Do Pani Profesor Magdaleny Środy

Szanowna Pani Profesor,

chciałem napisać do Pani osobiście – niestety nie znam Pani adresu (gdybym mógł napisać bezpośrednio – oczywiście podpisałbym się imieniem i nazwiskiem; tutaj tego nie zrobię). Wiem, że szanse iż przeczyta Pani te słowa są niewielkie, ale może jakimś cudem ktoś je Pani przekaże.

Nie byłem zwolennikiem Lecha Kaczyńskiego. Prywatnie uważałem go za marnego prezydenta. Nie głosowałem na niego, nie głosowałem na PiS.

Osobiście jestem głęboko zdziwiony ideą pochowania prezydenta Kaczyńskiego na Wawelu. Nie to miejsce, nie ten człowiek, brak jakichkolwiek racjonalnych przesłanek.

Mimo to kiedy przeczytałem Pani słowa w portalu internetowym gazeta.pl (cały tekst TUTAJ), poczułem się głęboko zniesmaczony.

Słowa „(Jarosław Kaczyński) Musiał zaspokoić swoje ego – pochować brata na Wawelu” są po prostu wstrętne. Nawet, jeśli są prawdziwe (czego nie wiem) – są wstrętne. Równie wstrętne i małe jak insynuacje z Radia Maryja na temat ludzi dla których pogrzeb Lecha Kaczyńskiego będzie „weselem”.

Choć w wielu sprawach nie zgadzam się z Pani poglądami, zawsze Panią szanowałem jako osobę światłą i uczciwą. Niestety – tym razem zachowała się Pani na poziomie, który dotychczas kojarzyłem raczej z ojcem Rydzykiem.

Myślę, że człowiek kulturalny i wykształcony nawet jeśli jest rzeczywiście głęboko przekonany o słuszności tak postawionej tezy, w takiej sytuacji – i w takim czasie – powinien umieć powstrzymać się od jej wygłaszania. Jeśli tego nie umie – niczym nie różni od o. Rydzyka i jego otoczenia.

Z Wyrazami Szacunku.

 

I jeszcze jedno

Właściwie do tego, co napisałem powyżej (czy raczej poniżej, zgodnie z logiką blogowej kolejności wpisów) muszę dodać jeszcze jedną myśl.

Patos, żałoba narodowa i pogrzeb na Wawelu mają niestety jeszcze jeden negatywny skutek: przez dłuższy czas (na pewno nie w perspektywie najbliższych kilku miesięcy) nie będzie możliwa uczciwa, rzeczowa i obiektywna dyskusja nad oceną tej prezydentury. Każdy, kto w najbliższym czasie ośmieli się powiedzieć, że Lech Kaczyński popełnił błędy czy postąpił w tej czy tamtej sprawie niesłusznie – natychmiast będzie zakrzyczany argumentami że „kala pamięć wielkiego człowieka”, nie szanuje tragedii, zakłóca żałobę i tak dalej. Idę o zakład, że znajda się i tacy co będą chcieli krytyków po sądach ciągać za „obrazę Narodu polskiego” etc. Przesadzam? Zobaczycie.

A szkoda. Bo dla dobra Polski, dla dobra i jakości naszej polityki taka analiza i dyskusja powinny mieć miejsce. I to właśnie przed najbliższymi wyborami, a nie po nich.

Lubię zwierzęta. Ale wolę ludzi…

Tytuł może głupi, ale zebrało mi się i musi się wylać.

W jednym z Lokalnych Supermarketów od czasu do czasu stoją jakieś takie dwie czy trzy panie w wieku post-balzakowskim – członkinie jakiegoś tam Stowarzyszenia – i zbierają na Bezdomne Zwierzęta. Zbierają karmę i tym podobne artykuły (tzn. jak idziesz na zakupy, to możesz kupić i zostawić w ich specjalnym koszyku). Zbierają też datki finansowe (jest specjalna puszka).

