Śródpandemicznie, przedświątecznie…

Wszystko – jak wiadomo – ma swoje plusy i minusy, czyli zady i walety. Czy jakoś tak. Pandemia też. O minusach pisał nie będę, bo wszyscy je znamy. Ale parę plusów też się znajduje. W moim przypadku – paradoksalnie – plusem jest to, że żyje się taniej. Zakupy raz na tydzień – żeby jak najmniej między ludzi chodzić – więc trzeba zrobić dokładną listę, z tygodniową rozpiską obiadową, a co za tym idzie kupuje się znacznie mniej niepotrzebnych czy nadplanowych rzeczy. Jeździ się bardzo mało i głównie lokalnie, więc koszty paliwa są minimalne. Potwory nie jeżdżą do szkół, więc odpadają bilety miesięczne.

No i prezenty świąteczne… Wspólnie z Osobistym Tatą doszliśmy do wniosku, że w czasach zarazy nie ma co po sklepach za dużo łazić: wszystkie prezenty zamówione on-line, a dodatkowo zamiast setki niepotrzebnych duperelek (które po tygodniu czy dwóch służą głównie jako kurzołapki) każdy z Potworów dostanie jeden „większy” prezent, na który złożymy się wspólnie.

***

Święta… Jakoś mi w tym roku z tymi Świętami nie po drodze. To znaczy – nie o same Święta chodzi, o ich treść, o stronę duchową… Raczej o to wszystko „dookoła”. Trudno to sprecyzować, ale kiedy myślę o stawianiu choinki i tak dalej to łapię się na jakiejś niechęci, jakiejś wewnętrznie „skrzywionej minie”. Chciałbym – chyba jeszcze bardziej niż kiedyś – spędzić te święta inaczej. Powędrować gdzieś. Wyruszyć. Pójść na pasterkę do kaplicy na Wiktorówkach… Nierealne, rzecz prosta.

Minusem całej sytuacji pandemicznej (no tak, jednak bez minusów się nie da…) jest poza wszystkim to, że 24/7 jesteśmy w domu z Potworami. Dzięki błogosławionej decyzji sprzed niemal dziewiętnastu lat – o wyprowadzce z Warszawy do G. kupnie domku zamiast mieszkania – każde z nas ma swój pokój, dzięki czemu jeszcze nikt nikogo nie zabił (ani nawet nie próbował)… Nie zmienia to faktu, że wszyscy jesteśmy tym zmęczeni. Oczywiście u każdego inaczej się to zmęczenie objawia. U mnie objawia się przede wszystkim w tym, że chciałbym choć na chwilę „zmienić towarzystwo”. Że chciałbym tak zwyczajnie usiąść i pogadać przy kawie z kimś, kto ma trochę więcej niż osiemnaście lat. Nie przez telefon i nie przez Skype’a. A tu d… Znaczy się pandemia. Moi Przyjaciele i znajomi siedzą w swoich domach ze swoimi dziećmi, pewnie część z nich ma podobne myśli… Ale przynajmniej z kimś poza dziećmi mogą słowo zamienić. A ja nie.

***

Niełatwa (no co, ja też muszą sobie czasami pomarudzić…) jest też sytuacja pracowa. Z powodów czysto zewnętrznych (o których nie chce mi się pisać, zwłaszcza, że musiałbym odnieść się do Niemiłościwie Nam Panujących, a to ostatnimi czasy coraz rzadziej potrafię robić bez używania Słów Powszechnie Uznawanych za Obraźliwe…) będę musiał odejść od dotychczasowej formy pracy. Dotąd było prosto: zarabiałem głównie na umowach o dzieło. Teraz (najprawdopodobniej od lutego) będę jednak musiał założyć działalność gospodarczą, co mi się po prostu nie opłaca – ale nie bardzo mam inne wyjście. Działalność oznacza wyższe podatki, więcej pieniędzy na opłacenie ZUS i parę innych problemów. Plus jest taki, że może to mi rozwiąże kwestię samochodu – będę mógł wziąć coś w leasing. Ano, zobaczymy.

W kwestiach zawodowych (jak już jesteśmy przy marudzeniu) – poza „codziennościami” tłumaczę książkę. I cierpię jak potępieniec… Nie dlatego, że książka traktuje o sprawach, które nic mnie nie obchodzą – tu mam podejście profesjonalne, czyli zadaniowe („…dla chleba, panie, dla chleba”). I nawet nie dlatego, że jest śmiertelnie nudna. To jeszcze da się znieść (w końcu tłumaczyłem już w życiu poradnik pielęgnacji ogródków!). Problem polega na tym, że – i piszę to z pełną odpowiedzialnością i bez cienia przesady – jest to najgorzej napisana książka, z jaką w życiu (zawodowym) miałem do czynienia.

