Życie w czasach zarazy

Potwory w domu. Spotkania poodwoływane. Lekcje też. I wszystko inne, jak wiadomo. Dziwnie się czuję – od środowego popołudnia przebywam wyłącznie w towarzystwie moich dzieci. No dobrze – dwa razy byłem w sklepie, za każdym razem wieczorem, kiedy było w nim najmniej ludzi.

U nas w G. „panika sklepowa” chyba mniejsza, niż w Warszawie. Od środy do piątku półki w sklepach były nieco bardziej puste, niż zwykle – ale w zasadzie wszystko było. Nawet papier toaletowy…

Śledzę (głównie on-line) wiadomości „z kraju i ze świata”. Te ze świata głównie z troską – ale te z kraju, przyznam, z rosnącym wkurzeniem. Wydawałoby się, że w takiej sytuacji można przynajmniej od rządzących wymagać jakiegoś minimum odpowiedzialności za słowo (i nie tylko). Ale nie. Polityczna wojenka trwa w najlepsze. Rządzący usiłują (nieudolnie) „przykryć” tygodnie (a w niektórych sprawach miesiące czy wręcz lata) błędnych decyzji jakąś poronioną propagandą sukcesu. Główny inspektor sanitarny ogłasza, że mamy już w Polsce pierwszych „ozdrowieńców” (to cytat!), wyleczonych z COVID-19. Fascynująca informacja, zważywszy, że pierwszy potwierdzony (…oficjalnie?) przypadek mieliśmy w Polsce dziesięć dni temu. Dziesięć dni – i już są pierwsi wyleczeni. Zaprawdę, słuszną linię ma nasza władza.

Pan prezydent nie wiadomo po co jeździ po kraju, narażając na kontakt z wirusem nie tylko siebie (OK, to jego wybór), ale też członków swojej ekipy, ochronę etc. Pozostali kandydaci wstrzymali spotkania – on na epidemii robi sobie kampanię wyborczą, udając „zatroskanego gospodarza” doglądającego biednych chorych i zapracowanych lekarzy. Jak za Gierka, panie. I jeszcze szopki do tego, malowanie trawy na zielono: w Garwolinie na przykład prezydent „spotkał się z ratownikami medycznymi” – tyle, że „ratownika medycznego” grał przebrany w pomarańczowy, ratowniczy mundurek dyrektor szpitala. I to wszystko za nasze pieniądze, zamiast na służbę zdrowia wywalone na partyjną propagandę.

To będzie trudny rok.

Ciąg dalszy nastąpi(…ł?)

Od poprzedniego wpisu minęło trochę czasu. Wydawnictwo zgodziło się na moją stawkę (kwota Y netto za mniejszy z dwóch tomów). Zgodziło się także na zaliczkę, którą zaproponowałem. Super. Zacząłem już planować wakacje. Ale dziś – ponad trzy tygodnie po tym, jak ostatecznie ustaliłem z panią redaktor wszystkie szczegóły – w gruncie rzeczy dalej nie wiem, na czym stoję.

Bo wszystkie szczegóły zostały ustalone drogą mailową. Ale umowy dalej nie dostałem. Bo jeszcze kilka dni, bo coś przygotowują, bo… W ubiegłą środę (czyli pod koniec stycznia) napisałem do pani redaktor maila grzecznego (rzecz prosta), z pytaniem kiedy wreszcie. Dostałem odpowiedź, że do „końca tygodnia” umowa powinna być u mnie.

No więc (…nie zaczyna się zdania od „no więc”…) ten koniec tygodnia był tydzień temu. I nic. W tak zwanym „międzyczasie” w ostatni wtorek wysłałem pani redaktor pierwszy zrobiony kawałek, a w mailu – po wszystkich uwagach – po raz kolejny zapytałem, co z umową.

Cisza.

W piątek po południu napisałem kolejnego maila. Dalej cisza.

