Mruczanka alaskańsko-syberyjska

ŚNIEG PADA!!!!

Pierwszy w tym roku. Cały świat tonie w śniegu. Wszystko białe. Skrzypi pod nogami. Leci za kołnierz. I przykrywa – cały brud, smród i śmietnik miasta. To jedyna pora roku, kiedy Warszawa jest naprawdę piękna…

Tyle, że w mieście korki jak smok. Jak to dobrze, że mieszkam w G. Że po pracy wsiądę do pociagu podmiejskiego (który może się spóźni, ale przynajmniej w korku nie utknie… miejmy nadzieję…) i pojadę do domu.

A tam będzie jeszcze ładniej – zwłaszcza w okolicy domu, bo tam samochodów mniej, więc ulice będą naprawdę białe, a nie szaro-buro-rozjeżdżone.

Generalnie – nie lubię zimy przesadnie… Ale w takich chwilach jakoś mi się miło robi.

No – oczywiście, Puchatek musi!!! 🙂 – mała mruczanka a propos:

Im bardziej pada śnieg
(Bim-bom)
Im bardziej prószy śnieg
(Bim-bom)
Tym bardziej sypie śnieg
(Bim-bom)
Jak biały puch z poduszki.


I nie wie zwierz ni człek
(Bim-bom)
Choć żyłby cały wiek
(Bim-bom)
Kiedy tak pada śnieg,
(Bim-bom)
Jak marzną mi paluszki.

Mnie akurat nie marzną, ale co tam. Mruczanka pasuje.

*************

A z mniej sympatycznych spraw – Potwory trochę chore. Pietruszka kaszlał przez pół nocy – na początku nawet się przestraszyliśmy, że to znowu zapalenie krtani (…było w czerwcu. Szpital, trzy dni… Nieby nic poważnego, ale brrrr).
Na szczęście nie – pokaszlał i spał dalej. I znowu pokaszlał. I tak całą noc. Dziś M. miała z Potworami iść do Pani Doktor. A tu śnieg wali. Na szczęście są taksówki, bo z wózkiem przez te zaspy… Ech.

A ja – zamiast być z moimi dziećmi i trzymać Pietruszkę za łapkę podczas „zaglądania do gardła” siedzę w B. i zajmuję się bzdurami… Bez sensu. 😦

Zasypany Puchatek

Mruczanka smutna nieco…

Piłeczce wychodzą zęby. Piłeczka ma 11 miesięcy. Kiedy Pietruszkę boli wychodząca (od trzech miesięcy) ostatnia „piątka”, to też jest biedny – wszystko go drażni, reaguje nerowowo… Ale Pietruszka ma 2 lata i 8 miesięcy. I umie już powiedzieć „ząbek boli”. I wiadomo przynajmniej, o co chodzi. Można pomóc. Są żele, jest w ostateczności paracetamol.

Piłeczka ma 11 miesięcy. Nie umie powiedzieć nic poza „mama” i „bam”. Jak ją boli – to sama nie do końca rozumie, co.

Wczoraj w nocy płakała i płakała – jak nigdy. Bo Potwory mają tak (oboje), że jak im zęby idą – to jest strasznie. Wychodzą długo, boleśnie i z atrakcjami. I zawsze jak któryś idzie – to jeszcze brzuchy bolą (lekarze mówią, że to normalne). Dopiero, jak się ci durni rodzice zorientowali, o co chodzi (że to nie przesikany pampers, grypa, ból gardła czy co tam innego, tylko ZĘBISKA), jak dali paracetamol – to przeszło i poszła spać. Ale jeszcze się w nocy budziła sto razy. Bieda.

(Jedyna nadzieja, że to wszystko nie na darmo. Ja podobno także bardzo boleśnie ząblowałem (tako rzecze puchatkowa mama…) – ale jak juz zęby wyszły, to jakie! 🙂 U dentysty bywam raz na trzy lata i generalnie nie miewam chorych zębów.)

