Ciąg dalszy…

Poprzedni wpis był 2 września. Dziś jest 18 września, czyli – jak łatwo obliczyć – minęły nieco ponad dwa tygodnie. Teść trafił na rehabilitację. DZIŚ. Czyli miesiąc po pierwszym wypisie ze szpitala. I prawie sześć tygodni po samym udarze.

Tydzień temu, w piątek, miał już być przyjęty. Dotarliśmy do kliniki rehabilitacyjnej (pod Warszawą, ale zupełnie z drugiej strony, niż mieszkamy) koło 11:00. Wszystkie papiery w porządku, pacjent w porządku… A, nie do końca. Bo pani doktor która go przyjmowała zauważyła, że w worku na mocz ciągle jest nieco krwi. I powiedziała (zresztą słusznie, rzecz prosta), że ona nie może go tak po prostu przyjąć na rehabilitację. Klinika to nie szpital, jeśli nie ma pewności, czy nie wraca infekcja albo czy coś innego złego się nie dzieje, to trzeba to najpierw sprawdzić. Wypisała nam szczegółowe pytania i badania i kazała zawieźć chorego na SOR do najbliższego szpitala, żeby tam go zbadali i żeby się urolog wypowiedział. Powiedziała jednoznacznie: poza tym wszystko jest OK, ona chce tylko upewnienia od urologa, że nie ma problemu na tym poziomie.

Najbliższy szpital jest o kilka minut jazdy od kliniki. Mają tam dobrą urologię. Tam pojedźcie.

Ale gdyby to był takie proste… Jakiś pajac-dyspozytor w firmie zajmującej się przewozami medycznymi uznał, że nie, że nie mogą go tan zawieźć – i kazał go zawieźć Z POWROTEM DO DOMU OPIEKI, a tam czekać na NOWĄ KARETKĘ, która go zawiezie na ten SOR. Żeby Wam uświadomić poziom absurdu: klinika rehabilitacyjna jest w Międzylesiu. Szpital specjalistyczny jest w Międzylesiu. Dom opieki jest na Dzielnej, czyli na Woli blisko centrum Warszawy. Kto mieszka w stolicy, ten wie. Kto nie, niech rzuci okiem na mapę.

Lekarka usiłowała kretynowi wyjaśnić przez telefon, że to nie ma sensu. Dyrektor kliniki też próbował. Nic. Jak zderzenie z betonową ścianą. Odwieźli go na Dzielną. Nawet kierowca karetki i sanitariusz pukali się w głowę, ale musieli zrobić to, co im kazano.

Na Dzielnej byliśmy chwilę po 12:00. Kolejna karetka przyjechała po 16:00. A potem kolejne szpitale odrzucały pacjenta – bo przecież oficjalnego skierowania nie ma, stanu zagrożenia życia też nie. Wiadomo było, że tak będzie: piątek po południu to chyba najgorszy możliwy czas na przyjęcie do szpitala.

W końcu, koło 20:00 (!) za namową obsady karetki i pielęgniarek z domu opieki, wezwaliśmy pogotowie. Zostaliśmy poinstruowani, co mamy mówić (…a czego nie…), żeby pogotowie na pewno go wzięło. Udało się. W piątek wieczorem trafił ostatecznie do tego samego szpitala, w którym był już dwa razy.

Tyle, że jak trafił w takim trybie – to nie „na badania i z powrotem”, tylko na tydzień. No ale OK, zrobili mu wszystkie możliwe badania, posprawdzali co się dało. Wczoraj (w czwartek) po południu rozmawiałem z lekarką. Wypis w poniedziałek, przewóz od razu do Międzylesia na rehabilitację. Wieczorem, jak wróciłem do domu, od razu mailem wysłałem do pani koordynatorki z kliniki skany badań i epikryzy, żeby nie było żadnych niespodzianek. I napisałem, że w poniedziałek…

Dziś rano dostałem maila. Że nie: bo skierowanie na NFZ jest ważne 30 dni, ten termin mija 20 września, czyli w niedzielę, w weekend przyjęć nie ma, więc zgodnie z wytycznymi NFZ ostatni dzień jest dziś. 18 września. W poniedziałek to zapraszamy „prywatnie”.

