Pozytywnie – jednośladowo…

Dawno, dawno temu tłumaczyłem kilka książek dla małego, niszowego wydawnictwa zajmującego się głownie tematyką turystyczno-zdrowotno-sportową. Wydawnictwo założył mój kolega z czasów pracy w gazecie – odszedł z redakcji krótko po mnie i razem z żoną założyli taki właśnie biznes. Współpraca układała nam się świetnie – ja robiłem swoje dobrze i starannie, oni płacili w terminie, czegóż chcieć więcej.

Później, niestety, koledze i jego żonie trochę się posypało – nie biznesowo, tylko małżeńsko: rozwiedli się, on zajął się czymś innym, a ona dalej ciągnęła wydawnictwo. Ja straciłem kontakt najpierw z nią, potem z nim także. I tak minęło lat, lekko licząc, lat kilkanaście.

No i właśnie dziś dostałem wiadomość od niej, przez portal zawodowy, na którym kiedyś założyłem konto (…którego prawie nie używam, ale powiadomienia są). Pisała, że nie ma ze mną kontaktu, ale ma sprawę, żebym się odezwał. Podała telefon (sprawdziłem – ten sam, co te …naście lat temu). Oddzwoniłem, czemu nie.

Okazało się, że wydawnictwo dalej działa i właśnie zamierza (między innymi) na nowo wydać trzy książki jednego autora – dwie z nich tłumaczyłem ja, trzecią kto inny (bo ja akurat miałem co innego do roboty). Tyle, że nie chodzi o zwykłe wznowienie: przez ten czas autor książek co dwa-trzy lata publikował kolejne wydania, każde nieco zmienione, więc ostatnie wersje (sprzed roku) to już w zasadzie trzy zupełnie nowe książki, które trzeba zupełnie na nowo przetłumaczyć. Czas na to jest do końca roku, ale jakby się dało wcześniej, to byłoby fajnie. I czy ja bym był zainteresowany, bo ona by chciała, żebym to ja zrobił, najlepiej wszystkie trzy.

Czy jestem zainteresowany? No jasne, że jestem. Trzy książki (więc projekt długoterminowy). Autor jest mi znany, wiem, że pisze ciekawie, stosunkowo prostym językiem, z dużymi poczuciem humoru, w dodatku pisze o czymś, co jest jego życiową pasją, co widać, słychać i czuć. Co więcej – ponieważ już kiedyś te rzeczy tłumaczyłem, więc mam opracowane słownictwo i wiem, czego się spodziewać. Po raz pierwszy od dosyć dawna będę tłumaczył coś, nad czym nie będę się męczył, wściekał i narzekał. Czyli – praca nie tylko przyjemniejsza, ale także sporo łatwiejsza, niż ostatnie, a przy tym za tę samą stawkę. No, żyć nie umierać. Książki o motocyklach i jeżdżeniu na nich to nie jest może ambitna literatura faktu, jak w przypadku „Lekcji chińskiego” czy „Tybetu…”, ale nie można mieć wszystkiego…

***

Prawda jest taka, że to, co robię „na bieżąco” – teksty prasowe plus opisy programów TV – finansowo akurat wystarcza na rachunki i jedzenie. Wszystko inne (i nie mówię tylko o fanaberiach typu wyjazdu na jakiekolwiek wakacje, ale choćby o kupieniu Potworom nowych kurtek na zimę…) wymaga już dodatkowych dochodów. A wszelkie większe wydatki – remonty, konieczność zakupu jakichś nowych sprzętów do domu etc. – to już science fiction.

Jak do tych rzeczy „na bieżąco” dochodzi jedna czy choćby dwie książki w ciągu roku, to już da się przeżyć. A jak dochodzą cztery (bo przecież jedną skończyłem pod koniec stycznia…), to już naprawdę nie jest źle. Może nawet jakieś długi się da pospłacać stopniowo…

Tak, to był dzień dobrych wiadomości. Przynamniej w tej sprawie.