Autor (skądinąd zdaje się znakomity fachowiec i autorytet w swojej dziedzinie) po prostu fatalnie pisze. Zdania są niespójne, kolejne akapity mają się nijak do siebie (o tym, że pojedynczy akapit potrafi mieć półtorej strony, już nawet nie wspominam…). Cytaty często okazują się nie być cytatami; autor pisze coś w stylu „Minister Smith w czasie tego spotkania powiedział:”, po czym następuje cytat w cudzysłowie, który jednak okazuje się nie być przytoczeniem słów ministra Smitha, tylko fragmentu książki, której autor opowiada tę sytuację, w związku z tym w „cytacie z ministra Smitha” mowa jest o nim samym w trzeciej osobie… Albo są cytaty, która nawet SĄ cytatami, ale nie mają żadnego sensu – a po kwerendzie w sieci okazuje się, że autor przytacza dane słowa błędnie, zmieniając jakiś wyraz, który kompletnie przeinacza (czy wręcz brutalnie likwiduje) sens wypowiedzi. W książce padają fachowe (wydawałoby się) określenia, które po wrzuceniu w Google’a dają na przykład trzy (TRZY) wyniki: dwa są odniesieniami do tej książki, trzecie – do jakiejś fachowej dyskusji na forum tłumaczy, którzy (najwyraźniej) tłumaczyli tę książkę na… bułgarski. Pojawiają się skróty, których nie ma w spisie skrótów, a które wujek Google rozwija na pięćdziesiąt możliwych sposobów, z których jednakowoż żaden nie pasuje do treści książki. Pojawiają się zdania wielokrotnie złożone, przy których można odnieść wrażenie, że pod koniec zdania autor zdążył już zapomnieć, o czym traktował początek. No, dramat po prostu. A najdziwniejsze jest to, że wydawnictwo, które opublikowało to arcydzieło (mówię o oryginale) to szacowna instytucja związana z jednym z najlepszych uniwersytetów na świecie. W „podziękowaniach” („Acknowledgements”) na początku książki autor dobre pół strony poświęca podziękowaniom dla „wspaniałych i jakże kompetentnych redaktorów, dzięki którym…” etc. – a prawda jest taka, że książka sprawia wrażenie, jakby nigdy nie przebywała w jednym pomieszczeniu z jakimkolwiek redaktorem. Ale może się mylę – może przed redakcją było jeszcze gorzej?…

Dobrze, że przynamniej w miarę dobrze za to płacą.

***

Jest też trochę muzyki, o której chciałbym kilka słów. Katie Melua, Joe Bonamassa, nowy album Bruce’a Springsteena… Ale trochę już nie mam siły. Może następnym razem.

Ciąg dalszy nastąpi(…ł?)

Od poprzedniego wpisu minęło trochę czasu. Wydawnictwo zgodziło się na moją stawkę (kwota Y netto za mniejszy z dwóch tomów). Zgodziło się także na zaliczkę, którą zaproponowałem. Super. Zacząłem już planować wakacje. Ale dziś – ponad trzy tygodnie po tym, jak ostatecznie ustaliłem z panią redaktor wszystkie szczegóły – w gruncie rzeczy dalej nie wiem, na czym stoję.

Bo wszystkie szczegóły zostały ustalone drogą mailową. Ale umowy dalej nie dostałem. Bo jeszcze kilka dni, bo coś przygotowują, bo… W ubiegłą środę (czyli pod koniec stycznia) napisałem do pani redaktor maila grzecznego (rzecz prosta), z pytaniem kiedy wreszcie. Dostałem odpowiedź, że do „końca tygodnia” umowa powinna być u mnie.

No więc (…nie zaczyna się zdania od „no więc”…) ten koniec tygodnia był tydzień temu. I nic. W tak zwanym „międzyczasie” w ostatni wtorek wysłałem pani redaktor pierwszy zrobiony kawałek, a w mailu – po wszystkich uwagach – po raz kolejny zapytałem, co z umową.

Cisza.

W piątek po południu napisałem kolejnego maila. Dalej cisza.

W sobotę wysłałem pani redaktor drugi zrobiony kawałek (choć co prawda krótki). Ale na tym koniec. Jeśli w poniedziałek do końca dnia roboczego nie dostanę jakiejkolwiek informacji, zamierzam napisać, że ponieważ nie wiem na czym stoję, to wstrzymuję się z tłumaczeniem do czasu, kiedy sytuacja się wyjaśni. Zważywszy, że im się spieszy (jak zwykle), na to powinni zareagować.

