Tu i teraz

Przyznam, że pierwszy raz od naprawdę długiego czasu zaczynam się bać. Nie chodzi o panikowanie, nie jestem przerażony – ale jest we mnie coraz więcej lęku. I nie chodzi mi o samą pandemię – ale o to, jak nasze państwo się w tym czasie zachowuje, co robią (…a raczej – czego nie robią) władze.

Każdy, kto choć trochę interesuje się tym, co się dookoła dzieje, już wiosną słyszał, że najprawdopodobniej po letnim rozluźnieniu czeka nas druga, jesienna fala pandemii. Mówili o tym wszyscy fachowcy – naukowcy, lekarze – a spora część z nich ostrzegała, że ta druga fala może być wyższa od pierwszej. W większości krajów Europy władze wykorzystały ten spokojniejszy, letni czas na przygotowania do drugiej fali. Jednym wyszło to trochę lepiej, innym trochę gorzej – ale jednak. W Wielkiej Brytanii tworzono szpitale polowe, szkolono personel, wszędzie gromadzono leki, kupowano na zapas szczepionki na grypę (żeby druga fala pandemii nie nałożyła się na coroczny sezon grypowy), opracowywano procedury na wypadek gwałtownego wzrostu zachorowań.

A co robił nasz Najlepszy Rząd Tysiąclecia? Zajmował się „rekonstrukcją”. Czyli (tłumacząc to na polski) kłótniami o to, kto będzie … w który ministerialny stołek. Bo było lato, bo zachorowań było mniej, bo jakoś to będzie, bo przecież jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było, prawda?

No i mamy druga falę. Dzienna liczba nowych zachorowań coraz bardziej zbliża się do dziesięciu tysięcy – a wszyscy fachowcy mówią, że to dopiero początek. Dopiero początek – a nasz system ochrony zdrowia już się sypie. Karetki jeżdżą od szpitala do szpitala, bo nie ma gdzie przyjmować chorych. Przedstawiciele władz uspokajają, że wolnych łóżek „covidowych” jest jeszcze dużo – ale przeczą temu kolejne doniesienia o ludziach, których wożono z miejsca w miejsce przez osiem czy dziesięć godzin, o karetkach stojących w kilkugodzinnych kolejkach pod szpitalami, bo nie ma gdzie tych chorych przyjmować. W piątek (to głośna sprawa) zmarł zarażony COVID-19 kierowca karetki, którego wożono przez bodaj dwanaście godzin i NIGDZIE nie został przyjęty do szpitala, bo nie było miejsca – ale jeszcze wczoraj kolejny Wiceminister Czegokolwiek Bądź zapewniał, że „są wolne łóżka”. Cóż, dla ministrów, wiceministrów i ich rodzin pewnie są. Takoż dla partyjnej wierchuszki i innych VIPów. Rząd się wyżywi, rząd się wyleczy.

Nie ma dodatkowych respiratorów, nie ma dość leków, szczepionek na grypę nie ma nigdzie, a jak się pojawiają, to znikają natychmiast.

A co będzie, kiedy dziennie będzie piętnaście, dwadzieścia czy trzydzieści tysięcy nowych zdiagnozowanych? Władze przygotowują szpital polowy na Stadionie Narodowym. No świetnie – tylko raz, że „rychło w czas” (to trzeba było zacząć szykować w lipcu, a nie teraz…); a dwa – co to znaczy „szpital polowy”? Ustawią łóżka i… co dalej? Skąd wezmą respiratory? Skąd wezmą lekarzy (przecież do pacjentów w ciężkim stanie chorych na COVID nie ściągną internistów czy lekarzy rodzinnych z przychodni…)? Skąd wezmą pielęgniarki? Rozmawiałem ze znajomą pielęgniarką – żeby zostać pielęgniarką anestezjologiczną trzeba przejść DWULETNIĄ SPECJALIZACJĘ. „Zwykła” pielęgniarka po studiach nie umie pracować przy chorym leżącym pod respiratorem. Jasne, można zrobić tygodniowe kursy dla chętnych – tylko ile z takich pielęgniarek potem (bez swojej winy!) będzie popełniać błędy, których skutki będą dla chorych fatalne?

Czy rzeczywiście, jak pisze niemiecki „Die Welt”, Polska będzie „Włochami drugiej fali pandemii”?

