Wezwanie

Właśnie dostałem wezwanie do stawienia się na komendzie policji w G. Data, godzina, groźne ostrzeżenia, co się stanie, jeśli się nie stawię. Już się zacząłem zastanawiać, co mianowicie przeskrobałem (bo jakoś naprawdę nie pamiętam…), kiedy doczytałem, że „w roli świadka”. Ale o co chodzi?

Na wszelki wypadek zadzwoniłem pod podany numer, podając numer sprawy i pytając, czy mogę przynajmniej ogólnie dowiedzieć się, w czym rzecz. Okazuje się, że pan, który w kwietniu kupił ode mnie samochód, został złapany (prawdopodobnie przy próbie jego sprzedaży) na tym, że „przekręcił licznik”.

No żesz… Z jednej strony oszust (marny – bo przecież wiadomo, że od dłuższego czasu wszystkie informacje o przebiegu są w systemie CEPiK). Z drugiej – nasza policja kochana, które ma przecież wszystkie informacje (w systemie jest ostatni przegląd, zrobiony dosłownie na kilka dni przed sprzedażą Zefirka, w Urzędzie Komunikacji jest przesłana tam umowa kupna-sprzedaży, na której widnieje aktualny przebieg), ale i tak musi mnie wezwać jako świadka, tylko po to, żebym powiedział im to, co i tak widnieje w tych dokumentach.

Dobrze przynajmniej, że przesłuchanie odbędzie się na miejscu, w G., i nie muszę tracić dnia na dojazd w dowolne miejsce w Polsce…

Da capo…

Początek ubiegłego roku. Pisze do mnie pani redaktor B. z Dużego Naukowego Wydawnictwa. Pyta, czy podejmę się tłumaczenia na angielski takiej a takiej książki. Odpisuję grzecznie pani redaktor, że bardzo mi przykro, ale ja tłumaczę tylko „w jedna stronę”, z angielskiego na polski, że nie czuję się kompetentny tłumaczyć „w drugą stronę” i że mogę najwyżej poszukać wśród znajomych kogoś, kto byłby zainteresowany. Gdzieś z tyłu głowy krąży mi myśl, że już kiedyś tej pani redaktor to mówiłem, ale może mi się wydaje, może to tylko błąd w Matriksie.

Wrzesień ubiegłego roku. Ta sama pani redaktor B. pisze do mnie z propozycją tym razem redakcji dużej książki w języku angielskim – książka jest już przetłumaczona, trzeba sczytać, zrobić redakcję językową i tak dalej. W odpowiedzi powtarzam z grubsza to samo, że to nie moje kompetencje, ale… Tym razem pani redaktor bardzo prosi, żebym kogoś znalazł. Więc szukam. po tygodniu pani redaktor pisze znowu, czy może kogoś znalazłem, bo im bardzo zależy. Ale to bardzo. Więc szukam dalej, uruchamiam jakieś stare kontakty… Wreszcie piszę do pani S., osoby którą znam w zasadzie wyłącznie na płaszczyźnie oficjalnej – trochę mi głupio, ale w końcu co mam do stracenia, a może pani S. przyda się dodatkowe parę groszy. Piszę, że sprawa bardzo pilna, że się pali. Pani S. – osoba skądinąd przesympatyczna – odpowiada, że być może, tylko musi poznać treść książki, terminy i tak dalej. Więc piszę cały szczęśliwy do pani redaktor B., że właśnie jej kogoś znalazłem, fachowca, osobę doświadczoną… Pani redaktor B. odpowiada następnego dnia, radośnie informując mnie, że już nie trzeba, bo już kogoś znaleźli. Zbieram ręce z podłogi, piszę do pani S. z przeprosinami i wytłumaczeniem, w poczuciu, że zrobiłem z siebie idiotę.

