Mruczanka Podbiegunowa

Aaaaa!!! Ratunku!!! Zasypało nas!!!

Puchatek o trzeciej w nocy musiał zasuwać z łopatą, bo na obu balkonach leżało po metrze śniegu i się przestraszył (Puchatek, nie śnieg), że mu się zarwą. Balkony znaczy.

A dziś rano dojście do furtki zajęło Puchatkowi kwadrans, a przekopanie się przez podjazd – dwadzieścia minut. Na podjeździe – poza cienką odśnieżoną ścieżką – śnieg sięga do pasa. W ogródku pod śniegiem znikła juz ławka (taka normalna, jak w parku, z oparciem). Szelma przebija się przez śnieg (szczęśliwa), tylko jej ogon widać. A psem jest słusznych rozmiarów.

I w dodatku dalej pada. Co to będzie?

Z zasypanego posterunku w G. – Puchatek.

P.S. Kable jeszcze nad śniegiem, to piszę. 🙂

P.S.2 Sąsiad uparł się, że wyjedzie z domu samochodem, bo jedzie do znajomych na sylwestra. Nawet mu się udało. Ale zasuwał z łopatą bite dwie godziny (!). A coś mi się widzi, że po południu – żeby na tego Sylwestra wyjechać – zajmie mu to drugie tyle. Bo – dla odmiany – sypie…

Mruczanka Budowlanka

Zrobili Puchatkowi dowcip miesiąca. Dowcip roku w zasadzie.

Wszystko zaczęło się od tego, że a konto przyznanego kredytu Puchatek zamówił w Pewnej Firmie materiały do ocieplenia Chatki Puchatków. Styropian, klej, zaprawę, siatkę, kołki, …, …, i tak dalej. Oczywiście – ocieplanie odbędzie się dopiero latem, ale kupić trzeba było już teraz, żeby się na sławetną Ostatnią Ulgę Remontową załapać.

Zamówił Puchatek internetowo – telefonicznie. Zaliczkę wpłacił. I zainteresował się, kiedy nastąpi dostawa. „Proszę się nie martwić, pani ze spedycji zadzwoni i się z panem umówi. Przecież nam też zależy, żeby pan był w domu” – oznajmił Uprzejmy Głos W Słuchawce.

Puchatek postanowił zatem, że poczeka na telefon. A jak rzeczona pani zadzwoni, że na przykład jutro (Pewna Firma mieści się bowiem na Drugim Końcu Polski…), to Puchatek przygotuje miejsce w piwnicy i skrzyknie kilku znajomych do pomocy.

To był błąd.

W środę rankiem zadzwoniła komórka. „Czy to pan Puchatek? Z ulicy Takiej A Takiej w G.? Bo ja jestem na sąsiedniej ulicy, no, to niech pan mi powie, w którą mam skręcić?”

To nie była pani ze spedycji. To był pan kierowca.

Dziesięć minut później pod Chatkę Puchatków podjechał tir. Pan kierowca odkrył plandekę, a oczom Puchatka ukazało się trzysta metrów kwadratowych styropianu popakowanego w gustowne paczki o wymiarach metr na pół metra na pół metra. Było tych paczek 100. Słownie: sto. Jedynka, dwa zera, bez przecinków.

Widział ktoś z Was, jak wygląda sto paczek styropianu o wyżej wymienionych wymiarach? Nie? No to wam powiem obrazowo.

Wygląda tak, że podjazd, z którego prowadzą bramy wjazdowe do czterech w sumie posesji został zastawiony na amen, albo jeszcze trochę bardziej. Bo oczywiście pan kierowca pomógł tylko wywalić to wszystko na podjazd. Bo się spieszył.

W sumie to mu się Puchatek nie dziwi – jemu za wyładunek nie płacą.

Okazało się jednak, że poza styropianem trzeba jeszcze przenieść do piwnicy klej i zaprawę. Kleju było czterdzieści worków, każdy ważył 25 kilo. Zaprawy – dla odmiany – było czterdzieści worków i każdy ważył – dla odmiany – 25 kilo.

Jak łatwo policzyć – kleju  była tona, a zaprawy dla odmiany była tona.

Pierwszą tonę Puchatek przerzucił sam – z ciężarówki do garażu. Po 25 kilo. Na ramieniu. W tę i z powrotem.

Tymczasem M. (która nawet wyjść z domu nie mogła, bo Potwory chore, a ona sama dla odmiany też) rozpaczliwie wydzwaniała po znajomych, więc w połowie drugiej tony zjawił się zasapany kolega K. i pomógł.