Moje dzieci starsze już uczą się w domu (warszawskie szkoły średnie przeszły od dziś w tryb on-line). Pucek jeszcze chodzi do szkoły, a naszym rejonie na razie tragedii nie ma, ale jak długo? Dobrze, że przynajmniej Piłka jest co tydzień badana na COVID – póki jej testy wychodzą negatywnie, to i my raczej nie jesteśmy chorzy. Ale na przykład jedni nasi znajomi ewidentnie przechorowali tę zarazę, choć stosunkowo łagodnie. Gorączka, dość silny kaszel, bóle głowy i mięśni jak w grypie plus kompletna utrata węchu (kolega opowiadał, że codziennie rano schodził do kuchni i wąchał płyn do mycia naczyń, żeby sprawdzić, czy już coś czuje – węch zaczął mu wracać po plus minus dziesięciu dniach). Ale że wszyscy mieli tylko trzy objawy z czterech – nikt im oczywiście testów nie zrobił. Bo po co.

O siebie się nie boję – jasne, nie mam gwarancji, jak bym to paskudztwo przechodził, ale generalnie jestem zdrowy, bardzo odporny i wszelkie infekcje wirusowe łapią mnie bardzo rzadko, a jeśli już – to przechodzę je bardzo łagodnie.

Ale mój tata ma osiemdziesiąt lat, a w dodatku przez wiele lat palił (rzucił ostatecznie bodaj osiem lat temu, ale…). I boje się, po prostu się boje, że jeśli – nie daj Boże – skądś to cholerstwo złapie, to będą go wozili karetką przez osiem godzin od szpitala do szpitala. I zdążą albo nie.

To samo dotyczy mojej ciotki (osiemdziesiąt trzy lata) i paru innych osób.

A do tego dochodzą wszyscy „covidosceptycy”, uważający, że żadnej pandemii nie ma i że to wszystko spisek światowych potęg / Billa Gatesa / Reptilian / Żydów / masonów / kosmitów, półgłówki, które nie będą nosić maseczek w autobusach i sklepach, „bo nie”, „bo maseczki nic nie dają”, „bo to zamach na wolność” i wszyscy inni płaskoziemcy, antyszczepionkowcy i świry od 5G.

Generalnie – nie wygląda to fajnie.

Życie w czasach zarazy

Potwory w domu. Spotkania poodwoływane. Lekcje też. I wszystko inne, jak wiadomo. Dziwnie się czuję – od środowego popołudnia przebywam wyłącznie w towarzystwie moich dzieci. No dobrze – dwa razy byłem w sklepie, za każdym razem wieczorem, kiedy było w nim najmniej ludzi.

U nas w G. „panika sklepowa” chyba mniejsza, niż w Warszawie. Od środy do piątku półki w sklepach były nieco bardziej puste, niż zwykle – ale w zasadzie wszystko było. Nawet papier toaletowy…

Śledzę (głównie on-line) wiadomości „z kraju i ze świata”. Te ze świata głównie z troską – ale te z kraju, przyznam, z rosnącym wkurzeniem. Wydawałoby się, że w takiej sytuacji można przynajmniej od rządzących wymagać jakiegoś minimum odpowiedzialności za słowo (i nie tylko). Ale nie. Polityczna wojenka trwa w najlepsze. Rządzący usiłują (nieudolnie) „przykryć” tygodnie (a w niektórych sprawach miesiące czy wręcz lata) błędnych decyzji jakąś poronioną propagandą sukcesu. Główny inspektor sanitarny ogłasza, że mamy już w Polsce pierwszych „ozdrowieńców” (to cytat!), wyleczonych z COVID-19. Fascynująca informacja, zważywszy, że pierwszy potwierdzony (…oficjalnie?) przypadek mieliśmy w Polsce dziesięć dni temu. Dziesięć dni – i już są pierwsi wyleczeni. Zaprawdę, słuszną linię ma nasza władza.

Pan prezydent nie wiadomo po co jeździ po kraju, narażając na kontakt z wirusem nie tylko siebie (OK, to jego wybór), ale też członków swojej ekipy, ochronę etc. Pozostali kandydaci wstrzymali spotkania – on na epidemii robi sobie kampanię wyborczą, udając „zatroskanego gospodarza” doglądającego biednych chorych i zapracowanych lekarzy. Jak za Gierka, panie. I jeszcze szopki do tego, malowanie trawy na zielono: w Garwolinie na przykład prezydent „spotkał się z ratownikami medycznymi” – tyle, że „ratownika medycznego” grał przebrany w pomarańczowy, ratowniczy mundurek dyrektor szpitala. I to wszystko za nasze pieniądze, zamiast na służbę zdrowia wywalone na partyjną propagandę.