(Jak już o motocyklach – muzycznie zawsze mi się kojarzy kawałek z „Easy Ridera”. Nie, nie „Born to Be Wild” Steppenwolfa, choć to też klasyka, ale „La Grange” ZZ Top…)

Da capo…

Początek ubiegłego roku. Pisze do mnie pani redaktor B. z Dużego Naukowego Wydawnictwa. Pyta, czy podejmę się tłumaczenia na angielski takiej a takiej książki. Odpisuję grzecznie pani redaktor, że bardzo mi przykro, ale ja tłumaczę tylko „w jedna stronę”, z angielskiego na polski, że nie czuję się kompetentny tłumaczyć „w drugą stronę” i że mogę najwyżej poszukać wśród znajomych kogoś, kto byłby zainteresowany. Gdzieś z tyłu głowy krąży mi myśl, że już kiedyś tej pani redaktor to mówiłem, ale może mi się wydaje, może to tylko błąd w Matriksie.

Wrzesień ubiegłego roku. Ta sama pani redaktor B. pisze do mnie z propozycją tym razem redakcji dużej książki w języku angielskim – książka jest już przetłumaczona, trzeba sczytać, zrobić redakcję językową i tak dalej. W odpowiedzi powtarzam z grubsza to samo, że to nie moje kompetencje, ale… Tym razem pani redaktor bardzo prosi, żebym kogoś znalazł. Więc szukam. po tygodniu pani redaktor pisze znowu, czy może kogoś znalazłem, bo im bardzo zależy. Ale to bardzo. Więc szukam dalej, uruchamiam jakieś stare kontakty… Wreszcie piszę do pani S., osoby którą znam w zasadzie wyłącznie na płaszczyźnie oficjalnej – trochę mi głupio, ale w końcu co mam do stracenia, a może pani S. przyda się dodatkowe parę groszy. Piszę, że sprawa bardzo pilna, że się pali. Pani S. – osoba skądinąd przesympatyczna – odpowiada, że być może, tylko musi poznać treść książki, terminy i tak dalej. Więc piszę cały szczęśliwy do pani redaktor B., że właśnie jej kogoś znalazłem, fachowca, osobę doświadczoną… Pani redaktor B. odpowiada następnego dnia, radośnie informując mnie, że już nie trzeba, bo już kogoś znaleźli. Zbieram ręce z podłogi, piszę do pani S. z przeprosinami i wytłumaczeniem, w poczuciu, że zrobiłem z siebie idiotę.

Dzisiaj. Pisze do mnie pani redaktor B. Z propozycją współpracy – a konkretnie… Tak, dokładnie tak: redakcji językowej serii artykułów naukowych w języku angielskim. I że ona już mi zaraz wysyła, tylko żebym podał propozycje wyceny…

No żesz…

Jak zostałem prezesem…

Tak, jak pisałem w grudniu, życie zmusiło mnie do założenia działalności gospodarczej. Jedno muszę przyznać: strona techniczna tego procesu bardzo się zmieniła. Kiedy pierwszy raz zakładałem firmę (który to był rok, 2007?) – pół dnia spędziłem na bieganiu po urzędach. Urząd gminy, ZUS (koszmar…), skarbówka, potem jeszcze jakieś kilogramy papierków do GUS… Dziś zajęło mi to około godziny, bez wychodzenia z domu (i tylko raz dzwoniłem do pana księgowego pytać, co mam w daną rubryczkę formularza on-line wpisać).

Co nie znaczy, rzecz prosta, że rzecz jest prosta… Najwięcej zabawy – oczywiście – było ze znalezieniem właściwych kodów PKD. Dla niewtajemniczonych – to są takie czarodziejskie numerki, które wpisuje się w formularz, a które oznaczają rodzaj prowadzonej działalności; generalnie – nie oszukujmy się – mnie są te kody potrzebne mniej więcej do niczego, ale dla machiny biurokratycznej okazują się absolutnie niezbędne, mają jakieś tam znaczenie w statystykach etc. Zabawa była przednia, bo działalność typu „tłumaczenie” nie tak łatwo znaleźć w gąszczu tysiąca kodów, a już działalność typu „redakcja tekstów” (bo przecież i tym się będę czasami zajmował) to po prostu kosmos: na upartego można ją podciągnąć pod co najmniej trzy różne kody w trzech różnych działach… Ponieważ wyszukiwarka kodów na stronie Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej działa jak (tu charakterystyczne „piiiip”), to nie będąc pewnym, postanowiłem zasięgnąć wiedzy u jej źródła – zadzwoniłem na infolinię CEIDG. Uprzejma pani na infolinii poinformowała mnie, że… nie, oni nie zajmują się kodami PKD, w tym celu muszę zadzwonić do Ośrodka Klasyfikacji i Nomenklatur Urzędu Statystycznego w Łodzi (tak, naprawdę istnieje taki urząd…).

