Szlag mnie trafia

Puckowi z fizyki na koniec roku wychodzi czwórka, a chciałby mieć piątkę. „Chciałby” to oczywiście za mało – ale Pucek naprawdę „umie w fizykę”, jak mawiają ludzie w jego wieku. Na pewno jest jednym z lepszych w klasie, kilku kolegom nawet coś tam tłumaczył, zresztą chce iść do liceum do klasy matematyczno-fizycznej.

I tu zaczyna się problem. Pucek od marca (!) próbuje dogadać się z panią od fizyki, żeby podnieść ocenę. Pani w kółko nie ma w szkole (powody zdrowotne), jak już jest, to na nic nie ma czasu. Jak ma czas, to każe pisać jakieś sprawdziany, których potem miesiącami nie sprawdza. Na wiadomości od rodziców wysyłane przez dziennik elektroniczny z reguły nie odpowiada.

Z tego w dużej części wynika także fakt, że Puckowi z ocen wychodzi czwórka. Bo jakiś sprawdzian, który on dobrze napisał, pani zagubiła, bo pani nie było przez miesiąc a potem nagle wróciła i zrobiła niezapowiedzianą kartkówkę – i takie tam.

No więc napisał sprawdzian na poprawę oceny. No więc zrobił razem z kolegą jakąś dużą prezentację na dość skomplikowany (jak na ósmoklasistów) temat.

I nic. W dzienniku elektronicznym nadal widnieje czwórka, oceny ze sprawdzianu nie ma, oceny za prezentację nie ma. Dziś jest rada i wystawienie ostatecznych ocen. Pani na wiadomości nie odpowiada. Wychowawca rozkłada ręce – on też nie ma z nią kontaktu, zresztą podobno w tym roku pani ze szkoły odchodzi, więc już jej nie zależy.

W czym problem, można by powiedzieć. Czwórka jest OK, co za różnica? Różnica jest zasadnicza. Dla ucznia, który chce iść do klasy „mat-fiz” piątka zamiast czwórki z fizyki to dodatkowe punkty. Nie mówiąc już o tym, że najprawdopodobniej właśnie ta jedna piątka dzieli Pucka od świadectwa z wyróżnieniem („z paskiem”) – a świadectwo z wyróżnieniem to dodatkowe SIEDEM punktów w rekrutacji do liceum. A do liceum idzie w tym roku „półtora rocznika” (po ☠️☠️☠️☠️☠️ reformie pani Zalewskiej). Więc te siedem punktów może oznaczać dostanie się do lepszego liceum – albo nie.

Półtora roku „zdalnego nauczania”, półtora rocznika do liceum, nauczycielka, której w tym roku więcej nie było, niż była – i zero, ZERO dobrej woli. Nikt przecież nie prosi o naciąganie ocen, o stawianie piątki głąbowi, który nic nie umie i ma jedynki.

Każdy, kto mnie zna, wie, że nie jestem typem rodzica, który zmusza dzieci do samych piątek i szóstek – a tym bardziej takim, który łazi za nauczycielami i żebrze o podniesienie dziecku oceny. NIGDY w życiu tego nie robiłem. Ale tym razem uznałem, że nie odpuszczę i napisałem długi list do pani dyrektor szkoły. Opisałem całą historię (rzeczowo i na spokojnie), zwracając uwagę zarówno na problem nieobecności nauczycielki przez dużą część roku, jak na brak jakiegokolwiek kontaktu.

Nie wiem, czy coś z tego wyniknie, ale mówiąc szczerze jestem zmęczony całą ta sytuacją.

…o wschodzie słońca…

Czytam, oglądam, słucham. Śledzę. Przez cały dzień, niemal bez przerwy. Nawet kiedy pracuję, co parę chwil rzucam okiem na wiadomości. Od mnie z domu do Kijowa – jak podają mapy G – jest trochę ponad 800 kilometrów. 10 godzin jazdy. Do Lwowa – połowa tej drogi.

Jutro rano wstanę, zjem śniadanie, mój młodszy syn pojedzie do szkoły, starszy na uczelnię. Córkę dziś odwiozłem do bursy, gdzie mieszka w tygodniu. Będę pracował, kiedy chłopcy wrócą do domu – zjemy obiad, wyjdę z psem na spacer…

A tam – nie na końcu świata, ale głupie kilkaset kilometrów stąd! – toczy się wojna. Dzieci nie chodzą do szkół, bo siedzą w schronach, albo właśnie uciekają do Polski, albo właśnie nie żyją, bo jakiś bandyta zdecydował się strzelać do uciekających cywilów. Studenci nie chodzą na zajęcia, tylko z karabinami w rękach walczą o wolność. I giną.

