Mruczanka Przed-Podróżna

Skończyłem. O dzień wcześniej niż myślałem – skończyłem tę cholerną książkę. Dziś (miało być jutro, będzie niespodzianka 🙂 jadę na Drugi Koniec Polski, gdzie M. z Potworami bawi u rodziny.

Wracamy w poniedziałek. A we wtorek…

We wtorek wstaję o czwartej rano wsiadam w pociąg, potem w drugi, wysiadam w Krakowie, jadę na Balice i…

I lecę. W ramach prezentu na czterdzieste urodziny robię sobie tygodniową wyprawę, zupełnie sam. Niech żyją tanie linie lotnicze.

Lecę do Edynburga. z Edynburga przejeżdżam na północ, do Inverness. Z Inverness… Jeszcze nie wiem. To będzie zależało od pogody i paru innych czynników. Na Szetlandy raczej nie dotrę (za daleko, za drogo, za mało czasu). Ale dotrę albo na Orkady, albo na Hebrydy Zewnętrzne (Harris i Lewis).

3. sierpnia będę z powrotem w domu.

I co, szczęki Wam opadły? 🙂

Trzymajcie kciuki, żeby się wszystko dobrze udało. Jak wrócę, wszystko opowiem. I zdjęcia pokażę. Słowo.

Scotland, here I come!

 

 

…czasami…

Czasami jest tak, że się czeka, choć się nie wie na co. Albo wie się na co, ale też wie się, że to się nie wydarzy – ale i tak się czeka. Podświadomie choćby.

Przychodzi e-mail – pojawia się w skrzynce i… Jakiś błysk, że to pewnie Ta Wiadomość, coś Niezwykle Ważnego,  Przełomowa Informacja Zmieniająca Całe Życie (oczywiście Na Lepsze)…

„Witam, przesyłam wysokość składek ZUS do zapłacenia za ubiegły miesiąc. Księgowy”.

No i sami powiedzcie, do cholery, czy to nie jest do bólu prawdziwa metafora życia? 🙂

Mruczanka Powyborcza

Nie, analiz nie będzie. Powtórzę tylko to, co napisałem w 2005 r., z dodanym zakończeniem:

 

W roku 1990 głosowałem na Mazowieckiego. Przegrał.

***

W roku 1995 głosowałem na Gronkiewicz-Waltz. Przegrała.

***

W roku 2000 głosowałem na Olechowskiego. Przegrał.

***

W roku 2005 głosowałem na Tuska. Przegrał.

***

Kocia Twarz, po raz pierwszy od 1989 r. wygrał „mój kandydat”. Nie, żebym był ostrym fanem PO (nie jestem), nie żebym uważał Komorowskiego za idealnego prezydenta (nie uważam). Nie mam jednak wątpliwości, ze z tych kandydatów to był najsensowniejszy wybór.

Mruczanka Muzyczna

Słucham i słucham, już od jakiegoś czasu słucham. I muszę napisać – w kategorii „Puchatek Poleca”, oczywiście.

Katie Melua, „The House”. Czytelników którzy trafią tu za sprawą wujka Google’a szukając jakichś informacji o doktorze Gregorym Housie muszę rozczarować – nie o niego tu chodzi.

O tym, że Katie Melua jako taka należy do kategorii „Puchatek Poleca”, czytelnicy tych zapisków wiedzą doskonale. Prywatnym Puchatka zdaniem ta Pani to największe, co wydarzyło się w muzyce popularnej w ciągu ostatnich kilku lat. Po śmierci Elli Fitzgerald jakiś zasmucony krytyk napisał, że „…odeszła ostatnia Wielka Dama piosenki – teraz zostały już tylko śpiewające modelki”. Przesadzał, rzecz prosta – bądź co bądź śpiewają jeszcze i Aretha Franklin, i Cassandra Wilson, a i takie panie (że sięgnę do bardzo różnych stylów muzycznych) jak Annie Lennox czy Barbara Streisand trudno nazwać „śpiewającymi modelkami”. Ale fenomen Katie polega na tym, że także w najmłodszym pokoleniu (mój Boże, ona jest ode mnie o czternaście lat młodsza!) jest jeszcze czego szukać.