Dzisiaj. Pisze do mnie pani redaktor B. Z propozycją współpracy – a konkretnie… Tak, dokładnie tak: redakcji językowej serii artykułów naukowych w języku angielskim. I że ona już mi zaraz wysyła, tylko żebym podał propozycje wyceny…

No żesz…

(Niezbyt) motoryzacyjnie

Cóż, nie da się ukryć – jest problem… Problem ma cztery kółka, tylko jeździć nie chce. Skubaniec. Zefirek od trzech tygodni w warsztacie stoi – i pan Janek (fachowiec, w dodatku specjalista od opli, co to wiele lat autoryzowany serwis prowadził) nie bardzo jest w stanie dojść, w czym rzecz. Bo wygląda, że wszystko działa – a nie działa. Najprawdopodobniej szlag trafił komputer – wiec teraz pan Janek szuka komputera od takiego samego samochodu, żeby sprawdzić, czy to rzeczywiście to. Bo nie chce mnie narażać na niepotrzebne koszty kupowania nowego komputera, jeśli się okaże, że to nic nie da.

Niby w pandemii – i przy zdalnym nauczaniu – brak czterech kółek na co dzień nie jest aż takim problemem… Raz na tydzień ktoś ze znajomych pożyczy, żeby zakupy zrobić i załatwić wszystko to, co bez samochodu załatwić trudno. I niby starcza… Ale właśnie raczej „niby”, niż „starcza”. Bo ciągle coś. Bo trzeba Piłkę zawieźć do Bursy, bo Pietruszkę na egzamin, bo to, bo tamto…

To, że Zefirek jest do wymiany, to już było wiadomo od jakiegoś czasu – nie ukrywam jednak, że miałem nadzieję, iż jeszcze kilka miesięcy posłuży. Co zrobić – jak się kupuje nastoletnie auto, to człowiek musi być przygotowany na to, że może ono odmówić współpracy.

Założyłem firmę, miałem plany, żeby nowy (…znaczy używany, rzecz prosta) samochód wziąć w leasing. Ale nikt nie da leasingu człowiekowi, który założył firmę kilka dni temu: większość firm leasingowych wymaga co najmniej pół roku funkcjonowania, niektóre zgadzają się już po czterech miesiącach (co i tak nie byłoby złe, bo dałoby się załatwić przed wakacjami, co jest istotne z przyczyn oczywistych).

Tyle, że do wzięcia samochodu w leasing – na takich warunkach, przy których będę w stanie go spłacać – muszę mieć jakiś tam „wkład własny”. A pieniądze, które teraz mam, na ten wkład własny nie wystarczą. Pozostała część wkładu własnego miała się objawić ze sprzedaży Zefirka (za którego w tym wieku i stanie jakieś tam pieniądze da się jeszcze dostać) – ale żeby Zefirka spieniężyć, to Zefirek musi być na chodzie. Inaczej można go co najwyżej sprzedać na części…

Tak, że ten… Jakby ktoś z Was akurat wygrał w Lotto, to wiecie, gdzie mnie szukać…

Dlaczego…?

Pisałem poprzednim razem o książce, którą czytałem (Władcy strachu. Przemoc w sierocińcach i przełamywanie zmowy milczenia” – Ewa Winnicka i Dionisios Sturis). Straszna lektura, ale w całej swojej straszności moim zdaniem – lektura obowiązkowa. Zawsze czytając takie historie mam wrażenie, że choćby w ten sposób – właśnie czytając i przeżywając – mogę oddać jakąś sprawiedliwość ofiarom i uderzyć w sprawców takich czynów, którzy bardzo chcieliby, aby nikt o tym nie mówił.

Książka (long story short) opowiada historię systemowego (tak to chyba trzeba nazwać) znęcania się i okrucieństwa wobec podopiecznych sierocińców (ale także rodzin zastępczych) na wyspie Jersey w ciagu ostatniego półwiecza. Przemoc psychiczna i fizyczna, de facto tortury, wszechobecne wykorzystywanie seksualne (i przyzwolenie na wykorzystywanie młodszych dzieci przez starsze) z brutalnymi gwałtami włącznie, najprawdopodobniej – także morderstwa. A wszystko to na sielskiej, spokojnej, uroczej wyspie, słynącej z niskich podatków, dobrych szkół, niskiej przestępczości i uznawanej za wprost doskonałe miejsce do życia.

Koszmarna to lektura. Same relacje ofiar (dziś już dorosłych ludzi) są wstrząsające – opowiadane pozornie na zimno (po po latach), a jednak pełne emocji, opisujące rzeczowo i dokładnie doznane krzywdy. Znacie takie uczucie, kiedy ktoś na pozór spokojnie opowiada o jakichś wydarzeniach, ale w jego głosie słychać krzyk?

