Za górami, za lasami, na dalekich morzach…

Obiecałem, że napiszę – i oczywiście po raz kolejny mi się nie udało. Niewiele brakowało, a spełniłbym obietnicę dopiero po powrocie. Jutro dzień będzie szalony, na pewno nic nie napiszę, a pojutrze rano wyruszam. A po-pojutrze rano będę już za górami, za lasami…

Tym razem tych gór (…i lasów) będzie naprawdę sporo. Drugi raz w życiu będę tak daleko od domu. Pierwszy był w roku 1993, kiedy w ciągu półtora miesiąca autobusami i autostopem przejechałem wzdłuż i wszerz całe Stany Zjednoczone. Pojutrze rano zaczynam wyprawę na porównywalną odległość (…sumarycznie chyba nawet nieco większą), tylko w zupełnie przeciwną stronę. Czyli równie daleko, ale za to kierunek jest nieco mniej oczywisty. Jasne, jest na świecie jeszcze parę miejsc, gdzie jest dalej – ale już nie tak bardzo dużo…

W sobotę rano (czasu miejscowego, w Polsce będzie wtedy środek nocy) będę w Manili, a wczesnym popołudniem (czasu miejscowego) w Silay, niedaleko Bacolod na wyspie Negros.

Tak, Panie i Panowie – lecę na Filipiny. Wyjeżdżam w piątek rano, wracam 13 maja.

Dodam (…żebyście nie pomyśleli, że wygrałem w Lotto…): nie, nie będzie to wyprawa turystyczna (choć, rzecz prosta, to i owo na pewno uda się zobaczyć – na czele z aktywnym wulkanem Kanlaon). Razem z grupą animatorów z Ruchu będziemy tam prowadzić dwie krótkie serie rekolekcji. Czyli jadę na misje…

Co, jak, dlaczego, jak do tego doszło – to naprawdę długa historia, którą nie omieszkam się z Wami podzielić, ale już raczej po powrocie. Jutro czeka mnie wielkie pakowanie i załatwianie tysiąca Bardzo Ważnych Spraw, więc chyba muszę już kłaść się spać.

Powiem Wam tylko jedno: tak się złożyło, że akurat jak tam będziemy, odbędzie się konklawe i (najprawdopodobniej) zostanie wybrany nowy papież. Jednym z „papabile” – wymienianym wśród piątki najbardziej prawdopodobnych kandydatów – jest były arcybiskup Manili, kardynał Luis Antonio Tagle. Więc gdyby się okazało, że to on zostanie nowym biskupem Rzymu – to byłoby naprawdę niesamowite doświadczenie, móc być świadkiem jego wyboru w jego ojczyźnie.

***

Cieszę się na ten wyjazd, oczywiście, jak głupi… To niesamowite „combo”:

  • bardzo daleko;
  • Azja (pierwszy raz);
  • wyspy…
  • …na Pacyfiku (!)
  • prawie na równiku (będziemy dokładnie 4 stopnie nad równikiem)
  • …no i w ogóle kompletny Koniec Świata

…czyli wszystko to, co Tygrysy lubią najbardziej.

Co nie zmienia faktu, że jest kilka spraw, które moją radość nieco przytępiają. Kilka spraw, o które się martwię (nie tam, nie w podróży – ale w tym, co zostawiam tu, w domu). Więc tych z Was, którzy mają takie zwyczaje, proszę o duchowe wsparcie…

Takie sobie marudzenie…

Wybaczcie, że mało piszę. Nie dlatego, bynajmniej, że nic się nie dzieje (…choć naprawdę nie dzieje się nic…), bo dzieje się dużo. Ale jakoś nie mam siły. Nie mogę się zebrać. Co, rzecz prosta, jest bez sensu, bo właśnie powinienem się zebrać, bo to pisanie pomaga mi zebrać myśli, zobaczyć pewne rzeczy jaśniej, spojrzeć z dystansu.

Ale co z tego, skoro nie mogę. Poczucie zapętlenia, niemożności, bezsilności sprawia, że kiedy chcę usiąść i coś napisać, jakiś wewnętrzny głos mówi „…ale po co… nie mam siły… nie chce mi się…”. Nienawidzę poczucia bezsilności. Nienawidzę sytuacji, kiedy po prostu nic nie mogę zrobić, kiedy jedyne, co mi zostaje to czekanie, aż sprawy się ułożą.

Tak, mam pełną świadomość tego, że to oczekiwanie (…i realna nadzieja, że sprawy się rzeczywiście ułożą) jest efektem tego, że wcześniej zadziałałem, że podjąłem określone decyzje. I mam świadomość, że były to słuszne decyzje.

Ale to nic nie zmienia. Konieczność patrzenia, jak „sprawy powoli się układają” – bez możliwości interwencji, zmiany czegoś, przyspieszenia ich… – jest dla mnie torturą. Tym większą, że patrzę na czyjeś cierpienie, czyjeś zmagania. I nie jestem w stanie pomóc „tu i teraz”.

