Mądrość etapu…

Dziwny to czas. Wielki Tydzień, w którym nie można nawet pójść do kościoła. Jutro zacznie się Triduum Paschalne, które będziemy przeżywać przed telewizorem. Rząd uznaje, że samotne chodzenie po lesie albo spacerowanie po wiejskiej drodze jest niebezpieczne – ale tłumna wyprawa na pocztę w celu „zagłosowania” jest OK. Hurra-optymistyczne zapewnienia w TVP („…silni, zwarci, gotowi, najlepiej przygotowani, cała Europa patrzy na nas z zazdrością”) maja się nijak do rzeczywistości (kto ma jakichś znajomych lekarzy pracujących w szpitalach, ten wie, jak bardzo).

A swoją drogą – ciekawe, na ile nasze władze ó-kochane zdają sobie sprawę z faktu, że mamy XXI w. i w Internecie nic nie ginie… Ciekawe, jak rządzący odnieśliby się do wypowiedzi sędzi Trybunału Konstytucyjnego w kwestii wyborów korespondencyjnych. Szanowni Państwo, przed Wami… Krystyna Pawłowicz!

Czy to się nazywa „mądrość etapu”?…

Wielkanocnie (?)

Przypomniało mi się… Musiałem chwilę poszukać w fotograficznych archiwach, ale znalazłem. Rok 2015, wielkanocny wyjazd do Węgierskiej Górki. Nie pamiętam już, kto stworzył to dzieło – moje Potwory czy córka kolegi S. – ale pomyślałem sobie, że zważywszy na okoliczności, to jest po prostu idealna pisanka na tegoroczną Wielkanoc…

Życie w czasach zarazy – c.d.

Siedzimy w domu. Jedni znoszą to lepiej, inni gorzej. Piłka nieźle – bo ona i tak za dużo się nie rusza, jej wieczne problemy ze stawami czynią z niej osobę mało ruchliwą: wyjście na spacer z psem zaspokaja jej potrzebę działania. Poza tym ona jedyna z całej trójki ma „normalne” lekcje. Oczywiście on-line, ale normalnie, według planu, tak, jakby siedziała w szkole. Co jest stosunkowo łatwe, kiedy „klasa” – w zależności od zajęć – liczy od czterech do +/- ośmiu osób.

Pietruszka – jako tako. Lekcje on-line ma maksymalnie godzinę dziennie, ale nauczyciele są z nimi w stałym kontakcie (e-maile, komunikatory, Skype…) i zadają im robotę, a potem ją sprawdzają. Przez kilka pierwszych dni wszyscy nie mieli jeszcze doświadczenia z taką pracą, więc przysłali tej roboty tyle, że Pietruszka siedział nad lekcjami więcej, niż gdyby normalnie chodził do szkoły. Dziś już jest lepiej – wszyscy wiedzą już mniej więcej co i jak – ale roboty biedni licealiści dalej mają sporo. Pietrucha trochę narzeka, trochę marudzi (jak to on…), ale generalnie wygląda na pogodzonego z losem. Najbardziej nie może przeboleć tego, że odwołano tegoroczne Euro. Mają ludzie problemy…

Najgorzej jest z Puckiem. On też dostaje cała masę zadań do robienia, ma codziennie jakieś lekcje on-line, ale… Cóż, Pucek nie jest człowiekiem, który dobrze znosi samotność. Nie potrafi się sam bawić. Starszy brat siedzi i się uczy, siostra zajmuje się swoimi sprawami, tata musi pracować (prace bieżące idą zwykłym torem, a do tego książka, którą teoretycznie trzeba zamknąć do końca maja, a to wcale nie jest dużo czasu…). A tu z kolegą żadnym spotkać się nie da… Nie jest dobrze. Jak jest pogoda, to można przynajmniej wyjść na rower (uliczki są puste, zaraz za osiedlem pola i lasek, z ludźmi się nie widuje…) – ale ile można jeździć na rowerze samemu? „Nudzę się”. A jak się nudzę, to humor mam fatalny.

A to dopiero przygrywka…

A ja? Poza pracą (patrz wyżej) nie robię w zasadzie prawie nic. Jak kończę pracę koło siódmej wieczorem, to już oglądać mi się nic nie chce, na czytanie też czasu niewiele, bo jak się wstanie od biurka, to trzeba się Potworami zająć… Dobrze, że chociaż można wspólnie z psem wyjść – to mobilizuje do ruszenia się na powietrze.

Jedynym stworzeniem szczęśliwym z powodu lockoutu jest oczywiście Lucek. Wreszcie ma wszystkich w domu, nikt nie wychodzi do szkoły, wszyscy są pod ręką, czy raczej on jest pod wszystkimi rękami, które chcąc nie chcąc psa głaszczą, czochrają i drapią. Na żądanie.