OK, siedząc nad otwartym formularzem on-line dzwonię zatem na jeden z pięciu podanych mi numerów, który oczywiście nie odpowiada, dzwonię na drugi… Trzeci odpowiedział. Kolejna infolinia, kolejna uprzejma pani… Wyłuszczam, o co mi chodzi, ale pani przerywa mi po pierwszym zdaniu, informując mnie (cały czas bardzo uprzejmie), że takich informacji telefonicznie się nie udziela (…?), że muszę złożyć pytanie w formie pisemnej („…może być mailem”), a oni mi także pisemnie odpowiedzą. W CIĄGU DWÓCH MIESIĘCY.

Nie ukrywam: parsknąłem śmiechem tak, że pani chyba poczuła się dotknięta. Podziękowałem grzecznie, a jak się już przestałem śmiać, napisałem maila do znajomego, który od lat prowadzi dość znaną firmę zajmującą się właśnie redakcją, korektą i tak dalej. On też mi odpowiedział na piśmie. W ciągu kwadransa.

No i działalność już mam. Możecie mi mówić „panie prezesie”. Bez skojarzeń.

Śródpandemicznie, przedświątecznie…

Wszystko – jak wiadomo – ma swoje plusy i minusy, czyli zady i walety. Czy jakoś tak. Pandemia też. O minusach pisał nie będę, bo wszyscy je znamy. Ale parę plusów też się znajduje. W moim przypadku – paradoksalnie – plusem jest to, że żyje się taniej. Zakupy raz na tydzień – żeby jak najmniej między ludzi chodzić – więc trzeba zrobić dokładną listę, z tygodniową rozpiską obiadową, a co za tym idzie kupuje się znacznie mniej niepotrzebnych czy nadplanowych rzeczy. Jeździ się bardzo mało i głównie lokalnie, więc koszty paliwa są minimalne. Potwory nie jeżdżą do szkół, więc odpadają bilety miesięczne.

No i prezenty świąteczne… Wspólnie z Osobistym Tatą doszliśmy do wniosku, że w czasach zarazy nie ma co po sklepach za dużo łazić: wszystkie prezenty zamówione on-line, a dodatkowo zamiast setki niepotrzebnych duperelek (które po tygodniu czy dwóch służą głównie jako kurzołapki) każdy z Potworów dostanie jeden „większy” prezent, na który złożymy się wspólnie.

***

Święta… Jakoś mi w tym roku z tymi Świętami nie po drodze. To znaczy – nie o same Święta chodzi, o ich treść, o stronę duchową… Raczej o to wszystko „dookoła”. Trudno to sprecyzować, ale kiedy myślę o stawianiu choinki i tak dalej to łapię się na jakiejś niechęci, jakiejś wewnętrznie „skrzywionej minie”. Chciałbym – chyba jeszcze bardziej niż kiedyś – spędzić te święta inaczej. Powędrować gdzieś. Wyruszyć. Pójść na pasterkę do kaplicy na Wiktorówkach… Nierealne, rzecz prosta.

