Da Capo

Epopeja trwa. Teść na razie nie trafił na rehabilitację – bo w ośrodku opieki, w którym był, zaczęło mu się pogarszać. Najpierw myśleli, że to jakiś „postęp” problemów poudarowych, ale szybko okazało się, że problem jest inny: jakaś infekcja bakteryjna. W efekcie był w ośrodku pięć dni (od piątku do wtorku), a we wtorek trafił z powrotem do szpitala – tego samego, co wcześniej, tyle że tym razem na oddział wewnętrzny. Spędził tam ponad tydzień.

Szczerze mówiąc – wyglądało to tak, jakby miał już z tego szpitala nie wyjść. Ale nie: antybiotyki pomogły, infekcję dało się wyleczyć, funkcje poznawcze wróciły do poziomu z czasu pobytu na neurologii (no, mniej więcej). Jest przytomny. Rozumie. Mówi w zasadzie kompletnie niezrozumiale, czasami uda się wyłapać pojedyncze słowa.

Ze szpitalnym rehabilitantem współpracuje – chyba rozumie, że to dla jego dobra. Szkoda, że nie rozumie tego samego w przypadku pielęgniarek, wobec których jest niegrzeczny (głównie w gestach i zachowaniu, bo w słowach nie bardzo może). Nie jestem w stanie tego pojąć. Gdzieś wewnętrznie chcę wierzyć, że to jednak efekt uszkodzenia mózgu.

No i co dalej? Otóż dalej nie wiadomo, co dalej. Wszystko wskazuje na to, że albo jutro, albo (miejmy nadzieję) pojutrze go wypiszą. Na oddziale rehabilitacyjnym oczywiście ktoś już jego miejsce przez te dwa tygodnie zajął. Kiedy będzie nowe? Pewnie po niedzieli. Tylko po wypisie muszę natychmiast dostarczyć wszystkie „wypisowe” papiery, żeby lekarka które dokonuje kwalifikacji mogła się nimi zająć.

Co oznacza, że prawdopodobnie jutro albo w piątek znowu trafi do tego samego ośrodka, co wcześniej. Co wiąże się z dwoma problemami.

Po pierwsze – finanse. Ośrodek kosztuje (…i trudno się dziwić). Za poprzedni pobyt na razie zapłaciła Piłka ze swoich oszczędności, które przez najbliższe kilka miesięcy nie będą jej potrzebne. Ale przecież nie mogę wymagać, aby robiła to znowu. Pewnie będę musiał od kogoś te pieniądze pożyczyć – z takim zastrzeżeniem, że oddam za miesiąc, dwa albo pół roku, jak się je od teścia (jakoś) wydobędzie. Już samo to mnie po prostu kosmicznie dołuje.

Po drugie – kilka dni w ośrodku to kilka dni bez rehabilitacji. To znaczy nie tak całkiem: w ośrodku jest rehabilitacja, ale nie na taką skalę i tylko w dni powszednie – no i jest to rehabilitacja ogólna (ruchowa, „mięśniowa”), a nie specjalistyczna, neurologiczna. Co może oznaczać, że po tych kilku dniach znowu będzie gorzej z kontaktem i taj dalej. Co – w skrajnym przypadku – oznaczałoby, że go na ten oddział nie przyjmą (bo tam pacjent musi być w kontakcie, żeby współpracować z rehabilitantami).

Czyli poza tym, że minęły trzy tygodnie i wydaliśmy łącznie (na razie) ponad trzy tysiące złotych, nic się w zasadzie nie zmieniło.

A mnie, jak na złość, akurat nie płacą: czekam na „przyjęcie tłumaczenia”, żeby móc wystawić fakturę. Jak ją wystawię, to mi zapłacą… W ciągu czternastu dni. A ja nie mam kasy teraz. I różne rachunki i faktury do zapłacenia na ponad tysiąc złotych. Mać.

Mam tego bardzo, bardzo dosyć.