Ale – paradoksalnie – nie to poruszyło mnie najbardziej. Tym, co dla mnie w całej tej opowieści było najbardziej wstrząsające, było wszystko to, co działo się na zewnątrz tych historii. Systemowe ukrywanie tego, co się działo. Lokalni politycy, dla których do końca ważniejsze było „dobre imię wyspy” i zachowanie funkcjonującej od wieków „Jersey way of living” niż cierpienie, życie i zdrowie ofiar. Policjanci (zwłaszcza członkowie „policji honorowej”) działający zawsze w interesie „wyspy”, nigdy w interesie ofiar. Prokuratorzy, którzy odmawiali wszczęcia śledztwa mimo zebranych dowodów i zeznań. Rządzący, którzy świadomie i cynicznie niszczyli kariery tych policjantów („importowanych” z głównej części Wielkiej Brytanii), którzy nie poddali się zmowie milczenia i uruchamiali kolejne śledztwa. I tak dalej, i tak dalej…

Bulwersujemy się (i słusznie, rzecz prosta!) historiami pedofilii w polskim Kościele. Oburzamy się (i słusznie!) na biskupów, którzy wiedząc o skłonnościach albo działaniach jednego czy drugiego księdza zamiast zadziałać, przeciąć sprawę, zgłosić gdzie trzeba – zamiatali wszystko pod dywan. Zjawiskiem, które jest dziś niemal symbolem całego procederu, jest osławione „przenoszenie do innej parafii” (czy wręcz diecezji) księdza, który krzywdził nieletnich – na skutek czego nie tylko unikał on kary, ale mógł krzywdzić kolejne ofiary. Oburza nas to. Gorszy.

Ale kiedy czytam o tym, co się działo na Jersey, dochodzę do wniosku, że te historie z naszego podwórka to jeszcze nic. Bo tam (mówiąc obrazowo, bo na Jersey akurat nie duchowni byli sprawcami) nawet „nie przenoszono do innej parafii”. Ludzie, o których wiadomo było, że znęcają się nad dziećmi, molestują, gwałcą, dalej pracowali w sierocińcach. Nikt nikogo nie przenosił, skargi trafiały w próżnię, jakimkolwiek próbom zmiany sytuacji natychmiast ukręcano łeb.

Chłopak, który został brutalnie zgwałcony przez zamożnego gentlemana, zabierającego go na przejażdżki w ramach „pomocy sierotom”, opowiedział wszystko pielęgniarce (podobno skądinąd miłej kobiecie), do której trafił, bo po tym, co się stało, przez kilka dni krwawił z odbytu. Co zrobiła pielęgniarka? Nic. Powiedziała mu, że na pewno zmyśla, pewnie się przewrócił i tyle. Zamożny gentleman zabierał go potem na takie „przejażdżki” jeszcze wielokrotnie.

Dzieci, które w rodzinie zastępczej były bite, głodzone i wykorzystywane seksualnie, próbowały się poskarżyć – i nic. Zagrożono im, że jak jeszcze raz coś takiego „wymyślą”, to trafią do szpitala psychiatrycznego. Nie chodzi nawet o to, że im nie uwierzono – nikt nawet nie wysłuchał, co mają do powiedzenia.

Zeznania wielu świadków dowodzą, że w największym domu dziecka na wyspie wielokrotnie zjawiali się różni „sławni i bogaci”, którzy po prostu wybierali sobie dzieci, które później ich „obsługiwały”. Nie mówimy o gwałcie w ciemnej uliczce czy o sprytnym pedofilu kryjącym się w ciemnych korytarzach sierocińca, ale o systemowym (wiem, że używam tego słowa po raz kolejny) wykorzystywaniu, o którym bez cienia wątpliwości wiedział dyrektor i (zapewne) większość personelu. I co? I nic. Nikogo nawet „nie przeniesiono do innej parafii”. Większość sprawców spokojnie dożyła swoich dni na emeryturze, ciesząc się do końca życia szacunkiem otoczenia.