Wybaczcie, że nie wchodzę w szczegóły (choć niektórzy z Was je znają…). Ale tych pozostałych też proszę – westchnijcie w intencji…

***

Tymczasem – o czym tu dotąd nie pisałem – poza wszystkim innym przede mną naprawdę wyjątkowa wyprawa. Po Wielkanocy wyruszam w miejsce naprawdę niezwykłe. Niezwykłe przez swoje położenie, niezwykłe przez fakt, że tam jeszcze nie byłem, niezwykłe przez odległość (ostatni raz tak daleko od domu byłem ponad trzydzieści lat temu, jak podróżowałem po Stanach; to będzie porównywalna odległość, choć miejsce dużo mniej oczywiste, a przez to – z perspektywy Wędrowca – jeszcze bardziej pociągające). Nie będzie to wyprawa turystyczna (choć oczywiście jakiś element Wielkiego Wędrowania też się w tym znajdzie). Więcej szczegółów może następnym razem (…taki mały cliffhanger…).

No i powinienem się cieszyć i być nakręcony samą wizją… Ale jestem tylko trochę. To, o czym pisałem na początku, sprawia, że boję się tego czasu. Tak, jak dzieliłem się w rozmowie z kilkoma osobami, które też tam jadą: paradoksalnie nie boję się drogi, nie boję się wyprawy, związanych z nią wyzwań (jestem Jaś Wędrowniczek, Włóczykij, Wędrowiec, droga to mój żywioł…) – boję się tego, co zostawiam za sobą tu, w domu.

Ale może niepotrzebnie. Może właśnie tak ma być. Może właśnie to moje zniknięcie na dwa tygodnie sprawi, że coś się szybciej ruszy do przodu. Może doda energii, zmobilizuje do działania. Chcę mieć taką nadzieję.

***

Taka myśl, która ostatnio wraca i domaga się przemyślenia: z odwagą – czy też, patrząc z drugiej strony, ze strachem – jest tak samo, jak z miłością (tą w znaczeniu Agape) czy z przebaczeniem. Tu nie chodzi o uczucia (w sytuacji zagrożenia tylko głupiec się nie boi), ale o świadomą decyzję. Odwaga to nie brak uczucia strachu – ale zdolność robienia tego, co właściwe, mimo strachu.

***

A mówiłem Wam, że Piłka przebiegła ten półmaraton w Cambridge? Coraz częściej się zastanawiam, czy jednak jej nie podmienili w szpitalu jako noworodka…

***

Passenger na koniec. Posłuchajcie. Bardzo mnie ta piosenka poruszyła. Ten człowiek jest naprawdę świetnym „tekściarzem” (poza wszystkim). To kolejny utwór (po tym, który wrzuciłem w poprzednim wpisie) z muzycznej adaptacji książki „Niezwykła wędrówka Harolda Fry” autorstwa Rachel Joyce.

Sound of Silence…

Trochę nie mam siły pisać. Jest taka dziwna zależność w moim życiu, że zawsze jak się wydaje, że wszystko się wali, że zostały już tylko gruzy i zgliszcza, to okazuje się, że jednak jest w tym wszystkim jakaś droga, że otwiera się nowa perspektywa, że coś się na tych gruzach jednak da zbudować.

Niestety, ten medal ma też drugą stronę, swój negatyw, lustrzane odbicie: czasami mam wrażenie, że zawsze, jak już się wydaje, że jest lepiej – że jest dobrze, że wszystko się jakoś układa – to wyskakuje coś, co ten obrazek burzy. Jakiś kolejny problem, kolejny dołek, kolejna przeszkoda.

Tak, to oczywiście prawda stara jak ludzkość, odwieczny cykl strapienia i pocieszenia, tak rzeczowo opisany przez Ignacego Loyolę.

To tym bardziej trudne, że ja – dawno już doszedłem do tego wniosku – naprawdę nie mam dużych wymagań. Nie oczekuję od życia rzeczy wielkich. Wstrząsających przeżyć, wybuchów emocji, największych wspaniałości. Milionów na koncie. Naprawdę. To, co mam, zupełnie mi wystarcza. Nie musi być rewelacyjnie. Nie musi być wspaniale. Nie potrzebuję wielkich wydarzeń, żeby się zachwycić.

Czasami chciałbym tylko, żeby było normalnie. Zwyczajnie. Spokojnie. Żeby nie musieć się martwić o codzienność, o przyszłość. O bliskich.

No i właśnie: ile razy tę normalność osiągam (czy, w każdym razie, już mi się wydaje, że ją osiągam…), tyle razy dzieje się coś, co ją zaburza. I bardzo często jest to coś, na co nie mam żadnego wpływu – albo mam wpływ bardzo niewielki.