To będzie trudny rok.

Ciąg dalszy nastąpi(…ł?)

Od poprzedniego wpisu minęło trochę czasu. Wydawnictwo zgodziło się na moją stawkę (kwota Y netto za mniejszy z dwóch tomów). Zgodziło się także na zaliczkę, którą zaproponowałem. Super. Zacząłem już planować wakacje. Ale dziś – ponad trzy tygodnie po tym, jak ostatecznie ustaliłem z panią redaktor wszystkie szczegóły – w gruncie rzeczy dalej nie wiem, na czym stoję.

Bo wszystkie szczegóły zostały ustalone drogą mailową. Ale umowy dalej nie dostałem. Bo jeszcze kilka dni, bo coś przygotowują, bo… W ubiegłą środę (czyli pod koniec stycznia) napisałem do pani redaktor maila grzecznego (rzecz prosta), z pytaniem kiedy wreszcie. Dostałem odpowiedź, że do „końca tygodnia” umowa powinna być u mnie.

No więc (…nie zaczyna się zdania od „no więc”…) ten koniec tygodnia był tydzień temu. I nic. W tak zwanym „międzyczasie” w ostatni wtorek wysłałem pani redaktor pierwszy zrobiony kawałek, a w mailu – po wszystkich uwagach – po raz kolejny zapytałem, co z umową.

Cisza.

W piątek po południu napisałem kolejnego maila. Dalej cisza.

W sobotę wysłałem pani redaktor drugi zrobiony kawałek (choć co prawda krótki). Ale na tym koniec. Jeśli w poniedziałek do końca dnia roboczego nie dostanę jakiejkolwiek informacji, zamierzam napisać, że ponieważ nie wiem na czym stoję, to wstrzymuję się z tłumaczeniem do czasu, kiedy sytuacja się wyjaśni. Zważywszy, że im się spieszy (jak zwykle), na to powinni zareagować.

Nie wiem, Kocia Twarz, o co chodzi. Szczerze mówiąc – jeszcze mnie taka sytuacja nie spotkała. Rozumiem, że „coś się przeciąga” ale oczekiwałbym przynajmniej prostego maila z informacją.

…A swoją drogą…

Pierwsze informacje o tej książce – o tym, że będzie do tłumaczenia – miałem w połowie listopada. W POŁOWIE LISTOPADA. Czyli prawie trzy miesiące temu. Czy naprawdę duże, poważne wydawnictwo nie jest w stanie w ciągu trzech miesięcy wszystkiego dograć? Skoro wiedzieli, że książka będzie wydawana – dlaczego ostatecznie tłumacz dostaje ją dopiero w połowie stycznia, a do połowy lutego nie są w stanie temu tłumaczowi głupiej umowy przygotować?

Ferie się zaczęły. Za tydzień pewnie pojedziemy na parę dni do C., jak zwykle. Liczyłem, że do tego czasu dostanę już umówioną zaliczkę. A wszystko wskazuje na to, że nic z tego. Ech.

Negocjacje Finansowe, czyli To, co Tygrysy Lubią Najbardziej (ale Puchatki Nie).

Nie wiem, czy ktoś pamięta wpis niemal dokładnie sprzed roku o tym, jak Pewne Duże Wydawnictwo chciało, abym im tłumaczył książkę za – realnie – poniżej 18 złotych za stronę. Wykłóciłem się wtedy, ostatecznie tłumaczenie wziąłem, ale za stawkę wynegocjowaną (co nie znaczy, że wysoką, ale jednak wyższą).

No więc nie wiem, czy to wydawnictwo tak ma w styczniu, ale – po ostatnich, bardzo pozytywnych przecież doświadczeniach – znowu dostałem propozycję, po której nie wiedziałem już, czy śmiać się, czy płakać.