Nie mogę o tym spokojnie myśleć. Nie mogę. Rozbija mnie wewnętrznie koszmarna bezsilność – bo mam poczucie, że NIC nie mogę zrobić. Jasne, mogę wpłacić jakieś grosze (bo na więcej mnie nie stać) na pomoc dla uchodźców. Mogę pozbierać ubrania po moich dzieciach – pewnie się przydadzą ludziom, którzy z całego swojego życia, które zostawili za sobą, mogli zabrać tylko walizkę czy dwie. Nasz proboszcz – nie spodziewałem się – ogłosił, że w naszym domu parafialnym zamieszkają trzy rodziny z Ukrainy, kobiety z dziećmi. Zgłosił taką możliwość, pierwsza rodzina ma dotrzeć jeszcze w tym tygodniu. Pewnie będzie trzeba jakoś pomóc. W klasie Pucka właśnie przybyło troje uczniów z Ukrainy. Dwoje zna angielski – więc natychmiast znalazły się dzieciaki, które im wszystko na angielski tłumaczą. Jeden chłopiec mówi tylko po ukraińsku – ale w klasie jest uczeń, który ma mamę Ukrainkę i jest dwujęzyczny.

Ale to wszystko nic. NIC. Cały świat patrzy, jak Ukraina walczy o wolność. Kiedy czytam kolejne doniesienia, napełniają mnie na zmianę skrajne emocje. Czasami satysfakcja, że Goliat po raz kolejny dostaje w pysk. Czasami ból, kiedy słyszę o kolejnych ofiarach, zniszczonych domach, płonących miastach.

Mój straszy syn kilka dni temu skończył dwadzieścia lat. Gdybyśmy jakiś zrządzeniem losu urodzili się pięćset kilometrów na wschód, prawdopodobnie teraz walczyłby z karabinem w ręku. Jak o tym pomyślę, wzbiera we mnie uczucie, którego dawno już nie czułem. Miałem nadzieję, że udało mi się je wyrzucić z serca na dobre – a jednak w takich sytuacjach się pojawia. Tak, kiedy myślę o młodych ludziach – takich jak Pietruszka i młodszych – którzy giną (albo są zmuszani do zabijania innych) tylko dlatego, że jednemu skurwysynowi zachciało się wojny…

Zwykle nie jestem wielkim fanem kazań naszego proboszcza (nie ma w nich nic złego, ale ciężko się ich słucha…), ale to, co mówił w Środę Popielcową, bardzo mnie poruszyło (bo też widać było, że i on jest poruszony). Mówił o tym, że w takich sytuacjach – kiedy dzieją się rzeczy straszne, a jednocześnie kiedy wiemy, po której stronie jest słuszność – bardzo łatwo jest pozwolić sobie na nienawiść. Pozwolić sobie na nienawiść. A to już jest trochę klęska.

Jubileuszowo i podwyżkowa

Wczoraj moja córka skończyła osiemnaście lat. Ja wiem, że to do bólu banalne stwierdzenie, ale to naprawdę aż nie do wiary: kiedy zdążyło minąć tyle czasu? Osiemnaście lat, serio?!

Piłka kończy w tym roku (szkolnym) szkołę średnią. Ma już w zasadzie zaklepane miejsce na St Andrews University. Miała już „interview” na Cambridge (wyniki będą w styczniu). A gdyby nawet okazało się, że na żadnej z tych uczelni nie będzie w stanie studiować z powodów finansowych (bo to by wymagało znalezienia stypendiów / sponsorów, co po brexicie nie jest takie proste) – to jest już w zasadzie przyjęta na dwa świetne uniwersytety w Holandii (Groningen i Utrecht). Tylko wybierać. Połączenie inteligencji, niesamowitej pracowitości, wielkiej ambicji – ale też (o czym już kiedyś pisałem) takiego przekonania, że nie ma rzeczy niemożliwych, że „sky is the limit”.

Sto lat.

***

Ogrzewam dom gazem. Piec jest nowoczesny, instalacja też, dom jest ocieplony. Rachunek za gaz przychodzi do nas co drugi miesiąc. Luty / kwiecień / czerwiec / sierpień / październik / grudzień.

Ten grudniowy jest pierwszym po lecie wyższym rachunkiem – bo od przełomu października i listopada w domu zaczyna się już dość regularnie grzać. Ale ponieważ w październiku jeszcze się prawie nie grzeje (na chłodne dni jest kominek), a w listopadzie też jeszcze nie na pełny gwizdek, to ten grudniowy rachunek nie jest jeszcze tak wysoki, jak lutowy (po pełnych dwóch miesiącach normalnego ogrzewania).

Zwykle grudniowy rachunek za gaz wynosił – w zależności od tego, jak chłodna była jesień – od 450 do 550 złotych. Ponieważ w tym roku jesień była chłodna, a ceny gazu już trochę poszły w górę, zakładałem, że tym razem będzie to około 600 złotych, może ciut więcej.

Okazałem się optymistą: rachunek opiewa na 750 złotych. A przecież ta „prawdziwa” podwyżka cen gazu dopiero przed nami: od stycznia ceny mają wzrosnąć o ponad 50%.