Wstrząsająca jest historia o nauczycielu z miejscowego college’u (w realiach brytyjskich college to odpowiednik naszego liceum, przypominam), który wykorzystywał seksualnie nie tylko sieroty z domu dziecka, ale także swoich uczniów – dzieci z dobrych domów, z zamożnych i szanowanych miejscowych rodzin. I co? I nic. Nawet kiedy już zebrano dowody (łącznie z filmami, które s…syn sam nagrywał!) dyrektor college’u nie widział powodu, żeby go zwolnić z pracy, bo to przecież znakomity nauczyciel, szanowany w społeczności, lubiany przez uczniów i rodziców… A kiedy – wyłącznie dzięki uporowi „importowanych” policjantów – drań został wreszcie oskarżony, dyrektor zgodził się na to, aby… nie prowadził więcej zajęć z uczniami, ale nadal otrzymywał pełną pensję. A rodzice – rodzice! – urządzili awanturę szefowi policji, że psuje dobre imię szkoły…

I – przypomnę – to wszystko nie działo się w jakimś (pardon) Bantustanie, tylko na terenie będącym dependencją Korony Brytyjskiej. Europa Zachodnia, cywilizacja, pierwszy świat.

Trzy myśli, które nie dają mi spokoju po przeczytaniu tej książki.

Po pierwsze – zarozumiałem, co miały – mają – wspólnego wszystkie ofiary takich czynów. Wszystkie: i te na Jersey, i te w Polsce, i w USA, i gdziekolwiek. Tu nie chodzi o status (choć oczywiście łatwiej krzywdzić sierotę, o którą nikt się nie upomni), o pochodzenie, inteligencję, wygląd, zachowanie. Jedynym, co łączy wszystkie ofiary, jest to, że nikt ich nie słuchał.

Po drugie – zrozumiałem, co łączy wszystkich sprawców takich czynów. Tu nie chodzi o to, czy ktoś jest nauczycielem, opiekunem w sierocińcu, bogatym i znanym prezenterem radiowym (jak niesławny Jimmy Savile), księdzem czy może prostym woźnym albo stolarzem. Jedynym, co łączy sprawców jest to, że mieli władzę. Władzę oczywiście na bardzo różnych poziomach – ale jednak władzę nad tymi dziećmi.

Po trzecie – chyba zrozumiałem, dlaczego ci ludzie to robili. Dlaczego dopuszczali się tych okropności, dlaczego krzywdzili, bili, molestowali, gwałcili. Odpowiedź na to pytanie mrozi krew w żyłach. No bo pomyślcie: naukowcy sądzą że skłonności pedofilskie (w najszerszym sensie – także te „graniczne” i te, które nigdy nie przekładają się na zachowania pedofilskie, a pozostają w sferze jakichś tam tendencji, myśli etc.) może przejawiać do 5 procent męskiej populacji. Tych „prawdziwych” pedofili, którzy dopuszczają się czynów uznawanych za przestępstwo, jest znacznie mniej – prawdopodobnie poniżej 1 procent populacji. Pedofilia to zachowanie objęte w naszej cywilizacji szczególnie silnym tabu. A jednak w sprzyjającej sytuacji całe mnóstwo zupełnie normalnych ludzi – od wysoko postawionych polityków i celebrytów, poprzez pedagogów, wychowawców, aż po przypadkowych woźnych, stolarzy czy czy monterów – zachowywało się tak a nie inaczej i najwyraźniej nie widziało w tym nic szczególnie złego. Odpowiedź, dlaczego to robili, jeśli się dobrze wczytać w historie opisane we „Władcach strachu”, jest bardzo prosta: BO MOGLI.

I nie mogę się oprzeć myśli, że to fatalnie o nas świadczy. O nas jako gatunku.

Tu i teraz

Przyznam, że pierwszy raz od naprawdę długiego czasu zaczynam się bać. Nie chodzi o panikowanie, nie jestem przerażony – ale jest we mnie coraz więcej lęku. I nie chodzi mi o samą pandemię – ale o to, jak nasze państwo się w tym czasie zachowuje, co robią (…a raczej – czego nie robią) władze.