Za każdym razem kiedy akurat są, proponują każdemu wchodzącemu żeby wspomógł ich akcję. Mnie także proponują. „Może dorzuci się pan do pomocy dla bezdomnych zwierząt w schroniskach?”.

Nie, nie dorzucę się, odpowiadam nieodmiennie. Grzecznie, ale zdecydowanie. A że odpowiadam tak za każdym razem, to panie już mnie chyba zapamiętały. I ostatnio, kiedy znowu je mijałem wchodząc na zakupy – i kiedy odpowiedziałem na ich pytanie tak jak zwykle… – jedna z nich powiedziała głośno do drugiej (ale tak, żeby wszyscy wokół słyszeli): „Ten pan to po prostu nie lubi zwierząt, niektórzy już TACY SĄ!”

Odwróciłem się na pięcie, podszedłem do nich i – spokojnie, w kulturalnych słowach, ale głosem zimnym jak ściana w igloo powiedziałem paniom, że bardzo lubię zwierzęta. I że sam mam psa. Ale mam nieco inne priorytety. I potem jeszcze powiedziałem im – krótko, w kilku zdaniach – to, co Wam napiszę poniżej. Umilkły. Ma nadzieję, że zrozumiały.

Nie, nie mam nic przeciwko ich akcji. Ale…

Mam takich serdecznych znajomych, których sześcioletni syn jest chory na coś, co się nazywa „zespół nerczycowy sterydoodporny”. Zapytajcie wujka Google.

Chłopiec czeka na przeszczep nerki – to dla niego w zasadzie jedyna szansa. Czeka i czeka – ale na razie nie ma dawcy. Ale ilość przeszczepów w Polsce spadła po słynnej akcji Byłego (na szczęście) Ministra Sprawiedliwości. I tak dalej.

Do niedawna chłopiec był dializowany otrzewnowo, w domu. Jego rodzice nie są biedni – ale nie są też na tyle bogaci, żeby móc sobie pozwolić na wszystko, co potrzebne w takim przypadku. Trzeba było urządzić specjalny, sterylny pokój. Sama aparatura była bodaj wypożyczona, ale za to wypożyczenie też się coś płaciło. Same płyny do dializy, leki i specjalne środki czystości etc. kosztowały ich dobrze ponad dwa tysiące miesięcznie. Wszystko po to, żeby dzieciak nie musiał jeździć na dializy, żeby mógł mieć względnie normalne życie.

Niestety – parę tygodni temu, mimo wszystkich środków ostrożności, wdało się jakieś zakażenie. Trudno do leczenia, złośliwe, bolesne. Chłopiec spędził trzy tygodnie w Centrum Zdrowia Dziecka. Odratowano go – ale dalsze dializy otrzewnowe są niemożliwe.

Trzeba go dializować „normalnie”. Sześcioletni maluch ma założony cewnik dosercowy (czy jak to się tam fachowo nazywa) i trzy razy w tygodniu musi jeździć na dializy. Poniedziałek, środa, piątek – prawie 40 km w jedną stronę, bo takie dializy małych dzieci robią tylko w ośmiu ośrodkach w Polsce – u nas akurat w CZD. Trzy razy w tygodniu musi tam być na ósmą, dializa trwa do dwunastej, potem trzeba jeszcze wrócić do domu.

Siłą rzeczy jego mama musiała zrezygnować z pracy – a koszty wcale się nie zmniejszyły (bo na te trzy razy w tygodniu trzeba wynająć opiekunkę do młodszego brata, trzylatka.

Chłopiec może pić 300 mililitrów dziennie. Półtorej szklanki. Więcej mu po prostu NIE WOLNO. W tych 300 ml mieszczą się też zupy, arbuzy i tak dalej. Co ma zrobić matka, do której dziecko przychodzi ze łzami w oczach i mówi, że CHCE MU SIĘ PIĆ – a ona nie może mu dać nic do picia? Co może zrobić matka, która musi zrezygnować z pracy – bo inaczej nie da się dowozić dziecka na te cholerne dializy?