Hey, Mr. Tambourine Man, play a song for me – I’m not sleepy and there ain’t no place I’m goin’ to…

Muzycznie – adwentowo

Od paru dni się zbieram, żeby coś napisać, ale jakoś nie mogę się zebrać. To nawet nie jest tak, że jakoś szczególnie dużo się dzieje, bo nie dzieje się więcej niż zwykle… Chwilami dzieje się nawet mniej. Przynajmniej zewnętrznie. Siądę. Napiszę. Jeszcze przed świętami, słowo.

Ale dziś tylko krótko.

Gdybyście szukali muzyki na te ostatnie dni Adwentu… Jest taka absolutnie genialna płyta adwentowo-bożonarodzeniowa, zatytułowana „Waiting for the Light”. Chór (żeński) warszawskiego Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina nagrał „A Ceremony of Carols” Benjamina Brittena – dwunastoczęściowy utwór na głosy solowe, trzygłosowy chór i harfę. Kolejne części oparte są na kolejnych tradycyjnych, angielskich (głównie) kolędach. Rzecz piękna – ale już zdecydowanie świąteczna. Gdzie zatem Adwent?

Pierwsza część płyty to osiem utworów młodego polskiego kompozytora muzyki (głownie) chóralnej, Jana Krutula. Tak, tego samego, o którym wspominałem kilka wpisów temu.

Janek napisał siedem krótkich, absolutnie przepięknych utworów opartych na siedmiu Antyfonach Wielkich, prowadzących liturgię Kościoła przez ostatnich siedem dni Adwentu. Fortepian, chór i instrument perkusyjny – w każdej antyfonie inny. Każda ma zupełnie inny nastrój, inne brzmienie, inny klimat – nawiązujący do treści. Zaczynają się łagodnie, narastają do „szczytu” czwartej antyfony („O Clavis David”), a potem znowu opadają łagodnie do finałowej „O Emmanuel”.

Ósmy utwór – stanowiący przejście między adwentowymi antyfonami a bożonarodzeniowym utworem Brittena – to niesamowita pieśń „O Magnum Misterium”, będąca swego rodzaju hymnem nocy wigilijnej.

Posłuchajcie. Naprawdę warto. To dość nowoczesne utwory, ale niezwykle „słuchalne”. W harmoniach, które pisze Janek, jest coś tak niezwykłego, coś tak do głębi poruszającego… Nigdy chyba nie słyszałem jeszcze muzyki, która tak naturalnie oddaje klimat Adwentu. Na warsztatach, na których byłem w lecie, autor opowiadał nam o tych antyfonach, zrobił całe wprowadzenie, tłumacząc, dlaczego takie a nie inne motywy, skąd takie brzmienia w poszczególnych fragmentach, dlaczego takie właśnie instrumentarium… Niezwykłe to było. Ale nawet bez całego tego wprowadzenia – wystarczy zamknąć oczy i posłuchać (uprzednio przeczytawszy same antyfony, żeby rozumieć ich treść).

Gdybyście chcieli posłuchać – wszystkie można zaleźć na YouTube, tylko trzeba sobie włączać po kolei. Ale można całą płytę znaleźć także na Spotify i na Tidalu – zwłaszcza ten ostatni serwis (jeśli tylko jesteśmy podłączeni do szybkiego internetu) proponuje jednak DUŻO wyższą jakość dźwięku, co w przypadku tej akurat muzyki naprawdę ma znaczenie.

Posłuchajcie. Ja mam wrażenie, że za każdym razem wyprawiam się do innego świata.

Jesiennie i literacko

Trudno mi się ostatnio zebrać do tego, żeby coś napisać. I nawet nie do końca wiem dlaczego – bo pracy nie mam więcej niż zwykle. Chyba chodzi o jesień, która nigdy nie była moją ulubioną porą roku. Zimno, mokro, ciemno i w ogóle nic się nie chce. Pisać też. A z drugiej strony mam świadomość, że to pisanie mi dobrze robi, że pomaga poukładać sobie w głowie różne myśli… Może powinienem podjąć taką świadomą decyzję, żeby częściej tu pisać. Raz na tydzień na przykład. Tyle, że takie konkretne postanowienia nie są moją mocna stroną. Zobaczymy.

Skończyłem poprzednią książkę, która, choć bardzo ciekawa, była – zwłaszcza w swojej końcowej części – lekturą poniekąd dość przygnębiającą (nie mogę na razie szczegółów zdradzać, bo książka jeszcze nie wyszła). Miałem nadzieję, że następna będzie nieco lżejsza – ale nic z tego: opowieść w zupełnie innym wymiarze, ale niestety pokazująca bardzo nieprzyjemną stronę ludzkiej natury. Świetnie napisana, dynamiczna, pokazująca znaną historię w zupełnie innym świetle… Ale niewątpliwie przygnębiająca.