Mało mnie szlag nie trafił. Bardzo wolno policzyłem do dziesięciu i zadzwoniłem. Pani bardzo przeprosiła, ale powiedziała, że to nie od niej zależy.

No dobrze, ale DZIŚ jeszcze to skierowanie jest ważne, tak? Tak. Więc jeśli DZIŚ go przywieziemy, to go przyjmą? Ona zaraz zapyta panią doktor. Pół godziny później: tak, przyjmą, tylko żeby dotarł do 13:00.

Telefon do szpitala. Lekarka prowadząca miała wczoraj dyżur, więc dziś jej nie ma, ktoś ją zastępuje. Tłumaczę: MUSI być wypisany DZIŚ, bo inaczej przepadnie mu rehabilitacja (prywatna kosztuje łącznie z pobytem dobrze ponad pięćset złotych dziennie, a trwać powinna koło trzech miesięcy; policzcie sobie sami).

Na szczęście trafiłem na bardzo sensownego i empatycznego lekarza. Powiedział (cały czas przez telefon!), że spokojnie, proszę się nie denerwować, wszystko załatwimy. W ciagu godziny był gotowy wypis, po kolejnej godzinie był transport, my pojechaliśmy prosto do Międzylesia, gdzie przyjechaliśmy równo z karetką, po 11:00. Przyjęli go. O dziwo – nawet bez problemów podpisał wszystkie zgody (…odniosłem dziwne wrażenie, że pomocne w tej sprawie okazało się to, że papier do podpisania dała mu młoda i ładna pani z działu administracyjnego).

Lekarka i tak skierowała go jeszcze na dodatkowe badania kardiologiczne (jakieś lekkie migotanie przedsionków), ale ponieważ został już przyjęty – to już nie było „na naszej głowie”, tylko wszystko zostało załatwione w ramach kliniki (transport do szpitala i z powrotem, z normalnym skierowaniem etc).

No więc jest przyjęty. Zaczyna rehabilitację. Jeśli (JEŚLI) wszystko będzie szło dobrze, nie będzie komplikacji a pacjent będzie chciał współpracować – spędzi tam trzy do czterech miesięcy. Dla nas to będzie czas, kiedy wreszcie będziemy mogli zacząć patrzeć ciut dalej do przodu, bo na razie od miesiąca jesteśmy wyłącznie na etapie gaszenia pożarów.

„Patrzeć do przodu” w praktyce znaczy tyle, że będziemy musieli znaleźć jakiś ZOL (zakład opiekuńczo-leczniczy), gdzie go potem przyjmą. Bo on na pewno nie będzie w stanie, w którym mógłby mieszkać sam – a my nie jesteśmy w stanie zająć się człowiekiem w takim stanie tak, aby mu zapewnić choćby proste bezpieczeństwo.

Do tego wszystkie sprawy formalne (jesteśmy już po rozmowach z prawnikiem), wniosek do sądu „o zabezpieczenie” jego oszczędności na poczet opłat za opiekę i wiele, wiele innych spraw.

Jestem wykończony. Psychicznie (fizycznie tylko zmęczony). I zadłużony po kokardę (te pieniądze od teścia w końcu się odzyska, ale kiedy…?).

***

Ale nie samym teściem człowiek żyje…

Pietruszka od października wraca na studia. Czyli coś do przodu.

Piłka na razie jest w domu, ale od listopada już w zasadzie mieszka i pracuje w Londynie.