Sami nie daliby rady. Jest takie stowarzyszenie, które im pomaga. Można wspierać finansowo, można przekazać 1 procent podatku etc.

I teraz, Drogie Panie z Lokalnego Supermarketu, słuchajcie i zważcie u siebie: załóżmy, że ja – człowiek skądinąd niebogaty – mam tę dychę czy dwie, które mogę przeznaczyć na wsparcie jakiejś działalności charytatywnej. Jak myślicie, Drogie Panie, na co wydam te pieniądze: na karmę dla zwierząt w schronisku (których mi skądinąd naprawdę żal…), czy na wsparcie dla rodziców tego chłopca?

A przecież ta historia to tylko przykład. Jeden z wielu. A przecież takie historie dzieją się dookoła nas. Obok. Na sąsiedniej ulicy. W sąsiedniej klatce schodowej. Przez ścianę.

Lubię zwierzęta, zwłaszcza psy. Żal mi ich. Ale nie, nie dam pieniędzy na schronisko, na bezdomne konie i co tam jeszcze.

Mruczanka Przedświąteczna

Miał być wyjazd. Mieliśmy już w czwartek przed południem być na drugim końcu Polski. Najpierw Krościenko nad Dunajcem (na całe Triduum Paschalne), potem na dwa czy trzy dni do Zakopanego.

Miał być wyjazd. Jest zapalenie ucha (sztuk dwie) i zapalenie oskrzeli (sztuka jedna, ale w wersji turbo).

Może następnym razem.

***

Upiorrrna książeczka skończona (choć przyznam uczciwie, że ostatnie osiem stron oddałem komuś, kto chętnie coś z(a)robi, bo już po prostu nie mogłem.

***

Nie mam, po prostu NIE MAM KIEDY czegokolwiek pisać. Przepraszam. Może jutro dam radę…

Mruczanka Marcowa (nie mylić z Marcowym Zającem)

Są plusy. Są minusy. W marcu… jak wiadomo.

Z plusów: książka o której pisałem doczekała się recenzji w Wyborczej. Ale jakiej recenzji! nie notki, nie paru słów. Tekst na całą kolumnę! W dodatku autorstwa Marii Kruczkowskiej, jednej z najlepszych chyba w Polsce dziennikarek piszących o Chinach. Tekst pod tytułem po prostu mnie rozłożył na łopatki:

„Jeśli macie przeczytać tylko jedną książkę o Chinach, niech to będzie właśnie ta.”

Nie da się ukryć, że się Puchatek poczuł był doceniony…

***

Z minusów: marzec. Zima, zima, zima. Co stopnieje, to napada. A Puchatek siedzi w dodatku i tłumaczy Najnudniejszą Książkę w Historii Pracy. I jeszcze trochę.

I już nie mogę. Nudne tłumaczenie, fatalne pogoda, cała masa Większych i Mniejszych Kłopotów… Niby nic poważnego – ale wszystko razem sprawia, że mam serdecznie dosyć. Tak, jasne, chwilowo. Ale jednak.

Marzę o jakiejś podróży, wędrówce… Tęsknię za tym poczuciem wolności kiedy ma się tylko plecak za sobą i drogę przed sobą. Tęsknię za dobrą muzyką słuchaną z kubkiem dobrej herbaty w ręku (a nie w biegu czy w samochodzie). Tęsknię za poezją. Za odrobiną (szeroko rozumianej) twórczej pracy. I za paroma innym rzeczami. Za widokiem rozgwieżdżonego nieba.

A co mam? Aktualnie na tapecie… rabarbar. Cholera.

***

Miał Puchatek taki pomysł, żeby z okazji Czterdziestych Urodzin (tak, tak, to już w lipcu…) zrobić Coś Specjalnego. Wyskoczyć z czymś… Czy ja wiem? Innym.