Ale potem kolega K. pojechał do domu, bo musiał dzieci z przedszkola odebrać. A Puchatek został sam. To znaczy – nie sam. Został ze stoma paczkami styropianu, stoma, jedynka, dwa zera, bez przecinków. I z grypą, która go od kilku dni męczyła. I zaczął te paczki nosić do garażu (grypa nosiła się sama, przy okazji). I w różne inne miejsca, bo garaż szybko okazał się pełny.

I nosił Puchatek ten piórkowany styropian cztery godziny. Bo styropian ma to do siebie, że (w przeciwieństwie do zaprawy) jest lekki – każda paczka ważyła pewnie ze trzy kilo – więc można by nosić nawet po pięć paczek na raz, ale…

…Ale wymiary. Nie da rady, nie ma siły, nie da się złapać. Można na raz wziąć JEDNĄ paczkę. Pójść do garażu. Ustawić. Wrócić. Wziąć jedną paczkę. Pójść do garażu (na strych, do schowka w ogródku, niepotrzebne skreślić). Ustawić. Wrócić. Przepisać sto razy.

Możecie mi mówić „Styropianowy Joe”.

Jeden z tego wszystkiego pożytek: grypa jak ręką odjął. Widać taka mobilizacja zmotywowała organizm do wypowiedzenia grypie wynajmowanego lokalu.

Tyle, że dziś (czwartek) Puchatka wszystko boli. Wszystko. Rusza się Puchatek z trudem, podniesienie rąk powyżej ramion nie wchodzi w grę.

Ale za to będzie ciepło.

Za rok.

Mruczanka Już Świąteczna

Uwaga – czytać do końca! 😉

Jest u nas taka „nowa, świecka tradycja”, że Piłeczka w wigilię jest chora. Rok temu jechaliśmy z nią rano do lekarza i całe święta siedzieliśmy w domu. A dziś rano okazało się, że mamy powtórkę z rozrywki. Lekarz („Nocna Pomoc lekarska”, choć w dzień…), zapalenie oskrzeli. Lekkie, wirusowe – ale jednak. No i z jutrzejszego wyjazdu na obiad do Osobistego Taty nici.

Żebym się ekstremalnie tym martwił, to nie powiem – chyba nawet mam ochotę posiedzieć spokojnie w domu…

Wigilię mieliśmy w spokojnym gronie czteroosobowym („…nie licząc psa”). A przedtem, kiedy M. z Piłeczką pojechała do lekarza, ubieraliśmy z Pietruszką choinkę. I tak sobie pomyślałem…

Kiedyś, dawno temu, we wczesnym dzieciństwie, uważałem wigilię Bożego Narodzenia za Najważniejszy Dzień w Roku. Czekałem na nią już od wakacji, skreślając dni w kalendarzu (dosłownie! Czerwoną kredką…).

Potem – z różnych przyczyn, nie czas i miejsce o nich pisać… – było zupełnie inaczej. Był nawet taki czas, że tego dnia wręcz nie lubiłem. Święta zaczynały się dla mnie dopiero na pasterce, od proroka Izajasza i jego pełnych mocy słów („…naród, kroczący w ciemnościach, ujrzał światłość wielką, nad mieszkańcami kraju mroków zabłysło światło!”).

Potem, kiedy zaczęliśmy obchodzić wigilię w gronie już tylko „najbliższorodzinnym”, czyli z M. i (potem) Potworami – ten dzień znów zaczął być miły, choć takiej magii jak kiedyś już nie było. A dziś…

A dziś obserwowałem, jak czteroletni Pietruszka drżącymi łapkami usiłował powiesić na choince drewnianego bałwanka. Jak z otwartą buzią gapił się na wyjęte z pudełka, absolutnie magiczne Czerwone Bombki. Jak z niesamowitym przejęciem wygłaszał swoje komentarze na temat tego, gdzie powiesić kolejną pozłacaną szyszkę. Jaki był dumny, że gwiazdka wisi dokładnie tam, gdzie zechciał…

Dla niego te szklane bombki, drewniane bałwanki i słomiane gwiazdki miały naprawdę moc magiczną. Miały siłę misterium.

I nagle poczułem tę magię, tę moc dziecięcej wiary w Ten Dzień…

Przez cały wieczór przychodziły SMS-y, maile, dzwonili różni Krewni-I-Znajomi-Królika. Z życzeniami, rzecz prosta.

I nagle – ni z gruszki, ni z pietruszki – zadzwoniła Inside we własnej osobistości! Aż mnie przytkało (co u mnie naprawdę nie jest stanem normalnym 😉 – bo od osoby z blogosfery oczekiwałbym raczej maila, SMS-a czy komentarza na Puchatkowie. A tu stary, dobry, tradycyjny głos w słuchawce. 🙂

A teraz Potwory już śpią, gary posprzątane, a my sobie siedzimy i pijemy Bożonarodzeniową Herbatkę (z cynamonem, goździkiem, odrobiną imbiru i paroma innymi ingrediencjami).A z głośników leci mój prezent choinkowy, na specjalne zamówienie: Enya, Amarantine.