***

Tymczasem codzienne życie toczy się zwykłym trybem. Pietruszka wygląda na zadowolonego ze studiów magisterskich – w drugiej połowie września znowu chodził trochę „nakręcony”, niepewny, czy dobrze wybrał – i siłą rzeczy w kiepskim humorze… Ale teraz wygląda na to, że jest dobrze. Wraca z zajęć zmęczony, ale w humorze (co u niego rzadko idzie w parze), zdarza się nawet, że coś opowiada. Ja co prawda niewiele z tego rozumiem, ale cieszę się razem z nim.

Piłka – niezależnie od wszystkich „normalnych” (dla niej) codziennych sukcesów – aplikuje na studia magisterskie (Masters). Z jednej strony – te trzy konkretne kursy magisterskie, które ją interesują, są w samych lokalizacjach z górnej półki (Oxford, jakiś drugi ośrodek w Anglii, którego nie pomnę, i Harvard). Z drugiej – ona jest w sytuacji, w której może do tego podchodzić absolutnie na luzie – jeśli dostanie się (i zdobędzie odpowiednie stypendium) w jednym z tych trzech miejsc, to świetnie; ale jeśli nie uda się zdobyć stypendium, to też nie szkodzi: tak, jak pisałem, ma już zagwarantowaną pracę w jednej z największych i najbardziej prestiżowych kancelarii prawnych w Wielkiej Brytanii, do której zostanie przyjęta niezależnie od magisterki. Więc w razie czego może spokojnie iść do pracy (dobrej, przyzwoicie płatnej, dającej „dobry wpis w CV”), a za dwa albo trzy lata i tak pójść na magisterkę na koszt pracodawcy, który w zamian zażąda np. podpisania cyrografu na kolejne trzy lata – ale to, jak mówi Piłka – jest „wliczone w koszty”.

Poza tym Piłka – namówiona przez swoją przyjaciółkę z Tanzanii – zaczęła… biegać. BIEGAĆ. Piłka. Jak ktoś ją zna, to nie uwierzy. Biega dwa – trzy razy w tygodniu po 5-7 kilometrów. Na samą myśl dostaję zadyszki. No i teraz koleżanka ja namówiła, żeby pobiegły w półmaratonie. W maju. Właśnie zaczęły się przygotowywać. Zawsze, jak człowiek pomyśli naiwnie, że nic go już w życiu nie zaskoczy, to rzeczywistość mówi „…potrzymaj mi piwo!”.

Pucek gra na gitarze, potem długo, długo nic, a potem jeszcze się uczy. Egzaminy zdaje. Nie jest źle. Tylko na kolegów się wkurza, bo zdaje się, że traktują tę ich „kapelę in statu nascendi” zdecydowanie mniej poważnie, niż on. Ale w szkole muzycznej Yamahy, do której chodzi od reku, powstaje jakiś zespół – więc chodzi na próby i może coś z tego wyniknie. Czy w przyszłości będę znany jako „ojciec tego gitarzysty z kapeli X”? Czemu nie… 😉

***

Przeczytałem jedną (na razie) książkę tegorocznej noblistki, pani Han Kang. I muszę powiedzieć, że jej wrażliwość i styl bardzo do mnie trafiają. Na pewno sięgnę po kolejne. To zupełnie inna literatura, niż twórczość zeszłorocznego laureata, Jona Fossego: mniej intelektualna, bardziej emocjonalna – i nie da się ukryć, że czuje się w tym wrażliwość wyrosłą z zupełnie innej kultury, z zupełnie innego świata opowieści, poezji, sztuki. Zawsze zastanawiam się – trochę z zawodowej ciekawości – jak to jest tłumaczyć literaturę pochodzącą z tak zupełnie innego kręgu kulturowego, z tak innego świata. Bo przecież język to nie tylko zestaw słów plus reguły ich łączenia. To także – właśnie – wrażliwość, archetypy, kody kulturowe i wyrastający z tego wszystkiego sposób myślenia i postrzegania świata. Na ile – nie znając tego świata, tej wrażliwości, tych kodów – jesteśmy w ogóle w stanie zrozumieć, „co poeta miał na myśli”? Czy praca tłumacza przekładającego z języka koreańskiego, japońskiego albo – czy ja wiem? – tajskiego nie jest znacznie bardziej frustrująca? Kiedy tłumaczy się książki z angielskiego (…francuskiego, włoskiego, hiszpańskiego czy choćby norweskiego), tłumacz porusza się jednak w ramach jednej przestrzeni kulturowej (nawet, jeśli bogatej i zróżnicowanej). Przy koreańskim czy chińskim – jak mi się wydaje – to musi być znacznie trudniejsze. Z jednej strony zawsze odwołujemy się do jakiegoś ogólnoludzkiego doświadczenia, z drugiej – to doświadczenie jednak wyraża się w konkretny sposób. Język determinuje myślenie tak samo, jak myślenie determinuje język.

