Murphy – Akt Trzeci, Scena (miejmy nadzieję) Ostatnia…

Sprawdziły się – rzecz prosta – wszystkie najgorsze scenariusze w wersji „plus”. Trzeba zrobić sprzęgło (pękła jakaś taka sprężyna, nie powiem Wam, jak to się fachowo nazywa, zresztą co za różnica). A żeby zrobić sprzęgło, trzeba rozebrać całe przednie zawieszenie, bo bez tego nie da się dostać do skrzyni biegów. A to oznacza pół dnia roboty dwóch ludzi, żeby w ogóle się do tego dostać (a potem kolejne pół dnia, żeby to złożyć do kupy).

Co gorsza – okazuje się, że warto by też wymienić od razu koło dwumasowe. Bo najdalej za rok i tak trzeba by to zrobić, a teraz zapłacę tylko za koszt części (robocizna – czyli rozebranie całości, żeby się do tego dostać – wlicza się w koszt naprawy sprzęgła). A za rok poza ceną samej części musiałbym płacić dodatkowo za całą robociznę od nowa.

Racjonalnie to oczywiście ma sens (sumarycznie oszczędzam w ten sposób co najmniej półtora tysiąca złotych). Tyle, że to wymaga wyłożenia tych pieniędzy TERAZ. W środku wakacji, że o innych atrakcjach nie wspomnę. Łącznie nie dwa tysiące (jak pisałem wcześniej), a ponad cztery.

I to, zdaje się, zamyka temat mojego wyjazdu we wrześniu…

Murphy Kontratakuje…

Wszystko wskazywało na to, że to będzie dobry dzień. Rower zreperowany, samochód do odbioru. Odebrałem go zatem i pojechałem zatankować. Nie dojechałem jeszcze do głównej arterii naszej podwarszawskiej metropolii, kiedy… Zgadniecie? Tak, TO SAMO. Trzeci raz. Mało mnie szlag nie trafił. Zadzwoniłem do pana Roberta, żeby mu o tym powiedzieć. W słuchawce wybrzmiała chwila ciszy, po czym padło soczyste „…noż k…!”.

Jakoś siłą udało mi się wrzucić jedynkę i na tej jedynce zaturlałem się z powrotem do warsztatu. Gdzieś, znaczy, coś jeszcze jest nieszczelne. Ciekawe, czy okaże się, że jednak trzeba robię tę operację za dwa tysiące.

Przyznam, że jestem zmęczony.

Murphy w działaniu

Czerwona Strzała się popsuła. Zdarza się, oczywiście – ale zgodnie z naszą rodzinną tradycją jak już samochód się psuje, to złośliwie. We wrześniu ubiegłego roku Strzała zepsuła się w C., czyli na Drugim Końcu Polski, kiedy byliśmy u rodziny. Tym razem tak się nie stało (…pewnie dlatego, że na razie nigdzie nie wyjeżdżaliśmy), ale za to zepsuła się (jakże by inaczej) w sobotę, półtora tygodnia temu. Po dość nerwowym przedpołudniu, kiedy z pomocą kolegi P. montowaliśmy w pokoju Piłki parę nowych półek, pojechaliśmy z właścicielką pokoju na szybko do sklepu, żeby zrobić jakieś zakupy. Pod sklep dojechaliśmy jeszcze bez problemów, zakupy zrobiliśmy, ale kiedy wsiedliśmy z powrotem do samochodu, żeby wrócić do domu – to już się nie dało. Sprzęgło, dla odmiany. Pedał w podłodze, biegi nie wchodzą.

Zadzwoniłem do kolegi P. („…bo dawno cię nie prosiłem o pomoc…”), który przyjechał i zaholował nas do warsztatu, położonego zresztą jakieś dwieście metrów od domu. Tyle dobrego, że dało się normalnie włączyć silnik, więc działało wspomaganie kierownicy i hamowania, bo bez tego holowanie to męka.