Fascynujące jest to, że każda jej płyta jest inna. Skakanie po stylach, wydawałoby się – muzyczny miszmasz, a jednak całość jest konsekwentna i przemyślana. Jest tu jazz, jest blues (i to jaki!), jest trochę amerykańskiej klasyki, zabawne przeróbki bardzo znanych rzeczy… Niesamowite jest to, że dziewczyna która ma raptem dwadzieścia sześć lat potrafi być tak muzycznie dojrzała i świadoma – czy śpiewa piosenkę Guthriego, czy song Cohena, czy „Moon River” – pozostaje sobą, nikogo nie udaje (a to dziś naprawdę rzadkie zjawisko).

A nowa płyta? Zaczyna się od bardzo delikatnej piosenki „I’d Love To Kill You” (to aż nie do pomyślenia, że w epoce MTV można zacząć płytę od czegoś tak subtelnego i miękkiego). „The Flood” – zaskakująca, dynamiczna. A potem energetyczna „Happy Place”, liryczna „Red Balloons” czy „A Moment of Madness” utrzymana trochę w konwencji starego wodewilu (łącznie, jeśli dokładnie wsłuchać się w tło, z trzeszczeniem starej, winylowej płyty!). Zabawa konwencjami, zabawa stylami. Tu nie ma rejonów zakazanych, nie ma „off limits”.

A najlepsze w tym wszystkim jest to, że w każdym z tych stylów, w każdym klimacie, w każdym nastroju Katie Melua jest równie dobra – i wyraźnie czuje się równie swobodnie.

***

I coś, co dla mnie zawsze jest bardzo ważne: teksty tych piosenek są równie mocną stroną płyty co sama muzyka i głos wokalistki. To są naprawdę dobre teksty. Poetyckie, wieloznaczne, znakomicie napisane. Intrygujące. Zmuszające do myślenia. A w dodatku – i tu moje wielkie brawa – autorką większości tych tekstów jest sama piosenkarka.

I wiecie co? Moim zdaniem tu właśnie – cytując klasyków – jest pies pogrzebany.

Bo Katie Melua nie jest po prostu piosenkarką. Nie jest „dobrym głosem”, który odtwarza cudze teksty i melodie. Ona należy do kategorii, na którą po polsku nie ma prostego określenia – po angielsku to się nazywa „singer-songwriter”. Po polsku mówimy o piosence autorskiej, ale na co dzień to określenie kojarzy się raczej z poezją śpiewaną i tego typu klimatami. A „singer-songwriter” może reprezentować dowolny styl muzyczny – do tej kategorii należy przecież i Bob Dylan, i Leonard Cohen, i Paul Simon, ale także Suzanne Vega czy Tracy Chapman, Bruce Springsteen…

To piosenkarze i piosenkarki,  których największą siłą – niezależnie od znakomitej muzyki i warsztatowego profesjonalizmu, rzecz prosta – są właśnie teksty.

Kiedy Katie śpiewa „I’d love to kill you with a kiss”, słuchacz jej wierzy. Kiedy wyznaje „I’m twisted” – człowiek zastanawia się, jaka jest naprawdę. A kiedy śpiewa „Who is in that house? 
I opened the door to see…” – dreszcze chodzą po plecach.

Ona jest prawdziwa. Nie udaje, nie „odtwarza” muzyki. Jej muzyka żyje. To chyba cała tajemnica.

I jeszcze jedno: są piosenkarze i piosenkarki, którzy – choć sławni, wielcy i utytułowani – są w zasadzie nierozpoznawalni. Co mam na myśli? Kiedy słyszę w radiu „nową piosenkę Madonny”, to jeśli nikt jej nie zapowie (albo RDS się nie wyświetli) nie mam pojęcia, kto to śpiewa. Bo prawda jest taka, że 99 procent piosenek takiej Madonny (to tylko przykład, rzecz prosta) mógłby śpiewać dokładnie ktokolwiek, z tym samym efektem.

Ale kiedy śpiewa Cohen, Dylan, Suzanne Vega czy Annie Lennox – po pierwszych zaśpiewanych linijkach wiadomo, kto zacz – nawet, jeśli piosenki w życiu się nie słyszało.