Polecam (przy okazji) najnowszą książkę Harukiego Murakamiego („Miasto i jego nieuchwytny Mur”), w której pisarz wraca (po części) do świata znanego z powieści „Koniec Świata i Hard-boiled Wonderland”. Na końcu znajdziemy kilka słów od tłumaczki, która wyjaśnia, dlaczego pewne rzeczy oddaje tak, a nie inaczej, i na jakie zabiegi edytorskie zdecydowała się, żeby lepiej oddać sposób myślenia – no właśnie – specyficzny dla języka zupełnie innej kultury, spoza kręgu literatury euro-amerykańskiej. Po tych wyjaśnieniach książkę zupełnie inaczej się czyta…

Muzycznie, podróżniczo, motoryzacyjnie…

Równo miesiąc minął od ostatniego wpisu, a tyle się w tym czasie wydarzyło, że jakbym chciał wszystko i ze szczegółami opowiedzieć, to bym tu siedział do rana. Siłą rzeczy na razie będą tylko główne punkty i jedynie najważniejsze szczegóły…

O czym zatem wspomnieć warto:

1. Jeszcze przed ostatnim wpisem byłem na wyjeździe rekolekcyjno-warsztatowym. Dużo muzyki, mnóstwo fantastycznych ludzi, naprawdę cudowny czas. Byłem członkiem ekipy organizującej to wydarzenie, ale od strony czysto muzycznej postacią numer jeden był Janek Krutul – dyrygent chóralny, znakomity kompozytor „młodego pokolenia”, wykładowca na akademii muzycznej w Warszawie i w Białymstoku. Niesamowite, co jeden profesjonalista jest w stanie w ciągu kilku dni wydobyć z bandy amatorów. Wrzućcie sobie jego imię i nazwisko w wyszukiwarkę na YouTube i zobaczcie, jakie rzeczy śpiewaliśmy (no dobra – ja jak wiadomo nie śpiewam, ale grałem i mogłem w tym uczestniczyć). Niezwykłe doświadczenie.

2. A potem, na początku września – tak, jak pisałem wcześniej – wyjechałem sobie sam, zostawiając całą trójkę Potworów (bo Piłka na wakacjach w domu…) na pastwę losu. Przeżyli, wszyscy troje. Pies i kot też przeżyły, więc chyba nie było bardzo źle.

A ja przez pełne osiem dni (nie licząc dnia podróży „tam” i dnia podróży „z powrotem”) jeździłem sobie po Sardynii. I to też, powiem Wam, było niezwykłe doświadczenie. Dziwne miejsce – trochę przypominające Korsykę, ale na większym luzie, bardziej w klimacie „slow-life”. Piękne wybrzeża, cudowne góry (sporo niższe niż na Korsyce), malownicze drogi, dużo ciszy, mili ludzie i najlepsza kawa, jaką piłem w życiu (…gdybyście kiedyś byli na Sardynii, pojedźcie koniecznie do Sant’ Antioco – miasteczka na wyspie o tej samej nazwie – do małej kawiarni, gdzie podają kawę z lokalnej palarni Taberlet; kawa kosztuje +/- tyle samo, co w dowolnej innej kawiarni, czyli espresso za 1 euro, espresso macchiato za 1,20; i nie, palarnia Taberlet nie płaci mi za reklamę :-).

Widziałem na Sardynii kilka miejsc naprawdę przepięknych, przeżyłem kilka naprawdę niezwykłych chwil. Opowiem Wam coś więcej, ale już nie dziś.

3. No i rzecz bardziej przyziemna, ale też ważna: mamy już następcę ś.p. Draculi, która – zgodnie z przewidywaniami – przeniosła się do krainy wiecznych części samochodowych (…naprawdę nie bardzo było co naprawiać). Po pełnym rozliczeniu leasingu okazało się, że po tym, co firma leasingowa wzięła dla siebie, pozostała jeszcze całkiem uczciwa kwota z ubezpieczenia, która trafiła do mnie. Taka sama kwota, jaką trzy lata temu włożyłem jako „wkład własny” w leasing Draculi. Co oznaczało, że mam tyle samo na „wkład własny” w leasing kolejnego auta. Poszukiwania w sieci trwały dość długo, ale zakończyły się powodzeniem. Potem kwestie finansowe, leasing, bank i takie różne…

No i od wczoraj jeździmy Czerwoną Strzałą:

Czerwona Strzała jest Oplem Astrą w wersji Sports Tourer. „Sports” oznacza nieco mocniejszy silnik i pare bajerów sugerujących „sportowość” tego skądinąd typowo rodzinnego samochodu. „Tourer” znaczy tyle, że jest to kombi. Strzała jest w wieku wczesnoszkolnym – ma sześć lat. Przyjechała z Niemiec. Niemiec płakał, jak sprzedawał i tak dalej. Zdjęcie z sieci, to nie nasz egzemplarz (my nie mamy takich bajeranckich alu-felg), ale poza tym dokładnie taki. Wliczając w to kolor, który powinien nosić nazwę katalogową „czerwony jak jasny gwint”.