A to oznacza, że rachunek lutowy (czyli za gaz zużyty w grudniu i styczniu, plus opłaty przesyłowe i tak dalej), który zwykle wynosił około 1500 złotych, teraz wyniesie zapewne co najmniej 2500. A może więcej.

I trochę mnie to przeraża.

Wieści z frontu

Przynaglony pytaniami spieszę wszystkich uspokoić: nic mi nie jest, nie piszę nie dlatego, że umarłem, tylko dlatego, że nie mam czasu. Ale mi się zbiera, więc pewnie na dniach coś napiszę. A teraz tylko krótko i w punktach:

Mój covid w zasadzie skończył się, zanim się zaczął. Całe moje chorowanie sprowadziło się do półtora dnia podwyższonej temperatury, dwóch dni lekkiego bólu głowy i zatok i czterech – pięciu dni podrażnionego gardła. Węch zaczął mi wracać już po trzech dniach. W piątek dostałem wynik testu, a już w poniedziałek w zasadzie ten wynik był jedynym objawem choroby… Oczywiście karnie siedziałem w domu do następnej niedzieli, uczciwe dziesięć dni.

„W międzyczasie” natomiast zdarzyło się coś na płaszczyźnie zawodowej… Pewnie o tym parę słów napiszę, ale jeszcze nie teraz. W dużym skrócie – ci Amerykanie, co to się pojawili w lipcu, a potem na jakiś czas zniknęli, w listopadzie wrócili. I nawet się ucieszyłem, bo płacili dobrze i płacili szybko, co w tej branży niestety nie jest częste… No i właśnie współpraca z nimi się skończyła. I to ja im podziękowałem – czy raczej oznajmiłem, że nie widzę możliwości dalszej współpracy. Po prostu nie mogłem postąpić inaczej… Co nie zmienia faktu, że w związku z tym finansowo jestem jeszcze głębiej w czarnej… dziurze niż wcześniej. Rzecz prosta, mój niezniszczalny i nieuleczalny optymizm każe mi do poprzedniego zdania dodać „…chwilowo” – ale to „chwilowo” jest oczywiście właśnie w grudniu. Święta? Jakie święta…?

Mruczanka pozytywna (niestety…)

W środę byłem w Warszawie – musiałem sto spraw załatwić. Od rana mnie trochę głowa bolała, ale nie na tyle, żebym się tym przejął: trudno, zdarza się.

Kiedy wieczorem wróciłem do domu czułem się już dość kiepsko. Zmierzyłem temperaturę – 37,9. Ból głowy (nieprzesadny), zatkane zatoki… Ot, przeziębienie / grypka. Wziąłem aspirynę i poszedłem spać.

Następnego dnia już lepiej, jeszcze trochę zatoki, 37,4… Ale nagle zauważyłem, że kompletnie nie czuję zapachu. Nie mogłem uwierzyć: poszedłem do łazienki, spryskałem sobie rękę wodą kolońską… i nic. Zero. Jakby to była woda z kranu 🙂

No więc telefon do lekarki (i znajomej przy okazji), skierowanie na test. Test typu „drive thru”, jak w MacDonaldzie… No i dziś mam wynik. Pozytywny (co w tej sytuacji jest wiadomością raczej negatywną).

Tak więc, ladies and gentlemen, oficjalnie mam covid-19 (…i mam na to papiery!). Przede mną co najmniej dziesięć dni izolacji w domu (oszaleję!).

A najlepsze, że w gruncie rzeczy nic mi nie jest. Dziś (piątek) czuję się już prawie normalnie, głowa nie boli, zatoki jeszcze trochę, ale bez przesady, gorączki już nie mam. Lekko zadrażnione gardło i lekkie osłabienie – i to w zasadzie wszystko. Zdarza mi się zakaszleć, czy raczej „odkaszlnąć” (raz na godzinę?). Jestem zaszczepiony, więc ryzyko poważniejszych powikłań jest bardzo niewielkie, a na razie wszystko wskazuje na to, że nic złego się nie dzieje.

Ale za to potem… Jako osoba zaszczepiona i JEDNOCZEŚNIE tzw. „ozdrowieniec” będę miał podwójną odporność. Będę po prostu niezniszczalny!

(Jasne, wiem, że to tak nie działa, jaja sobie robię 😉

P.S.

Muszę coś dopisać, bo mnie natchnęła Cytryna. Założenie, że osoby zaszczepione są „z automatu” zwolnione z kwarantanny / izolacji jest CIĘŻKIM IDIOTYZMEM. Czy to ma być „nagroda za to, że się ktoś zaszczepił”?

Jestem chory (oficjalnie, mam wynik testu). Moi dwaj synowie teoretycznie – zgodnie z obowiązującymi przepisami – jako zaszczepieni nie muszą pozostawać w domu, mogą spokojnie iść do szkoły! A przecież, do licha, mogą to paskudztwo z domu zanieść do tej szkoły i kogoś zarazić – bo, jak wiadomo, zaszczepienie wprawdzie zmniejsza nieco ryzyko transmisji, ale go nie eliminuje.

