Bunt Skuteczny (poniekąd) i inne atrakcje

Ha. Pani odpisała i zgodziła się na zaproponowaną przeze mnie stawkę. Co należy uznać za sukces… do pewnego stopnia. Bo stawka, którą zaproponowałem, i tak jest w gruncie rzeczy bardzo niska. Ale (uznajmy) mieści się w granicach przyzwoitości, a książka jest ciekawa i fajnie napisana. Dodatkowo wydawnictwo zgodziło się na niewielką zmianę kształtu umowy tak, żeby mi bardziej pasowało. Więc ogólnie chyba jestem do przodu…

***

Ferie się zaczęły. Pierwszy tydzień w domu, bo Piłka przeszła do trzeciego etapu konkursu kuratoryjnego z polskiego (90 procent!), a w pierwszym tygodniu jej polonistka siedzi w domu, więc mogą się kilka razy spotkać i poprzygotowywać. Zważywszy, że pani K. robi to w swoim wolnym czasie i nikt jej za to nie płaci, to trudno wybrzydzać.

Zresztą i tak wyjechać możemy najwyżej na kilka dni. Raz, że na dłużej nie bardzo jest za co. Dwa, że patrz punkt pierwszy, czyli nowa książka do tłumaczenia (termin do końca marca – i wcale nie mam poczucia, żeby to był nadmiar czasu…).

Pojedziemy do C., do cioci (która już dzwoniła dopytywać się, kiedy będziemy, bo „ferie się zaczynają i czegoś nam w domu brakuje). Miło, że są jeszcze miejsca, w których ktoś cieszy się na nasz przyjazd…

W dodatku G., wnuczka cioci, właśnie kończy pierwszy semestr studiów. Myślała o medycynie, ale paru punktów jej zabrakło, więc (na razie?) studiuje psychologię – i bardzo się cieszy na mój przyjazd, bo będzie mogła z kimś o studiach pogadać. Może być ciekawie…

***

Podarły mi się spodnie. OK, nie jest to news dnia, zdarza się – problem polegał na tym, że to były moje ostatnie czarne spodnie. A jak wiadomo nie wszędzie wypada pójść w niebieskich dżinsach czy w spodniach koloru khaki.

Pojechałem zatem do pobliskiej galerii handlowej, do sklepu dużej odzieżowej sieciówki, w którym zwykle można było kupić spodnie za rozsądne pieniądze. Niestety, dłuższa chwila poszukiwań na półkach i wieszakach ujawniła straszliwą prawdę: spodnie owszem, były, ale wyłącznie w fasonach „slim fit” albo „skinny fit”. Czyli albo „rurki”, albo „jeszcze bardziej rurki”.

Poszedłem do sprzedawczyni (większość pracujących tam pań wygląda, jakby były niewiele starsze od mojej córki… Czy to one są młode, czy ja się starzeję?…) i zapytałem, czy dostanę normalne czarne spodnie. – A co pan rozumie przez „normalne”? – zapytała pani podejrzliwie.

– No, wie pani, żeby to nie były rurki… – odparłem.

– A pan nie lubi rurek? – zapytało dziewczę pogodnie.

– Proszę pani – odparłem patrząc na nią z politowaniem. – Niech pani na mnie popatrzy. Jak, pani zdaniem, wyglądałbym w rurkach?…

Sadząc po jej minie – załapała (i doceniam profesjonalizm, bo nie zaczęła się śmiać).

Niestety, okazało się, że „standard fit” są tylko niebieskie dżinsy, więc muszę szukać dalej. Czy naprawdę wszyscy faceci w dzisiejszych czasach chodzą w „rurkach”?! Bo niektórzy (jak ja) zdecydowanie nie powinni…

 

 

Przedświątecznie…

W zasadzie dopiero wczoraj udało mi się nadrobić wszystkie zaległości, zamknąć wszystkie „tyły” i generalnie dogonić rzeczywistość (…ciekawe, na jak długo). Teraz już robię tylko prace bieżące.

*

Jak to jest, że ZAWSZE w grudniu robi się finansowy dołek? Niby czekam na pieniądze z czterech różnych źródeł – jak już wszystkie wpłyną (a jest cień nadziei, że stanie się to przed świętami…) to chyba nawet będę na plusie (…troszkę). Ale na razie – na koncie echo… (Jak mawiał w czasach studenckich pewien znajomy, mieszkający w akademiku: „W lodówce mam dwie rzeczy: światło i zimne powietrze. Przy czym światło  nie zawsze, ale tylko wtedy, kiedy otworzę drzwi…” – to teraz podobnie jest z moim kontem bankowym :-)).

*

Piłka – jako JEDYNA z całej szkoły – przeszła do drugiego etapu polonistycznego konkursu kuratoryjnego. Teraz siedzi, czyta mądre książki, spotyka się prywatnie ze swoją znakomitą polonistką (która, nota bene, robi to absolutnie „społecznie”, szkoła jej za te dodatkowe godziny nie płaci…) i ma nadzieję, że uda jej się przejść do trzeciego. A wtedy jest już spora szansa, że zostanie jeśli nie laureatką, to przynajmniej oficjalną finalistką (do tego w trzecim etapie trzeba zdobyć bodaj powyżej 30 procent punktów). Taki tytuł finalisty daje jej dodatkowe 10 punktów przy rektutacji do liceum, co ma swój urok, zważywszy na „podwójny rocznik”, jaki zafundują dzieciakom w przyszłym roku Niemiłościwie Nam Panujący.