Minusem całej sytuacji pandemicznej (no tak, jednak bez minusów się nie da…) jest poza wszystkim to, że 24/7 jesteśmy w domu z Potworami. Dzięki błogosławionej decyzji sprzed niemal dziewiętnastu lat – o wyprowadzce z Warszawy do G. kupnie domku zamiast mieszkania – każde z nas ma swój pokój, dzięki czemu jeszcze nikt nikogo nie zabił (ani nawet nie próbował)… Nie zmienia to faktu, że wszyscy jesteśmy tym zmęczeni. Oczywiście u każdego inaczej się to zmęczenie objawia. U mnie objawia się przede wszystkim w tym, że chciałbym choć na chwilę „zmienić towarzystwo”. Że chciałbym tak zwyczajnie usiąść i pogadać przy kawie z kimś, kto ma trochę więcej niż osiemnaście lat. Nie przez telefon i nie przez Skype’a. A tu d… Znaczy się pandemia. Moi Przyjaciele i znajomi siedzą w swoich domach ze swoimi dziećmi, pewnie część z nich ma podobne myśli… Ale przynajmniej z kimś poza dziećmi mogą słowo zamienić. A ja nie.

***

Niełatwa (no co, ja też muszą sobie czasami pomarudzić…) jest też sytuacja pracowa. Z powodów czysto zewnętrznych (o których nie chce mi się pisać, zwłaszcza, że musiałbym odnieść się do Niemiłościwie Nam Panujących, a to ostatnimi czasy coraz rzadziej potrafię robić bez używania Słów Powszechnie Uznawanych za Obraźliwe…) będę musiał odejść od dotychczasowej formy pracy. Dotąd było prosto: zarabiałem głównie na umowach o dzieło. Teraz (najprawdopodobniej od lutego) będę jednak musiał założyć działalność gospodarczą, co mi się po prostu nie opłaca – ale nie bardzo mam inne wyjście. Działalność oznacza wyższe podatki, więcej pieniędzy na opłacenie ZUS i parę innych problemów. Plus jest taki, że może to mi rozwiąże kwestię samochodu – będę mógł wziąć coś w leasing. Ano, zobaczymy.

W kwestiach zawodowych (jak już jesteśmy przy marudzeniu) – poza „codziennościami” tłumaczę książkę. I cierpię jak potępieniec… Nie dlatego, że książka traktuje o sprawach, które nic mnie nie obchodzą – tu mam podejście profesjonalne, czyli zadaniowe („…dla chleba, panie, dla chleba”). I nawet nie dlatego, że jest śmiertelnie nudna. To jeszcze da się znieść (w końcu tłumaczyłem już w życiu poradnik pielęgnacji ogródków!). Problem polega na tym, że – i piszę to z pełną odpowiedzialnością i bez cienia przesady – jest to najgorzej napisana książka, z jaką w życiu (zawodowym) miałem do czynienia.

Autor (skądinąd zdaje się znakomity fachowiec i autorytet w swojej dziedzinie) po prostu fatalnie pisze. Zdania są niespójne, kolejne akapity mają się nijak do siebie (o tym, że pojedynczy akapit potrafi mieć półtorej strony, już nawet nie wspominam…). Cytaty często okazują się nie być cytatami; autor pisze coś w stylu „Minister Smith w czasie tego spotkania powiedział:”, po czym następuje cytat w cudzysłowie, który jednak okazuje się nie być przytoczeniem słów ministra Smitha, tylko fragmentu książki, której autor opowiada tę sytuację, w związku z tym w „cytacie z ministra Smitha” mowa jest o nim samym w trzeciej osobie… Albo są cytaty, która nawet SĄ cytatami, ale nie mają żadnego sensu – a po kwerendzie w sieci okazuje się, że autor przytacza dane słowa błędnie, zmieniając jakiś wyraz, który kompletnie przeinacza (czy wręcz brutalnie likwiduje) sens wypowiedzi. W książce padają fachowe (wydawałoby się) określenia, które po wrzuceniu w Google’a dają na przykład trzy (TRZY) wyniki: dwa są odniesieniami do tej książki, trzecie – do jakiejś fachowej dyskusji na forum tłumaczy, którzy (najwyraźniej) tłumaczyli tę książkę na… bułgarski. Pojawiają się skróty, których nie ma w spisie skrótów, a które wujek Google rozwija na pięćdziesiąt możliwych sposobów, z których jednakowoż żaden nie pasuje do treści książki. Pojawiają się zdania wielokrotnie złożone, przy których można odnieść wrażenie, że pod koniec zdania autor zdążył już zapomnieć, o czym traktował początek. No, dramat po prostu. A najdziwniejsze jest to, że wydawnictwo, które opublikowało to arcydzieło (mówię o oryginale) to szacowna instytucja związana z jednym z najlepszych uniwersytetów na świecie. W „podziękowaniach” („Acknowledgements”) na początku książki autor dobre pół strony poświęca podziękowaniom dla „wspaniałych i jakże kompetentnych redaktorów, dzięki którym…” etc. – a prawda jest taka, że książka sprawia wrażenie, jakby nigdy nie przebywała w jednym pomieszczeniu z jakimkolwiek redaktorem. Ale może się mylę – może przed redakcją było jeszcze gorzej?…

