Mruczanka Literacka (także Z Obrazkami)

Kiedyś byłem absolutnym fanem Przy Johna Irvinga. „Świat według Garpa” czy „Hotel New Hampshire” mógłbym czytać co kilka lat od nowa (oczywiście gdyby nie to, że ciągle pojawia się wiele nowych, wartych przeczytania rzeczy, na które i tak nie mam czasu…). Jego wcześniejsze rzeczy – choć nie tak popularne – także bardzo do mnie trafiały („Metoda wodna”, „Małżeństwo wagi półśredniej”…).

Potem trochę się zniechęciłem – „Regulamin tłoczni win” specjalnie mnie nie zachwycił, „Syn cyrku” takoż (może dlatego, że generalnie nie porywa mnie tematyka i kultura Indii i związane z nią „klimaty”). A „Jednoroczna wdowa” po prostu mnie odrzuciła.

Ale potem przyszło znakomite (mimo paru zastrzeżeń) „Zanim cię znajdę” – książka która (to oczywiście absolutnie subiektywna ocena) była dla mnie powrotem dawnego, „wielkiego Irvinga”.

A teraz połknąłem „Ostatnią noc w Twisted River” – i muszę powiedzieć, że… Bomba!

Czy zauważyliście, że Irving właściwie zawsze pisze o pisarzach? Że stały, uparcie nawracający motyw we wszystkich chyba jego książkach to stwierdzenie że życie jest narracją? Że granica między „prawdziwy życiem” a powieścią jest w gruncie rzeczy dosyć płynna? Że to, co bierzemy za „prawdzie życie” często okazuje się także narracją, czyjąś opowieścią skonstruowaną dla osiągnięcia konkretnych celów albo po prostu dlatego, że w takiej konstrukcji łatwiej (?) było żyć?

Najwyraźniej chyba widać to w „Zanim cię znajdę”, gdzie główny bohater – pisarz, jakże by inaczej? – odkrywa w końcu, że wiele podstawowych prawd które zadecydowały o całym jego życiu było de facto fabułą stworzoną przez jego matkę, a Prawda – ta pisana wielką literą – wygląda zupełnie inaczej.

W „Ostatniej nocy…” jest w gruncie rzeczy podobnie. Życie jest powieścią. A może to powieść jest życiem? A może jedno i drugie? Kiedy w ostatnim rozdziale główny bohater – pisarz, oczywiście – zastanawia się nad pierwszym zdaniem swojej nowej powieści i formułuje je w końcu dokładnie tak, jak zaczynał się pierwszy rozdział książki, której jest bohaterem – narracja zatacza pełne koło, ale robi to tak zgrabnie, tak delikatnie i pewnie zarazem, że czytelnik przyjmuje to bez zmrużenia oka. W każdym razie niżej podpisany czytelnik.

***

A z innej beczki…

Prezent Puchatek był dostał – lekko spóźniony – z okazji urodzin. No i jak na czterdzieste urodziny przystało, prezent jest poważny wielce.

„Fistaszki zebrane”, czyli genialne paski komiksowe Charlesa M. Schulza – kompletny zbiór z lat 1955-1956.

Puchatek czyta i kwiczy ze śmiechu – ale też czuje się bezlitośnie zmuszony do myślenia. Kto zna „The Peanuts”, ten wie. Kto nie zna – niech się nawet nie przyznaje…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s