***

Mój tata miał urodziny – skończył we wtorek osiemdziesiąt lat. A ja nawet nie mogłem do niego pojechać z życzeniami – tyle, co pogadaliśmy przez telefon.

***

Zaczyna się wiosna. To taki czas w roku, kiedy zawsze najbardziej chce się ruszyć w drogę. A w tym roku zupełnie się nie da…

Życie w czasach zarazy

Potwory w domu. Spotkania poodwoływane. Lekcje też. I wszystko inne, jak wiadomo. Dziwnie się czuję – od środowego popołudnia przebywam wyłącznie w towarzystwie moich dzieci. No dobrze – dwa razy byłem w sklepie, za każdym razem wieczorem, kiedy było w nim najmniej ludzi.

U nas w G. „panika sklepowa” chyba mniejsza, niż w Warszawie. Od środy do piątku półki w sklepach były nieco bardziej puste, niż zwykle – ale w zasadzie wszystko było. Nawet papier toaletowy…

Śledzę (głównie on-line) wiadomości „z kraju i ze świata”. Te ze świata głównie z troską – ale te z kraju, przyznam, z rosnącym wkurzeniem. Wydawałoby się, że w takiej sytuacji można przynajmniej od rządzących wymagać jakiegoś minimum odpowiedzialności za słowo (i nie tylko). Ale nie. Polityczna wojenka trwa w najlepsze. Rządzący usiłują (nieudolnie) „przykryć” tygodnie (a w niektórych sprawach miesiące czy wręcz lata) błędnych decyzji jakąś poronioną propagandą sukcesu. Główny inspektor sanitarny ogłasza, że mamy już w Polsce pierwszych „ozdrowieńców” (to cytat!), wyleczonych z COVID-19. Fascynująca informacja, zważywszy, że pierwszy potwierdzony (…oficjalnie?) przypadek mieliśmy w Polsce dziesięć dni temu. Dziesięć dni – i już są pierwsi wyleczeni. Zaprawdę, słuszną linię ma nasza władza.

Pan prezydent nie wiadomo po co jeździ po kraju, narażając na kontakt z wirusem nie tylko siebie (OK, to jego wybór), ale też członków swojej ekipy, ochronę etc. Pozostali kandydaci wstrzymali spotkania – on na epidemii robi sobie kampanię wyborczą, udając „zatroskanego gospodarza” doglądającego biednych chorych i zapracowanych lekarzy. Jak za Gierka, panie. I jeszcze szopki do tego, malowanie trawy na zielono: w Garwolinie na przykład prezydent „spotkał się z ratownikami medycznymi” – tyle, że „ratownika medycznego” grał przebrany w pomarańczowy, ratowniczy mundurek dyrektor szpitala. I to wszystko za nasze pieniądze, zamiast na służbę zdrowia wywalone na partyjną propagandę.

To będzie trudny rok.

Dorosłość (?…)

Z kronikarskiego obowiązku: syn mój starszy, znany tu jako Pietruszka, dziś właśnie skończył był osiemnaście lat. Czyli stał się dorosły… No, w każdym razie pełnoletni. Impreza rodzinna się odbyła (mini-impreza, bo to jednak środek tygodnia), prezenty były, a Dziadek – czyli mój tata – zadeklarował że w ramach prezentu opłaci wnukowi kurs prawa jazdy. Marko śnięta, już się boję – Pietruszka za kierownicą… Kto go zna, ten wie… Może to wyglądać tak:

Albo, co gorsza tak:

…a swoją drogą – OSIEMNAŚCIE LAT?! Kiedy…

Ferie, ferie i po…

Jak zwykle byliśmy w C., czyli na Drugim Końcu Polski. Jak zwykle spędziliśmy jeden dzień w Harrachovie jeżdżąc na nartach (a dokładnie – na snowboardach; a dokładnie, to chłopcy jeździli, ja nie, Piłka też nie). Pojechaliśmy też na wycieczkę do Wrocławia – rynek, Ostrów Tumski… Wychodząc z wrocławskiej katedry spotkałem znajomą, z którą nie widzieliśmy się ponad dwadzieścia lat. Ona mieszka z mężem i dziećmi pod Warszawą, tylko z drugiej strony Wisły. A spotkaliśmy się – ni z gruszki ni z pietruszki – we Wrocławiu. Zabawne.

Mój problem polega tylko na tym, że wyjazd do C. – choć jak zawsze bardzo sympatyczny – nie do końca jest dla mnie odpoczynkiem. Bo niby gotować nie muszę i w ogóle – ale też przez te kilka dni ani przez chwilę nie jestem sam.

A w tłusty czwartek ciocia D. zrobiła domowe pączki. Niech się schowają wszystkie cukiernie i znane nazwiska producentów słodkości. Przy okazji – potwierdziło się po raz kolejny, ile paczków można zjeść jednego dnia.

Odpowiedź brzmi: „za dużo”.