Nie wiem, Kocia Twarz, o co chodzi. Szczerze mówiąc – jeszcze mnie taka sytuacja nie spotkała. Rozumiem, że „coś się przeciąga” ale oczekiwałbym przynajmniej prostego maila z informacją.

…A swoją drogą…

Pierwsze informacje o tej książce – o tym, że będzie do tłumaczenia – miałem w połowie listopada. W POŁOWIE LISTOPADA. Czyli prawie trzy miesiące temu. Czy naprawdę duże, poważne wydawnictwo nie jest w stanie w ciągu trzech miesięcy wszystkiego dograć? Skoro wiedzieli, że książka będzie wydawana – dlaczego ostatecznie tłumacz dostaje ją dopiero w połowie stycznia, a do połowy lutego nie są w stanie temu tłumaczowi głupiej umowy przygotować?

Ferie się zaczęły. Za tydzień pewnie pojedziemy na parę dni do C., jak zwykle. Liczyłem, że do tego czasu dostanę już umówioną zaliczkę. A wszystko wskazuje na to, że nic z tego. Ech.

Negocjacje Finansowe, czyli To, co Tygrysy Lubią Najbardziej (ale Puchatki Nie).

Nie wiem, czy ktoś pamięta wpis niemal dokładnie sprzed roku o tym, jak Pewne Duże Wydawnictwo chciało, abym im tłumaczył książkę za – realnie – poniżej 18 złotych za stronę. Wykłóciłem się wtedy, ostatecznie tłumaczenie wziąłem, ale za stawkę wynegocjowaną (co nie znaczy, że wysoką, ale jednak wyższą).

No więc nie wiem, czy to wydawnictwo tak ma w styczniu, ale – po ostatnich, bardzo pozytywnych przecież doświadczeniach – znowu dostałem propozycję, po której nie wiedziałem już, czy śmiać się, czy płakać.

Pani redaktor (ta sama, co rok temu) już w listopadzie zapowiadała, że będzie miała dla mnie duże tłumaczenie i że BARDZO jej zależy, żebym to właśnie ja je robił, bo takie mają do mnie zaufanie i taki jestem najlepszy na świecie et cetera. No i rzeczywiście – jest. Dwa tomy (ba, tomiszcza!) Bardzo Poważnego Podręcznika dla studentów pierwszego roku ekonomii. Pani redaktor bardzo by chciała, żebym wziął oba, bo to zawsze lepiej, jak jeden tłumacz to robi (jasne, że lepiej – bo redakcja ma mniej roboty z ujednolicaniem tekstu…). Super, odpowiadam, chętnie, tylko dwa zasadnicze pytania: jaki jest termin i ile za to płacą.

Termin do ustalenia, a płacą nie „od strony”, tylko po prostu za całość. A suma za całość to… i tu padła suma X, której Wam nie zacytuję, ale która w pierwszej chwili po prostu poraziła mnie swoją wielkością (bez ironii: suma na oko była naprawdę ogromna). Ach, ta magia wielkich liczb… No to super, prawda?

No więc nie, nieprawda. Wziąłem pliki, które przysłała mi pani redaktor – od groma i trochę, wszystkie w .pdf – i dzięki uczynności kolegi S., który wie, jak się takie czary robi (dzięki!) wyciągnąłem z nich goły tekst, żeby dowiedzieć się, ile tego jest.

Jak zobaczyłem, ile – padłem. Po pierwsze wiedziałem już, że nie ma szans, żebym zrobił oba tomy (chyba, że miałbym czas minimum do końca września, a raczej października…). A po drugie…

Po podzieleniu tej pozornie ogromnej sumy przez liczbę stron (już po odjęciu od tej liczby stron wszystkich indeksów i innych rzeczy, które nie do mnie należą) wyszło, że stawka za stronę to… 18 złotych. Ale nie, to nie jest „znowu” 18 złotych.

Ty razem to jest 18 złotych BRUTTO. I za stronę ORYGINAŁU, a nie tłumaczenia. Netto wychodzi 16,47 złotego. A jeśli weźmie się pod uwagę, że tekst tłumaczony z angielskiego „puchnie” o jakieś 10 procent, to realna stawka za stronę TŁUMACZENIA wyniosłaby w najlepszym razie 15 złotych.

PIĘTNAŚCIE ZŁOTYCH, …mać.

Kiedy zaczynałem żyć z tłumaczeń typowa stawka za tłumaczenie książkowe oscylowała wokół 30–32 złotych brutto za stronę. Dziś – 15 lat później! – jak uda się dostać netto 22, to się człowiek cieszy. Ale 15?! To już nie jest mało – to jest po prostu śmieszne (i nie w znaczeniu „funny”, tylko „ridiculous”, żeby nie było wątpliwości). A przecież nie mówimy o firmie „Krzak” wydającej marne kryminały czy romansidła. Mówimy o jednym z najbardziej prestiżowych, naukowych wydawnictw – i o podręczniku akademickim, w dodatku wykorzystywanym na mocno „zamożnym” kierunku.

