2019

Prowadź mnie, Światło, swą błogą opieką,
Światło odwieczne!
Noc mroczna, dom mój tak bardzo daleko,
Więc Ty mnie prowadź.
Nie proszę rajów odległych widoku,
Starczy promyczek dla jednego kroku.
(…)
Tyś zawsze trwało, gdym przez głuchą ciemność,
Przez bór, pustynię
Błąkał się dumny. O, czuwaj nade mną,
Aż mrok przeminie,
Aż świt odsłoni te drogie postaci,
Którem ukochał niegdyś, którem stracił.


(bł. John Henry kard. Newman, przekład Zbigniewa Kubiaka).

 

Dylan!

Akurat jechałem samochodem, leciały wiadomości – i taka informacja! Od ponad dwudziestu lat był wymieniany wśród kandydatów – w 1996 wszyscy byli prawie pewni, ale – jak wiemy – nagrodę dostała Wisława Szymborska. I teraz, wreszcie! Moim zdaniem – absolutnie zasłużenie.

I od razu głosy – jakże by inaczej! – że bzdura, że to jakaś pomyłka, że „piosenkarz i tekściarz” dostaje literackiego (sic!) Nobla. Paradoksalnie najgłośniej protestują ludzie, którzy – jak skądinąd znakomity pisarz Paweł Huelle – otwarcie przyznają, że tekstów Dylana prawie nie znają. Huelle uznał przyznanie Dylanowi tej nagrody za „zaskakujące i żenujące”, przyznając jednocześnie (cytuję za TVN24.pl):

Urodziłem się trochę później i już nie byłem tym dzieckiem lat 60. Oczywiście wiedziałem, kto to jest, i znałem parę jego ballad, ale (…)

Wiem, kto to jest (!) i znam parę (!) jego ballad, ale… „Parę ballad” to niedużo, jeśli weźmie się pod uwagę, że Dylan pisze (i śpiewa) od ponad pół wieku. Tak, zdaję sobie sprawę, że w Polsce Dylan kojarzy się głównie z kilkoma klasycznymi protest-songami w stylu „Blowin’ the Wind” czy może jeszcze „Masters of War” – lata sześćdziesiąte, dzieci-kwiaty, make love not war i tak dalej. A przecież to bardzo, bardzo mały wycinek jego twórczości.

Podobnie jak bardzo małym wycinkiem prawdy o nim jest łatka „piosenkarza”. Dylan nigdy nie był „piosenkarzem” – on (podobnie zresztą, jak Cohen) jest przede wszystkim poetą. Piosenka, muzyka, gitara – to tylko sposoby na to, aby tę poezję głosić. A poezja to różna – czasami „zaangażowana” (jak rzeczone protest-songi), czasami liryczna, czasami niemal mistyczna. I to poezja wysokich lotów, co przyznają wszyscy krytycy literaccy. PRAWDZIWA, poezja, którą autor postanowił wyśpiewać – a nie „piosenki”. No bo, powiedzcie, w czym gorszy jest poeta, który staje z gitarą i śpiewa swoją poezję, od takiego, który czyta ją na wieczorze autorskim?…

Co więcej, Dylan to poeta (i pieśniarz, bard, czy jak to jeszcze nazwać…) który naprawdę był głosem pewnego pokolenia (i to wcale nie tylko pokolenia lat sześćdziesiątych).

 „Blowin’ the Wind” czy „Masters of War” to oczywiście znakomite prostest-songi – ale za nie Dylan raczej Nobla by nie dostał. Ale jak się przeczyta (właśnie PRZECZYTA, nie tylko ich posłucha) teksty takie jak „Mr. Tambourine Man”, „Visions of Johanna”, „All Along the Watchtower” czy „A Hard Rain’s a-Gonna Fall” i wiele, wiele innych – to moim zdaniem nie ma wątpliwości, że to jest – mówiąc kolokwialnie – kawał poezji.

„A Hard Rain’s a-Gonna Fall” to pierwszy jego tekst, który mnie naprawdę poruszył (nie liczę „Blowin’ the Wind”, które śpiewało się z gitarą przy różnych ogniskach ;-). Usłyszałem go ze starej, gramofonowej płyty (w czasach, kiedy „winyle” nie były jeszcze snobistycznym atrybutem hipstera-melomana), w Paryżu zresztą. Co ciekawe – nie w jego wykonaniu: śpiewała Joan Baez. Usłyszałem – i wsiąkłem. Tekst chodził za mną przez kilka lat, próbowałem nawet nieudolnie przetłumaczyć go na polski, ale (rzecz prosta) nic z tego nie wyszło – żeby tłumaczyć poezję, najpierw samemu trzeba być poetą (nota bene – było kilka polskich tłumaczeń, wszystkie absolutnie beznadziejne i kompletnie nie oddające klimatu oryginału…).