Za to Pucek… Pucek zrezygnował z miejsca na Politechnice Warszawskiej na rzecz miejsca na Politechnice Wrocławskiej, gdzie będzie studiował FIZYKĘ. Konkretnie – fizykę techniczną. No nie wpadłbym na to…

Da Capo

Epopeja trwa. Teść na razie nie trafił na rehabilitację – bo w ośrodku opieki, w którym był, zaczęło mu się pogarszać. Najpierw myśleli, że to jakiś „postęp” problemów poudarowych, ale szybko okazało się, że problem jest inny: jakaś infekcja bakteryjna. W efekcie był w ośrodku pięć dni (od piątku do wtorku), a we wtorek trafił z powrotem do szpitala – tego samego, co wcześniej, tyle że tym razem na oddział wewnętrzny. Spędził tam ponad tydzień.

Szczerze mówiąc – wyglądało to tak, jakby miał już z tego szpitala nie wyjść. Ale nie: antybiotyki pomogły, infekcję dało się wyleczyć, funkcje poznawcze wróciły do poziomu z czasu pobytu na neurologii (no, mniej więcej). Jest przytomny. Rozumie. Mówi w zasadzie kompletnie niezrozumiale, czasami uda się wyłapać pojedyncze słowa.

Ze szpitalnym rehabilitantem współpracuje – chyba rozumie, że to dla jego dobra. Szkoda, że nie rozumie tego samego w przypadku pielęgniarek, wobec których jest niegrzeczny (głównie w gestach i zachowaniu, bo w słowach nie bardzo może). Nie jestem w stanie tego pojąć. Gdzieś wewnętrznie chcę wierzyć, że to jednak efekt uszkodzenia mózgu.

No i co dalej? Otóż dalej nie wiadomo, co dalej. Wszystko wskazuje na to, że albo jutro, albo (miejmy nadzieję) pojutrze go wypiszą. Na oddziale rehabilitacyjnym oczywiście ktoś już jego miejsce przez te dwa tygodnie zajął. Kiedy będzie nowe? Pewnie po niedzieli. Tylko po wypisie muszę natychmiast dostarczyć wszystkie „wypisowe” papiery, żeby lekarka które dokonuje kwalifikacji mogła się nimi zająć.

Co oznacza, że prawdopodobnie jutro albo w piątek znowu trafi do tego samego ośrodka, co wcześniej. Co wiąże się z dwoma problemami.

Po pierwsze – finanse. Ośrodek kosztuje (…i trudno się dziwić). Za poprzedni pobyt na razie zapłaciła Piłka ze swoich oszczędności, które przez najbliższe kilka miesięcy nie będą jej potrzebne. Ale przecież nie mogę wymagać, aby robiła to znowu. Pewnie będę musiał od kogoś te pieniądze pożyczyć – z takim zastrzeżeniem, że oddam za miesiąc, dwa albo pół roku, jak się je od teścia (jakoś) wydobędzie. Już samo to mnie po prostu kosmicznie dołuje.

Po drugie – kilka dni w ośrodku to kilka dni bez rehabilitacji. To znaczy nie tak całkiem: w ośrodku jest rehabilitacja, ale nie na taką skalę i tylko w dni powszednie – no i jest to rehabilitacja ogólna (ruchowa, „mięśniowa”), a nie specjalistyczna, neurologiczna. Co może oznaczać, że po tych kilku dniach znowu będzie gorzej z kontaktem i taj dalej. Co – w skrajnym przypadku – oznaczałoby, że go na ten oddział nie przyjmą (bo tam pacjent musi być w kontakcie, żeby współpracować z rehabilitantami).

Czyli poza tym, że minęły trzy tygodnie i wydaliśmy łącznie (na razie) ponad trzy tysiące złotych, nic się w zasadzie nie zmieniło.

A mnie, jak na złość, akurat nie płacą: czekam na „przyjęcie tłumaczenia”, żeby móc wystawić fakturę. Jak ją wystawię, to mi zapłacą… W ciągu czternastu dni. A ja nie mam kasy teraz. I różne rachunki i faktury do zapłacenia na ponad tysiąc złotych. Mać.

Mam tego bardzo, bardzo dosyć.