No więc odpisałem pani redaktor – grzecznie (w końcu to nie ona ustala budżety…), ale dość jednoznacznie, że za te pieniądze na pewno tego nie wezmę. A za ile wezmę? Może jeden tom wezmę za kwotę Y (stanowiącą połowę X plus 10 procent)? Napisałem więc – szczerze – że poniżej 20 zł za stronę nie mamy oczym mówić. A żeby to moje minimum osiągnąć, mógłbym wziąć ten mniejszy z dwóch tomów – ale jeśli kwota Y byłaby kwotą NETTO (uczciwie mówiąc – i tak byłoby to bardzo mało, ale jeszcze miałoby sens).

No i czekam na odpowiedź.

Jak dostaję taką propozycję, to najchętniej w ogóle machnąłbym na to ręką i odpowiedział w sposób najbardziej nieprzyjemny, na jaki pozwoliłaby mi kultura i dobre wychowanie. Problem polega na tym, że kwota Y (…netto…) naprawdę bardzo by mi się przydała, zwłaszcza w perspektywie jakichś wakacji (i koniecznego prędzej czy później remontu samochodu).

Ja rozumiem, że w 2008 r. stawki spadły, bo był wielki kryzys finansowy i wszyscy cięli koszty. Ale, do licha, ten kryzys skończył się dziesięć lat temu!

W Głębokim Szoku…

Przeżyłem dziś coś, co naprawdę wymaga zapisania. Sytuację, której nie doświadczyłem jeszcze w całym (absolutnie całym) życiu zawodowym. Tłumaczę książki (i nie tylko, jak niektórzy wiedzą) od bodaj siedemnastu lat, od piętnastu w zasadzie tylko z tego żyję – i nigdy, NIGDY jeszcze coś takiego mnie nie spotkało.

Dostałem maila od pani redaktor z Dużego Naukowego Wydawnictwa, która zleciła mi tłumaczenie. To tłumaczenie, o którym pisałem w poprzedniej notce – spory fragment książki z bardzo krótkim terminem – nad którym siedziałem przez cały październik.

Pani redaktor napisała, że są niezwykle zadowoleni z mojego tłumaczenia, że wypracowałem zasady, którym pozostali tłumacze musieli się podporządkować (…ciekawe, co ONI o mnie myślą…), że byłem dokładny i wnikliwy, i mój wkład… I tak dalej. I w związku z tym, ona podsyła mi do podpisania zmienioną umowę, bo – jeśli oczywiście nie mam nic przeciwko temu – uznali, że jednak w związku z tym powinni zapłacić mi WYŻSZĄ stawkę, niż się na początku umówiliśmy.

Przeczytałem maila chyba trzy razy, zanim do mnie doszło, że tam naprawdę jest napisane to, co myślę. Potem bardzo dokładnie przeczytałem tę nową umowę, szukając „haczyków” („zapłacimy więcej, ale w przyszłym roku” na przykład…) – ale nie: umowa jest słowo w słowo ta sama, z wyjątkiem stawki, która urosła. OK, nie jest to może wzrost astronomiczny, ale jednak o 10 procent więcej, niż miało być.

Umowa była podpisana, stawka – ta wcześniejsza – i tak była nieco wyższa, niż zwykle (bo powiedziałem, że jeśli termin jest tak krótki, to chcę, żeby mi nieco więcej zapłacili). Naprawdę nie mieli żadnego racjonalnego powodu, żeby już po wszystkim płacić mi więcej.

No to jak, mam napisać, że się zgadzam na zmianę umowy po terminie?…

Mówiąc szczerze – nie wiedziałem, że takie rzeczy się w ogóle zdarzają…

Bunt na pokładzie – c.d.

No więc (…nie zaczyna się zdania od „no więc”…) historia ma ciąg dalszy. Pani z wydawnictwa odezwała się po dwóch dniach i napisała, że wynagrodzenie jak najbardziej jest do negocjacji. I za ile bym się zgodził.

Nie lubię takich pytań – nigdy nie byłem dobry w rozmawianiu o pieniądzach… Ale napisałem, za ile. Uważam, że stawka, którą wymieniłem, i tak jest niska. Pani odpisała, że da mi znać w ciągu kilku dni, czy to się uda.