Niestety – jak wspominałem – była sobota, więc warsztat był oczywiście zamknięty. Ustawiliśmy samochód na miejscu parkingowym tuż obok bramy i poszedłem do domu, bo co niby innego miałbym zrobić…

W poniedziałek rano zjawiłem się w warsztacie, powiedziałem co i jak, zostawiłem kluczyki. Odebrałem auto w środę – pan mechanik ostrzegł, żebym trochę pojeździł, bo on wymienił jakiś tam padnięty siłownik (…czy coś w tym rodzaju), ale ma dziwne wrażenie, że to sprzęgło chodzi jakoś dziwnie. Przejechałem się dookoła osiedla – uznałem, że chodzi normalnie, zapłaciłem, pojechałem. Godzinę później miałem gdzieś podrzucić któreś z Potworów. Odjechaliśmy jakieś 200 metrów od domu (…niestety nie w stronę warsztatu…) i da capo. No żesz.

Zadzwoniłem do warsztatu, pan Robert przysłał dwóch swoich ludzi, którzy jakoś siłowo wrzucili jedynkę i autko poturlało się z powrotem. Pan Robert, zafrasowany, powiedział, że jest ryzyko, że padło… (coś tam, nawet nie pytajcie), a jeśli to rzeczywiście to – naprawa wymaga wymontowania skrzyni biegów. A w tym modelu wymontowanie skrzyni biegów wymaga najpierw zdemontowania całego praktycznie przedniego zwieszenia. Czyli – części tanie, ale robocizna… „Nie chcę pana straszyć, ale wtedy to musi wyjść koło dwóch tysięcy”.

No po prostu fan-ta-stycz-nie. Z akcentem na „…nie”.

Wczoraj na spacerze z Luckiem zajrzałem do warsztatu, zapytać, jak idzie. Pan Robert powiedział, że ma dwie wiadomości – dobrą i złą. Dobra jest taka, że chyba jednak nie będzie trzeba wymontowywać skrzyni biegów, bo wszystko wskazuje na to, że puścił zaworek, który utrzymuje w instalacji płyn pod ciśnieniem (sprzęgło w tym modelu jest hydrauliczne, a nie klasyczne, z linką). Musiał być już zużyty i kiedy wymienili uszkodzony siłownik, to w czasie prób ciśnieniowych puścił. Wymiana tego zaworka to pikuś – sam zaworek kosztuje grosze, roboty przy tym niewiele, plus trochę płynu hydraulicznego do uzupełnienia. Natomiast zła wiadomość (powtórka z rozrywki z września…) jest taka, że tego cholernego zaworka nie ma w żadnej hurtowni w Polsce i muszą go sprowadzać z Niemiec przez oficjalny system cześci zamiennych Opla. Co nie jest problemem, ale trwa. Więc już półtora tygodnia jestem bez auta, co bywa męczące.

A pamiętacie, jak kiedyś pisałem, że nasza rodzina jest obciążona taką dziwną klątwą, że jak się psuje samochód, to zwykle zaraz potem psuje się pralka? No więc pralka działa (…na razie?), za to kilka dni po samochodzie zepsuł mi się… rower. Niby nic poważnego (tylne koło, albo do wycentrowania, albo obręcz do wymiany, żaden dramat) – ale teraz przez kilka dni nie mam ani auta, ani roweru.

Szlag mnie trafi…

Znowu to samo. Już jakiś czas tego nie było – a teraz znowu. Faktura. Wystawiona 21 maja. Miała być zapłacona do 4 czerwca. Dziś – co można łatwo sprawdzić, rzucając okiem na kalendarz – jest 9 czerwca. Pieniędzy dalej nie ma. Wczoraj napisałem do pani redaktorki (bo to jedyna osoba, z którą mam kontakt w wydawnictwie). Oczywiście zabierałem się do tego maila jak pies do jeża, ten cholerny „inteligencki etos”, który każe czuć się głupio, kiedy się człowiek dopomina o pieniądze. Nawet jeśli to są JEGO pieniądze, pieniądze które mu się po prostu należą (parafraza niezamierzona).

Pani redaktorka (osoba skądinąd bardzo pozytywna) odpisała, że jasne, ona sprawdzi i się odezwie. Ale na razie (a minęła już ponad doba) jakoś się nie odezwała. A pieniędzy na koncie dalej nie ma. A faktury za wodę (i paru innych) nic nie obchodzi, że ich nie ma – termin płatności się na nich nie chce zmienić. Jestem tym zmęczony, serio.

