Lubię zwierzęta. Ale wolę ludzi…

Tytuł może głupi, ale zebrało mi się i musi się wylać.

W jednym z Lokalnych Supermarketów od czasu do czasu stoją jakieś takie dwie czy trzy panie w wieku post-balzakowskim – członkinie jakiegoś tam Stowarzyszenia – i zbierają na Bezdomne Zwierzęta. Zbierają karmę i tym podobne artykuły (tzn. jak idziesz na zakupy, to możesz kupić i zostawić w ich specjalnym koszyku). Zbierają też datki finansowe (jest specjalna puszka).

Za każdym razem kiedy akurat są, proponują każdemu wchodzącemu żeby wspomógł ich akcję. Mnie także proponują. „Może dorzuci się pan do pomocy dla bezdomnych zwierząt w schroniskach?”.

Nie, nie dorzucę się, odpowiadam nieodmiennie. Grzecznie, ale zdecydowanie. A że odpowiadam tak za każdym razem, to panie już mnie chyba zapamiętały. I ostatnio, kiedy znowu je mijałem wchodząc na zakupy – i kiedy odpowiedziałem na ich pytanie tak jak zwykle… – jedna z nich powiedziała głośno do drugiej (ale tak, żeby wszyscy wokół słyszeli): „Ten pan to po prostu nie lubi zwierząt, niektórzy już TACY SĄ!”

Odwróciłem się na pięcie, podszedłem do nich i – spokojnie, w kulturalnych słowach, ale głosem zimnym jak ściana w igloo powiedziałem paniom, że bardzo lubię zwierzęta. I że sam mam psa. Ale mam nieco inne priorytety. I potem jeszcze powiedziałem im – krótko, w kilku zdaniach – to, co Wam napiszę poniżej. Umilkły. Ma nadzieję, że zrozumiały.

Nie, nie mam nic przeciwko ich akcji. Ale…

Mam takich serdecznych znajomych, których sześcioletni syn jest chory na coś, co się nazywa „zespół nerczycowy sterydoodporny”. Zapytajcie wujka Google.

Chłopiec czeka na przeszczep nerki – to dla niego w zasadzie jedyna szansa. Czeka i czeka – ale na razie nie ma dawcy. Ale ilość przeszczepów w Polsce spadła po słynnej akcji Byłego (na szczęście) Ministra Sprawiedliwości. I tak dalej.

Do niedawna chłopiec był dializowany otrzewnowo, w domu. Jego rodzice nie są biedni – ale nie są też na tyle bogaci, żeby móc sobie pozwolić na wszystko, co potrzebne w takim przypadku. Trzeba było urządzić specjalny, sterylny pokój. Sama aparatura była bodaj wypożyczona, ale za to wypożyczenie też się coś płaciło. Same płyny do dializy, leki i specjalne środki czystości etc. kosztowały ich dobrze ponad dwa tysiące miesięcznie. Wszystko po to, żeby dzieciak nie musiał jeździć na dializy, żeby mógł mieć względnie normalne życie.

Niestety – parę tygodni temu, mimo wszystkich środków ostrożności, wdało się jakieś zakażenie. Trudno do leczenia, złośliwe, bolesne. Chłopiec spędził trzy tygodnie w Centrum Zdrowia Dziecka. Odratowano go – ale dalsze dializy otrzewnowe są niemożliwe.

Trzeba go dializować „normalnie”. Sześcioletni maluch ma założony cewnik dosercowy (czy jak to się tam fachowo nazywa) i trzy razy w tygodniu musi jeździć na dializy. Poniedziałek, środa, piątek – prawie 40 km w jedną stronę, bo takie dializy małych dzieci robią tylko w ośmiu ośrodkach w Polsce – u nas akurat w CZD. Trzy razy w tygodniu musi tam być na ósmą, dializa trwa do dwunastej, potem trzeba jeszcze wrócić do domu.

Siłą rzeczy jego mama musiała zrezygnować z pracy – a koszty wcale się nie zmniejszyły (bo na te trzy razy w tygodniu trzeba wynająć opiekunkę do młodszego brata, trzylatka.

Chłopiec może pić 300 mililitrów dziennie. Półtorej szklanki. Więcej mu po prostu NIE WOLNO. W tych 300 ml mieszczą się też zupy, arbuzy i tak dalej. Co ma zrobić matka, do której dziecko przychodzi ze łzami w oczach i mówi, że CHCE MU SIĘ PIĆ – a ona nie może mu dać nic do picia? Co może zrobić matka, która musi zrezygnować z pracy – bo inaczej nie da się dowozić dziecka na te cholerne dializy?

Sami nie daliby rady. Jest takie stowarzyszenie, które im pomaga. Można wspierać finansowo, można przekazać 1 procent podatku etc.

I teraz, Drogie Panie z Lokalnego Supermarketu, słuchajcie i zważcie u siebie: załóżmy, że ja – człowiek skądinąd niebogaty – mam tę dychę czy dwie, które mogę przeznaczyć na wsparcie jakiejś działalności charytatywnej. Jak myślicie, Drogie Panie, na co wydam te pieniądze: na karmę dla zwierząt w schronisku (których mi skądinąd naprawdę żal…), czy na wsparcie dla rodziców tego chłopca?

A przecież ta historia to tylko przykład. Jeden z wielu. A przecież takie historie dzieją się dookoła nas. Obok. Na sąsiedniej ulicy. W sąsiedniej klatce schodowej. Przez ścianę.

Lubię zwierzęta, zwłaszcza psy. Żal mi ich. Ale nie, nie dam pieniędzy na schronisko, na bezdomne konie i co tam jeszcze.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s