czasem kontakt w sposób naturalny wyblakł. Odnowił się dwa lata temu, kiedy przeglądając stare papiery znalazłem ich adres – i pomyślałem, że jak po dwudziestu pięciu latach się „przypadkiem” znajduje taki adres, to można się odezwać. Nawiązanie kontaktu zajęło kilka miesięcy, bo okazało się, że państwo L. się przeprowadzili – co prawda tylko o kilka przecznic, ale trudno było ich znaleźć. Ale nie ma rzeczy niemożliwych w epoce Internetu… Znalazłem. Zaczęliśmy korespondować (już mailowo, rzecz prosta) i tak sobie korespondujemy do dziś. Oni piszą co u nich, ja piszę, co u mnie… Znowu rozmawiamy o bluesie… Wiadomo.

Ostatnio tematem numer jeden jest oczywiście epidemia… Oni – starsi ludzie, z grupy ryzyka – boją się głównie o swoje dzieci, bo syn jest szefem wielkiego supermarketu, więc styka się z tłumami ludzi (z czego połowa chodzi bez maseczek), a córka jest pielęgniarką w dużym szpitalu, więc wiadomo.

Ale właśnie kilka dni temu zeszło na inne tematy – no i pani L. napisała długiego maila, że właściwie, to oni mają dla mnie prezent. Na urodziny. Te pięćdziesiąte, co to je w tym roku obchodzę. Bo na początku mieli taki pomysł, że kupią mi bilet lotniczy do USA, żebym mógł ich w wakacje odwiedzić (…nawet odnotowali, że Polacy już wiz nie potrzebują!). No ale najpierw do nich doszło, że ja przecież mam troje dzieci, a na cztery bilety to ich nie stać… A potem zaczął się koronawirus, więc siłą rzeczy pomysł i tak wziął w łeb.

I w związku z tym wymyślili inny prezent. Ale mi nie powiedzą jaki. O, nie – to ma być niespodzianka. I że mam czekać na kuriera, który pewnie za jakiś czas do mnie zapuka. Żebym się nie zdziwił…

Zaraz, zaraz – że what?!

Kurier? Z prezentem? Z Ameryki?! No nie, nie całkiem z Ameryki, z Niemiec podobno. No bo przecież mamy XXI wiek, więc wszystko można kupić on-line i zlecić dostarczenie w dowolne miejsce, prawda? No więc oni kupili on-line. W Niemczech, bo tak im wyszło najłatwiej, a to do Polski już rzut beretem, prawda? Za rogiem po prostu. Father T. im pomógł, bo oni sami jeszcze nie do końca ten Internet ogarniają, ale się uczą (father T. to ksiądz – Polak, choć w Ameryce już urodzony, który jest wikariuszem w ich katolickiej parafii). A tak, tak, oni wiedzą, że urodziny dopiero w lipcu, ale teraz jest izolacja i wirus, i siedzi się w domu, więc teraz będę mógł się nacieszyć.

No więc mam czekać na kuriera. I mimo nacisków, błagań i szantażu niczego więcej się nie dowiedziałem (poza tym, że „na pewno mi się spodoba, bo z naszych różnych rozmów i maili to wiedzą”). No to czekam. Na kuriera. Co oni mogli wymyślić?…

Surprised Dog Blank Template - Imgflip

Step by Step…

Izolacja mnie męczy. Codzienność staje się jeszcze bardziej monotonna i przewidywalna. Wstaję rano, wychodzę z psem, siadam do pracy. Siedzę przy niej do wczesnego popołudnia. Wychodzę z psem. Robię obiad. Jemy obiad. Wracam do pracy. Robi się wieczór. Wychodzimy z psem (albo wszyscy, albo część). Da capo al fine.

Piłka ma swoje lekcje on-line, pisze kolejne eseje, zastanawia się nad wyborem A-levels. Pietruszka też ma lekcje, potem długo siedzi nad zadaniami, narzeka, że dużo im zadają („narzekam więc jestem”). Pucek trochę marudzi, trochę już wszedł w rytm tej izolacji. Przydałby mu się nowy komputer (stary laptop po starszym bracie już się naprawdę sypie…), ale o tym realnie będzie można pomyśleć dopiero za jakiś czas.

A ja? Wstaję rano. Wychodzę z psem. Siadam do pracy…

Brakuje mi przestrzeni. Wczoraj (w niedzielę) korzystając z łaskawości Niemiłościwie Nam Panujących, którzy raczyli otworzyć lasy, pojechaliśmy do Puszczy Kampinoskiej. Piłka została w domu, ale ja doszedłem do wniosku, że muszę chłopaków przegonić po lesie, bo inaczej wszyscy zwariujemy. Po złożeniu dwóch z trzech tylnych siedzeń okazało się, że do naszego Zefirka zmieszczą się trzy osoby i trzy rowery (rowerom trzeba było tylko zdjąć przednie koła, osoby weszły bez odkręcania czegokolwiek). Pojechaliśmy do Górek Kampinoskich i zrobiliśmy jakieś dwadzieścia kilometrów po puszczy. Trochę łagodnych ścieżek, trochę piachu, parę stromych podjazdów, parę szalonych zjazdów… Zajęło nam to jakieś trzy i pół godziny. Las, zieleń, cisza, nieprawdopodobny śpiew ptaków. Pierwszy raz od jakiegoś czasu naprawdę poczułem, że żyję.