Trudny wybór…

Osiem lat temu (…jak ten czas leci…) Pucek miał słynny wypadek na rowerze, po którym został stałym klientem warszawskiego Mazowieckiego Centrum Stomatologii. Stałym – nie znaczy bardzo częstym: wizyta raz na rok, żeby sprawdzić, czy „odbudowany” ząb nie sprawia problemów. Dziś właśnie była kolejne wizyta – zabawnie było patrzeć, jak Pucek, który za niecałe pół roku będzie już pełnoletni (…i jest wyższy ode mnie, choć to akurat nie jest specjalnie trudne), siedzi w poczekalni kliniki stomatologii DZIECIĘCEJ, wśród kilkulatków.

Pan doktor – znakomity fachowiec i bardzo fajny człowiek – kazał rentgen zrobić, obejrzał, orzekł, że wszystko jest OK, umówił nas na ostatnią „dziecięcą” wizytę pod koniec maja. A potem zaproponował,  żeby umówić się na wizytę do ortodonty, żeby sprawdzić, czy nie da się trochę poprawić zgryzu, co zmniejszyłoby ryzyko uszkodzenia tego „odbudowanego”. Wada zgryzu minimalna, normalnie – jak przyznał lekarz – nie miałoby to sensu, ale w tej sytuacji może warto sprawdzić (przy czym od razu powiedział, że ortodonta może uznać, iż nic z tym nie ma sensu robić). Czyli – na razie tylko konsultacja.

Po wyjściu z gabinetu idę zatem do rejestracji. Pani patrzy w komputer i mówi, że owszem, może nas zapisać, ale… tylko „prywatnie” (płatnie), nie na NFZ.

Zaraza, zaraz, dlaczego? Przecież dzieci (…nawet takie duże…) konsultacje ortodontyczną mają na NFZ?

– Zgadza się – odpowiedziała mi pani w okienku (trzeba przyznać, że była bardzo uprzejma i ton miała wielce przepraszający). – Ale widzi pan, najbliższy wolny termin dla dzieci na NFZ mamy pod koniec przyszłego roku. A wtedy oczywiście ten młody człowiek będzie już pełnoletni, więc go do poradni dziecięcej zapisać nie mogę. Więc mogę panu zaproponować albo okolice października bieżącego roku, w poradni dla dorosłych, koszt dwieście pięćdziesiąty złotych, albo w poradni dla dzieci na wizytę prywatną, wtedy jeszcze w tym miesiącu, koszt dwieście pięćdziesiąty złotych.

Dwieście pięćdziesiąt albo dwieście pięćdziesiąt. Co by tu wybrać…

To jest jednak paranoja.

Czujnik, Jego Mać.

Update: pan mechanik potwierdza, czujnik sprzęgła. Głupstwo, część tania, robota tania. Czyli wszystko pięknie, tak? No właśnie nie. Bo tego cholernego czujnika nie ma w żadnej hurtowni. Można go zamówić wyłącznie przez oficjalny system cześci zamiennych Opla. Właśnie jestem po serii rozmów telefonicznych. Już zamówili – za jakieś dwa dni powinien być u nich. Wtedy mi wyślą maila. Ja zapłacę. Jak dostaną pieniądze, to wyślą część. Więc przez głupi czujnik do końca tygodnia jestem bez samochodu. Co chwilami boli.

Przerywnik Kronikarski

Jak już ktoś w komentarzach prosi, żebym dał znak życia, to chyba naprawdę muszę się odezwać. Jakoś mi ciężko ostatnio wziąć się za napisanie czegoś tutaj. Z wielu spraw to wynika – po części oczywiście z nadmiaru (wszystkiego) i zabiegania, ale też z różnych różności, które sprawiają, że nie mam… Czy ja wiem? „Nastroju” to chyba nie jest właściwe słowo.

O Filipinach napiszę jeszcze jeden „odcinek”, ale już nie dziś. Dziś – krótka Kronika Wydarzeń, Wypadków i innych W.

***

Piłka – jak niektórzy z Was już wiedzą – ostatecznie wylądowała na magisterce za oceanem. Atlantyckim. Na Oxford – gdzie też się (oczywiście…) dostała nie udało jej się dostać wystarczającego stypendium. A na Uniwersytet Harvarda – owszem. Więc robi roczny kurs masters (czyli magisterkę) na Harvard Law School. Dzwonimy do siebie przez komunikator, piszemy takoż. Piłka opowiada o różnych śmiesznych (z punktu widzenia Europejczyka) specyfikach Kraju Za Wielką Wodą. Uczelnia oczywiście super, wykłady, zajęcia, praktyki… Ale życie codzienne w kraju Pomarańczowego Przywódcy to zdecydowanie nie jest to, co tygrysy lubią najbardziej. Rok na studiach – jak mówi – jakoś przetrwa, ale mieszkać tam na stałe nie chciałby absolutnie.