A jak się skończy, to chyba włączę sobie Bacha. Mam taką płytę z sonatami skrzypcowymi w wykonaniu Menuhina. Nie wiem dlaczego, ale kojarzą mi się z Bożym Narodzeniem…

A specjalnie dla Was – mam coś TAKIEGO.

 

 

 

 

 

To właściwie muzyka na drugi dzień świąt (…on the Feast of Stephen, czyli „…w dniu świętego Szczepana…).

Słowa – John Mason Neale (1818 – 1866), na podstawie staroangielskiej legendy o królu Wneceslasie. Muzyka – tradycyjna, w aranżacji i opracowaniu Loreeny McKennitt. (Wszystkie Prawa Zastrzeżone, 1995 Quinlan Road Ltd.). Pełny tekst – gdyby ktoś chciał przeczytać – znajdziecie tutaj. (To nagranie także wisi dzięki uprzejmości Inside. Dzięki 🙂

Wesołych Świąt!

Mruczanka przedświąteczna 2

 

No i zapowiada się, że święta będą spokojne.

Banki obłaskawione (oba – i ten, co go spłacamy, i ten, co to się w nim zdłużamy). Wszystkie papierki w porządku (grrrruba teczka…), czekamy już tylko na wyznaczenie terminu podpisania umowy kredytowej.

W związku z tym pożyczyliśmy od znajomych pieniądze, żeby jeszcze w tym roku kupić jak najwięcej materiałów do tego przyszłorocznego ocieplania i tak dalej – bo to ostatni rok ulgi remontowej.

Wczoraj byłem w wydawnictwie R-D, czyli u mojego głównego „tłumaczeniodawcy”. No i nagle (…zawsze jest „nagle”…) okazało się, że mają dla mnie jeszcze dwie spore książki. Najlepiej na wczoraj.

Wszystko wskazuje na to, że przynajmniej pierwsze pół roku (przyszłego) będę miał co robić. „Miał co robić” – to taki eufemizm. Może się okazać, ż przynajmniej jedną rzecz będzie trzeba „sprzedać”, bo się w terminach nie zmieszczę.

Czyli: teraz kończymy książkę dla R-D – do końca grudnia będzie gotowa.

W styczniu – kolejna książka dla R-D – na spółkę z drugim tłumaczem, bo do końca stycznia trzeba skończyć.

W lutym – książka dla Jednego Takiego Karpia, czyli Kolegi Z Czasów Gazetowych, co to własne wydawnictwo założył.

W marcu – kolejna książka dla R-D.

W kwietniu i maju – dwie dla wydawnictwa T. (nieduże, ale ciekawe).

W czerwcu – ostatnia z aktualnie planowanych dla R-D.

I to wszystko na straszny akord, bo tak naprawdę żeby każdą z tych książek zrobić w miesiąc, trzeba się będzie ostro sprężać.

Czyli powtarza się sytuacja z ubiegłego (już prawie) roku: przez pierwsze pół roku pracy jest tyle, że nawet gdyby potem nie było już nic, to od biedy da się za zarobione pieniądze do końca roku dożyć (no dobrze, od dużej biedy i bardzo oszczędnie, ale zawsze).

Czyli jest dobrze.

Mruczanka Niezwykle Romantyczna

Siedzieli na przeciw siebie. On zaczytany w jakiejś Bardzo Grubej Książce, ona przeglądała notatki z wykładów. Oboje w wieku średnio – studenckim. Kolejka – jak to kolejka – stukała sobie niespiesznie w kierunku Warszawy.

Obserwowałem ich kątem oka – trochę z nudów, trochę zaciekawiony.

Oni też obserwowali się nawzajem. Ukradkowe, szybkie spojrzenia znad książki, znad segregatora. Nieco dłuższe, kiedy obiekt obserwacji miał akurat oczy opuszczone. Krótsze, kiedy wzrok się spotykał – bo wtedy trzeba było szybko odwrócić się w inną stronę, bo przecież ja wcale, absolutnie, ja tylko czytam…

Ona wyraźnie mu się podobała. Nic dziwnego – była naprawdę ładna, rozpuszczone ciemne włosy, brązowe oczy, taki ciepły, południowy typ urody, klasyczne rysy.