Więc czekam. I naprawdę jestem ciekaw…

Bunt na pokładzie

Odezwała się pani redaktor z Bardzo Prestiżowego Wydawnictwa, z którym już parę razy współpracowałem. Zaproponowała tłumaczenie książki. Książka ciekawa, nie bardzo trudna, termin też do zaakceptowania. Nawet chętnie bym ją wziął. Ale chyba nie wezmę. Właśnie odpisałem pani redaktor w sposób następujący (cytuję mojego maila prawie dosłownie, usuwając tylko informacje mogące ułatwić rozpoznanie wydawnictwa etc.).

„Szanowna Pani,

 

Z moich obliczeń wynika, że książka ma w zaokrągleniu 290 tys, znaków, co daje 7,25 arkusza albo 161 stron. Przy wynagrodzeniu 3,5 tysiąca złotych daje to nieco niecałe 483 zł za arkusz albo niecałe 22 zł za stronę. Netto (i to uwzględniając 50% kosztów uzyskania przychodu) wychodzi ok. 439 zł za arkusz albo niecałe 20 zł za stronę.

 

A mówimy o objętości tekstu oryginalnego, co oznacza, że rzeczywista stawka za tłumaczenie będzie jeszcze niższa (realnie poniżej 18 zł za stronę).

 

Proszę wybaczyć, ale to po prostu bardzo mało. Zdaję sobie sprawę, że czasy, kiedy za stronę tłumaczenia płacono powyżej 30 zł to już prehistoria 😉 – ale 18 zł to jednak dla mnie za mało.

 

Nie wiem, czy ta stawka jest negocjowalna – ale jeśli nie, to z przykrością zmuszony będę podziękować…”

 

Naprawdę? 18 złotych za stronę?

 

Jasne, nie jest to wina pani redaktor, która do mnie pisze – taki budżet jej dali. Ale przypomnę, że nie mówimy o firmie-krzak, ale o szanowanym, prestiżowym wydawnictwie. I że nie chodzi o tłumaczenie książki kucharskiej albo poradnika cerowania skarpetek, ale o poważną – choć popularnonaukową – pozycję.

 

A najgorsze jest to, że pewnie i tak znajdą kogoś, kto im za tę sumę to przetłumaczy. Oczywiście przetłumaczy średnio (…bo za te pieniądze nie będzie poświęcał czasu na szlifowanie i wygładzanie tekstu), więc cała „oszczędność” i tak pójdzie się okopać, bo oszczędzając na tłumaczeniu będą musieli więcej wydać na redakcję.

 

No, ale to już nie mój problem.

 

 

Finanse Po Brexicie…

Nie, nie o geopolityce. Bardziej przyziemnie i prywatnie.

Jest sobie taka Wielka Angielska Korporacja Medialna, dla której od lat paru coś tam tłumaczyłem – ale zawsze za pośrednictwem. Teraz tak się złożyło, że zwrócili się do mnie bezpośrednio. Seria artykułów dla rodziców małych dzieci, na stronę internetową. Teksty proste, sympatyczne, zrobiły się szybko. Przyszło do zapłaty.

Anglicy kazali sobie przysłać dane do przelewu, a potem – po skończeniu pracy – dostałem specjalny numer rachunku, który miałem przesłać do ichniej księgowości z wyszczególnieniem za co i dlaczego mają mi zapłacić. Wysłałem, czekam. Po bodaj trzech dniach dostaję maila z potwierdzeniem i informacją, że „poinformują mnie, kiedy pieniądze będą gotowe do przelewu”, ale że nastąpi to „w ciągu 7 dni”. Po kolejnych trzech czy czterech dniach – mail, że pieniądze są gotowe, i że będą na moim koncie w ciągu maksymalnie trzech dni roboczych. Były następnego dnia.

Czyli tak: od skończenia pracy i wysłania rachunku w ciągu tygodnia pieniądze były na moim koncie. Da się? Ano, da się. Ale nie u nas. U nas KAŻDE wydawnictwo czy inna zaraza wyznacza sobie już w umowie termin płatności typu 30 dni od UZNANIA tłumaczenia (a na uznanie tłumaczenia mają też minimum 15, a zwykle 30 dni). Ech.

Da Capo…

Nosz…

Wydawnictwo. W umowie napisane, że pozostała część honorarium (poza zaliczką, która poszła w momencie podpisania umowy) płatna jest „w ciągu 30 dni od przyjęcia tłumaczenia”. „Przyjęcie” oznacza, że dostarczony tekst został przejrzany i zaakceptowany – to niby oczywiste, bo w końcu może się zdarzyć, że tłumacz spartaczy swoją robotę i trzeba mu oddać tekst do poprawy, albo wręcz zlecić tłumaczenie komuś innemu – dlatego płaci się tłumaczowi nie w 30 dni od dostarczenia tekstu, tylko od jego „przyjęcia”.