Dobrze, że przynamniej w miarę dobrze za to płacą.

***

Jest też trochę muzyki, o której chciałbym kilka słów. Katie Melua, Joe Bonamassa, nowy album Bruce’a Springsteena… Ale trochę już nie mam siły. Może następnym razem.

Ciąg dalszy nastąpi(…ł?)

Od poprzedniego wpisu minęło trochę czasu. Wydawnictwo zgodziło się na moją stawkę (kwota Y netto za mniejszy z dwóch tomów). Zgodziło się także na zaliczkę, którą zaproponowałem. Super. Zacząłem już planować wakacje. Ale dziś – ponad trzy tygodnie po tym, jak ostatecznie ustaliłem z panią redaktor wszystkie szczegóły – w gruncie rzeczy dalej nie wiem, na czym stoję.

Bo wszystkie szczegóły zostały ustalone drogą mailową. Ale umowy dalej nie dostałem. Bo jeszcze kilka dni, bo coś przygotowują, bo… W ubiegłą środę (czyli pod koniec stycznia) napisałem do pani redaktor maila grzecznego (rzecz prosta), z pytaniem kiedy wreszcie. Dostałem odpowiedź, że do „końca tygodnia” umowa powinna być u mnie.

No więc (…nie zaczyna się zdania od „no więc”…) ten koniec tygodnia był tydzień temu. I nic. W tak zwanym „międzyczasie” w ostatni wtorek wysłałem pani redaktor pierwszy zrobiony kawałek, a w mailu – po wszystkich uwagach – po raz kolejny zapytałem, co z umową.

Cisza.

W piątek po południu napisałem kolejnego maila. Dalej cisza.

W sobotę wysłałem pani redaktor drugi zrobiony kawałek (choć co prawda krótki). Ale na tym koniec. Jeśli w poniedziałek do końca dnia roboczego nie dostanę jakiejkolwiek informacji, zamierzam napisać, że ponieważ nie wiem na czym stoję, to wstrzymuję się z tłumaczeniem do czasu, kiedy sytuacja się wyjaśni. Zważywszy, że im się spieszy (jak zwykle), na to powinni zareagować.

Nie wiem, Kocia Twarz, o co chodzi. Szczerze mówiąc – jeszcze mnie taka sytuacja nie spotkała. Rozumiem, że „coś się przeciąga” ale oczekiwałbym przynajmniej prostego maila z informacją.

…A swoją drogą…

Pierwsze informacje o tej książce – o tym, że będzie do tłumaczenia – miałem w połowie listopada. W POŁOWIE LISTOPADA. Czyli prawie trzy miesiące temu. Czy naprawdę duże, poważne wydawnictwo nie jest w stanie w ciągu trzech miesięcy wszystkiego dograć? Skoro wiedzieli, że książka będzie wydawana – dlaczego ostatecznie tłumacz dostaje ją dopiero w połowie stycznia, a do połowy lutego nie są w stanie temu tłumaczowi głupiej umowy przygotować?

Ferie się zaczęły. Za tydzień pewnie pojedziemy na parę dni do C., jak zwykle. Liczyłem, że do tego czasu dostanę już umówioną zaliczkę. A wszystko wskazuje na to, że nic z tego. Ech.

Negocjacje Finansowe, czyli To, co Tygrysy Lubią Najbardziej (ale Puchatki Nie).