Każdy, kto choć trochę interesuje się tym, co się dookoła dzieje, już wiosną słyszał, że najprawdopodobniej po letnim rozluźnieniu czeka nas druga, jesienna fala pandemii. Mówili o tym wszyscy fachowcy – naukowcy, lekarze – a spora część z nich ostrzegała, że ta druga fala może być wyższa od pierwszej. W większości krajów Europy władze wykorzystały ten spokojniejszy, letni czas na przygotowania do drugiej fali. Jednym wyszło to trochę lepiej, innym trochę gorzej – ale jednak. W Wielkiej Brytanii tworzono szpitale polowe, szkolono personel, wszędzie gromadzono leki, kupowano na zapas szczepionki na grypę (żeby druga fala pandemii nie nałożyła się na coroczny sezon grypowy), opracowywano procedury na wypadek gwałtownego wzrostu zachorowań.

A co robił nasz Najlepszy Rząd Tysiąclecia? Zajmował się „rekonstrukcją”. Czyli (tłumacząc to na polski) kłótniami o to, kto będzie … w który ministerialny stołek. Bo było lato, bo zachorowań było mniej, bo jakoś to będzie, bo przecież jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było, prawda?

No i mamy druga falę. Dzienna liczba nowych zachorowań coraz bardziej zbliża się do dziesięciu tysięcy – a wszyscy fachowcy mówią, że to dopiero początek. Dopiero początek – a nasz system ochrony zdrowia już się sypie. Karetki jeżdżą od szpitala do szpitala, bo nie ma gdzie przyjmować chorych. Przedstawiciele władz uspokajają, że wolnych łóżek „covidowych” jest jeszcze dużo – ale przeczą temu kolejne doniesienia o ludziach, których wożono z miejsca w miejsce przez osiem czy dziesięć godzin, o karetkach stojących w kilkugodzinnych kolejkach pod szpitalami, bo nie ma gdzie tych chorych przyjmować. W piątek (to głośna sprawa) zmarł zarażony COVID-19 kierowca karetki, którego wożono przez bodaj dwanaście godzin i NIGDZIE nie został przyjęty do szpitala, bo nie było miejsca – ale jeszcze wczoraj kolejny Wiceminister Czegokolwiek Bądź zapewniał, że „są wolne łóżka”. Cóż, dla ministrów, wiceministrów i ich rodzin pewnie są. Takoż dla partyjnej wierchuszki i innych VIPów. Rząd się wyżywi, rząd się wyleczy.

Nie ma dodatkowych respiratorów, nie ma dość leków, szczepionek na grypę nie ma nigdzie, a jak się pojawiają, to znikają natychmiast.

A co będzie, kiedy dziennie będzie piętnaście, dwadzieścia czy trzydzieści tysięcy nowych zdiagnozowanych? Władze przygotowują szpital polowy na Stadionie Narodowym. No świetnie – tylko raz, że „rychło w czas” (to trzeba było zacząć szykować w lipcu, a nie teraz…); a dwa – co to znaczy „szpital polowy”? Ustawią łóżka i… co dalej? Skąd wezmą respiratory? Skąd wezmą lekarzy (przecież do pacjentów w ciężkim stanie chorych na COVID nie ściągną internistów czy lekarzy rodzinnych z przychodni…)? Skąd wezmą pielęgniarki? Rozmawiałem ze znajomą pielęgniarką – żeby zostać pielęgniarką anestezjologiczną trzeba przejść DWULETNIĄ SPECJALIZACJĘ. „Zwykła” pielęgniarka po studiach nie umie pracować przy chorym leżącym pod respiratorem. Jasne, można zrobić tygodniowe kursy dla chętnych – tylko ile z takich pielęgniarek potem (bez swojej winy!) będzie popełniać błędy, których skutki będą dla chorych fatalne?

Czy rzeczywiście, jak pisze niemiecki „Die Welt”, Polska będzie „Włochami drugiej fali pandemii”?