Katie Melua też należy do tego grona. A to – w każdym razie z mojej strony – naprawdę duży komplement.

Mruczanka – Thriller

Uwaga – opowieść dla czytelników o mocnych nerwach.

Miał Puchatek pisać o wczorajszych przyjemnościach, jako że Puchatki wczoraj świętowały fakt, że już jedenaście lat ze sobą wytrzymują. Potwory zostały na pół dnia sprzedane do znajomych, a Puchatki były w kinie i na randce zupełnie same dwa. A po południu – już razem z Potworami – pojechały na duże rodzinne lody. Czyli generalnie dzień był miły i spokojny…

…do czasu.

Około godziny dziesiątej (wieczorem, rzecz prosta) M. pławiła się w wannie a Puchatek usypiał potwory. Nagle… (w thrillerach zawsze jest jakieś „nagle”, prawda?) sprzed Chatki dobiegł wyraźny odgłos (charakterystyczny bardzo) otwieranej i zamykanej furtki. I otwieranej i zamykanej jeszcze raz. I jeszcze. Furtka na noc jest zwykle zamykana na klucz, ale o tej porze jeszcze nie była.

Nie powiem, trochę się był Puchatek zdziwił. Owszem, są wśród znajomych ze dwie czy trzy osoby które wchodzą przez puchatkową furtkę bez pukania, ale zwykle po uprzednim telefonie i raczej nie o tej porze.

Wyjrzał Puchatek przez okno – furtka otwarta (w sensie – prawie na oścież) a koło domu w ciemności wyraźnie ktoś był. Postać która zamajaczyła była męska, duża i zdecydowanie nieznajoma. Zamajaczyła – i zniknęła za węgłem wyraźnie kierując się do drzwi wejściowych.

Puchatek ma taką specyficzną cechę, która już parę razy w życiu bardzo mu pomogła (a ze dwa razy nawet to życie uratowała, bez przesady i przenośni). Jak Puchatek się przestraszy, to nie panikuje, nie staje sparaliżowany, tylko działa szybko, sprawnie i z wyjątkowo jasnym umysłem. Ot, taki dar Boży.

Co więc Puchatek zrobił? Z prędkością podświetlną zbiegł na dół i… zasunął zasuwę w drzwiach wejściowych, oddzielających przedsionek od domu. A w przedsionku wyraźnie ktoś był…

Wyjrzał Puchatek przez balkon – ale przedsionek „za rogiem”, z balkonu niewidoczny. Wyjrzał Puchatek przez małą szybkę w drzwiach wejściowych – ciemno, nic nie widać. Ale wyraźnie ktoś tam jest.

W pierwszym odruchu chciał Puchatek wyjść i sprawdzić, ale… zdecydował, że jednak nie. Cholera wie kto to, ilu ich i jakie ma(ją) zamiary. A Puchatek jest jeden i zdecydowanie nie jest Chuckiem Norrisem.

Co więc Puchatkowi zostało? Broń potężna: telefon. Zadzwonił Puchatek na 112 i rzeczowo zrelacjonował sytuację. Pan policjant powiedział, że wysyła patrol i doradził, żeby jednak z domu nie wychodzić, tylko poczekać na kolegów. Na jego kolegów, znaczy się.

Koledzy zjawili się po kilku minutach, które to kilka minut Puchatek spędził stojąc na balkonie i nasłuchując, co się dzieje. Nie działo się generalnie nic, ale na dole (w przedsionku) w dalszym ciągu wyraźnie ktoś był.

Wreszcie zjawili się Stróże Prawa. Puchatek zamachał do nich radośnie z balkonu. Panowie weszli przez furtkę. Puchatek (czując się zdecydowanie pewniej w obecności dwóch bądź co bądź uzbrojonych policjantów) otworzył drzwi od środka.

No i rzeczywiście – był tam Pewien Pan. Pan był w stroju niekompletnym (czyli ubrany tylko od pasa w dół, że się tak wyrażę – topless). Wysoki. Łysy. Wytatuowany.

A wiecie co robił?… (tu następuje wzrost napięcia)

Spał. Spał sobie na linoleum w puchatkowym przedsionku.