Kto to wymyślił?! Pietruszka i tak od wczoraj siedzi w domu „na zdalnym”, bo jego wydział miał za dużo przypadków. Ale Pucek – w teorii – mógłby spokojnie chodzić do szkoły. Czego oczywiście nie zrobi (jak powiedziała moja koleżanka / lekarka, „zostawienie go przez ten czas w domu to kwestia minimum odpowiedzialności za innych”).

Czyli tak: mój syn ma prawo chodzić do szkoły – mimo że jest oczywiste, że może w ten sposób przenosić wirusa i zakażać innych. Ja za to nie mam prawa wieczorem wyjść na spacer z psem – mimo że idę na pola, gdzie o tej porze nie spotkam żywego ducha i nie mam szans kogokolwiek narazić. Bo nie. Pardon my French, ale:

Marudzenie – ciąg dalszy

Jesień. Więc będę narzekać. Wybaczcie, czasami ponarzekać też człowiek musi – a tu jest jedno z nielicznych miejsc, gdzie może. Powodów do narzekania jest po kokardę, rzecz prosta (w końcu jesteśmy Polakami, to nasz sport narodowy!), ale tu tylko kilka z nich.

Jak bumerang wraca problem finansowy. Nawet jak przez chwilę jest lepiej, to za moment znowu idzie gorzej. Zgodnie ze starożytną zasadą zapisaną w mądrych księgach – „Co się polepszy, to się…”. Za każdym razem, jak się wydaje, że wreszcie jakiś przełom i że teraz już będzie lepiej – to zaraz się okazuje, że jednak nie. Ile razy tu już pisałem, że coś nowego się zaczyna, że jakiś nowy projekt, że jakaś ciekawa propozycja, która może wreszcie coś zmieni? I zmieniała… na jakiś czas. A potem – prędzej, czy później, ale za każdym razem – albo coś się sypało, albo zmieniały się zasady, albo jakiś projekt się kończył…

Duży Amerykański Portal zdaje się skończył się (dla mnie) na amen. Naczelny bardzo się sumitował, żałował, bo (jak podkreślał) moje tłumaczenia zawsze były świetne i tak dalej, ale fundusze mu obcięli i teraz większość rzeczy będzie tłumaczył on sam albo któryś z redaktorów. Inni Amerykanie (o których chyba nawet nie zdążyłem tu wspomnieć) pojawili się za to w lipcu, dogadali się błyskawicznie, stawkę dali zacną, płacili w euro i szybko (na umowie była „płatność w ciągu pięciu dni roboczych”, kto się zajmował tłumaczeniami, ten wie, że to zdecydowanie nie jest standard!). No i co z tego? Dwa miesiące współpracy, dwie faktury (rzeczywiście zapłacone błyskawicznie) – i ucichli. Nie wiem, czy im się projekt skończył, czy co… Trzy książki miały być do końca tego roku (pisałem o tym w marcu)… Jedna zrobiona i zapłacona. Druga zrobiona i zapłacona jeszcze nie do końca (czekam na ostatni odcinek wypłaty). Trzecia? Jednak wiosną przyszłego roku. Chyba.

Jedyne, co robię bez przerw na bieżąco – „podwykonawstwo” dla kolegi S. – daje w miarę stały dochód, który wystarcza na jedzenie i na rachunki, ale już na nic więcej. Zresztą na rachunki wystarcza w okresie letnim – bo w zimie, kiedy trzeba doliczyć koszty ogrzewania, to już nie bardzo. Jak do tych rzeczy „na bieżąco” dochodzi jedna czy choćby dwie książki w ciągu roku, to już da się przeżyć. Jak trzy czy cztery – to jest OK.

…ale jak nie?

Fakt, popełniłem w tym roku błąd: pojechaliśmy na tę Korsykę. Myślałem, że skoro pojawili się Amerykanie (i wszystko wskazywało na to, że będzie to dłuższa współpraca) i skoro są te książki, to damy radę. Tymczasem Amerykanie znikli, trzecia książka na razie znikła, druga wciąż się nie do końca zapłaciła… Pewnie powinienem zachować się rozsądnie i z tej wyprawy zrezygnować. Efekt jest taki, że na koncie znowu minus (spory…) i jeszcze mam jakieś długi – co prawda moi wierzyciele się nie dopominają i mówią, żebym się nie przejmował i spokojnie czekał i tak dalej – ale wiecie, jak to jest: to ONI mogą się nie przejmować, a mnie to cały czas z tyłu głowy wisi.

Teraz ktoś się do mnie zgłosił z książką – tematyka taka sobie, ale da się przeżyć, jakieś pieniądze z tego będą. Tyle, że ta książka będzie gotowa do tłumaczenia w grudniu, tłumaczenie zajmie jakieś dwa miesiące, czyli główne pieniądze (jak dobrze pójdzie i nie będzie problemów) dostanę w lutym (…bo w grudniu dostanę jakąś zaliczkę).