„Mam nadzieję, że posłuży ci dłużej, niż poprzedni” – podsumował nieco złośliwie kolega J. I za to go lubię 🙂

Półtora tygodnia biegania za samochodem (zakończonego wyprawą po Czerwoną Strzałę na odległość czterystu pięćdziesięciu kilometrów od domu) oznacza, że narobiło mi się nieco zaległości w pracy, które teraz muszę nadrabiać. Ale to już – jak mawiał Kipling – zupełnie inna historia…

Uff…

No więc (…nie zaczyna się zdania od „no więc”…) Pucek zdał poprawkę z fizyki. Całe wakacje korepetycji z panem Jackiem (moim fizykiem z liceum, jak wspominałem…), dwa razy w tygodniu po godzinie (…i nawet nie pytajcie, ile mnie to kosztowało, i nie mówię o nerwach…). Ale zdał na luzie, czwórkę dostał (…a dostałby piątkę, tylko z poprawki nie można).

I od nowego roku szkolnego (…a dokładnie od połowy września) będzie miał raz w tygodniu fizykę i raz w tygodniu matematykę (…i nawet nie pytajcie etc).

A ja w związku z tym od dziś mentalnie mam wakacje. A we wtorek wyruszam na wyprawę. Sam. Opowiem Wam, jak wrócę. I bardzo dziękuję tym, co kciuki trzymali (…w dowolnej formie).

🙂

Mogło być gorzej…

Jechałem wczoraj do Chmielna (Kaszuby), 420 kilometrów od domu. Zawoziłem Pucka i czworo jego kolegów na obóz. Ja ich zawoziłem (drugi rok z rzędu), bo jako jedyny wśród rodziców tej grupki mam siedmiomiejscowy samochód.

Na autostradzie A 1, w okolicach Lipin, nagle zrobiło się dość gęsto. Wyprzedzaliśmy jakieś ciężarówki, byliśmy na lewym pasie, jadąc koło stu kilometrów na godzinę, kiedy nagle kierowca niebieskiej skody jadącej przed nami zaczął bardzo gwałtownie hamować – jak się okazało, ktoś nagle zmienił pas zajeżdżając mu drogę. Ostre hamowanie, zatrzymałem się „na zderzaku” niebieskiej skody – nie uderzając w nią, ale już dotykając jej tylnego zderzaka swoim przednim. Pamiętam jeszcze, że zdążyłem poczuć ulgę: ufff, nic się nie stało…

…a potem w tył naszego samochodu wjechało „na pełnej petardzie” duże audi A6. Nie wiem, czy kierowca się zagapił, czy patrzył w telefon, czy po prostu jechał za szybko i / lub za blisko, ale wszystko wskazuje na to, że w momencie uderzenia miał na liczniku jeszcze co najmniej pół setki.

HUK, łomot, pchnęło nas z impetem do przodu – na szczęście kierowca skody z przodu stał w tym momencie na luzie, więc „odbiliśmy” go do przodu jak kolejną kulkę w kołysce Newtona. Od uderzenia w skodę wystrzeliły nam poduszki powietrzne, w samochodzie smród i obłok białego pyłu.

Czy ja napisałem, że mam siedmiomiejscowy samochód? No to poprawka: miałem. Dracula najprawdopodobniej do kasacji, przód porozbijany, tył na poziomie podwozia krótszy o metr niż przed wypadkiem.

Na szczęście poza potrzaskanym samochodem w zasadzie żadnych strat. Jadąca ze mną młodzież cała i zdrowa – jednego przez chwilę plecy bolały (od „uderzenia” fotelem), jeden miał zadrapania na policzku, jego siostrę bolała głowa, ale raczej z nerwów, niż od uderzenia.

Najbardziej przestraszyłem się o stan J., kolegi Pucka, który siedział „w ostatnim rzędzie”, czyli na dodatkowych fotelach – bo jak się ten „ostatni rząd” rozłoży, to od foteli do tylnej klapy samochodu jest może trzydzieści centymetrów (a trzeba dodać, że Dacia, nie oszukujmy się, nie jest zapewne najbezpieczniejszym samochodem na drogach)… Na szczęście samochód, który w nas wjechał, to było osobowe audi – więc cały impet uderzenia poszedł dołem, w podwozie, w ramę pojazdu (Dracula jest – była… – dość wysoka). Kolega J. wyszedł bez najmniejszego szwanku – a mnie potem długo męczyła myśl, co by się mogło stać, gdyby zamiast audi A6 wjechała w nas z tą samą prędkością ciężarówka, furgonetka czy choćby wysoka terenówka.

Potem spędziliśmy urocze dwie godziny na poboczu autostrady (policja, karetka „na wszelki wypadek”, a do tego straż pożarna, bo Dracula jeździła na gaz, więc strażacy musieli się pojawić i zabezpieczyć…). Papierologia, załatwianie lawety (za którą na razie musiałem zapłacić z własnej kieszeni, w poniedziałek dostanę fakturę i będę musiał się szarpać o zwrot z ubezpieczycielem sprawcy) i tak dalej.