Może to banałek – ale jak dziecko płacze i nie można mu pomóc, to człowieka (dużego) szlag trafia. Właśnie z tej bezsilności…

😦

Puchatek

Mruczanka w szkocką kratę – 1.

A zatem – na prośbę Sia-si (czy to się odmienia?) kilka moich obrazków ze Szkocji.

Pierwszy raz pojechałem tam (autostopem, to sama przyjemność w Wielkiej Brytanii…) w 1994 r. Ale daty nie są tu najważniejsze…

Mniej więcej w połowie drogi między Edynburgiem a Glasgow leży sobie miasteczko Stirling. To tam właśnie William Wallace (czyli Waleczne Serce, czyli Braveheart…) stoczył tę najsłynniejszą bitwę o most w Stirling, w której spuścił Anglikom bęcki straszliwe. Stirling to urocze miejsce – kręte, strome uliczki, kolorowe domki, atmosfera… A na wzgórzu – jakże by inaczej – zamek. Jeden z najpotężniejszych zamków Szkocji, prawie dorównujący edynburskiemu, choć nie tak urokliwy, jak zamki z zachodniego wybrzeża.

Kiedy wejdzie się na zamkowe wzgórze, stanie na murach i popatrzy na północ (zwłaszcza, kiedy robi się to po raz pierwszy) – to człowieka po prostu zatyka. Na północ od Stirling rozciągają się niewysokie góry (The Trossachs), porośnięte lasem i wrzosowiskami. I oto na jednym ze wzgórz stoi sobie… wieża. Tak po prostu. Nie zamek, nie kościół, nie miasteczko, w którym stoi budynek z wieżą. Po prostu ze wzgórza, ze środka lasu, wystrzela w niebo gotycka wieża, wysoka na niemal siedemdziesiąt metrów. W środku dzikich wzgórz. Ot, tak. Pierwsze skojarzenie – czysto tolkienowski klimat. Orthank. Albo choćby Amon Hen.

I to nic, że potem okazuje się, że to – w gruncie rzeczy – złudzenie. Wieża (będąca skądinąd pomnikiem Wallace’a właśnie) nie jest gotycka, tylko neogotycka, nie wyrasta „z dziczy”, tylko tak to z daleka wygląda, a w rzeczywistości leży dwie mile od centrum Stirling i można do niej dojechać samochodem, a potem kupić bilety… To nieważne. Ważne jest pierwsze wrażenie przeniesienia się w czasie o kilkaset lat wstecz. A może nawet w innę Erę, w inny Świat…

Taka jest cała Szkocja. Mistyczna, baśniowa, nierzeczywista…

Najlepsze zdjęcie, jakie „na szybko” znalazłem w sieci – to właśnie dokładnie widok z zamku w Stirling (jak zresztą można przeczytać w podpisie):

http://www.undiscoveredscotland.co.uk/stirling/wallace/

Poniżej jest trochę zdjęć „z okolicy”, ale to pierwsze, na górze, pokazuje o co mi chodzi. Gdyby jeszcze dodać trochę mgieł snujących się u podnóża wieży… 🙂

Ciąg dalszy nastąpi, ale już nie dziś (późno się robi, spać się chce Puchatkowi…)

W kolejnych odcinkach będzie o:

– Buchlyvie i St Patrick Manor

– szlaku z Abberfoyle do Callander

– drodze wzdłuż Loch Ness – od Inverness do Fort William

– wyspie Skye

– północnym wybrzeżu

– granitowym mieście, czyli Aberdeen

– wodospadach Mesech

…nie wiem, czy w takiej kolejności, nie wiem, czy szybko – ale będzie. Sia-sia mnie sprowokowała, a ja jestem nałogowcem 😉

Puchatek The Brave.

Mruczanka z Opadniętymi Łapkami

Miało nie być o pracy, ale nie zdzierżę. A nie zdzierżę – bo sytuacja w firmie B. przekracza granice absurdu.

Niestety – żebyś, Drogi Czytelniku, zrozumiał, o co chodzi – muszę podać kilka szczegółów na temat firmy B. i jej działalności.