Pani redaktor (ta sama, co rok temu) już w listopadzie zapowiadała, że będzie miała dla mnie duże tłumaczenie i że BARDZO jej zależy, żebym to właśnie ja je robił, bo takie mają do mnie zaufanie i taki jestem najlepszy na świecie et cetera. No i rzeczywiście – jest. Dwa tomy (ba, tomiszcza!) Bardzo Poważnego Podręcznika dla studentów pierwszego roku ekonomii. Pani redaktor bardzo by chciała, żebym wziął oba, bo to zawsze lepiej, jak jeden tłumacz to robi (jasne, że lepiej – bo redakcja ma mniej roboty z ujednolicaniem tekstu…). Super, odpowiadam, chętnie, tylko dwa zasadnicze pytania: jaki jest termin i ile za to płacą.

Termin do ustalenia, a płacą nie „od strony”, tylko po prostu za całość. A suma za całość to… i tu padła suma X, której Wam nie zacytuję, ale która w pierwszej chwili po prostu poraziła mnie swoją wielkością (bez ironii: suma na oko była naprawdę ogromna). Ach, ta magia wielkich liczb… No to super, prawda?

No więc nie, nieprawda. Wziąłem pliki, które przysłała mi pani redaktor – od groma i trochę, wszystkie w .pdf – i dzięki uczynności kolegi S., który wie, jak się takie czary robi (dzięki!) wyciągnąłem z nich goły tekst, żeby dowiedzieć się, ile tego jest.

Jak zobaczyłem, ile – padłem. Po pierwsze wiedziałem już, że nie ma szans, żebym zrobił oba tomy (chyba, że miałbym czas minimum do końca września, a raczej października…). A po drugie…

Po podzieleniu tej pozornie ogromnej sumy przez liczbę stron (już po odjęciu od tej liczby stron wszystkich indeksów i innych rzeczy, które nie do mnie należą) wyszło, że stawka za stronę to… 18 złotych. Ale nie, to nie jest „znowu” 18 złotych.

Ty razem to jest 18 złotych BRUTTO. I za stronę ORYGINAŁU, a nie tłumaczenia. Netto wychodzi 16,47 złotego. A jeśli weźmie się pod uwagę, że tekst tłumaczony z angielskiego „puchnie” o jakieś 10 procent, to realna stawka za stronę TŁUMACZENIA wyniosłaby w najlepszym razie 15 złotych.

PIĘTNAŚCIE ZŁOTYCH, …mać.

Kiedy zaczynałem żyć z tłumaczeń typowa stawka za tłumaczenie książkowe oscylowała wokół 30–32 złotych brutto za stronę. Dziś – 15 lat później! – jak uda się dostać netto 22, to się człowiek cieszy. Ale 15?! To już nie jest mało – to jest po prostu śmieszne (i nie w znaczeniu „funny”, tylko „ridiculous”, żeby nie było wątpliwości). A przecież nie mówimy o firmie „Krzak” wydającej marne kryminały czy romansidła. Mówimy o jednym z najbardziej prestiżowych, naukowych wydawnictw – i o podręczniku akademickim, w dodatku wykorzystywanym na mocno „zamożnym” kierunku.

No więc odpisałem pani redaktor – grzecznie (w końcu to nie ona ustala budżety…), ale dość jednoznacznie, że za te pieniądze na pewno tego nie wezmę. A za ile wezmę? Może jeden tom wezmę za kwotę Y (stanowiącą połowę X plus 10 procent)? Napisałem więc – szczerze – że poniżej 20 zł za stronę nie mamy oczym mówić. A żeby to moje minimum osiągnąć, mógłbym wziąć ten mniejszy z dwóch tomów – ale jeśli kwota Y byłaby kwotą NETTO (uczciwie mówiąc – i tak byłoby to bardzo mało, ale jeszcze miałoby sens).

No i czekam na odpowiedź.

Jak dostaję taką propozycję, to najchętniej w ogóle machnąłbym na to ręką i odpowiedział w sposób najbardziej nieprzyjemny, na jaki pozwoliłaby mi kultura i dobre wychowanie. Problem polega na tym, że kwota Y (…netto…) naprawdę bardzo by mi się przydała, zwłaszcza w perspektywie jakichś wakacji (i koniecznego prędzej czy później remontu samochodu).

Ja rozumiem, że w 2008 r. stawki spadły, bo był wielki kryzys finansowy i wszyscy cięli koszty. Ale, do licha, ten kryzys skończył się dziesięć lat temu!

J’Accuse…!

