Dylan!

Akurat jechałem samochodem, leciały wiadomości – i taka informacja! Od ponad dwudziestu lat był wymieniany wśród kandydatów – w 1996 wszyscy byli prawie pewni, ale – jak wiemy – nagrodę dostała Wisława Szymborska. I teraz, wreszcie! Moim zdaniem – absolutnie zasłużenie.

I od razu głosy – jakże by inaczej! – że bzdura, że to jakaś pomyłka, że „piosenkarz i tekściarz” dostaje literackiego (sic!) Nobla. Paradoksalnie najgłośniej protestują ludzie, którzy – jak skądinąd znakomity pisarz Paweł Huelle – otwarcie przyznają, że tekstów Dylana prawie nie znają. Huelle uznał przyznanie Dylanowi tej nagrody za „zaskakujące i żenujące”, przyznając jednocześnie (cytuję za TVN24.pl):

Urodziłem się trochę później i już nie byłem tym dzieckiem lat 60. Oczywiście wiedziałem, kto to jest, i znałem parę jego ballad, ale (…)

Wiem, kto to jest (!) i znam parę (!) jego ballad, ale… „Parę ballad” to niedużo, jeśli weźmie się pod uwagę, że Dylan pisze (i śpiewa) od ponad pół wieku. Tak, zdaję sobie sprawę, że w Polsce Dylan kojarzy się głównie z kilkoma klasycznymi protest-songami w stylu „Blowin’ the Wind” czy może jeszcze „Masters of War” – lata sześćdziesiąte, dzieci-kwiaty, make love not war i tak dalej. A przecież to bardzo, bardzo mały wycinek jego twórczości.

Podobnie jak bardzo małym wycinkiem prawdy o nim jest łatka „piosenkarza”. Dylan nigdy nie był „piosenkarzem” – on (podobnie zresztą, jak Cohen) jest przede wszystkim poetą. Piosenka, muzyka, gitara – to tylko sposoby na to, aby tę poezję głosić. A poezja to różna – czasami „zaangażowana” (jak rzeczone protest-songi), czasami liryczna, czasami niemal mistyczna. I to poezja wysokich lotów, co przyznają wszyscy krytycy literaccy. PRAWDZIWA, poezja, którą autor postanowił wyśpiewać – a nie „piosenki”. No bo, powiedzcie, w czym gorszy jest poeta, który staje z gitarą i śpiewa swoją poezję, od takiego, który czyta ją na wieczorze autorskim?…

Co więcej, Dylan to poeta (i pieśniarz, bard, czy jak to jeszcze nazwać…) który naprawdę był głosem pewnego pokolenia (i to wcale nie tylko pokolenia lat sześćdziesiątych).

 „Blowin’ the Wind” czy „Masters of War” to oczywiście znakomite prostest-songi – ale za nie Dylan raczej Nobla by nie dostał. Ale jak się przeczyta (właśnie PRZECZYTA, nie tylko ich posłucha) teksty takie jak „Mr. Tambourine Man”, „Visions of Johanna”, „All Along the Watchtower” czy „A Hard Rain’s a-Gonna Fall” i wiele, wiele innych – to moim zdaniem nie ma wątpliwości, że to jest – mówiąc kolokwialnie – kawał poezji.

„A Hard Rain’s a-Gonna Fall” to pierwszy jego tekst, który mnie naprawdę poruszył (nie liczę „Blowin’ the Wind”, które śpiewało się z gitarą przy różnych ogniskach ;-). Usłyszałem go ze starej, gramofonowej płyty (w czasach, kiedy „winyle” nie były jeszcze snobistycznym atrybutem hipstera-melomana), w Paryżu zresztą. Co ciekawe – nie w jego wykonaniu: śpiewała Joan Baez. Usłyszałem – i wsiąkłem. Tekst chodził za mną przez kilka lat, próbowałem nawet nieudolnie przetłumaczyć go na polski, ale (rzecz prosta) nic z tego nie wyszło – żeby tłumaczyć poezję, najpierw samemu trzeba być poetą (nota bene – było kilka polskich tłumaczeń, wszystkie absolutnie beznadziejne i kompletnie nie oddające klimatu oryginału…).

O, tak to brzmiało:

Dla mnie – za ten jeden tekst już mu się ten Nobel należał…

***

A przy okazji (na mniej poważnie)… 20 lat temu, kiedy wszyscy typowali Dylana, a laureatką literackiego Nobla została Szymborska, krakowski poeta Bartłomiej Brede napisał taki prześmiewczy wierszyk. Dziś się to zupełnie inaczej czyta 😉

PĘDY

Zbrodnia to niesłychana –
Szymborska pobiła Dylana.

Pobiwszy wkłada w teczkę
I chowa w biblioteczkę.

Tę potem na klucz zamyka
I z domu w te pędy umyka,

A pędy rosną wysoko,
Jak Dylan leży głęboko.

Potem cała szczęśliwa
Zbójczyni Dylana siwa
Bieży przez łąki, przez knieje,
I dołem i górą i dołem,
Mrok pada, wietrzyk wieje,

Ciemno, wietrzno, ponuro.
Wrona gdzieniegdzie kracze
I puchają puchacze.

Biegnie cała w rozkoszach,
Gdzie stary rośnie buk
I do domku Miłosza:
Stuk stuk! Stuk stuk!

– Kto tam? – Spadła zapora,
Wychodzi Miłosz, świeci,
Wisława na kształt upiora
Z krzykiem do chatki leci!

– Ha ha! – Zsiniałe usta,
Lecz już znamy ten temat.
Drżąca zbladła jak chusta:
– Ha Dylan! Ha denat!

Tak woła do Miłosza.
Ten brew niebotyczną nastrosza,
Powiada: Bacz Wisławko,
By się to nie skończyło czkawką.

Bo Cię teraz za czarną owcę
Mieć będą rokendrolowce.

Być może Dylan jest marny,
Lecz kudłaty i popularny,

A  oni go cenią wysoko,
Jak Ciebie mają głęboko!

I po tej przemowie krótkiej
Nobliści poszli na wódkę.

A później w delirium tremens
Ona woła do niego: Klemens!
On do niej na to: Wiesławo!
Też się pomylił. Lecz słabo.

Wtem drzwi tej spelunki trzasły.
Wiatr powiał, świece pogasły.

Wchodzi osoba w dżinsach.
Znany chód i gitara,
Dylana morda stara….

Wchodzi, patrzy ukosem
I bibliotecznym woła głosem:

Wisława take this badge from me.
I can’t use it anymore.
It’s getting dark too dark to see.
Feels like I’m knockin’ on heaven’s door!

Tu przerwał, lecz gitarę trzymał.
Wszystkim się zdawało,
Że to Dylan gra jeszcze, a to Guns’n’Roses grało!

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s