Czas płynie

Dziewiętnaście lat temu, 2 maja 2002 r, przeprowadziliśmy się z Warszawy do G. Przyjechaliśmy na cztery samochody: w jednym, z moim tatą za kierownicą, jechaliśmy my z M. i dokładnie dwumiesięczny Pietruszka, drugi to była ciężarówka przeprowadzkowa, a dwa pozostałe – nasi przyjaciele, którzy całą bandą przyjechali, żeby nam pomóc się wypakować i wstępnie „urządzić”.

Kiedy panowie z firmy przeprowadzkowej wyładowali nasze graty i się wynieśli, cała banda ruszyła do dzieła: było sprzątanie, mycie podłóg i łazienki, umieszczanie różnych rzeczy w różnych pokojach, skręcanie mebli, wieszanie lamp i takie tam. Tego pierwszego dnia „urządziliśmy” w zasadzie trzy pomieszczenia: naszą sypialnię, kuchnię i łazienkę. Duży pokój na dole został zastawiony stosami pudeł, książek i mebli, a reszta pomieszczeń na razie stała pusta.

W czasie, kiedy myśmy szaleli w domu, Pietruszka – przypomnę, dokładnie dwumiesięczny – jako pierwszy korzystał w pełni z faktu wyprowadzki z miasta: spał mianowicie w swoim wózeczku w ogródku, w cieniu rzucanym przez dom.

A potem, po południu, wszyscy pojechali – i zostaliśmy sami, gotowi spędzić pierwszą noc w naszym nowym domu. Domu, który wtedy – po przeprowadzce z apartamentu o powierzchni 24 metrów kwadratowych – wydawał nam się pałacem po prostu. Pamiętam ten wieczór: byliśmy zmęczeni, ale szczęśliwi jak rzadko. Mieliśmy to niezwykłe, magiczne niemal poczucie, że oto zaczyna się coś nowego, jakiś nowy etap, nowy rozdział, że wyruszamy w zupełnie nową podróż. Taka archetypiczna świadomość Nowego Początku.

I oto siedzę tu, dziewiętnaście lat później. Przez te lata wydarzyło się wiele dobrych rzeczy – i wiele rzeczy niedobrych i bolesnych. A Pietruszka – ten sam Pietruszka, który wtedy spał w wózeczku, w naszym nowym ogródku, w cieniu naszego nowego domu i miał dokładnie dwa miesiące – ma dwoje młodszego rodzeństwa i jutro pisze pierwszy egzamin maturalny. Coś się kończy, coś się zaczyna.