Wróciliśmy w piątek, a już dziś rano Pietruszka pojechał z kolei na klasowy wyjazd narciarski. Piłka też miała dziś jechać na wycieczkę do Paryża (…jaka szkoła, takie wycieczki, panie tego…) – ale nie pojechała. Była już spakowana, kiedy wczoraj wieczorem zadzwoniła pani z administracji szkoły, że wycieczka zostaje przesunięta (najprawdopodobniej na czerwiec, ale jeszcze nie wiadomo) z powodu… koronawirusa. Po pojawieniu się nowego ogniska we Włoszech (i problemach ze ściągnięciem do domu innej grupy uczniów, którzy właśnie w tym rejonie byli…) szkoła doszła do wniosku, że chyba byłoby to za duże ryzyko, pakować się w centrum wielkiej metropolii, jaką jest Paryż. I chyba słusznie – choć Piłka rzecz prosta zawiedziona była straszliwie.

A swoją drogą…

Szkoła Piłki na bieżąco – co kilka dni – uzupełnia informacje na temat koronawirusa. Już ponad dwa tygodnie temu wszyscy rodzice dostali maila, że jeśli dzieci w ostatnim czasie były w Chinach albo miały bezpośredni kontakt z osobami, które tam były – proszone są o pozostanie przez dwa tygodnie w domu, dla pewności, żeby nie narażać innych. Później – w kolejnych mailach – ten „rejon ryzyka” został poszerzony o Koreę Południową, Tajwan etc., potem o całą Azję, a teraz – także o Północne Włochy.

W państwowych szkołach, do których chodzą chłopcy – zarówno w dość „zamożnej” szkole Pucka, jak w jednym z najlepszych warszawskich liceów Pietruszki – nikt na taki pomysł nie wpadł.

Ciekawe, jak ta sytuacja się rozwinie i czy nie okaże się, że jakikolwiek dalszy wyjazd wakacyjny okaże się w tym roku niemożliwy…

Ciąg dalszy nastąpi(…ł?)

Od poprzedniego wpisu minęło trochę czasu. Wydawnictwo zgodziło się na moją stawkę (kwota Y netto za mniejszy z dwóch tomów). Zgodziło się także na zaliczkę, którą zaproponowałem. Super. Zacząłem już planować wakacje. Ale dziś – ponad trzy tygodnie po tym, jak ostatecznie ustaliłem z panią redaktor wszystkie szczegóły – w gruncie rzeczy dalej nie wiem, na czym stoję.

Bo wszystkie szczegóły zostały ustalone drogą mailową. Ale umowy dalej nie dostałem. Bo jeszcze kilka dni, bo coś przygotowują, bo… W ubiegłą środę (czyli pod koniec stycznia) napisałem do pani redaktor maila grzecznego (rzecz prosta), z pytaniem kiedy wreszcie. Dostałem odpowiedź, że do „końca tygodnia” umowa powinna być u mnie.

No więc (…nie zaczyna się zdania od „no więc”…) ten koniec tygodnia był tydzień temu. I nic. W tak zwanym „międzyczasie” w ostatni wtorek wysłałem pani redaktor pierwszy zrobiony kawałek, a w mailu – po wszystkich uwagach – po raz kolejny zapytałem, co z umową.

Cisza.

W piątek po południu napisałem kolejnego maila. Dalej cisza.

W sobotę wysłałem pani redaktor drugi zrobiony kawałek (choć co prawda krótki). Ale na tym koniec. Jeśli w poniedziałek do końca dnia roboczego nie dostanę jakiejkolwiek informacji, zamierzam napisać, że ponieważ nie wiem na czym stoję, to wstrzymuję się z tłumaczeniem do czasu, kiedy sytuacja się wyjaśni. Zważywszy, że im się spieszy (jak zwykle), na to powinni zareagować.

Nie wiem, Kocia Twarz, o co chodzi. Szczerze mówiąc – jeszcze mnie taka sytuacja nie spotkała. Rozumiem, że „coś się przeciąga” ale oczekiwałbym przynajmniej prostego maila z informacją.

…A swoją drogą…

Pierwsze informacje o tej książce – o tym, że będzie do tłumaczenia – miałem w połowie listopada. W POŁOWIE LISTOPADA. Czyli prawie trzy miesiące temu. Czy naprawdę duże, poważne wydawnictwo nie jest w stanie w ciągu trzech miesięcy wszystkiego dograć? Skoro wiedzieli, że książka będzie wydawana – dlaczego ostatecznie tłumacz dostaje ją dopiero w połowie stycznia, a do połowy lutego nie są w stanie temu tłumaczowi głupiej umowy przygotować?

Ferie się zaczęły. Za tydzień pewnie pojedziemy na parę dni do C., jak zwykle. Liczyłem, że do tego czasu dostanę już umówioną zaliczkę. A wszystko wskazuje na to, że nic z tego. Ech.