Nie wiem, czy ktoś pamięta wpis niemal dokładnie sprzed roku o tym, jak Pewne Duże Wydawnictwo chciało, abym im tłumaczył książkę za – realnie – poniżej 18 złotych za stronę. Wykłóciłem się wtedy, ostatecznie tłumaczenie wziąłem, ale za stawkę wynegocjowaną (co nie znaczy, że wysoką, ale jednak wyższą).

No więc nie wiem, czy to wydawnictwo tak ma w styczniu, ale – po ostatnich, bardzo pozytywnych przecież doświadczeniach – znowu dostałem propozycję, po której nie wiedziałem już, czy śmiać się, czy płakać.

Pani redaktor (ta sama, co rok temu) już w listopadzie zapowiadała, że będzie miała dla mnie duże tłumaczenie i że BARDZO jej zależy, żebym to właśnie ja je robił, bo takie mają do mnie zaufanie i taki jestem najlepszy na świecie et cetera. No i rzeczywiście – jest. Dwa tomy (ba, tomiszcza!) Bardzo Poważnego Podręcznika dla studentów pierwszego roku ekonomii. Pani redaktor bardzo by chciała, żebym wziął oba, bo to zawsze lepiej, jak jeden tłumacz to robi (jasne, że lepiej – bo redakcja ma mniej roboty z ujednolicaniem tekstu…). Super, odpowiadam, chętnie, tylko dwa zasadnicze pytania: jaki jest termin i ile za to płacą.

Termin do ustalenia, a płacą nie „od strony”, tylko po prostu za całość. A suma za całość to… i tu padła suma X, której Wam nie zacytuję, ale która w pierwszej chwili po prostu poraziła mnie swoją wielkością (bez ironii: suma na oko była naprawdę ogromna). Ach, ta magia wielkich liczb… No to super, prawda?

No więc nie, nieprawda. Wziąłem pliki, które przysłała mi pani redaktor – od groma i trochę, wszystkie w .pdf – i dzięki uczynności kolegi S., który wie, jak się takie czary robi (dzięki!) wyciągnąłem z nich goły tekst, żeby dowiedzieć się, ile tego jest.

Jak zobaczyłem, ile – padłem. Po pierwsze wiedziałem już, że nie ma szans, żebym zrobił oba tomy (chyba, że miałbym czas minimum do końca września, a raczej października…). A po drugie…

Po podzieleniu tej pozornie ogromnej sumy przez liczbę stron (już po odjęciu od tej liczby stron wszystkich indeksów i innych rzeczy, które nie do mnie należą) wyszło, że stawka za stronę to… 18 złotych. Ale nie, to nie jest „znowu” 18 złotych.

Ty razem to jest 18 złotych BRUTTO. I za stronę ORYGINAŁU, a nie tłumaczenia. Netto wychodzi 16,47 złotego. A jeśli weźmie się pod uwagę, że tekst tłumaczony z angielskiego „puchnie” o jakieś 10 procent, to realna stawka za stronę TŁUMACZENIA wyniosłaby w najlepszym razie 15 złotych.

PIĘTNAŚCIE ZŁOTYCH, …mać.

Kiedy zaczynałem żyć z tłumaczeń typowa stawka za tłumaczenie książkowe oscylowała wokół 30–32 złotych brutto za stronę. Dziś – 15 lat później! – jak uda się dostać netto 22, to się człowiek cieszy. Ale 15?! To już nie jest mało – to jest po prostu śmieszne (i nie w znaczeniu „funny”, tylko „ridiculous”, żeby nie było wątpliwości). A przecież nie mówimy o firmie „Krzak” wydającej marne kryminały czy romansidła. Mówimy o jednym z najbardziej prestiżowych, naukowych wydawnictw – i o podręczniku akademickim, w dodatku wykorzystywanym na mocno „zamożnym” kierunku.