W sobotę wysłałem pani redaktor drugi zrobiony kawałek (choć co prawda krótki). Ale na tym koniec. Jeśli w poniedziałek do końca dnia roboczego nie dostanę jakiejkolwiek informacji, zamierzam napisać, że ponieważ nie wiem na czym stoję, to wstrzymuję się z tłumaczeniem do czasu, kiedy sytuacja się wyjaśni. Zważywszy, że im się spieszy (jak zwykle), na to powinni zareagować.

Nie wiem, Kocia Twarz, o co chodzi. Szczerze mówiąc – jeszcze mnie taka sytuacja nie spotkała. Rozumiem, że „coś się przeciąga” ale oczekiwałbym przynajmniej prostego maila z informacją.

…A swoją drogą…

Pierwsze informacje o tej książce – o tym, że będzie do tłumaczenia – miałem w połowie listopada. W POŁOWIE LISTOPADA. Czyli prawie trzy miesiące temu. Czy naprawdę duże, poważne wydawnictwo nie jest w stanie w ciągu trzech miesięcy wszystkiego dograć? Skoro wiedzieli, że książka będzie wydawana – dlaczego ostatecznie tłumacz dostaje ją dopiero w połowie stycznia, a do połowy lutego nie są w stanie temu tłumaczowi głupiej umowy przygotować?

Ferie się zaczęły. Za tydzień pewnie pojedziemy na parę dni do C., jak zwykle. Liczyłem, że do tego czasu dostanę już umówioną zaliczkę. A wszystko wskazuje na to, że nic z tego. Ech.

Negocjacje Finansowe, czyli To, co Tygrysy Lubią Najbardziej (ale Puchatki Nie).

Nie wiem, czy ktoś pamięta wpis niemal dokładnie sprzed roku o tym, jak Pewne Duże Wydawnictwo chciało, abym im tłumaczył książkę za – realnie – poniżej 18 złotych za stronę. Wykłóciłem się wtedy, ostatecznie tłumaczenie wziąłem, ale za stawkę wynegocjowaną (co nie znaczy, że wysoką, ale jednak wyższą).

No więc nie wiem, czy to wydawnictwo tak ma w styczniu, ale – po ostatnich, bardzo pozytywnych przecież doświadczeniach – znowu dostałem propozycję, po której nie wiedziałem już, czy śmiać się, czy płakać.

Pani redaktor (ta sama, co rok temu) już w listopadzie zapowiadała, że będzie miała dla mnie duże tłumaczenie i że BARDZO jej zależy, żebym to właśnie ja je robił, bo takie mają do mnie zaufanie i taki jestem najlepszy na świecie et cetera. No i rzeczywiście – jest. Dwa tomy (ba, tomiszcza!) Bardzo Poważnego Podręcznika dla studentów pierwszego roku ekonomii. Pani redaktor bardzo by chciała, żebym wziął oba, bo to zawsze lepiej, jak jeden tłumacz to robi (jasne, że lepiej – bo redakcja ma mniej roboty z ujednolicaniem tekstu…). Super, odpowiadam, chętnie, tylko dwa zasadnicze pytania: jaki jest termin i ile za to płacą.

Termin do ustalenia, a płacą nie „od strony”, tylko po prostu za całość. A suma za całość to… i tu padła suma X, której Wam nie zacytuję, ale która w pierwszej chwili po prostu poraziła mnie swoją wielkością (bez ironii: suma na oko była naprawdę ogromna). Ach, ta magia wielkich liczb… No to super, prawda?

No więc nie, nieprawda. Wziąłem pliki, które przysłała mi pani redaktor – od groma i trochę, wszystkie w .pdf – i dzięki uczynności kolegi S., który wie, jak się takie czary robi (dzięki!) wyciągnąłem z nich goły tekst, żeby dowiedzieć się, ile tego jest.