B. to firma konsultingowo – wydawnicza. Strona konsultingowa mnie nie dotyczy, wydawnicza – i owszem. Firma wydaje różnego rodzaju serwisy i miesięczniki branżowe. Tematyka – różna, mniejsza z tem. Problem polega na tym, że panuje tu kompletne pomieszanie z poplątaniem – zwałszcza co do tego, kto za co odpowiada i co robić powinien.

Przyszedł prezes – człowiek skądinąd sympatyczny i inteligentny – i nakręcał nas jak mógł. Że sprzedaż prenumeraty za słaba, że reklam nie ma, że musimy pomyśleć, co zrobić, żeby…

Gdzie tu asburd? Ano absurd polega na tym, że ja jestem… dziennikarzem, jakem już kiedyś pisał. Ja (i moich dwu kolegów) PISZEMY do tego miesięcznika. Wszystkie uwagi prezesa byłyby całkiem słuszne, gdyby uwzględnić dwa szczegóły:

1. Nie my powinniśmy być ich adresatami, tylko dział reklamy i marketingu. Ja robię to, co do mnie należy (i robię to, nie chwaląc się, nienajgorzej) – czyli piszę. To oni są od szukania reklamodawców, pozyskiwania prenumeratorów etc. Co mi do tego???

2. Warto jednak dodać, że w przypadku naszego miesięcznika także dział reklamy i marketingu może niewiele, bo… no właśnie, tu dochodzimy do sedna.

Otóż kiedy miesięcznik startował (pół roku temu) nie przeprowadzono ŻADNYCH badań rynku, rozeznania wśród potencjalnych reklamodawców etc. Wiem, że normalnie, kiedy przygotowuje się wydanie nowego pisma (ZWŁASZCZA branżowego) – to zanim się wyda pierwszy numer, zespół pracuje już przeciętnie pół roku „na sucho”, robiąc i składając numery próbne. W momencie ukazania się w druku pierwszego numeru redakcja ma przygotowane tematy na jakies pół roku do przodu.

A u nas?

Zarządowi B. wyraźnie szkoda było pieniędzy na takie fanaberie (no bo po co płacić ludziom przez parę miesięcy nie mając z tego tytułu żadnych wpływów?). Ja przyszedłem w maju (moi koledzy trzy tygodnie wczesniej) i z marszu robiliśmy pierwszy numer. Dział reklamy składa się z samych nowicjuszy – niedawno dopiero przyszła do nich dziewczyna z praktyką – i się załamała. „Jak mam namawiać klientów na reklamę, skoro nie wiem, co będzie nie tylko za trzy miesiące, ale nawet w najbliższym numerze”. I teraz to się mści – zwłaszcza, że dział rynku, o którym mamy pisać, jest specyficzny – nie da się w nim oddzielić biznesu od spraw społecznych, a spraw społecznych od polityki… No dobrze uchylę rąbka: chodzi o szerko pojęty „biznes medyczny”. I teraz – co miesiąc zmieniają się dyrektywy, co dwa tygodnie słyszymy kolejne (sprzeczne ze sobą) polecenia o czym mamy pisac, a co sobie odpuszczać, na czym sie skupiać… Cyrk (bez kółek, niestety…)

Czyli – ktoś nie pomyślał, ktoś czegoś nie dopatrzył, ktoś zwyczajnie dał ciała (pardon), a pretensje – do dziennkarzy. Śmiech pusty. Gdyby nie nadzieja, że to moje ostatnie miesiące w B., to chyba by mnie szlag trafił.

A tak – tylko mi śmiesznie 🙂

Puchatek

Mrucznka zakłopotana

Sia-sia pisze w komentarzu, żem ją zawstydził… Ależ, dlaczego „zwastydził”? Absolutnie to w moich intencjach nie leżało…

O Szkocji mógłbym opowiadać długo – mniej może o historii (choć jest naprawdę ciekawa), więcej o kulturze, muzyce, jeszcze więcej – o „klimacie” (nie mam na myśli pogody, choć w Szkocji to temat bogaty, zwłaszcza z turystycznego punktu widzenia :). A najwięcej miałbym do powiedzenia o tym, co mnie się tam podoba, dlaczego właśnie to miejsce jest moją prywatną Arkadią… 🙂

Chetnie, chętnie. Ale nie dziś – bo pracy mnóstwo, a czasu mało.