Moje dzieci starsze już uczą się w domu (warszawskie szkoły średnie przeszły od dziś w tryb on-line). Pucek jeszcze chodzi do szkoły, a naszym rejonie na razie tragedii nie ma, ale jak długo? Dobrze, że przynajmniej Piłka jest co tydzień badana na COVID – póki jej testy wychodzą negatywnie, to i my raczej nie jesteśmy chorzy. Ale na przykład jedni nasi znajomi ewidentnie przechorowali tę zarazę, choć stosunkowo łagodnie. Gorączka, dość silny kaszel, bóle głowy i mięśni jak w grypie plus kompletna utrata węchu (kolega opowiadał, że codziennie rano schodził do kuchni i wąchał płyn do mycia naczyń, żeby sprawdzić, czy już coś czuje – węch zaczął mu wracać po plus minus dziesięciu dniach). Ale że wszyscy mieli tylko trzy objawy z czterech – nikt im oczywiście testów nie zrobił. Bo po co.

O siebie się nie boję – jasne, nie mam gwarancji, jak bym to paskudztwo przechodził, ale generalnie jestem zdrowy, bardzo odporny i wszelkie infekcje wirusowe łapią mnie bardzo rzadko, a jeśli już – to przechodzę je bardzo łagodnie.

Ale mój tata ma osiemdziesiąt lat, a w dodatku przez wiele lat palił (rzucił ostatecznie bodaj osiem lat temu, ale…). I boje się, po prostu się boje, że jeśli – nie daj Boże – skądś to cholerstwo złapie, to będą go wozili karetką przez osiem godzin od szpitala do szpitala. I zdążą albo nie.

To samo dotyczy mojej ciotki (osiemdziesiąt trzy lata) i paru innych osób.

A do tego dochodzą wszyscy „covidosceptycy”, uważający, że żadnej pandemii nie ma i że to wszystko spisek światowych potęg / Billa Gatesa / Reptilian / Żydów / masonów / kosmitów, półgłówki, które nie będą nosić maseczek w autobusach i sklepach, „bo nie”, „bo maseczki nic nie dają”, „bo to zamach na wolność” i wszyscy inni płaskoziemcy, antyszczepionkowcy i świry od 5G.

Generalnie – nie wygląda to fajnie.

Życie w czasach zarazy

Potwory w domu. Spotkania poodwoływane. Lekcje też. I wszystko inne, jak wiadomo. Dziwnie się czuję – od środowego popołudnia przebywam wyłącznie w towarzystwie moich dzieci. No dobrze – dwa razy byłem w sklepie, za każdym razem wieczorem, kiedy było w nim najmniej ludzi.

U nas w G. „panika sklepowa” chyba mniejsza, niż w Warszawie. Od środy do piątku półki w sklepach były nieco bardziej puste, niż zwykle – ale w zasadzie wszystko było. Nawet papier toaletowy…

Śledzę (głównie on-line) wiadomości „z kraju i ze świata”. Te ze świata głównie z troską – ale te z kraju, przyznam, z rosnącym wkurzeniem. Wydawałoby się, że w takiej sytuacji można przynajmniej od rządzących wymagać jakiegoś minimum odpowiedzialności za słowo (i nie tylko). Ale nie. Polityczna wojenka trwa w najlepsze. Rządzący usiłują (nieudolnie) „przykryć” tygodnie (a w niektórych sprawach miesiące czy wręcz lata) błędnych decyzji jakąś poronioną propagandą sukcesu. Główny inspektor sanitarny ogłasza, że mamy już w Polsce pierwszych „ozdrowieńców” (to cytat!), wyleczonych z COVID-19. Fascynująca informacja, zważywszy, że pierwszy potwierdzony (…oficjalnie?) przypadek mieliśmy w Polsce dziesięć dni temu. Dziesięć dni – i już są pierwsi wyleczeni. Zaprawdę, słuszną linię ma nasza władza.

Pan prezydent nie wiadomo po co jeździ po kraju, narażając na kontakt z wirusem nie tylko siebie (OK, to jego wybór), ale też członków swojej ekipy, ochronę etc. Pozostali kandydaci wstrzymali spotkania – on na epidemii robi sobie kampanię wyborczą, udając „zatroskanego gospodarza” doglądającego biednych chorych i zapracowanych lekarzy. Jak za Gierka, panie. I jeszcze szopki do tego, malowanie trawy na zielono: w Garwolinie na przykład prezydent „spotkał się z ratownikami medycznymi” – tyle, że „ratownika medycznego” grał przebrany w pomarańczowy, ratowniczy mundurek dyrektor szpitala. I to wszystko za nasze pieniądze, zamiast na służbę zdrowia wywalone na partyjną propagandę.