Tłumaczenie (ostatnią część) dostarczyłem 30 sierpnia. Redaktor z którym współpracowałem zapewniał mnie, że w moim przypadku „przyjęcie” to formalność (choć z tym wydawnictwem współpracuję po raz pierwszy, jestem – jako tłumacz – znany redakcji, wiadomo, że dostarczony przeze mnie tekst jest na odpowiednim poziomie, nie mówiąc o tym, że tłumaczenie dostarczałem po rozdziale, więc jakiekolwiek uwagi czy żądania poprawek byłyby już dawno sformułowane).

Teraz okazuje się, że zgodnie z umową wydawnictwo ma 90 dni (!!!) na „przyjęcie” tłumaczenia.

Raz – że trzy miesiące na „przyjęcie” to kpina: ile, do licha, może zająć przejrzenie książki i stwierdzenie, czy tłumaczenie jest OK?

Dwa – umowa sformułowana jest tak, że na ten okres nie ma wpływu fakt, kiedy książka wychodzi. A książka będzie w księgarniach 15 października. Skoro ją złamali, wydrukowali i wydają, to chyba można założyć, że tłumaczenie uznali za dobre i je „przyjęli”?…

I teraz tak: jak dobrze pójdzie – zapłacą mi do końca października (a ja, naiwny, miałem nadzieję, że do końca września…). Ale jak pójdzie źle…

90 dni od dostarczenia książki upływa pod koniec listopada. I od tego momentu liczymy 30 dni – przy odrobinie pecha mogą mi (zgodnie z prawem i umową…) zapłacić pod koniec grudnia.

Jeśli tak się stanie – to na drzwi trafi kolejna karteczka z nazwą wydawnictwa i notatką „Tych państwa nie obsługujemy”.

…Tylko co z tego? Znowu zaczynamy serial pod tytułem „Pieniądze już są – tylko jeszcze ich nie ma”.

Profesjonalnie, Czyli Zawodowo

Zmieniłem system pracy. Na dłużej? Nie wiem, zobaczymy.

Dotąd było tak:

– jedno Duże Wydawnictwo, które regularnie dawało mi kolejne książki do tłumaczenia, czasami do redakcji;

– jedno Bardzo Małe Wydawnictwo, które wrzucało mi coś circa raz na rok;

– i jeden Duży Portal, który regularnie (zwykle – raz dziennie) podrzucał mi do tłumaczenia teksty prasowe z anglojęzycznych gazet do swojego przeglądu prasy zagranicznej.

Duże Wydawnictwo było głównym źródłem dochodu – minus był taki, że znakomita większość tego co dla nich robiłem to były jakieś niezwykle ambitne pozycje typu książek kucharskich czy amerykańskich „cudownych poradników” typu „Jak wyczyścić wszystko za pomocą gwizdka i cążków do paznokci”. Czyli nudno, mało ambitnie, ale w miarę przyzwoicie płacili.

Małe Wydawnictwo – odwrotnie. Płacili kiepsko, ale za to robiłem dla nich rzeczy ciekawe (takie jak Tybet czy Chiny, z którymi O Mało Co nie zdobyłem Nagrody Kapuścińskiego). Raz na rok mogłem sobie pozwolić na miesiąc gorzej płatnej pracy, w zamian mając okazję robić rzeczy inteligentne, ambitne i mające jakiś sens.

Portal – płacił dobrze, roboty przy tym było niewiele (jeden artykuł dziennie), a zawsze jakieś dodatkowe pieniądze z tego były. No i – co też nie bez znaczenia – jak przez dwa miesiące tłumaczyłem jakąś kolejną książkę kucharską czy poradnik uprawiania grządek, to przynajmniej miałem jakąś „odskocznię intelektualną” w postaci tekstów z analizami politycznymi, recenzjami nowych filmów czy płyt, tematami społecznymi…

Wszystko to dobrze funkcjonowało przez ładne pięć lat. Ale ostatnio trochę zaczęło się sypać…

Najpierw Małe Wydawnictwo – w związku z kryzysem i wyjątkowo trudnym rynkiem książki w Polsce – chwilowo zawiesiło działalność (wydawanie książek zawsze było dla tych ludzi raczej hobby niż sposobem na zarabianie – ale kiedy wydawane książki przestały się nawet zwracać, postanowili przystopować).

