Mruczanka Literacka

Czytam „Kronikę ptaka nakręcacza” Murakamiego. I przyznać muszę, że mnie nieco zapowietrzyło.

Początek mnie nie zachwycił, pierwsze kilka rozdziałów przeczytałem „z lekkim wzruszeniem ramion”, cytując klasyków. A potem było już coraz lepiej… Nie jestem recenzentem, nie jestem krytykiem literackim, nie będę analizował – ale muszę powiedzieć, że japońska wersja realizmu magicznego bardzo mi odpowiada.

A przy tym to jedna z nielicznych czytanych ostatnio ksiażek, która nie tylko porusza intelektualnie, ale też… jakby to powiedzieć… inspiruje do własnych przemyśleń (o, Kocia Twarz, jak to idiotycznie brzmi! 😉

Tak, zdecydowanie Haruki Murakami dołącza do kategorii „Puchatek Poleca”.

 

Mruczanka Wielkanocna Poniekąd

Pęd, zabieganie i wariactwo skończyły się akurat w porę, żebyśmy mogli spokojnie i bez pośpiechu przeżyć Triduum Paschalne. Wigilia Paschalna – u pobliskich sióstr zakonnych – była akurat w sam raz dla ludzi z dziećmi: niewielka, ogrzewana kaplica, ludzi na tyle dużo, że można było zobaczyć Kościół w pęłnym wymiarze, a na tyle mało, że każdy miał gdzie usiąść (co dla M. jest obecnie dosyć istotne…).

A w dodatku wszystko – choć bez fejerwerków – było jak należy. Wigilia Paschalna zaczęła się po zmroku, ognisko było jak trzeba, znaki były na tyle czytelne, że nawet czteroletnia Piłeczka – po odpowiednim wprowadzeniu – nie miała wątpliwości, co oznaczają (na poziomie czterolatki, rzecz prosta).

Tak, jak pisała Włóczkoholiczka – jest coś niepowtarzalnego w znaku ognia pojedynczej świeci rozpraszającego ciemność. Znak stary jak świat, czytelny dla każdego i przypominający, o co w tym wszystkim chodzi…

***

W Niedzielę Wielkanocną – Tour de Varsovie. Jeden dziadek, drugi dziadek. U jednego śniadanie, u drugiego – dla odmiany – śniadanie i obiad, i tort (bo urodziny).

Niestety, Tour miał swoje wady: Piłeczka, od kilku dni kaszląca, ostatecznie przegrała walkę z paskudą, dostałą gorączki i padu płaskiego. Nie chcąc jechać na NPL, gdzie zwykle pediatry nie uświadczysz, pojechały Puchatki od Drugiego Dziadka do chrzestnej mamy Pietruszki, która jest pediatrą właśnie. Ano – zapalenie oskrzeli.

No i siedzimy dziś wszyscy w domu, Piłeczka z płonącymi oskrzelami, od których cała reszta Piłeczki też osiąga temperatury wysoce dodatnie…

Ooooo, Kocia Twarz, jaj ja nie znoszę, jak oni są chorzy… 😦

 

Akurat na Wielką Sobotę

W ostatnim (świątecznym) numerze „Polityki” znakomity artykuł pani Ewy Winnickiej „Tajemnica Rodzinna”. Można go przeczytać on-line, TUTAJ.

To tekst o rodzinach zastępczych i – choć napisany bardzo spokojnie – o tym, jak takie rodziny traktowane są przez nasze państwo. A raczej – jak przez bandę bezmózgich urzędasów traktowane są osierocone dzieci.

Tak się składa, że pierwsza z przedstawionych w tym tekście rodzin to nasi serdeczni znajomi. I że wiemy, że to wszystko o czym autorka pisze, to ledwie niewielka część tego, przez co ci ludzie przeszli.

Ludzie, którzy podejmują się rzeczy, na które ja nigdy w życiu nie miałbym dosyć odwagi, od których wszyscy moglibyśmy się uczyć, na czym polega człowieczeństwo – traktowani są przez samorządy, sądy, kuratorów i innych urzędasów (nie wszystkich, rzecz prosta, ale zdecydowaną większość) jak zło konieczne, jak kula u nogi.

Uprzedzam – to tekst dla ludzi o mocnych nerwach. nie byłem w stanie spokojnie go przeczytać, odkładałem dwa razy, żeby się uspokoić. Przeczytajcie koniecznie.

 

 

Mruczanka Ekstremalna

Wczoraj wieczorem Puchatki zafundowały sobie sporty ekstremalne. Wsiadły mianowicie Puchatki w samochód i udały się były do Pewnej Wioski, oddalonej o jakieś piętnaście kilometrów od miasta G. W rzeczonej wiosce pracuje od września pewien Znajomy Ksiądz, do którego Puchatki miały sprawę.

Piętnaście kilometrów to niedużo. Problem polegał na tym, że właśnie wczoraj wieczorem Pani Zima przypomniała sobie, że nie była jeszcze w tych okolicach. W tym roku, znaczy.

Puchatki były umówione na wpół do siódmej. Zadecydowały zatem, że jak wyjadą kwadrans po szóstej, to wystarczy w zupełności.

Akurat. Śnieg walił tak, że nie było widać gdzie kończy się droga, a zaczyna pobocze. Ślisko było jak jasna, nagła, niespodziewana cholera. Jazda z prędkością powyżej czterdziestu kilometrów na godzinę oznaczała samobójstwo. Zbiorowe.