Może Sia-sia napisze, co by chciała usłyszeć (…a raczej przeczytać).

Pozdrawiam

Zakłopotany nieco Puchatek

Mruczanka wyjaśniająco-geograficzna

Sia-sia (która sama pisze bardzo ciekawe rzeczy, polecam 🙂 zadała mi pytanie pod poprzednim moim wpisem. Cytuję:

>sia.sia

>2004/11/15 17:11:55

>co to za miejsce? napiszesz coś więcej? pozdrawiam!

Ano – to właśnie dolina Glen Afric. A dokładniej?

Inverness to miasto w Szkocji. Mniej więcej w połowie wysokości Szkocji (patrząc na mapę), na wschodnim wybrzerzu jest takie dosyć duże „wcięcie” – to ujście rzeki Ness (która wypływa z przepięknego, polodowcowego jeziora o tej samej nazwie, czyli… Tak, właśnie Loch Ness („Loch” – czytaj lok’, przez takie gardłowe „k” –  to po prostu po szkocku to samo, co „lake”, czyli jezioro). To samo Loch Ness od potwora Nessie 😉

No i niedaleko z tamtąd leży rzeczona dolina. Jedno z najpiękniejszych miejsc, w jakie udało mi się w życiu trafić (choć przyznam obiektywnie, że moja ocena może być nieco zakłócona faktem, iż wyprawa, w czasie której to miało miejsce, była moją podróżą poślubną 🙂

Znalazłem „na szybko” stronę, na której można sobie obejrzeć kilka zdjęć z tamtąd (bo moje, niestety, mam tylko w wersji „papierowej”. Jak kiedyś zeskanuję, to wrzucę).

A zatem:

http://www.danheller.com/scot-glenafric.html

Prawda, że pięknie?

Bo widzisz, Sia-sio (czy to się odmienia? 🙂 Ja generalnie uwielbiam podróżować…

A zwłaszcza – po północy Świata…

A zwłaszcza – po północy Europy…

A już piękniejszego miejsca do podróżowania niż Szkocja po prostu  nie znam 🙂

I czasami, siedząc w pracy, której nie lubię i robiąc rzeczy, które mnie nudzą, myślami jestem właśnie tam. Jak chcesz, mogę poopowiadać Ci więcej.

Pozdrawiam,

Puchatek Podróżnik

Mruczanka nostalgiczna

Jest takie miejsce – trzeba wyjechać z Inverness na zachód, ale po kilku milach skręcić z drogi do Fort William lekko na północ. Dolina nazywa się Glen Afric. Mozna nią iść cały dzień (do połowy długości można dojechać samochodem (ale po co…), dalej już tylko piechotą. To takie miejsce, w którym można zapomnieć, że jest dwudziesty wiek (to znaczy – jasne, dwaudzisty pierwszy, ale ostatni raz byłem tam w 1999 r., więc…).

No, siedzę w męczącej firmie B. i nostalgia mnie ogarnęła. Glen Afric. No i „bonnie banks of Loch Lomond”.

Ech.

Mruczanka późnojesienna

„Jesień idzie – nie ma na to rady”, jak głosiła popularna (kiedyś) piosenka. Zimno się zrobiło, drzewa już bez liści, na dworze nieprzyjemnie. Jeśli do tego dodać mało przyjemne nastroje w pracy (…), krótki dzień i myśl, że aż do Bożego Narodzenia nie będzie już żadnych „ekstra” dni wolnych – to robi się smętnie.