Kurczę – ubiegły rok już był spokojniejszy (co prawda głównie za sprawą wielkiego tłumaczenia z Dużego Naukowego Wydawnictwa), po raz pierwszy od paru lat przez cały rok jak wchodziłem na konto, to cyferki były na zielono, czyli na plusie… A teraz od nowa. To strasznie męczące. Psychicznie. Już o tym pisałem (…nie raz): każde wpływające pieniądze są w zasadzie już wydane, uzupełniają tylko minus na koncie. Z głodu nie umrzemy, rzecz prosta, ale…

Ale „niech się coś zdarzy”, jakiś poważniejszy problem, jakaś większa awaria, konieczność zrobienia większego remontu – i jesteśmy w czarnym prezydencie. I nie mówię o sprawach naprawdę poważnych (takich jak remont dachu, który przecież prędzej czy później będzie trzeba zrobić, a o którym na razie nawet nie myślę). Mówię o tym, że miesiąc temu zepsuł mi się rezerwuar w sedesie w dolnej ubikacji – niestety w taki sposób, że nie ma go jak naprawić, trzeba wymienić sedes. I nie wymieniam go, bo nie mam na to pieniędzy. O kupnie zimowych opon do Drakuli już nawet nie wspominam – na razie jest w miarę ciepło.

Jesień. Zima za pasem. Zaczęliśmy się już nieco ogrzewać (nie tylko kominkiem, ale też centralnym, czyli gazem). A gaz już podrożał (u nas) o 12 procent, a wiadomo, że to nie koniec. Jeśli będzie drożeć dalej, to może być naprawdę cienko.

Przydałby się kolejny duży projekt z Dużego Naukowego na przykład, taki jak rok temu. Albo coś innego, ale też na większą skalę i długoterminowo. Jeśli coś takiego się nie pojawi w ciągu najbliższych miesięcy, to mogą być kłopoty.

***

Ale tak naprawdę – przydałoby się coś Nowego. Jakiś Nowy Początek, nowe rozdanie. Już kiedyś o tym pisałem.

Bo do tego wszystkiego, niestety, dochodzi poczucie zmęczenia, swoistego „wypalenia”. Jeszcze jak tłumaczę książkę – zwłaszcza taką, która mi się podoba, albo przynajmniej ma jakiś sens – to nawet mi się chce. Ale reszta… Siedzę nad opisami kolejnych programów telewizyjnych, tłumaczę skróty 50 odcinków kolejnego arcydzieła reality TV (kto, na brodę Nelsona, KTO ogląda 50 odcinków programu opowiadającego o tym, jak policja drogowa w jakimś kraju na końcu świata łapie kolejnych kierowców i każe im dmuchać w alkomat?!) – i mam wrażenie, że za chwilę mnie szlag trafi. Z nudów, ze zniechęcenia, z poczucia braku jakiegokolwiek sensu tego, co robię. To znaczy: sens oczywiście jest taki, że za to płacą, czyli „…dla chleba, panie, dla chleba!” – więc staram się robić to dobrze, nie „odwalam”, przykładam się. Ale satysfakcji za tego nie mam żadnej.

Marudzenie – część 1.

Dziś będę narzekał, marudził i smęcił. Jak ktoś nie ma na to siły – niech się czuje ostrzeżony.

***

Pucek jest w ósmej klasie. Ma trzynaście lat. W tygodniu ma 37 godzin lekcyjnych. Jak łatwo obliczyć, daje do średnio niemal 7,5 lekcji dziennie. W praktyce najmniej lekcji ma w piątek – sześć. Ale za to w poniedziałek – dziewięć. Co prawda trzy z tych dziewięciu lekcji to dwie godziny WF i religia, ale to nie zmienia faktu, że siedzi w szkole od 8:00 do 16:20. To dłużej, niż dorosły człowiek w standardowej pracy na etacie.

Różnica między ósmoklasistą a etatowcem polega jednak nie tylko na wieku, ale także na tym, że kiedy ten dorosły wychodzi z pracy po ośmiu godzinach, to ma robotę za sobą. A ósmoklasista musi jeszcze odrobić lekcje i się czegoś tam nauczyć. Próbowałem rozmawiać z nauczycielami (z których zresztą większość jest dość sensowna) o tym, żeby nie zadawali lekcji z poniedziałku na wtorek, z dnia na dzień. Pani od matematyki nawet to zaakceptowała – coś tam zadaje, ale zaznacza, że to jest tylko do poćwiczenia i jak ktoś nie zrobi, to nie szkodzi. Gorzej z panią od polskiego, która tłumaczy, że gonią z programem, że egzaminy ósmoklasisty i tak dalej. I oczywiście w teorii ma rację… Ale w praktyce to po prostu nie ma sensu: jak trzynastoletni dzieciak kończy szkołę o 16:20, to zanim wróci do domu, zje obiad i chwilę odpocznie, jest godzina 18:00. I jeśli ten trzynastolatek o tej porze zaczyna odrabiać lekcje (po całym dniu spędzonym w szkole, przypomnę), to nie trzeba być psychologiem, żeby zrozumieć, że odrobi je tylko do poziomu „odfajkowano” i że następnego dnia NIC Z NICH NIE BĘDZIE PAMIĘTAŁ. Takie prace domowe są po prostu bez sensu (a do pewnego stopnia są wręcz przeciwskuteczne, bo zniechęcają).