Tak, jak się zapewne część czytelników domyśla, pan był w stanie wskazującym. W rozmowie z policjantami (kiedy już go dobudzili) okazało się, że pan zdecydowanie nie miał złych zamiarów.

Pan okazał się być robotnikiem, który przyjechał z jakiegoś Podlasia jako członek ekipy budującej czy remontującej jakiś dom w okolicy. Przyjechał był tego dnia rano – a że była sobota, to wieczorem wyszedł zabalować i… się zgubił. Nie wiadomo, gdzie zostawił koszulę, ale ponieważ był w stanie jak wyżej, kompletnie nie mógł trafić do domu (tzn. do miejsca, gdzie wraz z kolegami miał pracować). A że puchatkowa brama wydała mu się znajoma, więc wszedł i chciał spokojnie do rana pospać.

Puchatek razem z panami z policji chyba kwadrans głowili się, gdzie tu w okolicy ktoś „buduje czy remontuje takie dwa połączone mieszkania”. Było to o tyle trudne, że z pana trudno było wyciągnąć jakiekolwiek precyzyjne informacje z uwagi na stan.

Skończyło się na tym, że Puchatek skargi nie wniósł, policjanci pana puścili wolno, pouczywszy w krótkich żołnierskich słowach, żeby bez dzwonienia czy pukania na obce posesje nie właził.

A Puchatek na pożegnanie dał panu starą (ale w dobrym stanie…) ocieplaną koszulę, bo noc była zdecydowanie zbyt chłodna na poszukiwanie kwatery topless.

***

Ale wiecie, co w całej tej historii jest najbardziej wkurzające? Postawa Dzielnego Psa Obronnego rasy malamut alaskański.

Bo kiedy pan Zagubiony spał sobie smacznie w puchatkowym przedsionku, to Dzielny Pies Obronny… spał sobie spokojnie obok niego, na swoim kocyku.

– Ależ pan ma dzielnego psa stróżującego! – pokiwał ironicznie głową Stróż Prawa, kiedy się już z Puchatkiem żegnał.

– A daj pan spokój – odparł Puchatek z ciężkim westchnieniem. Bo cóż innego zostało do powiedzenia…

Kocia Twarz, następnym razem kupię jamnika. Jamniki przynajmniej drą gęby.

Mruczanka (szybko) bieżąca

I co ja mam pisać… Że jestem zmęczony? Że mam już strasznie dosyć tego roku (szkolnego, znaczy się)? Że marzę o wyjechaniu gdzieś? Nie, nie o „wyjechaniu” – marzę o Wędrówce. Takiej prawdziwej.

Siedzę i pracuję – i z każdą zapisaną stroną czuję się bardziej wypompowany. Coś, co normalnie robię w godzinę – teraz zajmuje mi dwie. A – jak na złość, oczywiście – pracy w tym przedwakacyjnym okresie mam tyle, że powinienem raczej robić ją dwa razy szybciej.

Mam takie poczucie, że nic mi nie wychodzi. Że za cokolwiek się złapię – idzie nie tak, jak powinno. A w każdym razie nie tak, jak ja bym chciał. Obiektywnie rzecz biorąc to oczywiście nieprawda… No i co z tego.

Potrzebuję wakacji. BARDZO potrzebuję. I będą, nawet się zapowiadają bardzo pozytywnie (o tym niżej albo następnym razem), ale najpierw jeszcze miesiąc roboty. A ja mam poczucie, że to właśnie o ten miesiąc za dużo.

***

Tak, dzieje się też dużo dobrych rzeczy.

Starsze Potwory dostały się do szkoły muzycznej. Oba. Było bodaj 30 miejsc i około 300 chętnych. Piłka będzie grała na swoim wymarzonym flecie poprzecznym – już podskakuje z radości na samą myśl, na razie piłując flet prosty, z którym w zasadzie się nie rozstaje. Pietruszka (z przyczyn bliżej niewyjaśnionych) od roku mówił, że chce grać na… klarnecie. I dostał się na ten klarnet, jako jedyny (nauczyciel mógł wziąć tylko jednego nowego ucznia).