BTW – to zabawne, że po zrobieniu BA w Cambridge teraz studiuje na Harvardzie, który leży pod Bostonem – w miejscowości o nazwie… Cambridge. Cambridge, Massachusetts.

***

Pucek zaczyna klasę maturalną. Już się boję. Poza tym zaczął trenować Muay Thai. Więc teraz możemy już działać na wszystkich frontach: jak trzeba będzie kogoś przekonać lub zagadać, to ja jestem w tym dobry; jak będzie go trzeba zniszczyć intelektualnie i zalać błyskotliwym sarkazmem – to tym się zajmie Pietruszka; jak będziemy chcieli go pozwać, to będzie zadanie dla Piłki; a jak będzie trzeba komuś wp…, eeee, wlać – to tym się zajmie Pucek. Będziemy nie do pokonania 😉

***

Spędziliśmy weekend w C. (Dolny Śląsk), u cioci, gdzie nie byliśmy razem od prawie dwóch lat (tak się jakoś złożyło). Było jak zwykle bardzo miło, jednego dnia pojechaliśmy sobie w takie sympatyczne górki, które nazywają się Rudawy Janowickie – i pochodziliśmy sobie parę godzin (zrobiliśmy dużą pętlę od schroniska Szwajcarka).

Kiedy zmęczeni (przyjemnie) i nieco brudni wróciliśmy do samochodu, nasz samochód… Nie odpalił. Wszystko działało, akumulator był wyraźnie naładowany, ale przekręcanie kluczyka w stacyjce nic nie dawało. To jest jakieś cholerne fatum: nasze kolejne auta zawsze mają jakieś problemy akurat jak jesteśmy w C. – i oczywiście ZAWSZE w piątek po południu lub w sobotę, kiedy wszystkie warsztaty są zamknięte.

Mimo wielokrotnych prób Czerwca Strzała odmawiała posłuszeństwa, wyświetlając za to na ekranie pokładowego komputera irytujący komunikat „Naciśnij sprzęgło, aby uruchomić silnik” (jak się domyślacie – sprzęgło przecież naciskałem). Stanęło na tym, że chłopcy wypchnęli mnie z miejsca parkingowego, a że parking był na zboczu, to dalej nie musieli nawet pchać: rozpędziłem się chwilę jadąc w dół i dopaliłem silnik „z dwójki”. Zaskoczył. Pojechaliśmy do C. Na miejscu zgasiłem silnik – i odpaliłem ponownie bez problemów. Nawet kilka razy, dla pewności.

Uspokojony, że to jakaś jednorazowa sprawa, uznałem, że podrzucę Strzałę do mechanika jak wrócimy do domu. Następnego dnia (wczoraj, w niedzielę) pojechaliśmy do Legnicy (bez kłopotów), a potem z Legnicy do Złotoryi (tak samo). Ale jak po spacerze i zwiedzaniu chcieliśmy wracać do C., cała sytuacja się powtórzyła. Znowu „Naciśnij sprzęgło…”. I cisza. I znowu odpalanie „na pych”. No żeż.

Konsultacja telefoniczna ze znajomym (inżynierem) potwierdziła moje podejrzenia: najprawdopodobniej uszkodził się czujnik, który informuje komputer o tym, że sprzęgło jest wciśnięte (a bez tego rozrusznik nie działa). Na szczęście problem (jak widać) występuje tylko czasami. Na szczęście dziś rano odpaliliśmy bez problemu, bez problemów dojechaliśmy do domu, a ja bez problemów odwiozłem Strzałę do mechanika. Który po wysłuchaniu opowieści potwierdził, że najprawdopodobniej to właśnie rzeczony czujnik jest problemem. I to jest dobra wiadomość, bo wymiana takiego czujnika to groszowe koszty. A jakiekolwiek nie-groszowe koszty mogłyby być problemem. Dla odmiany.