Tyle lat się o tym mówi, tyle lat – i co? I nic. Nic się nie zmienia, czy wręcz zmienia się na gorsze. Ja kończyłem podstawówkę i liceum jeszcze za dawnych, słusznie minionych czasów, ale już kiedy sam pracowałem w szkole (czyli w latach 1995-2000) mówiło się o tym, że programy nauczania są przeładowane, że dzieciom wciska się do głowy mnóstwo teoretycznej wiedzy nijak nie przekładając jej na praktykę, że programy poszczególnych przedmiotów w danym bloku nie są ze sobą zgrane, że listy lektur są kompletnie niedzisiejsze, że… I tak dalej, i tak dalej. Nie wypowiadam się na temat programów matematyki czy fizyki, to nie moja działka, ale patrzę na to, co Pucek robi na polskim, i szlag mnie trafia (co absolutnie nie jest wycieczką pod adresem nauczycielki, tylko baranów od układania programów).

Dzieci lektury czytają. Ja oczywiście rozumiem, że pewne rzeczy w kanonie lektur znaleźć się muszą – i rozumiem, że choć nie wszystkie będą współczesnych uczniów zachwycać, to przynajmniej na podstawowym poziomie muszą oni je poznać. Ale są dwie kategorie problemów z lekturami, które doprowadzają mnie do szewskiej pasji.

Pierwsza – to klasyczne, konieczne lektury wrzucone na kompletnie nieodpowiednim etapie edukacji. Do dziś pamiętam, jak siedziałem z Puckiem nad „Balladyną”, którą „przerabiał” w szóstej klasie. Usiedliśmy po prostu, aby przeczytać to razem, bo on nic z tego nie rozumiał. Nie rozumiał problematyki (jedenastolatek i tematy żądzy władzy i dojrzewania do zbrodni…) – ale też nie rozumiał języka, którym ten dramat jest napisany. Mamy XXI w., trochę się zmieniło w języku, w sposobie mówienia, w całej semantyce… W małej, kilkuosobowej grupie nauczyciel mógłby oczywiście posiedzieć nad tekstem z całą klasą, wyjaśniać punkt po punkcie, czytać wspólnie. Ale w publicznej szkole, w klasie liczącej 30+ uczniów? O tym, że Słowacki nie pisał „Balladyny” z myślą o jedenastolatkach, to już nawet nie wspomnę.

Albo Sienkiewicz… O ile uważam, że „Quo vadis” powinno być w kanonie lektur, o tyle reszta… Hmmm… Jakaś część „Trylogii” na pewno powinna się pojawiać – pytanie, czy koniecznie w całości, czy może jednak fragmenty z omówieniem. No i pytanie, na jakim etapie edukacji. Nie zrozumcie mnie źle: sam uwielbiałem „Trylogię”, zaczytywałem się zwłaszcza w „Ogniem i mieczem” w wieku dwunastu lat, do dziś uważam, że nikt chyba (w kategorii prozy) nie pisał tak fantastyczną, soczystą, melodyjną polszczyzną jak Sienkiewicz. Ale dla dzisiejszych młodszych nastolatków to naprawdę bardzo ciężka lektura. A już „Krzyżacy”… Ech.

Druga kategoria – to lektury, które straciły aktualność lekko licząc ze trzydzieści lat temu, ale w spisie lektur trwają, bo tak. Czy rzeczywiście współcześni jedenasto- czy dwunastolatkowie muszą czytać „Tajemniczy ogród”? Jasne, rozumiem, że to „klasyka literatury dziecięcej” – ale powiedzmy sobie szczerze: nie jest to aż tak wybitne dzieło literackie, żeby musiało być wśród lektur obowiązkowych. Całą ważną tematykę w nim poruszoną można spokojnie znaleźć we współczesnych pozycjach dla dzieci i młodszej młodzieży, książkach na podobnym poziomie literackim, a lepiej przyswajalnych dla młodych ludzi wychowanych w innej epoce i w innym świecie niż ich rodzice, że o dziadkach nie wspomnę. To samo mógłbym powiedzieć o paru innych lekturach (jak choćby „Ten obcy” Ireny Jurgielewiczowej, na liście lektur nieodmiennie od bodaj pięćdziesięciu czy sześćdziesięciu lat…).