To będzie trudny rok.

Ciąg dalszy nastąpi(…ł?)

Od poprzedniego wpisu minęło trochę czasu. Wydawnictwo zgodziło się na moją stawkę (kwota Y netto za mniejszy z dwóch tomów). Zgodziło się także na zaliczkę, którą zaproponowałem. Super. Zacząłem już planować wakacje. Ale dziś – ponad trzy tygodnie po tym, jak ostatecznie ustaliłem z panią redaktor wszystkie szczegóły – w gruncie rzeczy dalej nie wiem, na czym stoję.

Bo wszystkie szczegóły zostały ustalone drogą mailową. Ale umowy dalej nie dostałem. Bo jeszcze kilka dni, bo coś przygotowują, bo… W ubiegłą środę (czyli pod koniec stycznia) napisałem do pani redaktor maila grzecznego (rzecz prosta), z pytaniem kiedy wreszcie. Dostałem odpowiedź, że do „końca tygodnia” umowa powinna być u mnie.

No więc (…nie zaczyna się zdania od „no więc”…) ten koniec tygodnia był tydzień temu. I nic. W tak zwanym „międzyczasie” w ostatni wtorek wysłałem pani redaktor pierwszy zrobiony kawałek, a w mailu – po wszystkich uwagach – po raz kolejny zapytałem, co z umową.

Cisza.

W piątek po południu napisałem kolejnego maila. Dalej cisza.

W sobotę wysłałem pani redaktor drugi zrobiony kawałek (choć co prawda krótki). Ale na tym koniec. Jeśli w poniedziałek do końca dnia roboczego nie dostanę jakiejkolwiek informacji, zamierzam napisać, że ponieważ nie wiem na czym stoję, to wstrzymuję się z tłumaczeniem do czasu, kiedy sytuacja się wyjaśni. Zważywszy, że im się spieszy (jak zwykle), na to powinni zareagować.

Nie wiem, Kocia Twarz, o co chodzi. Szczerze mówiąc – jeszcze mnie taka sytuacja nie spotkała. Rozumiem, że „coś się przeciąga” ale oczekiwałbym przynajmniej prostego maila z informacją.

…A swoją drogą…

Pierwsze informacje o tej książce – o tym, że będzie do tłumaczenia – miałem w połowie listopada. W POŁOWIE LISTOPADA. Czyli prawie trzy miesiące temu. Czy naprawdę duże, poważne wydawnictwo nie jest w stanie w ciągu trzech miesięcy wszystkiego dograć? Skoro wiedzieli, że książka będzie wydawana – dlaczego ostatecznie tłumacz dostaje ją dopiero w połowie stycznia, a do połowy lutego nie są w stanie temu tłumaczowi głupiej umowy przygotować?

Ferie się zaczęły. Za tydzień pewnie pojedziemy na parę dni do C., jak zwykle. Liczyłem, że do tego czasu dostanę już umówioną zaliczkę. A wszystko wskazuje na to, że nic z tego. Ech.

Negocjacje Finansowe, czyli To, co Tygrysy Lubią Najbardziej (ale Puchatki Nie).

Nie wiem, czy ktoś pamięta wpis niemal dokładnie sprzed roku o tym, jak Pewne Duże Wydawnictwo chciało, abym im tłumaczył książkę za – realnie – poniżej 18 złotych za stronę. Wykłóciłem się wtedy, ostatecznie tłumaczenie wziąłem, ale za stawkę wynegocjowaną (co nie znaczy, że wysoką, ale jednak wyższą).

No więc nie wiem, czy to wydawnictwo tak ma w styczniu, ale – po ostatnich, bardzo pozytywnych przecież doświadczeniach – znowu dostałem propozycję, po której nie wiedziałem już, czy śmiać się, czy płakać.