Pierwsza myśl: wejść na Kilimandżaro. Sam pomysł super, ale… Za co? Afryka, transport drogi, tanie linie tam nie latają…

No to może na Elbrus? Ale tu też niestety sprawa rozbija się o podróż. Bo albo trzeba polecieć samolotem (drogo, tanich linii nie uświadczysz…) albo można pojechać stosunkowo tanio (zwłaszcza jeśli koszty rozłożą się na kilka osób) – samochodem. Ale to z kolei wymaga dłuższej wyprawy, bo to jednak ze trzy tysiące kilometrów. W jedną stronę. Czyli na taką wyprawę (żeby to miało sens) trzeba mieć jednak ze trzy tygodnie. A Puchatek bez rodziny na trzy tygodnie nie wyjedzie.

Dalsze wyprawy (siłą rzeczy) jeszcze mniej wchodzą w grę. Góry skaliste? Appalachy? Jakieś Nepale czy inne Tybety? Nie ten poziom możliwości finansowych (chyba, żeby się jaki sponsor trafił 😉

Co pozostaje?

Jakieś pomysły bardziej lokalne. Piechotą z Bieszczadów w Tatry? Transept Borów Tucholskich? No niby fajne, ale… Nie aż tak fajne.

Ma ktoś jakieś pomysły? Propozycje? Znajomych sponsorów? 😉

Mruczanka Prawie Teatralna

„Prawie” – bo teatr dla dzieci, jednakowoż. Pietruszka w ramach zbliżających się urodzin dostał w prezencie bilety od Dziadka na Prawie Premierę w Och-Teatrze (to teatr w pomieszczeniach dawnego kina „Ochota”. Bilety były trzy, rzecz prosta – więc O Mało Co Jubilat w towarzystwie siostry i tatusia się był wybrał.

„Przedstawienie dla dzieci” to mylące pojęcie. Niestety większość polskich spektakli, przedstawień (a nawet filmów) dla dzieci to produkcje fatalnej jakości. No dobrze, są w Warszawie ze dwa przyzwoite teatry kukiełkowe – ale „normalny” spektakl z aktorami jeśli jest przeznaczony dla dzieci, to najczęściej jest nie do oglądania.

Bo dla wielu twórców „dla dzieci” to tyle co „dla idiotów”. Więc trzeba zdrabniać („serduszko… samochodzik… piesio…”), dziubdziać, składać usta w w ciup i robić głupawe (w założeniu zapewne słodkie) miny.

No i tym bardziej fajnie jest zobaczyć coś zupełnie innego.

Spektakl w Och-Teatrze nazywa się „Zielone Zoo” – oparty jest głównie na tekstach Brzechwy (ale nie tylko, bo i Mickiewicz się raz pojawia…). Trójka aktorów (o nich jeszcze za chwilę), dwóch muzyków siedzących wysoko na szafie (serio-serio, na szafie…) i grających na Różnych Rzeczach.

Teksty – Brzechwa nie wymaga komentarza, ale sposób połączenia, zebrania i wykonania tych znanych przecież kawałków jest po prostu kapitalny.

Muzyka – odjazd (cytując moje dziecię najstarsze). Nie, nic ze słodkiego „plum-plum” znanego z setek płyt z „piosenkami dla dzieci”. I jazz tam był, i blues, i różne wariacje na temat klasyki – a wszystko zagrane tak, że dzieci w bardzo różnym wieku (najmłodsze miały chyba koło trzech lat) na zmianę albo siedziały z rozdziawionymi paszczami, albo podskakiwały z zachwytu. Także na scenie, bo granica miedzy Aktorami a Publicznością była chwilami dosyć płynna.

Aktorzy… Michał Breitenwald w roli nieco umęczliwego „dyrektora cyrku” po prostu niesamowity. Uwierzcie, to sztuka potrafić tłum dzieciaków (i ich rodziców) jednocześnie zirytować, rozbawić i zmusić do głośnego wyrażania swoich opinii.