To teraz tylko czekam, czy się przypadkiem pralka nie zepsuje, bo przecież

Mogło być gorzej…

Jechałem wczoraj do Chmielna (Kaszuby), 420 kilometrów od domu. Zawoziłem Pucka i czworo jego kolegów na obóz. Ja ich zawoziłem (drugi rok z rzędu), bo jako jedyny wśród rodziców tej grupki mam siedmiomiejscowy samochód.

Na autostradzie A 1, w okolicach Lipin, nagle zrobiło się dość gęsto. Wyprzedzaliśmy jakieś ciężarówki, byliśmy na lewym pasie, jadąc koło stu kilometrów na godzinę, kiedy nagle kierowca niebieskiej skody jadącej przed nami zaczął bardzo gwałtownie hamować – jak się okazało, ktoś nagle zmienił pas zajeżdżając mu drogę. Ostre hamowanie, zatrzymałem się „na zderzaku” niebieskiej skody – nie uderzając w nią, ale już dotykając jej tylnego zderzaka swoim przednim. Pamiętam jeszcze, że zdążyłem poczuć ulgę: ufff, nic się nie stało…

…a potem w tył naszego samochodu wjechało „na pełnej petardzie” duże audi A6. Nie wiem, czy kierowca się zagapił, czy patrzył w telefon, czy po prostu jechał za szybko i / lub za blisko, ale wszystko wskazuje na to, że w momencie uderzenia miał na liczniku jeszcze co najmniej pół setki.

HUK, łomot, pchnęło nas z impetem do przodu – na szczęście kierowca skody z przodu stał w tym momencie na luzie, więc „odbiliśmy” go do przodu jak kolejną kulkę w kołysce Newtona. Od uderzenia w skodę wystrzeliły nam poduszki powietrzne, w samochodzie smród i obłok białego pyłu.

Czy ja napisałem, że mam siedmiomiejscowy samochód? No to poprawka: miałem. Dracula najprawdopodobniej do kasacji, przód porozbijany, tył na poziomie podwozia krótszy o metr niż przed wypadkiem.

Na szczęście poza potrzaskanym samochodem w zasadzie żadnych strat. Jadąca ze mną młodzież cała i zdrowa – jednego przez chwilę plecy bolały (od „uderzenia” fotelem), jeden miał zadrapania na policzku, jego siostrę bolała głowa, ale raczej z nerwów, niż od uderzenia.

Najbardziej przestraszyłem się o stan J., kolegi Pucka, który siedział „w ostatnim rzędzie”, czyli na dodatkowych fotelach – bo jak się ten „ostatni rząd” rozłoży, to od foteli do tylnej klapy samochodu jest może trzydzieści centymetrów (a trzeba dodać, że Dacia, nie oszukujmy się, nie jest zapewne najbezpieczniejszym samochodem na drogach)… Na szczęście samochód, który w nas wjechał, to było osobowe audi – więc cały impet uderzenia poszedł dołem, w podwozie, w ramę pojazdu (Dracula jest – była… – dość wysoka). Kolega J. wyszedł bez najmniejszego szwanku – a mnie potem długo męczyła myśl, co by się mogło stać, gdyby zamiast audi A6 wjechała w nas z tą samą prędkością ciężarówka, furgonetka czy choćby wysoka terenówka.

Potem spędziliśmy urocze dwie godziny na poboczu autostrady (policja, karetka „na wszelki wypadek”, a do tego straż pożarna, bo Dracula jeździła na gaz, więc strażacy musieli się pojawić i zabezpieczyć…). Papierologia, załatwianie lawety (za którą na razie musiałem zapłacić z własnej kieszeni, w poniedziałek dostanę fakturę i będę musiał się szarpać o zwrot z ubezpieczycielem sprawcy) i tak dalej.

Ostatecznie Dracula (…czy raczej to, co z niej zostało) pojechała na lawecie do G., a ja razem z młodzieżą wylądowałem na pobliskiej stacji benzynowej, w absolutnie idiotycznym miejscu: dwieście kilometrów od domu, dwieście dwadzieścia od celu. Ni w jedną, ni w drugą. Młodzież zaczęła zatem robić to, co młodzież umie najlepiej, czyli korzystać z telefonów… Ostatecznie po kilku godzinach czekania zebrali nas z tej stacji rodzice pozostałej młodzieży (ale na dwa auta, bo – jako rzekłem – nikt poza mną nie miał takiego, żeby zabrać wszystkich) i ostatecznie dotarliśmy do Chmielna w dwóch rzutach, pierwsi przed siódmą wieczorem, drudzy (w tym ja) koło ósmej. Z powrotem w domu byłem o pierwszej w nocy.