*

Dwa dni temu (!) ocknąłem się, że przecież już zaraz święta, a ja z jakimikolwiek prezentami jestem, delikatnie mówiąc, w czarnej dziurze. A tu jeszcze Osobisty Tata (mówiąc wprost) zwalił na mnie kwestię prezentów dla Potworów od dziadka. To znaczy – mam nie tylko dowiedzieć się, co by Potwory chciały dostać, ale jeszcze to zamówić / kupić, a dziadek to sfinansuje. Niby trudno się dziwić – dziadkowi bliżej już do ósmego krzyżyka, niż do siódmego, trochę sił brakuje, żeby po sklepach biegać… Tyle, że mnie z kolei brakuje czasu. Ech.

Dobrze, że przynajmniej Potwory wiedzą, czego chcą. Na przykład Pietruszka: zapytany, co chciałby dostać od dziadka pod choinkę, odpowiedział natychmiast, bez wahania i bez cienia wątpliwości: „Nie wiem”. I tak co roku, do jasnej karbidówki…

Po przerwie…

No nie było jak i kiedy.

Przechorowałem się przez prawie półtora miesiąca (!). Zrobiło mi się zapalenie nerwów wstępujących – coś jak „korzonki”, ale w szyi. I trzymało półtora miesiąca z jedną, kilkudniową przerwą. Koszmar po prostu: ból niby niewielki, ale absolutnie wystarczający, żeby nie móc zasnąć. I wystarczający, żeby nie móc pracować. Przez półtora miesiąca robiłem w zasadzie wyłącznie to, co musiałem robić na bieżąco – bo więcej po prostu nie byłem w stanie. Dwie godziny pracy dziennie, maksimum trzy. A dodatku mój twardy organizm jest dość odporny na wszelką chemię: standardowe leki przeciwzapalne prawie nie działały, te niestandardowe – słabo. Dopiero ketonal pomógł (i to po dziesięciu dniach zażywania dość końskiej dawki). Przez ostatnie trzy lata nie zjadłem tyle lekarstw, co od października do połowy listopada. Pewnie już świecę w ciemności…

W związku z powyższym – zaległości w pracy mam takie, jak stąd na Kamczatkę. To znaczy – miałem, bo już część nadrobiłem. Jak się dobrze sprężę – i jak nie zwali się za dużo rzeczy „bieżących” – to do czwartku powinienem dogonić rzeczywistość. Miejmy nadzieję.

Okołoszkolnie – c.d.

No i stało się. Po dziewięciu latach pożegnaliśmy się ze szkołą w A. Przenosiny Pucka były przez moment trochę nerwowe, bo wyglądało na to, że nie będzie dla niego miejsca (akurat pięte klasy w P. okazały się pełne…), ale właśnie, kiedy rozmawiałem o tym z panią dyrektor, okazało się, że ktoś zrezygnował. Miejsce się zwolniło.

I dziś Pucek zaczął rok szkolny w nowej szkole. Ma fajną klasę, bardzo sympatycznego wychowawcę (anglista, ten sam, który uczy Piłkę w ostatniej klasie gimnazjum) i bardzo dobry zestaw nauczycieli.

Trochę mi szkoda szkoły w A., to było ciepłe, rodzinne miejsce, w którym – poza wszystkim – Puckiem bardzo się zaopiekowano w najtrudniejszych chwilach trzy lata temu. Ale tak się dłużej po prostu nie dało żyć.

A teraz Pucek będzie miał codziennie lekcje na ósmą rano, a kończyć będzie między pierwszą a drugą po południu.

***

Co oznacza także, że ja będę miał wreszcie czas na pracę – „ciurkiem” od rana do plus minus drugiej. Może wreszcie nadrobię zaległości, przyspieszę książkę…

Bo na razie – jest fatalnie. Minus na koncie jest większy, niż łączna suma wpływów, które są przewidziane na wrzesień. A w tym tygodniu czeka mnie jeszcze zakup podręczników dla Pietruszki, bo przecież w liceum już „darmowych” nie dostają. A, no i bilety miesięczne. Ciekawe, czy minus nie zdąży dojść do dna, zanim wpłyną najbliższe pieniądze… Fajnie, co…?

Wakacje, wakacje i po…

Przepraszam, ale jakoś do pisania (tutaj) nie mogę się ostatnio zebrać.

Wakacje były. Wyprawa wakacyjna zawiodła nas nad Balaton, w okolice uroczego Tihany, do krainy papryki, lawendy i totalnego lenistwa. A potem byliśmy jeszcze dwa dni w Słowenii, gdzie przejechaliśmy przez przełęcz Vrsic, zwiedzaliśmy Planicę (Pietruszka z Puckiem nawet wdrapali się na samą górę największej skoczni!) i podziwialiśmy widoki.

A potem byliśmy nieco ponad dwa tygodnie w okolicy Tarnowa, na wyjeździe zorganizowanym (17 dni, kiedy nie musiałem gotować. W ogóle. Mmmm…).

A teraz jesteśmy już w domu.

I wszystko wraca do normy. Pracę trzeba nadrabiać (na wyjeździe coś tam robiłem, ale zaległości narosły…), do szkoły się przygotowywać, na koncie minus… Wszystko po staremu.

Z nowości to tyle, że właśnie zmywarka odmówiła współpracy. Jutro przychodzi fachowiec. Wszystko wskazuje na to, że padła pompa. Az się boje pomyśleć, ile to będzie kosztowało…

***

A poza tym dużo myśli, dużo różnych pomysłów, dużo obaw i niepokojów przed nowym rokiem szkolnym. Ale o tym kiedy indziej.