Mruczanka (nie)cierpliwa

Ha.

Rozmowa z Panem B.C. – wielce obiecująca. Pan C. zdecydowanie widzi mnie jako swojego współpracownika w przygotowywanym Projekcie. Prosi o dyskrecję, dopóki wszystko się nie wyjaśni. Oczywiście – dopóki nie wszystko wiadomo (czyli – nie wiadomo czy będą pieniądze na Projekt i ile ich będzie…) nie może mnie „zatrudnić”. Na razie współpraca (czyli, niestety, nie mogę jeszcze zanieść wymówienia w firmie B…), a docelowo – będę jego zastępcą. Szansa na stałą pracę – za jakieś 3 do 6 miesięcy. Potencjalne zarobki (zwłaszcza na początku) nieduże – ale przy pracy głównie w domu więcej też byłoby możliwości i czasu na dorabianie, więc to by się wyrównało.

Czyli – remis moich obaw z nadziejami. No bo obawy były takie, że zaproponuje mi w ogóle tylko współpracę (pisywanie dla niego tekstów…), co dla mnie byłoby nie do zrobienia (nie jestem w stanie zaangażować się mocniej czasowo, siedząc 8 godzin dziennie w B.). Nadzieje – że „już” mnie zatrudni i będę mógł się pożegnać z firmą.

Nie jest źle. Otwiera się perspektywa. Jeśli to wyjdzie (wszystko będzie wiadomo za jakieś 2 – 3 tygodnie), to WARTO POCZEKAĆ.

Pana C. znałem wcześniej z lektur i opowieści, z kilku rozmów telefonicznych. Spotkanie z nim „na żywo” to duża przyjemność. Człowiek dużej klasy i ogromnej kultury, prawdziwy intelektualista, sama rozmowa z nim to ciekawe doświadczenie intelektualne. Nie wątpię, że szefem byłby STRASZNYM 🙂 – w tym sensie, że byłby ogromnie wymagający, konsekwentny, a na dodatek – po raz pierwszy od daaaawna – miałbym szefa, któremu NIE DA SIĘ „wciskać kitu” 🙂

Wiem też, że praca z nim (zwłaszcza w tym Projekcie) byłaby sytuacją stymulującą – intelektualnie, ale duchowo też. WRESZCIE. Dosyć już mam pracy polegającej na „odrabianiu pańszczyzny”. Potrzebuję jakichś wyzwań, impulsu do ruszenia do przodu… Nie mam już siły pisać o głupotach i użerać się z durnymi problemami stwarzanymi sztucznie przez ambicje i brak myślenia mojego obecnego szefostwa. W dodatku tego, co teraz robię, nie da się nawet określić ucziwie mianem dziennikarstwa (dział handlowo-reklamowy dyktujący dziennikarzom, z kim mogą rozmawiać, a z kim nie, „bo jak z nim zrobisz wywiad, to nie da reklamy”… A co mnie to obchodzi?!).

Ad maiorem natus sum 🙂

Czyli: rzeczywiście (miejmy nadzieję!) zaczęło się coś nowego. Tak to już ostatnio jest w moim życiu, że do rzeczy ważnych dochodzi się powoli i mozolnie. OK – mogę poczekać. Już umiem.

Bo kiedyś nie umiałem. Nie potrafiłem czekać. To podobno charakterystyczna cecha DDA. Dopiero M. mnie tego nauczyła – swoją cierpliwością, konsekwencją, wyciszeniem; Nie wiem, kim byłbym, gdyby nie Ona.

Chodzi za mną „Symfonia Klasyczna” Prokofiewa. Oczywiście – w najbliższych dniach nie zdołam spokojnie siąść i posłuchać płyty. Pietruszka ma ostatnio taki etap, że boi się włączonej wieży. Kiedyś bardzo lubił („tańcić… Tutuś chce tańcić…” 🙂 a teraz – nie. Jak gra muzyka („mechaniczna”), to się boi i płacze. Czyi – na razie można słuchać muzyki tylko wieczorem, kiedy Pietruszka już śpi. A wtedy, to niestety muszę siedzieć nad tłumaczeniem dla R-D, bo w końcu zima się zaczyna i trzeba będzie płacić wyższe rachunki za gaz (ogrzewanie!). 🙂

Takie życie. Ale może w sobotę wieczorkiem się uda. Zaparzymy herbatkę (tak uczciwie, w wyparzonym dzbanku, prawdziwą…) i posłuchamy Prokofiewa. Miła prespektywa – zobaczymy, czy wyjdzie 🙂

Pozdrawiam –

zdeterminowany Puchatek.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s