Długi weekend minął szybko (tak to jest, wszystko, co dobre… i tak dalej). Mieliśmy gości, byliśmy w gościach, zdążyliśmy nawet (co rzadkie) posiedzieć spokojnie w domu i nawet wspólnie obejrzeć coś tam w telewizji (pierwszy raz od… nie pamiętam doprawdy, od kiedy). „Zemsta” Wajdy (to znaczy – „Zemsta” Fredry, rzecz prosta, w ekranizacji Wajdy J). Dwa zarzuty:

– Agata Buzek to świetna aktorka, niemniej obsadzenie jej w roli Klary w sztuce, w której co drugie zdanie ktoś mówi o „pięknej Klarze” to chyba przesada J

– Polański jako Papkin dobrze sprawdza się w momentach, kiedy Papkin jest płaczliwy i się boi, znacznie gorzej w tych scenach, kiedy ma się pysznić i puszyć.

Natomiast poza tym – przesympatyczne. Rafał Królikowski – aktor zupełnie mi nie znany – jako Wacław znakomity. Seweryn w roli Rejenta – niesamowity. Demoniczny, diaboliczny, makiaweliczny. Tyle śmieszny, co straszny.

No i Gajos jako Cześnik – WIELKI! Potwierdza się – moim zdaniem – teza, że to największy polski aktor po śmierci Łomnickiego…

**************

Dalej wsłuchuję się w Cohena. „Nightingale” – niesamowite. Tekst i muzyka, które mogłyby spokojnie być wzięte za jakąś irlandzką piosenkę ludową. Żart muzyczny. Ale – jak wszystko o Cohena – z podtekstem.

No i „To A Teacher”. Nowa piosenka do starych słów (wiersz C. bodaj z początku lat 60). Robi wrażenie, zmusza do słuchania…

„Hurt once and for all into silence.
A long pain ending without a song to prove it.
Who could stand beside you so close to Eden,
When you glinted in every eye the held-high
razor, shivering every ram and son?
And now the silent loony bin, where
The shadows live in the rafters like
Day-weary bats,
Until the turning mind, a radar signal,
lures them to exaggerate
Mountain-size on the white stone wall
Your tiny limp.
How can I leave you in such a house?
Are there no more saints and wizards
to praise their ways with pupils,
No more evil to stun with the slap
of a wet red tongue?
Did you confuse the Messiah in a mirror
and rest because he had finally come?
Let me cry Help beside you, Teacher.
I have entered under this dark roof
As fearlessly as an honoured son
Enters his father’s house.”

 

**************

Zamyślony Puchatek

Mruczanka wyczekująca

Środa dziś – a nastrój jak w piątek, tylko jeszcze sympatyczniej, bo weekend dłuższy. Cztery dni bez firmy B. Wczoraj próbowali mnie wrobić w wyjazd na konferencję do Rzeszowa. W piątek w czasie długiego weekendu. Wolne żarty – to by oznaczało dwa dni wyjęte z życiorysu (dwa, bo przecież z Warszawy do Rzeszowa nie dojedzie się w dwie godzinki, jak do Łodzi). O, nie. Potwory czekają, tatę widują ostatnio pół godziny rano i trzy kwadranse wieczorem. Bez przesady – są ważniejsze rzeczy, niż konferencje.

Wyszedłem dziś rano z domu i… aż trudno opisać. Zimno, ale już tak zimno – zimowo. Mroźno niemal (choć powyżej zera). Ostre słońce, ostre powietrze. Aż się chciało żyć! Nawet przez całą drogę do stacji udało się nie myśleć o pracy…

Szelma już w całej zimowej krasie. Futro puchate, wygląda, jakby w ciągu ostatniego miesiąca urosła i przytyła. I jakby miała łeb półtora raza większy, niż w lecie. Cieszy się, wyraźnie się cieszy na nadchodzącą zimę. Już chciałem jej powiedzieć, że podobno ma być lekka i łagodna, ale się rozmyśliłem. Co jej będę humor psuł 😉

Pietruszka rozmawiał przez telefon z dziadkiem, czyli moim Szanownym Teściem. Dziadek dzwoni z Ameryki, stęskniony za wnukami. Pietruszko, chcesz porozmawiać z dziadkiem?