Pani redaktor (ta sama, co rok temu) już w listopadzie zapowiadała, że będzie miała dla mnie duże tłumaczenie i że BARDZO jej zależy, żebym to właśnie ja je robił, bo takie mają do mnie zaufanie i taki jestem najlepszy na świecie et cetera. No i rzeczywiście – jest. Dwa tomy (ba, tomiszcza!) Bardzo Poważnego Podręcznika dla studentów pierwszego roku ekonomii. Pani redaktor bardzo by chciała, żebym wziął oba, bo to zawsze lepiej, jak jeden tłumacz to robi (jasne, że lepiej – bo redakcja ma mniej roboty z ujednolicaniem tekstu…). Super, odpowiadam, chętnie, tylko dwa zasadnicze pytania: jaki jest termin i ile za to płacą.

Termin do ustalenia, a płacą nie „od strony”, tylko po prostu za całość. A suma za całość to… i tu padła suma X, której Wam nie zacytuję, ale która w pierwszej chwili po prostu poraziła mnie swoją wielkością (bez ironii: suma na oko była naprawdę ogromna). Ach, ta magia wielkich liczb… No to super, prawda?

No więc nie, nieprawda. Wziąłem pliki, które przysłała mi pani redaktor – od groma i trochę, wszystkie w .pdf – i dzięki uczynności kolegi S., który wie, jak się takie czary robi (dzięki!) wyciągnąłem z nich goły tekst, żeby dowiedzieć się, ile tego jest.

Jak zobaczyłem, ile – padłem. Po pierwsze wiedziałem już, że nie ma szans, żebym zrobił oba tomy (chyba, że miałbym czas minimum do końca września, a raczej października…). A po drugie…

Po podzieleniu tej pozornie ogromnej sumy przez liczbę stron (już po odjęciu od tej liczby stron wszystkich indeksów i innych rzeczy, które nie do mnie należą) wyszło, że stawka za stronę to… 18 złotych. Ale nie, to nie jest „znowu” 18 złotych.

Ty razem to jest 18 złotych BRUTTO. I za stronę ORYGINAŁU, a nie tłumaczenia. Netto wychodzi 16,47 złotego. A jeśli weźmie się pod uwagę, że tekst tłumaczony z angielskiego „puchnie” o jakieś 10 procent, to realna stawka za stronę TŁUMACZENIA wyniosłaby w najlepszym razie 15 złotych.

PIĘTNAŚCIE ZŁOTYCH, …mać.

Kiedy zaczynałem żyć z tłumaczeń typowa stawka za tłumaczenie książkowe oscylowała wokół 30–32 złotych brutto za stronę. Dziś – 15 lat później! – jak uda się dostać netto 22, to się człowiek cieszy. Ale 15?! To już nie jest mało – to jest po prostu śmieszne (i nie w znaczeniu „funny”, tylko „ridiculous”, żeby nie było wątpliwości). A przecież nie mówimy o firmie „Krzak” wydającej marne kryminały czy romansidła. Mówimy o jednym z najbardziej prestiżowych, naukowych wydawnictw – i o podręczniku akademickim, w dodatku wykorzystywanym na mocno „zamożnym” kierunku.

No więc odpisałem pani redaktor – grzecznie (w końcu to nie ona ustala budżety…), ale dość jednoznacznie, że za te pieniądze na pewno tego nie wezmę. A za ile wezmę? Może jeden tom wezmę za kwotę Y (stanowiącą połowę X plus 10 procent)? Napisałem więc – szczerze – że poniżej 20 zł za stronę nie mamy oczym mówić. A żeby to moje minimum osiągnąć, mógłbym wziąć ten mniejszy z dwóch tomów – ale jeśli kwota Y byłaby kwotą NETTO (uczciwie mówiąc – i tak byłoby to bardzo mało, ale jeszcze miałoby sens).

No i czekam na odpowiedź.

Jak dostaję taką propozycję, to najchętniej w ogóle machnąłbym na to ręką i odpowiedział w sposób najbardziej nieprzyjemny, na jaki pozwoliłaby mi kultura i dobre wychowanie. Problem polega na tym, że kwota Y (…netto…) naprawdę bardzo by mi się przydała, zwłaszcza w perspektywie jakichś wakacji (i koniecznego prędzej czy później remontu samochodu).

Ja rozumiem, że w 2008 r. stawki spadły, bo był wielki kryzys finansowy i wszyscy cięli koszty. Ale, do licha, ten kryzys skończył się dziesięć lat temu!