No więc odpisałem pani redaktor – grzecznie (w końcu to nie ona ustala budżety…), ale dość jednoznacznie, że za te pieniądze na pewno tego nie wezmę. A za ile wezmę? Może jeden tom wezmę za kwotę Y (stanowiącą połowę X plus 10 procent)? Napisałem więc – szczerze – że poniżej 20 zł za stronę nie mamy oczym mówić. A żeby to moje minimum osiągnąć, mógłbym wziąć ten mniejszy z dwóch tomów – ale jeśli kwota Y byłaby kwotą NETTO (uczciwie mówiąc – i tak byłoby to bardzo mało, ale jeszcze miałoby sens).

No i czekam na odpowiedź.

Jak dostaję taką propozycję, to najchętniej w ogóle machnąłbym na to ręką i odpowiedział w sposób najbardziej nieprzyjemny, na jaki pozwoliłaby mi kultura i dobre wychowanie. Problem polega na tym, że kwota Y (…netto…) naprawdę bardzo by mi się przydała, zwłaszcza w perspektywie jakichś wakacji (i koniecznego prędzej czy później remontu samochodu).

Ja rozumiem, że w 2008 r. stawki spadły, bo był wielki kryzys finansowy i wszyscy cięli koszty. Ale, do licha, ten kryzys skończył się dziesięć lat temu!

W Głębokim Szoku…

Przeżyłem dziś coś, co naprawdę wymaga zapisania. Sytuację, której nie doświadczyłem jeszcze w całym (absolutnie całym) życiu zawodowym. Tłumaczę książki (i nie tylko, jak niektórzy wiedzą) od bodaj siedemnastu lat, od piętnastu w zasadzie tylko z tego żyję – i nigdy, NIGDY jeszcze coś takiego mnie nie spotkało.

Dostałem maila od pani redaktor z Dużego Naukowego Wydawnictwa, która zleciła mi tłumaczenie. To tłumaczenie, o którym pisałem w poprzedniej notce – spory fragment książki z bardzo krótkim terminem – nad którym siedziałem przez cały październik.

Pani redaktor napisała, że są niezwykle zadowoleni z mojego tłumaczenia, że wypracowałem zasady, którym pozostali tłumacze musieli się podporządkować (…ciekawe, co ONI o mnie myślą…), że byłem dokładny i wnikliwy, i mój wkład… I tak dalej. I w związku z tym, ona podsyła mi do podpisania zmienioną umowę, bo – jeśli oczywiście nie mam nic przeciwko temu – uznali, że jednak w związku z tym powinni zapłacić mi WYŻSZĄ stawkę, niż się na początku umówiliśmy.

Przeczytałem maila chyba trzy razy, zanim do mnie doszło, że tam naprawdę jest napisane to, co myślę. Potem bardzo dokładnie przeczytałem tę nową umowę, szukając „haczyków” („zapłacimy więcej, ale w przyszłym roku” na przykład…) – ale nie: umowa jest słowo w słowo ta sama, z wyjątkiem stawki, która urosła. OK, nie jest to może wzrost astronomiczny, ale jednak o 10 procent więcej, niż miało być.

Umowa była podpisana, stawka – ta wcześniejsza – i tak była nieco wyższa, niż zwykle (bo powiedziałem, że jeśli termin jest tak krótki, to chcę, żeby mi nieco więcej zapłacili). Naprawdę nie mieli żadnego racjonalnego powodu, żeby już po wszystkim płacić mi więcej.

No to jak, mam napisać, że się zgadzam na zmianę umowy po terminie?…

Mówiąc szczerze – nie wiedziałem, że takie rzeczy się w ogóle zdarzają…

Bunt na pokładzie – c.d.

No więc (…nie zaczyna się zdania od „no więc”…) historia ma ciąg dalszy. Pani z wydawnictwa odezwała się po dwóch dniach i napisała, że wynagrodzenie jak najbardziej jest do negocjacji. I za ile bym się zgodził.

Nie lubię takich pytań – nigdy nie byłem dobry w rozmawianiu o pieniądzach… Ale napisałem, za ile. Uważam, że stawka, którą wymieniłem, i tak jest niska. Pani odpisała, że da mi znać w ciągu kilku dni, czy to się uda.