„Tak!” zdecydował Pietruszka (to zmiana, ewolucja, do niedawna zamiast „tak” mówił „aha”). No więc słuchawka w małej łapce, mina przejęta, wzrok skupiony. „Halo, Pietruszko” – mówi dziadek (słuchawka na full, więc wszystko słyszymy). Głos się dziadkowi aż śmieje. „Halo…” – odpowiada Pietruszka niepewnie. „Co robisz” – pyta dziadek. Pietruszka jest zdziwony. „Stoję!” odpowiada, wyraźnie nie rozumiejąc, dlaczego dziadek pyta o coś, co przecież widać gołym okiem 😉

************************

Ostatnio zasłyszane:

Przychodzi Eskimos do baru i mówi do kelnera:

– Poproszę whisky.

Kelner: – Z lodem?

Eskimos: – A chcesz oberwać?

:)))

Mruczanka głębokim basem ;)

Kupiłem wreszcie tę nową płytę Cohena. Na razie zdołałem jej posłuchac raz – a i to pobieżnie. Ale refleksji kilka już się nasuwa.

Cohen się zmienił. Chyba doszedł do ładu ze sobą, pogodził się z czymś, czy ja wiem… W porównaniu z „Ten New Songs” płyta „Dear Heather” jest znacznie pogodniejsza, jaśniejsza. To taki nastrój – zabawne skojarzenie – jak u Staffa („…pogodny mądrym smutkiem i wprawny w cierpieniu”).

Na końcu – na żywo – „Tennessee Waltz”, wykonany po prostu brawurowo. Cohen już kilka razy pokazał, że rozumie różne style muzyczne. Country to muzyka specyficzna – muzyka otwartych przestrzeni, prostych (choć nie prostackich, jak się niektórym wydaje) wartości i problemów. Wielu muzyków z zupełnie innych klimatów aranżowało po swojemu przeboje country. Ale zawsze (czy prawie zawsze) – śpiewając pokazywali „inność” (czy wręcz „wyższość”) swojej muzyki. Tymczasem Cohen zaśpiewał tak, jakby nigdy w życiu nie śpiewał nic innego. Z duszą, z sercem, cały zanurzony w muzyce…

Jak posłucham jeszcze ze dwa razy, to może napiszę coś więcej. A tymczasem – Staff właśnie, ten wiersz, który wspomniałem. Oceńcie sami, czy Staff i Cohen nie mają czegoś wspólnego… Wiersz nosi tytuł „Przedświt”

Czciciel gwiazd i mądrości, miłośnik ogrodów,

Wyznawca snów i piękna i uczestnik godów,

Na które swych wybrańców sprasza sztuka boska:

Znam gorycz i zawody, wiem, co ból i troska,

Złuda miłości, zwątpień mrok, tęsknot rozbicia,

A jednak śpiewać będę wam pochwałę życia –

Bo żyłem długo w górach i mieszkałem w lasach.

Pamięcią swe dni chmurne i dni w słońca krasach

Przechodzę, jakby jakieś wielkie, dziwne miasta,

Z myślą ciężką, jak z dzbanem na głowie niewiasta,

A dzban wino ukrywa i łzy w swojej cieśni.

Kochałem i wiem teraz, skąd się rodzą pieśni;

Widziałem konających w nadziejnej otusze

I kobiety przy studniach brzemienne, jak grusze;

Szedłem przez pola żniwne i mogilne kopce,

Żyłem i z rzeczy ludzkich nic nie jest mi obce.

Przeto myśli me, które stoją przy mnie w radzie,

Choć smutne, są pogodne jako starcy w sadzie.

I uczę miłowania, radości w uśmiechu,

W łzach widzieć słodycz smutną, dobroć chorą w grzechu,

I pochwalam tajń życia w pieśni i w milczeniu,

Pogodny mądrym smutkiem i wprawny w cierpieniu.