A poboczami jeździli rowerzyści. Trzy czwarte z nich nie miało – oczywiście – ŻADNYCH świateł, nawet odblasków. Trzy czwarte z tych trzech czwartych wyraźnie uznawało, że czarny strój to najlepsza możliwa opcja do jechania bez rzeczonych świateł poboczem drogi przy niemal zerowej widoczności.

O tym, że połowa z nich była w stanie wymuszającym jazdę zygzakiem – już nawet nie wspominam, bo to norma.

Puchatki jechały czterdzieści na godzinę – i tylko to uratowało życie kilku z tych potencjalnych samobójców. A, i jeszcze to że akurat nic nie jechało z przeciwka i było gdzie „uciec”.

Ale tak sobie Puchatek pomyślał, że jakby nie jechał Peugeocikiem, tylko – dajmy na to – tirem, to w śnieżycy mógłby nawet nie zauważyć, że mu coś chrupnęło pod podwoziem.

MORAŁ:

Jeżdżenie nieoświetlonym rowerem jest niebezpieczne. Jeżdżenie nieświetlonym rowerem po nieoświetlonej szosie po zmroku to już głupota. Ale jeżdżenie nieświetlonym rowerem po nieoświetlonej szosie po zmroku w śnieżnej zadymce przy widoczności poniżej dziesięciu metrów – to już warte nominacji do Nagrody Darwina.

Na szczęście kiedyśmy wracali, pogoda się poprawiła a rowerzyści (chyba…) już spali. I tak udało mi się nikogo nie zabić…

Mrucznka (Przed)Wiosenna

Zimy w tym roku w zasadzie nie było. A teraz – dla odmiany, rzecz prosta – wiosna idzie, idzie i przyjść nie może. Miało być ciepło, miał być rower, a tu Kocia Twarz – za oknem plucha, na ulicy błoto, malamuty ciągną do domu, zamiast szaleć w ogródku…

***

„Zatory finansowe” (już kiedyś o nich Puchatek pisał) to zjawisko nieziemsko irytujące. Gdyby Puchatkowi spłynęły wszystkie pieniądze, które już zarobił (i podpisał, i podstemplował…) to by miał na koncie lekko licząc jakieś dwanaście tysięcy. A ma… debet. Nieduży, ale ma. I rachunki do zapłacenia w sumie na półtora tysiąca. Kocia Twarz.

No i powiedzcie, jak to jest: Duże Amerykańskie Wydawnictwo, która całą europejską księgowość ma w Holandii (co zmusza je do wysyłania każdego rachunku do akceptacji tamże) płaci zawsze w ciągu dwóch tygodni. No dobra, jak się akurat trafią święta albo długi weekend, to zdarza się (raz na ruski rok), że pieniądze wpływają po trzech tygodniach od podpisania faktury.

A Bardzo Duże I Niezmiernie Nobliwe Polskie Wydawnictwo, która całą siedzibę (księgowość także) ma w Warszawie (i to w centrum), już w umowie zapisuje, że płatność nastąpi w ciągu 40 (słownie: czterdziestu) dni od wystawienia faktury.

No i niech mi ktoś, do licha, wytłumaczy dlaczego? Dlaczego podpisanie papierka i przelew zajmuje czterdzieści dni?

***

No i w ogóle. Kocia Twarz.

 

Mruczanka Antybiurokratyczna

Trzecia wojna światowa? A po co? Prędzej czy później biurokracja wykończy nas bez jednego wystrzału…

Odebrałem od mojego Biura Księgowego stertę papierów. Jeden PIT za styczeń, inny za luty, jeszcze inny za cały ubiegły rok, zupełnie niezalezny od tego, który będę musiał składać jak osoba prywatna (bo ten jest „firmowy”). Jakieś druki do ZUS, jakieś wyliczenia „progresywne”, i jakieś tam jeszcze… W sumie dobre kilkadziesiąt kartek papieru (dwustronnie zapisanych). I wszystko po to, żeby poinformować Urząd Skarbowy i ZUS ile im muszę zapłącić i za co.

M. zamówiła pomoce do przedszkola. Ponieważ w Polsce pomoce montessoriańskie są strasznie drogie (dlaczego?), zamówiła je w pewnym sklepie internetowym Za Wielką Wodą. Sklep za pierwszym razem pomylił paczki, więc przesyłka wróciła do adresata. Za drugim razem wysłał już dobrze – i teraz paczka… leży na cle. Gdyby paczkę zamówiła osoba prywatna – do jej odebrania wystarczyłoby jakieś oświadczenie i przetłumaczenie celnikom z oryginału, co się znajduje w paczce (swoją drogą – dlaczego obywatel ma to robić za urzędników?). Ale że M. zamówiła to „na firmę” (…no i chciałaby to policzyć jako „koszty”, którymi niewątpliwie to jest…) trzeba wypełnić jakieś pięć i pół setki skomplikowanych druczków, których żaden normalny humanista sam nie zmoże. Wyjście? Ależ bardzo proste. Trzeba to załatwić przez agencję celną. Oni wszystko zrobią za ciebie.

I zainkasują za to 160 + VAT (nie licząc opłat za upoważnienia…). Dlaczego, do licha, przepisy i procedury są takie, że obywatel de facto MUSI korzystać z usług drogich pośredników? Dlaczego, u licha, formularza SAD nie może wypełnić urzędnik celny, który w końcu otrzymuje pensję z naszych podatków?

I po jaką cholerę cała ta biurokracja – przecież cło płacone przez osobę prywatną i przez firmę jest takie samo?

😦