Potem Duże Wydawnictwo zaczęło się psuć. Psucie polegało bardzo długo przede wszystkim na tym, że ciągle wydłużał się okres płatności. Dziesięć lat temu, kiedy zaczynałem z nimi współpracować, pieniądze były na koncie najdalej w dwa tygodnie po podpisaniu rachunku. Później ten czas się stopniowo wydłużał – w ubiegłym roku był to już miesiąc, a ostatnio nawet więcej (tak, wiem że to i tak niewiele, że są firmy którym zapłacenie zajmuje znacznie więcej czasu – tyle, że jakoś nigdy nie pocieszało mnie to, że komuś jest gorzej…). Ostatnio jednak psucie się przybrało niestety gorszy wymiar: od głównej Pani Redaktor usłyszałem, że w związku z kryzysem etc. wydawnictwo będzie negocjować stawki z tłumaczami.

Jako tłumacz pozwolę sobie przetłumaczyć Wam to idiomatyczne wyrażenie z języka korporacyjnego na polski: „negocjować stawki” znaczy tyle, co „płacić mniej”. Negocjacje polegają na tym, że zleceniodawca mówi ci: „Dotąd płaciliśmy panu X złotych za stronę tekstu, teraz będziemy płacili X – n za stronę. Czy zgodzi się pan na takie warunki?”

I oczywiście, jak to w przypadku negocjacji, możesz odpowiedzieć przecząco. A zleceniodawca może wtedy powiedzieć ci „adieu”.

(BTW – w rozmowie z redaktorkami dla których zwykle tłumaczyłem usłyszałem, że ich zdaniem to idiotyzm: jeśli zapłaci się mniej za tłumaczenie, to albo trzeba zatrudnić gorszego tłumacza, albo pogodzić się z faktem, że dobry tłumacz będzie się mniej starał, bo będzie musiał „przerobić” większą ilość tekstu w tym samym czasie, żeby „wyjść na swoje”, czytaj: przeżyć i utrzymać rodzinę. Obie możliwości oznaczają, że z gotowym tłumaczeniem znacznie więcej pracy ma redakcja – a więc redaktor spędza nad pojedynczą książką więcej czasu. Co z kolei oznacza, że albo wydaje się mniej książek, albo trzeba zatrudnić więcej redaktorów. Czyli oszczędności na tłumaczu i tak wymuszają wydanie większej ilości pieniędzy gdzie indziej – albo pogodzenie się z mniejszymi obrotami…).

Wszystkie te zmiany nałożyły się na fakt coraz bardziej dynamicznego rozwoju stron i portali internetowych – a każdy szanujący się portal musi mieć sensowny przegląd prasy zagranicznej. A co z tego wynika?

A z tego wynika, że redaktorzy z Dużego Portalu już od dwóch lat molestowali mnie, żebym brał od nich więcej tekstów do tłumaczenia – bo wolą wykorzystać tłumacza sprawdzonego, dobrego i dokładnego („Obywatele, chwalcie się sami…”), niż znajdywać trzech nowych.

Dotąd twardo odmawiałem, traktując pracę dla Dużego Portalu jako dodatek do pracy właściwej. Ale teraz?…

Generalnie pożegnałem się z Dużym Wydawnictwem (absolutnie pokojowo i z perspektywą potencjalnej dalszej współpracy w przyszłości, ale jednak). Kroplą która przelała czarę była informacja O ILE wydawnictwo zamierza zmniejszyć stawkę bazową. Powiedzmy tak: już od dawna ich stawki trudno było nazwać konkurencyjnymi, a te które zaproponowali teraz są niższe o 20 procent. I jeszcze wprost powiedzieli, że okres płatności wydłuży się do „około 60 dni”. No to bez przesady…

Duży Portal płaci więcej (SPORO więcej). Duży Portal płaci szybko – pieniądze za teksty z danego miesiąca dostaję najdalej do połowy kolejnego. Duży Portal od ręki jest mi w stanie dać trzy razy tyle pracy, ile robiłem dla nich dotąd.

No to, do licha, nad czym tu myśleć?…

Dotąd miałem jeszcze obiekcje natury – nazwijmy to – prestiżowej: bądź co bądź „tłumacz książek” brzmi dużo lepiej, niż „tłumacz tekstów prasowych”… Ale bądźmy szczerzy: ostatnia KSIĄŻKA jaką tłumaczyłem to były te Chiny. Robiłem to cztery lata temu – w 2008 r (tyle, że w druku ukazało się dopiero w styczniu 2010, a Nagroda Kapuścińskiego za 2010 r przyznawana była dopiero w 2011, rzecz prosta). CZTERY LATA. „Książki” które tłumaczyłem od tego czasu to były – jakem napisał – książki kucharskie, poradniki… Nie oszukujmy się – dużo ciekawsze i ambitniejsze jest już tłumaczenie tekstów prasowych.