W dodatku oboje nauczyciele są sympatyczni, młodzi i wyluzowani (co, jak wiadomo, w szkołach muzycznych daleko nie zawsze tak wygląda…).

Minusem te historii jest to, że od września poza „normalnym” jeżdżeniem do szkoły i w parę innych miejsc trzeba będzie Potwory wozić jeszcze do szkoły muzycznej. Przydałoby się może szofera wynająć?…

BTW: Pietruszka na egzaminie miał maksymalną ilość punktów w obu komisjach: „słuchowej” i „manualnej”. O ile to pierwsze nie dziwi (pani A., która uczy Piłkę fletu, twierdzi że Pietrucha ma słuch absolutny…), o tyle to drugie nieco nas zaskoczyło (na plus, rzecz prosta). Rozwija się człowiek.

***

Jak już o genialnych dzieciach: Pietruszka pisał test na zakończenie pierwszej klasy (nie ma on żadnego wpływu na dalszą szkolną karierę, jest tylko formą sprawdzenia ucznia i nauczyciela, który go uczył). Maksymalnie można było dostać 60 punktów. I tyle właśnie Pietruszka zdobył. Jako jedyny w klasie. No, po prostu mutant jakiś.

Ja chyba nigdy z żadnego „dużego” testu czy sprawdzianu nie dostałem maksymalnej ilości punktów. Zadzwoniłem zatem do Osobistego Ojca z tekstem: „A ja mam mądrzejszego syna niż Ty!”.

Obśmiał się jak norka.

Mruczanka Surrealistyczna

Obiad. Puchatki siedzą i jedzą. Rozmowa jak to przy obiedzie, o wszystkim i niczym z akcentem na „o niczym”. Pietruszka siedzi i myśli.

I myśli.

I myśli. I nagle, ni z gruszki ni z pietruszki, pada pytanie zadane tonem poważnym i głęboko refleksyjnym:

– Tato, a kupisz mi sztuczną szczękę?

QUE?!

Mruczanka-połamanka

Taaaaak… Jak to mówią – co się polepszy, to się…

W niedzielę byli u nas Dawno Nie Widziani Znajomi (tzn. my u nich byliśmy chyba dwa czy trzy miesiące temu, ale oni u nas nie byli ze sześć lat). Bardzo było miło, się pogadało i pospacerowało i takie tam. I tak się miło tydzień był zaczął…

…Ale zaraz mu przeszło.

Kiedy w poniedziałek M. przyszła po dzieci do szkoły, to Piłeczka siedziała w świetlicy i płakała. Piłeczka owszem, łatwo ryczy jak się w coś huknie, ale generalnie rzadko trwa to dłużej niż minutę. Co się stało?

– Bo ja spadłam z drabinki na placu zabaw i teraz mnie ręka boli… – brzmiała odpowiedź (przez łzy).

Po krótkim śledztwie okazało się, że wypadek zdarzył się dwie godziny wcześniej. A piłeczkowa pani od zerówki obejrzała boląca rękę, pokiwała głową, powiedziała że „Kto wie, czy to nie złamanie!” (co oczywiście sprawiło, że dziecko zaczęło bać się jeszcze bardziej) i… zaprowadziła wszystkich z powrotem do klasy, a po skończeniu lekcji – do świetlicy.

M. dostała piany, pani od zerówki miała chyba wyjątkowe szczęście, że już jej nie było w szkole.

A ręka bolała dalej. Więc Puchatek pojechał z Piłeczką do przychodni na szybką diagnozę. Ulubiona Pani Doktor (która na szczęście była akurat w przychodni, a która w dodatku poza pediatrią ma także specjalizację z chirurgii…) wyszła z gabinetu, kazała podwinąć rękaw – i aż się za głowę złapała. – No przecież widać, że złamana! – westchnęła. Po czym już tylko Puchatkowi do ucha szepnęła: – Jak na moje oko, to z przemieszczeniem.

Puchatek tam nic nie widział, ale jak fachowiec mówi, to wie.

– Do zabiegowego, zabezpieczyć szyną, w samochód i do Warszawy – zaordynowała Pani Doktor rzeczowo (w powiatowym mieście G. jest co prawda duży i nowoczesny szpital, ale chirurgii dziecięcej w nim nie ma…).