Więc czekam. I naprawdę jestem ciekaw…

Bunt na pokładzie

Odezwała się pani redaktor z Bardzo Prestiżowego Wydawnictwa, z którym już parę razy współpracowałem. Zaproponowała tłumaczenie książki. Książka ciekawa, nie bardzo trudna, termin też do zaakceptowania. Nawet chętnie bym ją wziął. Ale chyba nie wezmę. Właśnie odpisałem pani redaktor w sposób następujący (cytuję mojego maila prawie dosłownie, usuwając tylko informacje mogące ułatwić rozpoznanie wydawnictwa etc.).

„Szanowna Pani,

 

Z moich obliczeń wynika, że książka ma w zaokrągleniu 290 tys, znaków, co daje 7,25 arkusza albo 161 stron. Przy wynagrodzeniu 3,5 tysiąca złotych daje to nieco niecałe 483 zł za arkusz albo niecałe 22 zł za stronę. Netto (i to uwzględniając 50% kosztów uzyskania przychodu) wychodzi ok. 439 zł za arkusz albo niecałe 20 zł za stronę.

 

A mówimy o objętości tekstu oryginalnego, co oznacza, że rzeczywista stawka za tłumaczenie będzie jeszcze niższa (realnie poniżej 18 zł za stronę).

 

Proszę wybaczyć, ale to po prostu bardzo mało. Zdaję sobie sprawę, że czasy, kiedy za stronę tłumaczenia płacono powyżej 30 zł to już prehistoria 😉 – ale 18 zł to jednak dla mnie za mało.

 

Nie wiem, czy ta stawka jest negocjowalna – ale jeśli nie, to z przykrością zmuszony będę podziękować…”

 

Naprawdę? 18 złotych za stronę?

 

Jasne, nie jest to wina pani redaktor, która do mnie pisze – taki budżet jej dali. Ale przypomnę, że nie mówimy o firmie-krzak, ale o szanowanym, prestiżowym wydawnictwie. I że nie chodzi o tłumaczenie książki kucharskiej albo poradnika cerowania skarpetek, ale o poważną – choć popularnonaukową – pozycję.

 

A najgorsze jest to, że pewnie i tak znajdą kogoś, kto im za tę sumę to przetłumaczy. Oczywiście przetłumaczy średnio (…bo za te pieniądze nie będzie poświęcał czasu na szlifowanie i wygładzanie tekstu), więc cała „oszczędność” i tak pójdzie się okopać, bo oszczędzając na tłumaczeniu będą musieli więcej wydać na redakcję.

 

No, ale to już nie mój problem.

 

 

Finanse Po Brexicie…

Nie, nie o geopolityce. Bardziej przyziemnie i prywatnie.

Jest sobie taka Wielka Angielska Korporacja Medialna, dla której od lat paru coś tam tłumaczyłem – ale zawsze za pośrednictwem. Teraz tak się złożyło, że zwrócili się do mnie bezpośrednio. Seria artykułów dla rodziców małych dzieci, na stronę internetową. Teksty proste, sympatyczne, zrobiły się szybko. Przyszło do zapłaty.

Anglicy kazali sobie przysłać dane do przelewu, a potem – po skończeniu pracy – dostałem specjalny numer rachunku, który miałem przesłać do ichniej księgowości z wyszczególnieniem za co i dlaczego mają mi zapłacić. Wysłałem, czekam. Po bodaj trzech dniach dostaję maila z potwierdzeniem i informacją, że „poinformują mnie, kiedy pieniądze będą gotowe do przelewu”, ale że nastąpi to „w ciągu 7 dni”. Po kolejnych trzech czy czterech dniach – mail, że pieniądze są gotowe, i że będą na moim koncie w ciągu maksymalnie trzech dni roboczych. Były następnego dnia.

Czyli tak: od skończenia pracy i wysłania rachunku w ciągu tygodnia pieniądze były na moim koncie. Da się? Ano, da się. Ale nie u nas. U nas KAŻDE wydawnictwo czy inna zaraza wyznacza sobie już w umowie termin płatności typu 30 dni od UZNANIA tłumaczenia (a na uznanie tłumaczenia mają też minimum 15, a zwykle 30 dni). Ech.