Ostatecznie Dracula (…czy raczej to, co z niej zostało) pojechała na lawecie do G., a ja razem z młodzieżą wylądowałem na pobliskiej stacji benzynowej, w absolutnie idiotycznym miejscu: dwieście kilometrów od domu, dwieście dwadzieścia od celu. Ni w jedną, ni w drugą. Młodzież zaczęła zatem robić to, co młodzież umie najlepiej, czyli korzystać z telefonów… Ostatecznie po kilku godzinach czekania zebrali nas z tej stacji rodzice pozostałej młodzieży (ale na dwa auta, bo – jako rzekłem – nikt poza mną nie miał takiego, żeby zabrać wszystkich) i ostatecznie dotarliśmy do Chmielna w dwóch rzutach, pierwsi przed siódmą wieczorem, drudzy (w tym ja) koło ósmej. Z powrotem w domu byłem o pierwszej w nocy.

A teraz czeka mnie papierologia, załatwianie sprawy z firmą leasingową (na szczęście z ubezpieczycielem – jeśli nie liczyć tych kosztów lawety – to oni się będą użerać, nie ja).

Tak więc są negatywy: po pierwsze zostałem pełnoetatowym pieszym, nie mam samochodu i – Bogiem a prawdą – nie mam pojęcia, kiedy będę miał szansę mieć; po drugie – jestem dwa tysiące złotych w plecy, a znając PZU (bo ta firma jest ubezpieczycielem sprawcy) odzyskanie ich będzie żmudne i czasochłonne.

Ale są też pozytywy: nikomu nic się nie stało, młodzież cała i zdrowa, bawi się na obozie i ma co opowiadać kolegom. Czyli summa summarum mogło być gorzej, prawda…?

Co się stało z naszą klasą? No więc…

W niezwykłym spotkaniu miałem okazję uczestniczyć… Trzydzieści pięć lat (!) po maturze jedna z moich szkolnych koleżanek postawiła sobie za punkt honoru zorganizowanie klasowego spotkania. Odezwała się do tych kilku osób, do których miała jakiś kontakt, te osoby odezwały się do kolejnych… I tak dalej. Do naszej klasy w liceum chodziło – jak obliczyliśmy – trzydzieści osiem osób (oczywiście nie jednocześnie: ktoś odszedł, ktoś przyszedł, ktoś wyjechał, ktoś dołączył, ale łącznie przez cztery lata tyle nas się przewinęło).

Ostatni raz spotykaliśmy się dziesięć lat temu, na dwudziestopięciolecie matury. Wtedy zjawiło się bodaj dwanaście osób. Tym razem szeroka akcja poszukiwawcza (nie tylko internetowa) doprowadziła do tego, że z tych trzydziestu ośmiu osób pozostało już bodaj tylko sześć, z którymi nikt nie ma kontaktu i nikt nie wie, gdzie są i co robią. Cała reszta jakoś się odnalazła (w czym oczywiście niemałą rolę odegrał wujek Google).

Wstępnie umówiliśmy się spotkanie na przełomie września i października – ale „w międzyczasie” postanowiliśmy się spotkać przynajmniej mniejszą grupą, „kto może”.

Co ważne: nie byliśmy zgraną klasą. Za dużo indywidualności, ludzi „innych”, zakręconych (pozytywnie). A jednak w ostatnią niedzielę, w ogrodzie podwarszawskiego domu jednej z naszych koleżanek, na wstępnym spotkaniu zjawiło się piętnaście osób!

Niesamowite to było spotkanie. Troje lekarzy, jedna psychoterapeutka, jedna lingwistka, dwóch chemików, dyrektorka projektów w wielkiej, międzynarodowej fundacji, dyrektor polskiego oddziału wielkiej firmy chemicznej, szefowa marketingu w innej firmie… Ktoś mieszka w Warszawie, ktoś pod Krakowem, jedna koleżanka razem z mężem (Polakiem) siedzi od dwudziestu lat w Norwegii i uczy norweskie dzieci… języka norweskiego, inna jest leśnikiem i mieszka w leśniczówce w środku lasu, jeszcze inna – siostrą karmelitanką (jej oczywiście nie było). Ktoś ma troje dzieci, ktoś jedno, ktoś jest szczęśliwie żonaty od ćwierć wieku, ktoś inny ma za sobą trudny rozwód, ale się trzyma, trzy koleżanki są już babciami (!) – choć Bogiem a prawdą żadna na to nie wygląda… Opowiadaliśmy sobie o dzieciach, psach, kotach, zainteresowaniach i pasjach, mimo wszystkich różnic śmialiśmy się z tych samych żartów i zajadaliśmy się przysmakami i ciastami przygotowanymi specjalnie na tę okazję. Zaśmiewaliśmy się wspominając różne szaleństwa, wygłupy, kawały robione nauczycielom i sobie nawzajem, różne „odpały” ze szkolnych wycieczek…