Jak zobaczyłem, ile – padłem. Po pierwsze wiedziałem już, że nie ma szans, żebym zrobił oba tomy (chyba, że miałbym czas minimum do końca września, a raczej października…). A po drugie…

Po podzieleniu tej pozornie ogromnej sumy przez liczbę stron (już po odjęciu od tej liczby stron wszystkich indeksów i innych rzeczy, które nie do mnie należą) wyszło, że stawka za stronę to… 18 złotych. Ale nie, to nie jest „znowu” 18 złotych.

Ty razem to jest 18 złotych BRUTTO. I za stronę ORYGINAŁU, a nie tłumaczenia. Netto wychodzi 16,47 złotego. A jeśli weźmie się pod uwagę, że tekst tłumaczony z angielskiego „puchnie” o jakieś 10 procent, to realna stawka za stronę TŁUMACZENIA wyniosłaby w najlepszym razie 15 złotych.

PIĘTNAŚCIE ZŁOTYCH, …mać.

Kiedy zaczynałem żyć z tłumaczeń typowa stawka za tłumaczenie książkowe oscylowała wokół 30–32 złotych brutto za stronę. Dziś – 15 lat później! – jak uda się dostać netto 22, to się człowiek cieszy. Ale 15?! To już nie jest mało – to jest po prostu śmieszne (i nie w znaczeniu „funny”, tylko „ridiculous”, żeby nie było wątpliwości). A przecież nie mówimy o firmie „Krzak” wydającej marne kryminały czy romansidła. Mówimy o jednym z najbardziej prestiżowych, naukowych wydawnictw – i o podręczniku akademickim, w dodatku wykorzystywanym na mocno „zamożnym” kierunku.

No więc odpisałem pani redaktor – grzecznie (w końcu to nie ona ustala budżety…), ale dość jednoznacznie, że za te pieniądze na pewno tego nie wezmę. A za ile wezmę? Może jeden tom wezmę za kwotę Y (stanowiącą połowę X plus 10 procent)? Napisałem więc – szczerze – że poniżej 20 zł za stronę nie mamy oczym mówić. A żeby to moje minimum osiągnąć, mógłbym wziąć ten mniejszy z dwóch tomów – ale jeśli kwota Y byłaby kwotą NETTO (uczciwie mówiąc – i tak byłoby to bardzo mało, ale jeszcze miałoby sens).

No i czekam na odpowiedź.

Jak dostaję taką propozycję, to najchętniej w ogóle machnąłbym na to ręką i odpowiedział w sposób najbardziej nieprzyjemny, na jaki pozwoliłaby mi kultura i dobre wychowanie. Problem polega na tym, że kwota Y (…netto…) naprawdę bardzo by mi się przydała, zwłaszcza w perspektywie jakichś wakacji (i koniecznego prędzej czy później remontu samochodu).

Ja rozumiem, że w 2008 r. stawki spadły, bo był wielki kryzys finansowy i wszyscy cięli koszty. Ale, do licha, ten kryzys skończył się dziesięć lat temu!

J’Accuse…!

Jest taka strona siepomaga.pl, na której prowadzone są zbiórki pieniędzy dla osób potrzebujących na przykład drogiego, a nierefundowanego leczenia. Historie – wszystkie sprawdzone i potwierdzone, żadnych oszustw i naciągactwa – są często po prostu wstrząsające. Najbardziej poruszają mnie – oczywiście – apele rodziców zbierających na ratowanie życia swoich dzieci. Czasami staram się pomóc – na miokroskalę, oczywiście (bo na inną mnie nie stać), wychodząc jednak z założenia, że jak przeleję te pięć czy dziesięć złotych, to pewnie z dziećmi z głodu nie umrę, a ktoś będzie o te pięć czy dziesięć złotych bliżej szansy na życie.

Coraz częściej jednak poza naturalnym, ludzkim współczuciem – połączonym z bezsilnością, że tak mało mogę… – budzi się we mnie złość. I z każdą kolejną przeczytaną historią ta złość rośnie.