Paweł Zduń jako Dżelsominek – clown który w pewnym momencie zaczyna mówić (czemu sam się mocno dziwi…) – kupił sobie dzieciaki od wejścia. Żeby być precyzyjnym: od wejścia dzieciaków, bo kiedy publiczność zajmowała miejsca, on już bawił się na scenie. W życiu nie widziałem dorosłego, który (pozostając dorosłym) tak rewelacyjnie gra małe dziecko. Dziecko które chodzi, dziwi się, bawi najprostszymi przedmiotami, cieszy się misiem z urwaną głową czy rzuconą na podłogę starą gitarą.

No i Ewa Konstancja Bułhak… Pierwszy raz widziałem ją na scenie (w teatrze telewizji to jednak co innego). Dynamit. Taka energia, że samo jej wejście na scenę powodowało, że dzieciaki podskakiwały. A jak zwracała się do widzów i wskazując palcem mówiła „No, śpiewacie ze mną!” – to NIKT się nie ośmielił sprzeciwić. Rodzice też 🙂

Znacie takich aktorów, którzy samym wejściem a scenę, spojrzeniem,  jednym zdaniem przejmują kontrolę nad sytuacją i nad publicznością? No, są tacy. Tylko postawcie ich przed publicznością składającą się głównie z widzów w wieku od lat trzech do siedmiu. I niech dokonają tego samego.

A ona to umie.

Dla mnie – bomba. I sam też się dobrze bawiłem…

A w ogóle – czego już rozwijał nie będę – to jest spektakl o poezji, o języku, o książkach i o słowach.

Mruczanka Meteorologiczno-Filozoficzna z Zagadką

Śniegu napadało do licha i trochę. Na Puchatkowej uliczce zaspy odgarniętego białego paskudztwa sięgają do wysokości ogrodzeń.

Ale przynajmniej było ładnie.

A teraz odwilż nas dopada.

I tu zagadka: jaki Wielki Filozof ze Szkolnych Podręczników najlepiej opisuje sytuację na Puchatkowej ulicy i w jej okolicy?

Za poprawną odpowiedź z uzasadnieniem (cytatem z Filozofa) przewidziany jest Uścisk Ręki Puchatka. Wirtualny.

Mruczanka Chińsko-Literacka

No, długo się czekało (bo kryzys etc.), ale wreszcie jest. Książka, którą skończyłem tłumaczyć półtora roku temu wreszcie się ukazała.

Książka jest dobra. Naprawdę. Nie dlatego, że ja ją tłumaczyłem. Jak będziecie mieli trochę czasu – polecam.

John Pomfret – chiński korespondent m. in. Washington Post – był jednym z pierwszych Amerykanów, którym na początku lat osiemdziesiątych udało się dostać zgodę na studia w Chinach. Nie na jakiś kurs czy studencką wymianę, ale pełne studia historyczne. W Nankinie.

To, co pisze o Chinach lat osiemdziesiątych – aż do Tiananmen – już wystarczyłoby, żeby ta książka była ciekawa. Ale to co w niej naprawdę fascynujące, to historie życia kolegów (i koleżanek) Pomfreta z czasów Wielkiego Skoku i Rewolucji Kulturalnej. Wstrząsające.

Zajrzyjcie. Naprawdę warto. Jakby w waszych księgarniach nie było, to każcie sprowadzić 😉 albo kupcie na stronie wydawcy.

 

 

Prywata (w pewnym sensie…)

Zbliża się czas rozliczania podatków. Gdybyście nie mieli jeszcze pomysłu, na co przeznaczyć swój 1 procent, to chciałem Wam coś takiego zaproponować.

Ignaś ma sześć lat. Czeka na przeszczep nerki. Jego rodzice – nasi serdeczni znajomi – wydają co miesiąc bajońskie sumy na leki, specjalne środki czystości etc.

Wspiera ich stowarzyszenie „Możesz”. Wszystkie szczegóły poniżej:

IGNACY