O, tak to brzmiało:

Dla mnie – za ten jeden tekst już mu się ten Nobel należał…

***

A przy okazji (na mniej poważnie)… 20 lat temu, kiedy wszyscy typowali Dylana, a laureatką literackiego Nobla została Szymborska, krakowski poeta Bartłomiej Brede napisał taki prześmiewczy wierszyk. Dziś się to zupełnie inaczej czyta 😉

PĘDY

Zbrodnia to niesłychana –
Szymborska pobiła Dylana.

Pobiwszy wkłada w teczkę
I chowa w biblioteczkę.

Tę potem na klucz zamyka
I z domu w te pędy umyka,

A pędy rosną wysoko,
Jak Dylan leży głęboko.

Potem cała szczęśliwa
Zbójczyni Dylana siwa
Bieży przez łąki, przez knieje,
I dołem i górą i dołem,
Mrok pada, wietrzyk wieje,

Ciemno, wietrzno, ponuro.
Wrona gdzieniegdzie kracze
I puchają puchacze.

Biegnie cała w rozkoszach,
Gdzie stary rośnie buk
I do domku Miłosza:
Stuk stuk! Stuk stuk!

– Kto tam? – Spadła zapora,
Wychodzi Miłosz, świeci,
Wisława na kształt upiora
Z krzykiem do chatki leci!

– Ha ha! – Zsiniałe usta,
Lecz już znamy ten temat.
Drżąca zbladła jak chusta:
– Ha Dylan! Ha denat!

Tak woła do Miłosza.
Ten brew niebotyczną nastrosza,
Powiada: Bacz Wisławko,
By się to nie skończyło czkawką.

Bo Cię teraz za czarną owcę
Mieć będą rokendrolowce.

Być może Dylan jest marny,
Lecz kudłaty i popularny,

A  oni go cenią wysoko,
Jak Ciebie mają głęboko!

I po tej przemowie krótkiej
Nobliści poszli na wódkę.

A później w delirium tremens
Ona woła do niego: Klemens!
On do niej na to: Wiesławo!
Też się pomylił. Lecz słabo.

Wtem drzwi tej spelunki trzasły.
Wiatr powiał, świece pogasły.

Wchodzi osoba w dżinsach.
Znany chód i gitara,
Dylana morda stara….

Wchodzi, patrzy ukosem
I bibliotecznym woła głosem:

Wisława take this badge from me.
I can’t use it anymore.
It’s getting dark too dark to see.
Feels like I’m knockin’ on heaven’s door!

Tu przerwał, lecz gitarę trzymał.
Wszystkim się zdawało,
Że to Dylan gra jeszcze, a to Guns’n’Roses grało!

 

Głos z Przeszłości

Stara, pożółkła kartka papieru. Kartka, które przeleżała dwadzieścia cztery lata (!) w pewnej książce – i właśnie teraz, poniekąd przypadkiem, wpadła mi w ręce.

Dawno, dawno temu – tak dawno, że czasami wydaje mi się, że to było w innym życiu, w innym świecie – Ktoś napisał dla mnie taki wiersz. Wiersz był prezentem na dwudzieste pierwsze urodziny (choć pojawiająca się w tekście liczba to także nawiązanie do tekstu pewnej piosenki…). Ten Ktoś był (nie, nie „był”, ale „jest”…) moim serdecznym przyjacielem.

Przeczytałem nagle ten tekst po niemal ćwierćwieczu… W innym czasach, w innym już zupełnie życiu, w innym świecie…

…i znalazłem w nim coś, co właśnie teraz było mi bardzo potrzebne.

Wiem, że ten Ktoś czyta te słowa. J., dziękuję.

 

Wchodzisz na górę ze wszystkich najwyższą,

Tam, gdzie oddycha zielonym powietrzem

Muzyka, która gra się sama z siebie.

Im bliżej szczytu, tym wyraźniej słychać.

 

Ale tam będzie to samo, co tutaj —

 

To, co kochałeś, odnajdziesz na powrót,

Tylko wyraźniej, bo już bez zasłony,

Którą za chwilę Ktoś Ci zdejmie z oczu.

Dwadzieścia jeden dzwonków delikatnie

Oznajmia, że ponad to nic już nie ma

I nie potrzeba ponad to nic więcej.

 

Samego siebie odnajdujesz w lustrze

I swoje palce na strunach te same.

Myśli i słowa zgubione po drodze

Tutaj na powrót odnajdujesz piękne.

 

Żadna nie ginie z nut na Ziemi granych —

Ta sama ciągle dłoń na pył je kruszy

I rozsypuje w najdziwniejszych miejscach.