A teraz czeka mnie papierologia, załatwianie sprawy z firmą leasingową (na szczęście z ubezpieczycielem – jeśli nie liczyć tych kosztów lawety – to oni się będą użerać, nie ja).

Tak więc są negatywy: po pierwsze zostałem pełnoetatowym pieszym, nie mam samochodu i – Bogiem a prawdą – nie mam pojęcia, kiedy będę miał szansę mieć; po drugie – jestem dwa tysiące złotych w plecy, a znając PZU (bo ta firma jest ubezpieczycielem sprawcy) odzyskanie ich będzie żmudne i czasochłonne.

Ale są też pozytywy: nikomu nic się nie stało, młodzież cała i zdrowa, bawi się na obozie i ma co opowiadać kolegom. Czyli summa summarum mogło być gorzej, prawda…?

Cambridge, Cambridge i po…

Dużo się dzieje, choć z drugiej strony – „naprawdę nie dzieje się nic”, jak śpiewał Poeta…

Tak, jak pisałem, pojechałem do Cambridge. Wyprawa – choć krótka – była niezwykle sympatyczna. Na miejsce (czyli już pod bramę Trinity College) dotarłem koło wpół do szóstej po południu (czasu wyspiarskiego). Zostawiłem plecak u Piłki w pokoju i… „poszliśmy w miasto”. Łaziliśmy tu i tam prawie do jedenastej w nocy, poznałem znajomych mojej córki (których dotąd znałem tylko z jej opowiadań), a Cambridge po zmroku to naprawdę urocze miejsce. Następnego dnia wstaliśmy koło dziewiątej i… dla odmiany łaziliśmy cały dzień po mieście, zwiedzając, oglądając… Różne college’e, stare kościółki, kapitalne muzeum (mnóstwo starożytności, ale też malarstwo – od średniowiecza, przez mistrzów renesansu, po impresjonistów, Picassa i Rothkę…). Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak się nachodziłem. Jeden zawód: Muzeum Historii Naturalnej (podobno bardzo ciekawe, z mnóstwem fantastycznych eksponatów) było akurat na kilka dni zamknięte z powodu jakiegoś remontu. Trudno, może następnym razem.

O wpół do szóstej wieczorem odbyła się uroczystość, o której pisałem poprzednim razem. Kaplica Trninity College jest po prostu piękna, w dodatku są w niej wspaniałe organy, na których w czasie uroczystości ktoś grał Haendla – po prostu bajka… Nastąpiło uroczyste „przyjęcie w szeregi” (każdy nowy Scholar był wymieniany z imienia i nazwiska; byłem pod wrażeniem, jak tutor Piłki poprawnie przeczytał nasze dość skomplikowane nazwisko – ale okazało się, że wcześniej specjalnie do niej przyszedł, żeby go nauczyła, jak się je poprawnie wymawia…). Później pani Master (chyba odpowiednik rektora, ale nie na poziomie całej uczelni, tylko konkretnego college’u) wygłosiła krótką przemowę (naprawdę krótką!), po której wszyscy udaliśmy się do Master’s Lodge (apartamentów pani „chyba rektor”) na kieliszek szampana (dla niepijących był musujący napój o smaku bzu!) i słynne w Cambridge pikantne, serowe ciasteczka (zostawię bez komentarza ;-). I tyle – całość trwała niecałe półtorej godziny.

A potem – dla odmiany – chodziliśmy jeszcze po mieście… Cambridge to naprawdę niezwykłe miejsce: całe wielkie centrum miasta składa się w większości z historycznych budynków i w 90% należy do Uniwersytetu. To jakby „miasto w mieście”, gdzie na ulicach trudno spotkać ludzi niezwiązanych z uczelnią: studenci, wykładowcy, pracownicy administracyjni i techniczni… Wynika z tego wiele rzeczy – trochę problemów, ale także fakt, że jest to obecnie najbezpieczniejsze miasto w Wielkiej Brytanii. Jedynym „poważnym problemem” z jakim mierzy się policja, są kradzieże rowerów, a poza tym „typowa działalność przestępcza” w Cambridge sprowadza się do tego, że czasami jakiś student za dużo wypije i na przykład stłucze gdzieś szybę. Piłka (i jej znajomi) chodzą po mieście (w tym także po błoniach nad rzeką, skwerach i parkach) o różnych mocno studenckich porach (czyli także baaardzo późnym wieczorem).