No i pojechali. Piłeczkę po drodze w zasadzie przestało boleć, więc Puchatek został zatrajkotany (prawie) na śmierć.

W szpitalu na Działdowskiej o tej porze (na szczęście) pustki panowały. Gabinet chirurga, rentgen, z powrotem chirurg. Złamanie kości łokciowej (w połowie drogi między łokciem a nadgarstkiem). Ale kość promieniowa – co w takich przypadkach podobno wyjątkowo rzadkie – nienaruszona. Chociaż tyle.

Przestawienie okazało się koniec końców na tyle minimalne, że nie trzeba było nic nastawiać. – Gips wszystko załatwi – powiedział chirurg. – Kość jest ustawiona minimalnie nierówno, ale tak minimalnie, że nie ma sensu tego ruszać, bo u małego dziecka („Nie jestem mała” – wtrąciła oburzona Piłeczka…) i tak się wyrówna w ciągu kilku miesięcy, wraz ze wzrostem…

Niezły gips. Od palców do „za łokciem”. Cztery tygodnie, może więcej. Piłeczka jest bardzo dumna, pozwala koleżankom rysować po gipsie.

***

A Puchatek poszedł we wtorek rano do pana dyrektora, wypełnić papierki (bądź co bądź dziecko ubezpieczone…) i przy okazji wspomniał delikatnie o tym, że jego (Puchatka) zdaniem pani z zerówki zachowała się mało profesjonalnie. Że Puchatek nie ma zastrzeżeń do samego wypadku (bo takie rzeczy się dzieciom zdarzają, niektórym zwłaszcza…) – ale do tego, co było potem. Że pani od zerówki (zwłaszcza, jeśli sama zastanawiała się na głos, czy to nie złamanie…) powinna była jednak zadzwonić po rodziców, a nie spokojnie zostawiać płaczące dziecko w świetlicy.

Pan dyrektor (który oczywiście o całym zdarzeniu dowiedział się dopiero od Puchatka…) jak to usłyszał, to miał takie… Jakby to powiedzieć… Lekkie k…wiki w oczach. – Ja z nią porozmawiam – powiedział tylko. Ale powiedział to takim tonem, że Puchatek chyba nie chciałby być przy tej rozmowie…

No i tak. Piłeczka jest w przednim nastroju. Narzeka tylko, że gips jej w spaniu przeszkadza.

Dobrze chociaż, że to lewa płetwa…

Jak nie urok, to…

Tak Jakoś…

Tak, zdaję sobie sprawę, że to co napisałem poprzednio było bardzo emocjonalne. Już mi to kilku znajomych pół-żartem wytknęło (co przy okazji oznacza, że ktoś czyta to, co piszę…).

Ale już na spokojnie i bez emocji muszę podtrzymać to, co napisałem: jestem bardzo zmęczony polskim życiem politycznym. Mam bardzo, bardzo dość. Chciałbym pojechać gdzieś daleko, chodzić po lesie, leżeć na plaży i o niczym nie myśleć.

Problem polega na tym, że nie myśleć się nie da…

***

Za oknem dziś chłodno, wieje wiatr, po niebie przewalają się chmury. W taką pogodę wspaniale się wędruje na przykład po Bieszczadach – bo wiatr szumi w drzewach, chmury nadają niebu charakteru, a ludzi na szlakach niewielu.

W taką pogodę mógłbym też chodzić po wrzosowiskach Szkocji, gdzieś w Grampianach albo na Wyżynie Południowoszkockiej… Mógłby słuchać szumu wiatru i ptasich pokrzykiwań… Mógłbym tyle rzeczy robić…

Ale to wszystko jeszcze nieprędko. A szkoda.

 

Już nie mogę

Nie mogę. Nie mam na to siły. Niedobrze mi się robi.

Wszyscy jesteście siebie warci.

***

Zwolennicy Ś.P. prezydenta miotają wielkie słowa i wielkie oskarżenia.