On też wyraźnie jej się podobał. Ciemny blondyn, okulary, typ „elegancki intelektualista”, pod rozpiętą goreteksową kurtką – gruby, wełniany sweter (rzuciło mi się to w oczy, nie polar, tylko właśnie gruby sweter z golfem, wyraźnie ręcznie robiony).

On czytał, ona się uczyła, on spoglądał na nią, ona na niego, czasami ich wzrok się spotykał, ale wtedy szybko w bok, żeby nie pomyślał, żeby nie pomyślała… A kolejka stukała po swojemu – już Komorów, już Pruszków, coraz bliżej celu.

W Pruszkowie wsiadła do wagonu piegowata nastolatka obładowana bagażami. Jechała chyba na jakąś „klasową wigilię” – siaty z jakimś ciastem, w ręku duży stroik z bombkami, z plecaka wystawała jej czapa Mikołaja. A pod pachą…

A pod pachą niosła ogromną gałąź jemioły.

Torby postawiła na ziemi, stroik trzymała w ręce, a jemiołę – po chwili namysłu – położyła na półeczce nad siedzeniami.

Dokładnie nad Nimi.

Scena, która potem nastąpiła, trwała może półtorej, może dwie sekundy.

Ruch ręki wkładającej jemiołę na półkę – oboje spojrzeli na piegowatą nastolatkę, na jej rękę wyciągniętą prawie nad ich głowami, wreszcie na jemiołę. W tym samym ułamku sekundy oboje pomyśleli o tym samym – że jemioła… że pod jemiołą… Widać było – na obu twarzach, niezależnie, ale jednocześnie – taki błysk skojarzenia, drgnięcie oczu, uśmiech widoczny raczej w spojrzeniu, niż w kącikach ust.

No i – oczywiście, w konsekwencji, odruchowo – spojrzeli na siebie. I w kolejnym ułamku sekundy zrozumieli, że zauważyli to samo i o tym samym pomyśleli. Iskierka, mikrowyładowanie, on zrozumiał, że ona wie, że on wie, że ona wie…

…i oboje się okropnie speszyli. On szybko wbił oczy w książkę, ona – lekko zaczerwieniona – wróciła do swoich notatek.

Dwie sekundy – ale dobry reżyser nakręciłby z tego scenę, za którą dostałby Oscara. A dobry pisarz mógłby w tym miejscu zacząć książkę.

Mruczanka Przedświąteczna

Nie, nic o przygotowaniach, porządkach i gotowaniu.

Mam dla Was przedświąteczną muzykę.

Posłuchajcie.


Muzyka wisi dzięki uprzejmości Inside, która udostępniła miejsce na serwerze (własnego Puchatk nie posiada).

„Psalm o Gwieździe” z przedstawienia „Kolęda – Nocka”.

Muzyka – Wojciech Trzciński
Słowa – Ernest Bryll

Teresa Haremza, Krystyna Prońko, chór Teatru Muzycznego w Gdyni.

(Wszystkie Prawa Zastrzeżone – Polskie Nagrania, 1994)

Mruczanka Limerykowo Zachwycona

Dziś REWELACYJNY ciąg dalszy pewnego konkursu.

Jakiś czas temu Puchatek organizował tu konkurs na limeryki z nazwami miejscowości „Płyćwia” i „Rozprza”.

Wyniki konkursu można sobie przypomnieć TUTAJ. Zwyciężczynią (bezapelacyjną) została wówczas Matsa, której Puchatek zresztą do dziś (z uwagi na odległość…) winien jest czekoladę. Dobrą. Z orzechami.

I wtedy, na koniec, w komentarzach, na pytanie o inne „wredne” nazwy miejscowości, Puchatek napisał:

>>Puchatek zawsze jakiś wredny pomysł znajdzie, czemu nie? Na poczatek >>proponuję „Albuquerque”. To w Teksasie, jakby kto ptał 🙂

No i Matsa – niezawodna – po dłuższym czasie przypomniała sobie o tym i… napisała. Puchatek się zachwycił! Więc zamieszcza – bo to naprawdę warte przeczytania!

Wiwat dla Matsy! Puchatek sugeruje czytelnikom uważne wczytanie się zwłaszcza w ten drugi limeryk, bo to mistrzostwo absolutne.

A zatem: Made By Matsa.

Pewien kowboj co żył w Albuquerque
raz oskomę miał na cukierki.
Zamiast grzecznie je wziąć
Wolał kapelusz miąć
Mówiąc – hola! nie ze mną te gierki!

i wersja druga, żeńska 😉

Young, sweet girl spod town Albuquerque
Miała pink (malowane) pazurki.
dłonie też miała pink,
Bo się zatkał jej sink,
Gdy z pink crayon robiła raz wiórki.

No, powiedzcie sami – rewelacja, czyż nie?

😀