I – co warto dodać – nie mówię o dziecku, które po prostu „nie lubi czytać” – to nie ten problem. U nas w domu dzieciom czytało się od małego, potem czytały same. Pucek nie czyta może tyle, co jego starsza siostra, ale czyta „dla przyjemności” książki odpowiednie dla swojego wieku (…a bywa, że i nieco mniej odpowiednie – ostatnio na tapecie mamy Wiedźmina…).

Polska szkoła (zwłaszcza podstawowa, później jest już nieco lepiej) w wielu aspektach funkcjonuje tak, jakby w kulturze, języku, świadomości społecznej i kulturowej – że nie wspomnę o metodologii nauczania – od stu lat nic się nie zmieniło. I nie jest to wina nauczycieli (choć oczywiście i wśród nich jest wielu „wyrobników” płynących z prądem na zasadzie „byle do emerytury unikając kłopotów”). To wina polityków, dla których oświata jest albo resortem-zapchajdziurą, który można tanio oddać koalicjantowi, w zamian przechwytując ważniejsze ministerstwa, albo (ostatnio coraz częściej) polem do ideologicznych krucjat, w których dzieci są co najwyżej „podmiotem nauczania”, czyli mięsem armatnim w kulturowej wojnie.

Moje starsze dzieci – wybitne jednostki, jak wiadomo 😉 – pod względem nauki zawsze były w zasadzie bezobsługowe. Pietruszka ze swoim ilorazem inteligencji wystrzelonym w kosmos niespecjalnie musiał się dużo uczyć – a nawet jak pojawiały się tematy, które go niespecjalnie interesowały, to odzywała się druga charakterystyczna część jego natury, czyli obowiązkowość i rzetelność (na granicy kompulsji). Trzeba zrobić? To się robi, nawet, jak nudne i bez sensu. Piłka na inteligencję też narzekać nie może, a jak się do tego doda szerokość zainteresowań, zabójczą pracowitość i niesamowitą ambicję, to także nie było w szkole kwestii, z którymi miałaby kłopoty (nawet, jeśli czasami słyszałem sarkastyczne uwagi na temat sensowności tego czy tamtego tematu – z którymi to zresztą uwagami w dziewięciu przypadkach na dziesięć zmuszony byłem się zgodzić).

Pucek niestety jest nieco inny. Nie, nie jest słabym uczniem (do szóstej klasy włącznie zawsze czerwone paski i tak dalej) – ale nie jest ani aż tak błyskotliwy i obowiązkowy jak jego brat, ani aż tak ambitny i pracowity jak jego siostra. Siłą rzeczy to właśnie jego najbardziej „przejechała” pandemia, lockdown i zdalne nauczanie. A teraz musi (on i cała reszta ósmoklasistów) z jednej strony nadrabiać zaległości z klasy siódmej, z drugiej – uczyć się do egzaminów. I to jest dla niego (i nie tylko) po prostu za dużo. Jest zmęczony, zniechęcony, ma za dużo godzin lekcyjnych, za dużo lekcji do odrabiania i tak dalej. A do tego – jak każdy normalny trzynastolatek – chciałby czasami spotkać się z kumplami, pograć w gry, poczytać coś co nie jest obowiązkowe. A jak do tego wszystkiego widzi wszystkie szkolne (czytaj: programowe, ale on jeszcze tego rozróżnienia nie łapie…) absurdy, to zniechęca się jeszcze bardziej, złości, wkurza (zgadnijcie, na kim się to skrupia?). I generalnie mamy poziom narrację z gatunku „szkoła największym wrogiem”.

Ja naprawdę nie jestem tatusiem-wariatem, który uważa, że jego dziecko powinno mieć najlepsze stopnie ze wszystkiego. Nie musi. Widać, że Puckowi bliżej do chemii czy fizyki, niż do literatury i języka polskiego. I w porządku. Boję się tylko trochę, jak będzie z egzaminami i liceum, bo niestety aktualna rzeczywistość polskiej oświaty już na tym etapie promuje wyścig szczurów: jednym z głównych tematów rozmów między rodzicami i nauczycielami jest ostatnio to, jakie były progi punktowe w których liceach (…i dlaczego takie wysokie).

I nie bardzo wiem, jak to wszystko rozgrywać – zwłaszcza, że do tego odchodzą jeszcze inne problemy, które sprawiają, że po prostu mam mniej czasu i sił na to wszystko.

Ale o tym w następnym odcinku (który – niestety – będzie dalszym ciągiem narzekania, choć na Zupełnie Inne Tematy).

P.S.

Właśnie po wrzuceniu tego wpisu trafiłem na najnowsze informacje – Niemiłościwie Nam Panujący Pan Minister od Edukacji ogłosił był, że w programach nauczania dojdzie nowy przedmiot – „historia i teraźniejszość”. Bo (cytuję) „Pokolenie obecnych 20-latków ma ogromne luki w wiedzy z historii. Musimy to zmienić. Dlatego uczniowie pierwszych klas szkół ponadpodstawowych dostaną nowy przedmiot – historia i teraźniejszość. To będzie HiT nie tylko z nazwy”.