Jest taka strona siepomaga.pl, na której prowadzone są zbiórki pieniędzy dla osób potrzebujących na przykład drogiego, a nierefundowanego leczenia. Historie – wszystkie sprawdzone i potwierdzone, żadnych oszustw i naciągactwa – są często po prostu wstrząsające. Najbardziej poruszają mnie – oczywiście – apele rodziców zbierających na ratowanie życia swoich dzieci. Czasami staram się pomóc – na miokroskalę, oczywiście (bo na inną mnie nie stać), wychodząc jednak z założenia, że jak przeleję te pięć czy dziesięć złotych, to pewnie z dziećmi z głodu nie umrę, a ktoś będzie o te pięć czy dziesięć złotych bliżej szansy na życie.

Coraz częściej jednak poza naturalnym, ludzkim współczuciem – połączonym z bezsilnością, że tak mało mogę… – budzi się we mnie złość. I z każdą kolejną przeczytaną historią ta złość rośnie.

Czytam o dziewczynce, która ma jedenaście miesięcy. Rak. Neuroblastoma z przerzutami. Kolejne chemie, przygotowywanie do operacji… Ala wiadomo – wiadomo! – że nawet jak chemia zadziała, nawet jak operacja się uda, to co najwyżej odsunie wyrok. I to raczej nie na długo. Chyba… Chyba, że po operacji nastąpi jeszcze immunoterapia. To oczywiście też nie daje gwarancji, ale – jak mówią lekarze – „w istotny sposób poprawia rokowania”.

Ale immunoterapia nie jest refundowana. Rodzice muszą za nią zapłacić. Ponad pół miliona złotych. Więc zbierają, więc proszą, żebrzą o pomoc.

I pomoc płynie – kiedy zaglądam na stronę zbiórki, widzę, że zebrano już ponad połowę. Ale co z tego? Takich historii są dziesiątki.

Zrozumcie mnie dobrze: ja, oczywiście, rozumiem, że nie każdego da się uratować. Rozumiem, że nie na wszystko starczy pieniędzy. Że ani budżet NFZ, ani budżet państwa nie są z gumy. Że lekarze muszą dokonywać koszmarnych wyborów. To boli, ale tak świat wygląda.

Ale kiedy myślę, że na leczenie tego dziecka brakuje pół miliona złotych – a jednocześnie moje państwo lekką ręką przeznacza 1,2 MILIARDA złotych na partyjną propagandę w „publicznej” telewizji czy ponad dwa miliony na defiladę z okazji Trzeciego Maja…

…to uważam, że, do jasnej cholery, coś tu jest bardzo, bardzo nie w porządku.

Mao Brakowao…

Uliczka na naszym osiedlu. Jadę samochodem. Przede mną młody człowiek na rowerze jedzie w tym samym kierunku co ja, muszę go wyprzedzić. Ale coś mi nie gra: gość jedzie jakoś niepewnie, odbija od krawężnika w stronę środka jezdni, wraca, znowu odbija…

Ponieważ ruch na uliczce jest „zerowy” (żadnego pojazdu w polu widzenia), na wszelki wypadek omijam rowerzystę naprawdę dużym łukiem, zjeżdżając prawie pod lewy krawężnik. Ale i to okazuje się za mało: akurat w momencie, kiedy go wyprzedzam, on nagle odbija w lewo i zjeżdża mi prawie pod auto. No żesz! Pijany..?

Nie. Chłopak – na oko siedemnaście, osiemnaście lat, nie dziecko – jedzie „bez trzymanki”, ponieważ obie ręce ma zajęte: lewą trzyma smartfona, prawą coś na nim pisze (SMS? posta na Fejsbuniu? Nie wiem). I w związku z tym rzecz prosta nie patrzy na drogę, tylko w ekran.

Dałem ostro po hamulcach i odruchowo – wkurzony – zatrąbiłem. Dureń dopiero wtedy załapał, że w ogóle ktoś poza nim jest na ulicy. Podskoczył na siodełku, i… wypuścił telefon. Sam jakoś utrzymał równowagę, nie wywalił się – ale telefon niestety wszedł w bliski kontakt z kostką Bauma i – zdaje się – zakończył swój telefoniczny żywot (a w każdym razie coś od niego odleciało i ekran miał wyraźnie potrzaskany).

I co? I pretensja. Wrzask – że przeze mnie (!) stracił drogi telefon, że ja teraz muszę mu odkupić (!), że on policję wzywa… Wkurzyłem się tak, że mu nagadałem jak dawno nikomu – i sam wyciągnąłem telefon, żeby zadzwonić na policję. Otrzeźwiał, złapał rozwalony smartfon i zwiał.