Marcin Wolski (tak, ten sam) w Gazecie Polskiej publikuje wiersz pod znamiennym tytułem „Mediom”, w którym łajdakami i kanaliami nazywa wszystkich, którzy Zmarłego krytykowali, a „teraz go żałują”. Tak, jakby śmierć sprawiała, że popełnione błędy – za które krytykowano – przestają istnieć. Ciekawe, czy redaktor Wolski ma na myśli także Radio Maryja, które przecież parę tygodni temu zadeklarowało że nie poprze Lecha Kaczyńskiego w najbliższych wyborach. I o. Rydzyka, który dziś jakoś nie pamięta jak nazywał Marię Kaczyńską „czarownicą”. O tym, że to nieudolna podróbka wiersza Tuwima po pogrzebie prezydenta Narutowicza, autor już wspomnieć nie raczy. On ma misję. On musi pokazać, że jest moralnie lepszy. Pod wierszem setka komentarzy, których autorzy – w większości – biją brawo i mówią o konieczności kontynuowania „rewolucji moralnej”.

TVP – podobno publiczna – pokazuje płaczące tłumy. Jan Pospieszalski chodzi z mikrofonem pod Pałacem Prezydenckim i podtyka go starszym paniom i panom, którzy płaczą po prezydencie – ale przy okazji wygłaszają mowy o konieczności „niedopuszczenia do tego, aby jego przeciwnicy przejęli władzę”. Dziennikarz słucha z pełną zrozumienia miną.

Zwolennicy pochowania prezydenta na Wawelu każdego kto myśli inaczej okrzykują zdrajcą i żądają „uszanowania czasu żałoby”.

Kolejni posłowie PiS – wyraźnie już się z żałoby otrząsnąwszy – wygłaszają smutnym głosem różne tezy sprowadzające się w najlepszym razie do tego, że rząd zachowuje się niewłaściwie – a w najgorszym do sugestii że jest za tę tragedię współodpowiedzialny.

***

A z drugiej strony – pani profesor Środa wygłasza teksty na poziomie o. Rydzyka – równie małe i podłe.

Przeciwnicy pochówku prezydenta na Wawelu urządzają demonstracje pod oknami krakowskiej kurii, wykrzykują hasła, pałają świętym oburzeniem.

Dołączają do nich najróżniejsi krytycy – od tradycjonalistów, takich jak Paweł Milcarek z „Christianitas”, po jakichś egzotycznych monarchistów dowodzących, że Lech Kaczyński nie powinien spoczywać obok królów bo jego władza nie pochodziła „z Bożego nadania”, ale z woli „agnostycznej demokracji” (jakże łatwo zapomnieć, że w Polsce od XVI w. królowie także byli wybierani – co prawda tylko przez szlachtę, ale jednak). I że zdradził, bo brał udział w Okrągłym Stole i w rozmowach w Magdalence. I że był demoliberałem. No i – u jednych i u drugich – koronny argument o tym, że Lech Kaczyński podpisał ten wstrętny Traktat Lizboński „pozbawiający Polskę suwerenności” etc.

***

Ujadanie. Z obu stron – czy raczej ze wszystkich stron – coraz głośniejsze ujadanie. Ze wszystkich stron to samo święte przekonanie o tym, że każdy kto myśli inaczej to łotr, kanalia, podlec.

W tym jazgocie giną głosy spokojniejsze i wyważone (z obu stron). Głosy (z obu stron) wzywające do spokoju, wzajemnego szacunku, większej ciszy. Słychać tylko wrzask. Już nie ma żałoby, już nie ma jedności, refleksji. Już znowu są tylko igrzyska, w których każdy kto śmie myśleć inaczej jest wrogiem.

Minuta ciszy to za mało. Szkoda, że marszałek sejmu nie ogłosił tygodnia ciszy. Może przydałoby się nam takie „Silentium Sacrum”, jak w zakonach klauzurowych. Może wtedy byłby czas na modlitwę (dla wierzących) czy choćby refleksję i namysł.

***

A przecież nie minął jeszcze tydzień. Co będzie za następny tydzień? Co będzie się działo w czasie kampanii wyborczej? Co po wyborach?

Nie wiem. Wiem tylko, że jestem tym wszystkim bardzo zmęczony. Że czasami chciałbym być gdzieś daleko, na drugim końcu świata i mieć poczucie, że mnie to wszystko nie dotyczy.