Trzeciego dnia wyszedłem od Piłki koło dziesiątej (rano…), bo później miała już jakieś spotkanie, pochodziłem jeszcze trochę – i ruszyłem w stronę dworca, skąd pociągiem w pół godziny dojechałem na lotnisko London Stansted. Już koło ósmej wieczorem byłem w Modlinie.

Niestety nie mogłem wziąć ze sobą aparatu (jechałem tylko z minimalnym bagażem podręcznym), ale wrzucę Wam zdjęcie zrobione telefonem Piłki (jej telefon ma dużo lepszy aparat niż mój telefon…). Tak wygląda sklepienie kaplicy King’s College (wstęp do kaplicy dla zwiedzających kosztuje dziesięć funtów – ale studenci mają wstęp darmowy i mogą legalnie za darmo wprowadzać swoich gości ;-).

***

Ale Cambridge to nie tylko piękne budynki, muzea i zabytki. Atmosfera tego miejsca jest naprawdę niepowtarzalna. Z jednej strony – „studenckie życie” ze wszystkimi jego urokami, z drugiej – poczucie obcowania z całymi wiekami historii i miejscem, które tworzy naprawdę niezwykłe środowisko intelektualne. Wracając pomyślałem, że nawet niezależnie od całej wiedzy i umiejętności, jakie zdobywa się w czasie studiów tutaj (i wszystkich możliwości, jakie się dzięki temu przed człowiekiem otwierają) sam fakt studiowania przez trzy lata w takim miejscu, w takim otoczeniu i wśród takich ludzi – to jest jednak niesamowita przygoda.

***

Pod koniec stycznia w ramach ferii byliśmy z Puckiem i znajomymi na kilka dni w Beskidzie Śląskim. Pucek nawet pojeździł na nartach… jeden dzień. Bo potem już lało. Ale i tak było sympatycznie. Pietruszka z nami nie pojechał, bo akurat wtedy zaczynała mu się sesja. Za to sobie od nas odpoczął 😉

***

Za to dziś… Ech. Wczoraj Pietruszka zdał ostatni egzamin w sesji, ale dziś musiał jeszcze dokończyć jakiś projekt, wymagany do zaliczenia semestru, który musi oddać do północy (piszę te słowa o ósmej wieczorem). My z Puckiem pojechaliśmy na pizzę do tych samych znajomych, z którymi byliśmy w górach (mieszkają niedaleko), on został, żeby spokojnie kończyć swój projekt. I co?…

I dziadek. Dziadek L. (mój teść) to bardzo specyficzna osoba, kto mnie zna, ten wie, że relacje mamy… Hmmm… Niełatwe. Człowiek dziwny, a bardzo (BARDZO) specyficznych poglądach na mniej więcej wszystko, w dodatku (na moje oko) osobowość paranoiczna z uwzględnieniem wiary we wszystkie chyba możliwe teorie spiskowe (co z kolei, jak wiedzą moi znajomi, na mnie działa jak czerwona płachta na byka). Długo by mówić. A dodatkowo dziadek ma ten wkurzający zwyczaj, że przychodzi do nas rzadko, ale za to nigdy się nie zapowiada. Ot, wpada i już. Sobota albo niedziela, jesteśmy w domu, coś robimy – i nagle wchodzi dziadek.

Jeszcze kiedy żyła M. próbowaliśmy jakoś mu wyjaśniać, że to nienajlepszy pomysł, ale jak grochem o ścianę. Aluzji nie rozumie (albo udaje, że nie rozumie), przy próbie powiedzenia pewnych rzeczy wprost czuje się urażony. Cóż, trudno – taki jest i już się pewnie nie zmieni. Jak się kiedyś zbiorę, to może o dziadku L. napiszę coś więcej, żeby się wygadać…

Ale dziś po prostu się wkurzyłem: my pojechaliśmy, a Pietruszce dziadek zwalił się na głowę. Więc mój syn, młodzieniec kulturalny i dobrze wychowany, przez dwie godziny gadał z dziadkiem, grał z nim w szachy – i dopiero kiedy my wróciliśmy do domu mógł wrócić do swojego projektu. Co oznacza, że zamiast skończyć do ósmej i pójść się spotkać ze znajomymi (co miał w planach) będzie siedział pewnie do samej północy. W dodatku jest zły, zmęczony i zirytowany.