Pięknie się to wpisuje w światłe idee Prezesa di Tutti Prezesi, który już w maju, w czasie prezentacji „Polskiego Ładu”, mówił przecież:

„W szkołach średnich wprowadzimy naukę historii dwoma nurtami, tzn. historię powszechną i historię Polski. Dla każdego z tych nurtów będzie przeznaczone dwie, trzy, może więcej godzin w ciągu tygodnia zajęć. Będzie to ogromna zmiana.”

Tak, Panie Prezesie. Ogromna zmiana. Dzieci będą Panu wdzięczne. Dozgonnie.

A niech was wszystkich…

Wezwanie

Właśnie dostałem wezwanie do stawienia się na komendzie policji w G. Data, godzina, groźne ostrzeżenia, co się stanie, jeśli się nie stawię. Już się zacząłem zastanawiać, co mianowicie przeskrobałem (bo jakoś naprawdę nie pamiętam…), kiedy doczytałem, że „w roli świadka”. Ale o co chodzi?

Na wszelki wypadek zadzwoniłem pod podany numer, podając numer sprawy i pytając, czy mogę przynajmniej ogólnie dowiedzieć się, w czym rzecz. Okazuje się, że pan, który w kwietniu kupił ode mnie samochód, został złapany (prawdopodobnie przy próbie jego sprzedaży) na tym, że „przekręcił licznik”.

No żesz… Z jednej strony oszust (marny – bo przecież wiadomo, że od dłuższego czasu wszystkie informacje o przebiegu są w systemie CEPiK). Z drugiej – nasza policja kochana, które ma przecież wszystkie informacje (w systemie jest ostatni przegląd, zrobiony dosłownie na kilka dni przed sprzedażą Zefirka, w Urzędzie Komunikacji jest przesłana tam umowa kupna-sprzedaży, na której widnieje aktualny przebieg), ale i tak musi mnie wezwać jako świadka, tylko po to, żebym powiedział im to, co i tak widnieje w tych dokumentach.

Dobrze przynajmniej, że przesłuchanie odbędzie się na miejscu, w G., i nie muszę tracić dnia na dojazd w dowolne miejsce w Polsce…

Da capo…

Początek ubiegłego roku. Pisze do mnie pani redaktor B. z Dużego Naukowego Wydawnictwa. Pyta, czy podejmę się tłumaczenia na angielski takiej a takiej książki. Odpisuję grzecznie pani redaktor, że bardzo mi przykro, ale ja tłumaczę tylko „w jedna stronę”, z angielskiego na polski, że nie czuję się kompetentny tłumaczyć „w drugą stronę” i że mogę najwyżej poszukać wśród znajomych kogoś, kto byłby zainteresowany. Gdzieś z tyłu głowy krąży mi myśl, że już kiedyś tej pani redaktor to mówiłem, ale może mi się wydaje, może to tylko błąd w Matriksie.

Wrzesień ubiegłego roku. Ta sama pani redaktor B. pisze do mnie z propozycją tym razem redakcji dużej książki w języku angielskim – książka jest już przetłumaczona, trzeba sczytać, zrobić redakcję językową i tak dalej. W odpowiedzi powtarzam z grubsza to samo, że to nie moje kompetencje, ale… Tym razem pani redaktor bardzo prosi, żebym kogoś znalazł. Więc szukam. po tygodniu pani redaktor pisze znowu, czy może kogoś znalazłem, bo im bardzo zależy. Ale to bardzo. Więc szukam dalej, uruchamiam jakieś stare kontakty… Wreszcie piszę do pani S., osoby którą znam w zasadzie wyłącznie na płaszczyźnie oficjalnej – trochę mi głupio, ale w końcu co mam do stracenia, a może pani S. przyda się dodatkowe parę groszy. Piszę, że sprawa bardzo pilna, że się pali. Pani S. – osoba skądinąd przesympatyczna – odpowiada, że być może, tylko musi poznać treść książki, terminy i tak dalej. Więc piszę cały szczęśliwy do pani redaktor B., że właśnie jej kogoś znalazłem, fachowca, osobę doświadczoną… Pani redaktor B. odpowiada następnego dnia, radośnie informując mnie, że już nie trzeba, bo już kogoś znaleźli. Zbieram ręce z podłogi, piszę do pani S. z przeprosinami i wytłumaczeniem, w poczuciu, że zrobiłem z siebie idiotę.

Dzisiaj. Pisze do mnie pani redaktor B. Z propozycją współpracy – a konkretnie… Tak, dokładnie tak: redakcji językowej serii artykułów naukowych w języku angielskim. I że ona już mi zaraz wysyła, tylko żebym podał propozycje wyceny…

No żesz…