Błogosławiony, kto z takiego prochu

Powstał. Szczęśliwy, kto się weń obróci.

 

 

Popular Problems

W jakichś wolnych chwilach – w przerwach w pracy, jakimiś wieczorami, jeśli nie padamy od razu… – wsłuchuję się w ostatnią płytę Leonarda Cohena – „Popular Problems”. Trudno mi na razie coś napisać o samej muzyce, o jego poezji – wciąż za bardzo mnie porusza, za bardzo „wbija w fotel”. Musi się uleżeć.

Ale płyta jest po prostu hipnotyzująca. Teksty wciskają się gdzieś głęboko do mózgu, wwiercają w jakieś najbardziej pierwotne pokłady emocji, otwierają przestrzenie skojarzeń i myśli, których dawno już w mojej głowie nie było…

Kiedy się słucha jak ten człowiek śpiewa… Jeśli powiem, że „Cohen jest jak wino, im starszy, tym lepszy”, to chyba niebezpiecznie zbliżę się do granicy banału. Ten gość ma osiemdziesiąt lat! Jego głos na każdej kolejnej płycie jest głębszy i bardziej chwyta za gardło. Tak, słychać, że śpiewa starszy człowiek… Ale, do licha, niewiele jest największych gwiazd rocka, których głos tak uderza, tak wyraża emocje i pasję – i to nawet wtedy, kiedy nie śpiewa, a w zasadzie recytuje czy niemal szepcze swoją Poezję.

Przeczytałem jakiś czas temu jego biografię („Leonard Cohen. Jestem Twoim mężczyzną”, Sylvie Simmons, polskie wydanie – wyd. Marginesy, 2013 – tłumaczenie fatalne, pełne żenujących, szkolnych błędów i niezręczności, ale da się czytać…). Biografię człowieka, który mając lat …naście podjął świadomą, w pełni dojrzałą decyzję, że chce być poetą – i tę decyzję całe życie realizował z konsekwencją, której nie przejawiał w żadnej innej dziedzinie. Wszystko co robił temu było podporządkowane. Życie prywatne, wybory drogi, przeprowadzki, kolejne kobiety, dzieci… To, że śpiewa i nagrywa – to także zawsze było niejako „przy okazji”, jako jedna z form tworzenia i przekazywania poezji…

Kiedy się słucha tej płyty – zwłaszcza takich piosenek jak „Slow”, „Almost Like the Blues”, „Nevermind” czy fenomenalne „You Got Me Singing” – po prostu to słychać. Słychać, że ta muzyka (klimatyczna, czasami mroczna, ciekawa), instrumentacje (kapitalne!), ten głos, od którego ciarki chodzą po plecach – że to wszystko jest tylko nośnik. Że chodzi przede wszystkim o Słowo. O poezję.

Może napiszę coś więcej, ale jeszcze nie teraz…

Poetycko (?)

Piłka ma w szkole konkurs recytatorski. A ponieważ jest rok Tuwima, wiersze mają być Tuwima właśnie. Uczestnicy maja sami sobie wybrać wiersz, który chcą recytować. Nauczycielka która organizuje konkurs podkreśliła podobno, że to nie muszą być wiersze „dla dzieci”. Po prostu dowolny wiersz Tuwima, byle miał co najmniej cztery zwrotki. No i Piłka przyszła do taty, żeby jej coś zaproponował. „Bo ty przecież tego Tuwima tak lubisz”…

W pierwszym odruchu pomyślałem oczywiście o słynnym „Wierszu, w którym autor grzecznie, ale stanowczo uprasza liczne zastępy bliźnich, aby go w dupę pocałowali”… Moja (chora?) wyobraźnia podsunęła mi obraz grzecznej, na galowo ubranej dziesięciolatki która wychodzi na szkolnym konkursie recytatorskim i mówi taki tekst. No, ale sami rozumiecie, że nie mógłbym własnej córce tego zrobić… Na razie…

A potem przyszedł mi do głowy „Śmierdziel” – rzecz zabawna i efektowna. Niestety, Piłka popatrzyła na mnie z głęboką dezaprobatą i powiedziała, że takich rzeczy to ona recytować nie będzie. Może to i lepiej… Niech z tym poczeka przynajmniej do gimnazjum.

No i teraz siedzę w wolnych chwilach i przeglądam „Dzieła zebrane” Tuwima (co samo w sobie jest zajęciem wielce przyjemnym) szukając odpowiedniego wiersza. Głębokie wyznania miłosne odpadają, zbyt ostre teksty też. Trzeba mi czegoś, co byłoby zabawne, z jajem, ale odpowiednie w ustach dziesięciolatki. Jak znajdę, napiszę.