Pamiętacie piosenkę Kaczmarskiego „Co się stało z naszą klasą”? Smutna to opowieść (choć oczywiście o zupełnie innych czasach traktuje). Nasza historia byłaby jednak zupełnie inna. W większości – pozytywna i pełna światła, mimo wszystkich trudności, strat, bolesnych doświadczeń… Nie chcę przez to powiedzieć, że wszystkim wszystko w życiu szło dobrze – niektórzy stracili bliskich, inni mieli inne problemy i kłopoty… Ale summa summarum widać wyraźnie, że nasze opowieści – nawet, jeśli nie są łatwe – mają pozytywne przesłanie.

Byliśmy „tym” rocznikiem – Matura’89. Pamiętacie film „Ostatni dzwonek”? To było o nas. Oglądaliśmy go już po naszej maturze…

Naprawdę cieszę się na to „oficjalne” spotkanie jesienią – mam nadzieję zobaczyć kilka osób, których tym razem nie było. Pewnie nie będzie wszystkich (parę osób mieszka za granicą, poza tym życie jak wiadomo zaskakuje…), ale jeśli będzie nas dwadzieścia czy dwadzieścia pięć osób, to i tak będzie świetnie.

Zaskakująco dobrze się bawiłem.

Mam dwie wiadomości.

Jedna jest dobra, ale za to druga jest dobra.

Dziś rano Pietruszka miał egzamin licencjacki. Wczoraj się tak stresował, że go brzuch bolał. Zasnąć nie mógł. Jeszcze rano, w samochodzie, jak go podwoziłem na dworzec, to mi zawzięcie tłumaczył, że to wcale nie jest takie pewne, że on zda, bo tylu rzeczy nie zdążył powtórzyć… Jasne.

Praca świetna, egzamin też, dostał czwórkę z plusem (co, z tego co wiem, na jego wydziale zdecydowanie nie jest normą, jeśli chodzi o licencjaty). Czyli od dziś może mówić, że ma wyższe wykształcenie 🙂

Aż miło popatrzeć, jak mu nerwy odpuściły, jak z niego całe napięcie zeszło. Dziś już można z nim było normalnie porozmawiać, co przez ostatnie kilka tygodni nie było łatwe.

Uff, jedno z głowy.

Papiery na magisterkę złożył… Na obie ścieżki, o których pisałem. Jak go przyjmą na obie, to będzie się decydował. A dziś rzucił, że są tacy, co robie jednocześnie dwie… Wiem, że dałby radę, ale chyba wolałbym, żeby wybrał jedną, bo jak będzie miał dwa razy tyle stresu co dotąd, to prędzej czy później JA zwariuję. 😉

***

Piłka… No więc…

Piłka właśnie skończyła pierwszy z dwóch staży w dwóch firmach prawniczych z Magic Circle. Stażyści, którzy się w czasie takie stażu „spodobają” pracownikom firmy, mogą się starać o pracę. Oczywiście praca „dochodzi do skutku” po zakończeniu college’u (czyli za rok), albo – jeśli takie są plamy – jeszcze rok później, po zrobieniu „masters”, czyli magisterki. Ale jeśli firma zaproponuje pracę – a stażysta ją zaakceptuje – to normalnie podpisuje się umowę.

Rozmowy były w ubiegłym tygodniu, odpowiedzi miały być „w ciągu dwóch tygodni”. Dziś do Piłki zadzwoniła pani „partnerka” w firmie i przekazała jej, że jak tylko skończy studia, chcą ją mieć u siebie. „Zgodnie z zasadami nie mogłam pani tego przekazać wcześniej, ale byliśmy zdecydowani od razu po rozmowie z panią. Jutro dostanie pani oficjalnego maila z propozycją umowy”.

No kurczę, no! 🙂

Co to oznacza? Po pierwsze – absolutny spokój. Może po skończeniu college’u uda się od razu zrobić „masters” (firma może nawet za to zapłacić, tylko wtedy trzeba podpisać „cyrograf” na przykład na pięć lat zamiast na trzy). Może nie od razu – tylko za rok albo dwa. Ale tak czy owak Piłka już wie, że po skończeniu college’u ma pracę, nie ma żadnego problemu z uzyskaniem wizy pracowniczej (bo występują o nią firma). Po drugie – dobrą (choć oczywiście trudną i wymagającą) i przyzwoicie płatną pracę w jednej z najlepszych na świecie firm prawniczych; przepracowanie tych trzech czy pięciu lat w takiej firmie oznacza, że cokolwiek potem chciałaby robić, ma już takie CV, że przyjmą ją w zasadzie wszędzie.

Ponieważ oficjalny mail z propozycją umowy przyjdzie dopiero jutro, nie piszę na razie nazwy firmy. Ale jak umowę podpiszą, to nie omieszkam się pochwalić. 🙂