Jasne, powinien powiedzieć dziadkowi, że bardzo go przeprasza, ale ma projekt na studia, czas do północy i musi pracować. Ja nie miałbym z tym problemu, Piłka też nie – ale Pietruszka jest z innej gliny i asertywność nie jest jego mocną stroną…

Przyznam, że jestem zły.

Karton, karton po horyzont…

Idę na umówioną wizytę do okulisty (kontrolną). Zgaszam się do recepcji w przychodni – i zonk: „…w systemie widnieje Pan jako nieubezpieczony”.

Że co proszę? Składki na ZUS płacę regularnie, w tym miesiącu też zapłaciłem (już prawie dwa tygodnie temu). O co chodzi?

Dzwonię do NFZ – każą dzwonić do ZUS. Dzwonię do ZUS. Po dwudziestu minutach czekania na połączenie i odsłuchaniu pięciuset fascynujących informacji o tym, że od stycznia 500+ będzie już 800+ – mam wreszcie połączenie. Pani najpierw zadaje mi sto głupich pytań, potem sprawdza moje konto – okazuje się, że za ostatnie dwa miesiące (czyli za wrzesień i październik) nie mam złożonego DRA – takiego papierka (w formie elektronicznej), który trzeba co miesiąc składać. Więc to nieistotne, że zapłaciłem w tym miesiącu ponad 1700 zł składek – nie ma papierka, nie jestem ubezpieczony.

Wkurzony dzwonię do mojej pani księgowej, która się składaniem tych papierków zajmuje. Pani księgowa (solidna, dokładna i zaufana, nigdy nie miałem z nią żadnych problemów) sprawdza i mówi zdziwiona, że papierki jak najbardziej do ZUS poszły, w stosownych terminach, bez opóźnień, tak jak zwykle. I że już mi wysyła kopie (elektroniczne), na których jak byk stoi, że wpłynęły i zostały przyjęte.

No ale ZUS ich nie widzi. A jak ZUS ich nie widzi, to ich nie ma – i nikt im nie wmówi, że białe jest białe.

Pani księgowa nie ma możliwości wysłania tych papierków jeszcze raz (to się robi jakimś systemem elektronicznym, jak się raz wysłało, to drugi raz się nie da). To ja muszę iść do ZUS z wydrukowanymi papierkami i tracić czas. A potem ZUS musi jeszcze przesłać te informacje do NFZ – mają na to 15 dni.

Czyli – nieważne, że zapłaciłem tylko w tym miesiącu ponad 1700 zł, nieważne, że papiery zostały wysłane: przez bajzel w ZUS i NFZ nie będę ubezpieczony przez co najmniej najbliższe dwa tygodnie. Wkurzam się, dzwonię do ZUS jeszcze raz, podając im konkretne daty wpłynięcia tych moich DRA (według kopii, które dostałem od pani księgowej). Już półtorej godziny i 12 (słownie: dwanaście) telefonów później okazuje się, że ZUS jednak – po odpowiednio głębokim poszperaniu – WIDZI moje DRA. Są. Przyszły. Zostały przyjęte.

Więc o co chodzi? No nie wiadomo, ale „ze strony ZUS wszystko jest OK”. Co dalej zatem – czy ZUS może w tej sprawie poinformować NFZ?

Otóż nie. To ja mam wziąć stosowny papierek z ZUS i udać się do wojewódzkiej siedziby NFZ, żeby go tam złożyć z wnioskiem (!) o weryfikację statusu ubezpieczenia.

No OK, mogę przesłać to pismo przez ePUAP. Co też zrobiłem (zajęło mi to kolejne dwadzieścia minut, bo ePUAP jest skonstruowany tak, jakby jego głównym celem było utrudnianie petentowi życia). I teraz łaskawcy mają 15 dni na rozpatrzenie mojego wniosku. Żebyście nie mieli wątpliwości: 15 dni ROBOCZYCH. Czyli nie dwa tygodnie, a realnie trzy.

Trzymajcie kciuki, żebym w tym czasie poważniej nie zachorował…

Pieprzone państwo z kartonu. Pardon. 😦