No i jeszcze jedna zaleta tego układu: nawet jak trafi mi się wyjątkowo nudny, głupi czy źle napisany artykuł, to to jest JEDEN tekst. Dwie godziny, góra trzy – i po sprawie. Następny może być dużo ciekawszy. A niektóre ambitne poradniki o uprawie grządek tłumaczyłem (płacząc rzewnymi łzami…) przez dwa czy trzy miesiące… OK., jak takie dzieło zdarzy się raz – można przeżyć, ale jak się takie rzeczy robi przez cztery lata, to ma się ochotę wyć.

No i tak to wygląda. Na razie – jest dobrze, wygląda na to, że pracując tyle co dotąd, zarobię o jedną trzecią więcej. A może za dwa, trzy lata kryzys się skończy i ktoś jednak będzie chciał wydawać coś ambitniejszego?… W moim przekładzie, znaczy się?…

We’ll see. 

Mruczanka Po

Jak już wiedzą wszyscy którzy mają zwyczaj czytać gazety, Puchatkowa książka niestety nagrody nie zdobyła. A było tak blisko…

Od początku odnosiło się wrażenie, że z pięciu finalistów największe szanse mają dwie książki: „moja” i właśnie Swietłany Aleksijewicz (w przekładzie Jerzego Czecha). Jeśli chodzi o pozostałe (uwaga, to mja czysto subiektwna ocena!), to:

– „Toast za przodków” Wojciecha Góreckiego to znakomity reportaż i świetna książka, ale chyba na poziomie „reportażowym” dotyka spraw mniej intensywnych i budzących mniejsze emocje (przez co wcale nie chcę powiedzieć, że mniej ważnych”).

– „Wysoki. Śmierć Camerona Doomadgee” Chloe Cooper (w przekłądzie Agnieszki Nowakowskiej) – mnie się bardzo podobała, ale mam wrażenie że sama tematyka (Aborygeni, trudna historia relacji między nimi a białymi w Australii) jest dla polskiego czytelnika bardzo odległa.

– „Uśmiech Pol Pota” Petera Fröberga Idlinga (w przekładzie Mariusza Kalinowskiego) – moim zdaniem najsłabsza z tych pięciu książek pod względem czysto literackim, mapisana momentami dość pretensjonalnie (i mam pewność, że nie jest to kwestia tłumaczenia).

Nagroda „reportaż literacki” zakłada – tak to rozumiem – docenienie zarówno warstwy „reportażowej”, jak literackiej. Moim zdaniem „Lekcje Chińskiego” i „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” jeśli chodzi o wagę reportażu stały na podobnym poziomie. Natomiast na poziomie literackim (powtarzam, to moje prywatne zdanie) książka Pomfreta jest jednak lepsza.

Co nie zmienia faktu, że zwycięska książka Aleksijewicz jest po prostu wstrząsająca. Przeczytajcie, warto.

***

Historie uboczne z Nagrodami związane…

Miałem okazję (wreszcie) poznać osobiście „mojego” autora. Okazał się być człowiekiem przesympatycznym, bardzo normalnym, inteligentym i otwartym. W zasadzie już jesteśmy „umówieni” na tłumaczenie kolejnej jego książki (co i o czym – tego na razie nie zdradzę).

Miałem też okazję wziąć udział w panelu tłumaczy, razem z pozostałą trójką tłumaczy – finalistów nagrody. Niezwykłe doświadczenie… Jerzy Czech, Mariusz Kalinowski, Agnieszka Nowakowska – uznane nazwiska, ludzie o dużym dorobku translatorskim i niewątpliwi profesjonaliści… A obok ja, jako „jeden z nich” 🙂 Urosłem.

I w ogóle muszę przyznać („Obywatele, chwalcie się sami…”), że w ciągu tego weekendu usłyszałem na swój temat dużo naprawdę miłych i krzepiących opinii. I wiem – z kontekstu… – że nie były to opinie czysto grzecznościowe, że to całe szanowne gremium naprawdę uważa mój przekład za badzo dobry.

„Wiesz, miałeś wyjątkowe szczęście do tłumacza” – powiedziała Pewna Znana Dziennikarka do „mojego” autora, podcza gdy ja stałem obok. „Nie mówisz po polsku więc trudno ci to ocenić, ale muszę ci powiedzieć, że tę książkę czyta się tak, jakby została napisana po polsku.”

Poczułem się doceniony…

(Szkoda tylko, jednakowoż, że to docenienie nie przełożyło się od razu na jakieś wartości finansowe. No ale cóż, widocznie nasza łazienka musi jeszcze trochę poczekać na ten remont…).

***

W wczoraj była Pierwsza Komunia Pietruszki. Ale o tym napiszę później, bo to zupełnie inna historia, cytując klasyków.