Czytam o dziewczynce, która ma jedenaście miesięcy. Rak. Neuroblastoma z przerzutami. Kolejne chemie, przygotowywanie do operacji… Ala wiadomo – wiadomo! – że nawet jak chemia zadziała, nawet jak operacja się uda, to co najwyżej odsunie wyrok. I to raczej nie na długo. Chyba… Chyba, że po operacji nastąpi jeszcze immunoterapia. To oczywiście też nie daje gwarancji, ale – jak mówią lekarze – „w istotny sposób poprawia rokowania”.

Ale immunoterapia nie jest refundowana. Rodzice muszą za nią zapłacić. Ponad pół miliona złotych. Więc zbierają, więc proszą, żebrzą o pomoc.

I pomoc płynie – kiedy zaglądam na stronę zbiórki, widzę, że zebrano już ponad połowę. Ale co z tego? Takich historii są dziesiątki.

Zrozumcie mnie dobrze: ja, oczywiście, rozumiem, że nie każdego da się uratować. Rozumiem, że nie na wszystko starczy pieniędzy. Że ani budżet NFZ, ani budżet państwa nie są z gumy. Że lekarze muszą dokonywać koszmarnych wyborów. To boli, ale tak świat wygląda.

Ale kiedy myślę, że na leczenie tego dziecka brakuje pół miliona złotych – a jednocześnie moje państwo lekką ręką przeznacza 1,2 MILIARDA złotych na partyjną propagandę w „publicznej” telewizji czy ponad dwa miliony na defiladę z okazji Trzeciego Maja…

…to uważam, że, do jasnej cholery, coś tu jest bardzo, bardzo nie w porządku.

Mao Brakowao…

Uliczka na naszym osiedlu. Jadę samochodem. Przede mną młody człowiek na rowerze jedzie w tym samym kierunku co ja, muszę go wyprzedzić. Ale coś mi nie gra: gość jedzie jakoś niepewnie, odbija od krawężnika w stronę środka jezdni, wraca, znowu odbija…

Ponieważ ruch na uliczce jest „zerowy” (żadnego pojazdu w polu widzenia), na wszelki wypadek omijam rowerzystę naprawdę dużym łukiem, zjeżdżając prawie pod lewy krawężnik. Ale i to okazuje się za mało: akurat w momencie, kiedy go wyprzedzam, on nagle odbija w lewo i zjeżdża mi prawie pod auto. No żesz! Pijany..?

Nie. Chłopak – na oko siedemnaście, osiemnaście lat, nie dziecko – jedzie „bez trzymanki”, ponieważ obie ręce ma zajęte: lewą trzyma smartfona, prawą coś na nim pisze (SMS? posta na Fejsbuniu? Nie wiem). I w związku z tym rzecz prosta nie patrzy na drogę, tylko w ekran.

Dałem ostro po hamulcach i odruchowo – wkurzony – zatrąbiłem. Dureń dopiero wtedy załapał, że w ogóle ktoś poza nim jest na ulicy. Podskoczył na siodełku, i… wypuścił telefon. Sam jakoś utrzymał równowagę, nie wywalił się – ale telefon niestety wszedł w bliski kontakt z kostką Bauma i – zdaje się – zakończył swój telefoniczny żywot (a w każdym razie coś od niego odleciało i ekran miał wyraźnie potrzaskany).

I co? I pretensja. Wrzask – że przeze mnie (!) stracił drogi telefon, że ja teraz muszę mu odkupić (!), że on policję wzywa… Wkurzyłem się tak, że mu nagadałem jak dawno nikomu – i sam wyciągnąłem telefon, żeby zadzwonić na policję. Otrzeźwiał, złapał rozwalony smartfon i zwiał.

No powiedzcie, jakim trzeba być kompletnym bezmózgiem, żeby jechać ULICĄ, nie trzymając kierownicy i nie patrząc na drogę. Kolejny, kocia twarz, kandydat do Nagrody Darwina.

I żeby nie było – nie krytykuję rowerzystów jako takich, sam dużo jeżdżę na dwóch kółkach – ale staram się przy tym MYŚLEĆ.