No powiedzcie, jakim trzeba być kompletnym bezmózgiem, żeby jechać ULICĄ, nie trzymając kierownicy i nie patrząc na drogę. Kolejny, kocia twarz, kandydat do Nagrody Darwina.

I żeby nie było – nie krytykuję rowerzystów jako takich, sam dużo jeżdżę na dwóch kółkach – ale staram się przy tym MYŚLEĆ.

O tym, co (nie jest) wliczone w koszta

Syn mój starszy dostał pewne stypendium, w ramach którego może pojechać m. in. na kurs językowy w wakacje. Stypendium nie jest kosmiczne, ale coś tam się dołoży, dziadkowie też zadeklarowali, że się dołożą – wyliczyliśmy, że „do wydania” mamy jakieś 3,5 tysiąca – maksymalnie do 4. Wydawało mi się, że w tej cenie dwutygodniowy wyjazd językowy do kraju anglojęzycznego da się zorganizować.

Dłuższe szukanie dowiodło, że byłem naiwny. Gdybyśmy mieli do dyspozycji podobna sumę w euro – to nie byłoby problemu.

Ale OK, proszę bardzo: znajduję kurs językowy w dość znanej szkole. Kurs dwutygodniowy, na Malcie (taniej, niż w Wielkiej Brytanii czy Irlandii). Cena – 3 690 zł, czyli od biedy się mieści. OK, szkoła jasno mówi, że cena nie zawiera biletów lotniczych – ale w końcu żyjemy w XXI w., są tanie linie, jak się szybko zamówi to można polecieć i wrócić za niewielkie pieniądze.

Dzwonię zatem i pytam o szczegóły. Miła pani prosi o adres e-mail, przyśle mi szczegółowe wyliczenie. I przysyła.

Kurs Wakacyjny (!) – 3 690 zł
Podręczniki – 180 zł
Ubezpieczenie – 220 zł

OK, dotąd jeszcze rozumiem (choć Bogiem a prawdą skoro to KURS JĘZYKOWY, do podręczniki powinny być uwzględnione w cenie). Ale dwie kolejne pozycje sprawiają, że cała impreza przestaje mieć jakikolwiek sens:

Opłata administracyjna – 490 zł (…serio? pięć stów za „administrację”?)

…i na koniec coś, co mnie po prostu rozśmieszyło (przypominam, mówimy o kursie WAKACYJNYM):

Dopłata za sezon letni (!) – 700 zł

No tak, skoro oferta jest wystawiona w maju, a kurs nazywa się „wakacyjny”, to za sezon letni trzeba dopłacić, a bez dopłaty będzie w listopadzie. Logiczne, prawda? A do tego dochodzi:

Transfer w obie strony (czyli dowiezienie nieletniego bądź co bądź delikwenta z lotniska do ośrodka) – 150 zł

Ubezpieczenie od kosztów rezygnacji (!) – 295 zł

…i w ten sposób z katalogowych 3 690 zł robi się 5 725 zł. NIE LICZĄC biletów na samolot.

Ta-Dammm!

Rozumiem, że katalogowa cena może powiększyć się o 10%. No dobrze, niech będzie o 15%. Jeśli cena rzeczywista różni się od katalogowej o 20%, to już jest dużo.

Tutaj do ceny katalogowej trzeba dodać 55%. Sama „dopłata za sezon letni” to już ekstra 20%!

Rozumiem, że w cenie z katalogu nie uwzględnia się ubezpieczenia. Rozumiem jeszcze, od biedy, że nie uwzględnia się przewozu z lotniska do ośrodka (bo może ktoś woli zorganizować to na własną rękę). Rozumiem też – oczywiście – że nie wlicza się opłat DODATKOWYCH (jakichś wejść do muzeów etc. i innych atrakcji) nie będących częścią kursu.

Ale podręczniki, „opłata administracyjna” (czegokolwiek miałaby dotyczyć) czy ta nieszczęsna „dopłata za sezon letni” to są przecież integralne koszty kursu, bez których nie da się wziąć w nim udziału. Więc po co dawać na stronie www i w katalogu cenę, która ma się nijak do rzeczywistych kosztów?

Jak dla mnie – medal Janusza Marketingu…