Ratuje mnie (tak po ludzku) pisanie (i tu, i tam). I muzyka – nawet jeśli czasu na nią niewiele. Ale dziś na przykład na wieczorny spacer z psem poszedłem sam (…no, to znaczy sam z psem), bo Potwory akurat nie były zainteresowane. I chodziłem sobie sam (…z psem) w ciemności (…z latarniami), po pustym parku, a Norah Jones ciepłym głosem śpiewała mi w słuchawkach (bo tak mnie akurat naszło). Pół godziny sam na sam z muzyką i własnymi myślami. Kto w czasach izolacji ma dzieci w domu, ten wie, jaka to łaska…

***

Ale zdarzają się w całym tym koszmarze chwile naprawdę pozytywne. Ot, spora grupa muzyków (dokładnie – jeśli wierzyć nagłówkom – 141 muzyków, 5 kotów i jedna papuga…) zebrała się razem, żeby on-line, pozostając w domach (oczywiście) wspólnie nagrać absolutnie odjechany kawałek.

I jedno, że kawałek irlandzki (co, jak wiadomo, dla mnie samo w sobie jest już plusem) – ale drugie, że zrobili to razem, siedząc we własnych domach w 141 miejscach, w kilkunastu (albo kilkudziesięciu, nie liczyłem) krajach świata. Wzięła w tym udział całkiem spor grupka Polaków, ale też Brytyjczycy, Amerykanie, Irlandczycy (rzecz prosta), Australijczycy, Kanadyjczycy, Malezyjczycy, Filipińczycy…

Powiem tak: to jest chyba najbardziej zakręcona i pozytywna rzecz, jaką widziałem (…słyszałem…) od początku tej całej wirusowej zabawy. Zobaczcie sami:

Pandemia, dzień… kolejny

Naprawdę nie jesteśmy w złej sytuacji. Nawet wśród moich bliskich znajomych są ludzie, dla których to, co się teraz dzieje, jest dużo większym problemem. Bo nagle mniej zarabiają. Bo w ogóle nie są pewni, czy za chwile nie stracą pracy. Bo nawet jeśli materialnie jakoś sobie radzą (albo więcej niż radzą), to mieszkają w bloku czy kamienicy i czują się trochę jak w więzieniu. Bo mają małe dzieci, przy których zdalna praca (zwłaszcza w niewielkim mieszkaniu w bloku) jest bardzo trudna.

W moim przypadku – przynajmniej na razie – nie wygląda na to, żeby w najbliższym czasie brakowało roboty. Praca w domu to dla mnie norma, a momentami jest mi wręcz łatwiej, bo rzadziej muszę odrywać się od pracy: nie jeżdżę odbierać Potworów z pociągów i kolejek, na zakupy jadę raz w tygodniu… Mieszkamy w domku, który wprawdzie jeśli chodzi o powierzchnię mieszkalną wielki nie jest (…paru moich znajomych ma większe mieszkania…), ale jednak każdy ma w nim swój pokój, co w sytuacji przebywania pod jednym dachem 24/7 naprawdę ma duże znaczenie. Mamy ogródek, mały co prawda i – uczciwie mówiąc – dość zapuszczony, bo jakoś nie mam ostatnio pary, żeby się nim zajmować, ale jednak nawet przy ekstremalnych ograniczeniach możemy wyjść na dwór. No i mamy Lucjusza, który ostatnio zyskał sobie przydomek „Przepustka”, bo umożliwia wyjście na spacer o każdej porze dnia i nocy (gdyby się chciało). Pies jest bardzo zadowolony, bo spacerów ma więcej niż zwykle – i czas pojedynczego spaceru znacząco się wydłużył…

Największym problemem (dla mnie) jest to, że na co dzień naprawdę bardzo trudno o choćby chwilę tylko dla siebie. O chwilę na pomyślenie, wyciszenie się, refleksję. Albo siedzę nad pracą (usiłując zmieścić się w terminie z książką i robiąc wszystko to, co poza nią…), albo wychodzę ze swojego pokoju – i wtedy natychmiast ktoś coś ode mnie chce.

A że wszyscy mają już tej sytuacji trochę dość, to znacznie łatwiej o wybuchy, nerwy, konflikty, tarcia, zgrzyty i zderzenia. Czyli o sytuacje, w których to ja muszę interweniować i dbać o to, żeby krew się nie polała. Czyli sytuacje, w których to ja – rzecz prosta – ostatecznie dostaję emocjonalnie po głowie najbardziej.

A dookoła wiosna. Cała przyroda ma w nosie ograniczenia, wirusa i pandemię – i żyje własnym, normalnym rytmem. Dziś, kiedy szliśmy z Luckiem na spacer – przedzierając się przez chaszcze nad rzeczką Rokicianką, która płynie zaraz za naszym osiedlem – w najmniej spodziewanym miejscu trafiliśmy na stojącego w bajorku bociana. wyszliśmy zza krzaków i zakrętu na tyle niespodziewanie, że ptaszysko nawet nie zdążyło się przestraszyć, a Lucek (na smyczy) był tak zdziwiony, że nawet nie szczeknął. I staliśmy tak przez dobrą minutę, z jednej strony wielki, czarno-biały ptak, z drugiej Trzech Panów Na Piechotę (Nie Licząc Psa), bo Piłka została w domu. Dzieliło nas może cztery czy pięć metrów. W końcu bociek zreflektował się, przypomniał sobie, że dwunogom ufać nie można (a czworonogom pewnie jeszcze bardziej), machnął wielkimi skrzydłami i odleciał. Jak gdyby nigdy nic.

To, jednak, pocieszające.