Mruczanka z Opadniętymi Łapkami

Miało nie być o pracy, ale nie zdzierżę. A nie zdzierżę – bo sytuacja w firmie B. przekracza granice absurdu.

Niestety – żebyś, Drogi Czytelniku, zrozumiał, o co chodzi – muszę podać kilka szczegółów na temat firmy B. i jej działalności.

B. to firma konsultingowo – wydawnicza. Strona konsultingowa mnie nie dotyczy, wydawnicza – i owszem. Firma wydaje różnego rodzaju serwisy i miesięczniki branżowe. Tematyka – różna, mniejsza z tem. Problem polega na tym, że panuje tu kompletne pomieszanie z poplątaniem – zwałszcza co do tego, kto za co odpowiada i co robić powinien.

Przyszedł prezes – człowiek skądinąd sympatyczny i inteligentny – i nakręcał nas jak mógł. Że sprzedaż prenumeraty za słaba, że reklam nie ma, że musimy pomyśleć, co zrobić, żeby…

Gdzie tu asburd? Ano absurd polega na tym, że ja jestem… dziennikarzem, jakem już kiedyś pisał. Ja (i moich dwu kolegów) PISZEMY do tego miesięcznika. Wszystkie uwagi prezesa byłyby całkiem słuszne, gdyby uwzględnić dwa szczegóły:

1. Nie my powinniśmy być ich adresatami, tylko dział reklamy i marketingu. Ja robię to, co do mnie należy (i robię to, nie chwaląc się, nienajgorzej) – czyli piszę. To oni są od szukania reklamodawców, pozyskiwania prenumeratorów etc. Co mi do tego???

2. Warto jednak dodać, że w przypadku naszego miesięcznika także dział reklamy i marketingu może niewiele, bo… no właśnie, tu dochodzimy do sedna.

Otóż kiedy miesięcznik startował (pół roku temu) nie przeprowadzono ŻADNYCH badań rynku, rozeznania wśród potencjalnych reklamodawców etc. Wiem, że normalnie, kiedy przygotowuje się wydanie nowego pisma (ZWŁASZCZA branżowego) – to zanim się wyda pierwszy numer, zespół pracuje już przeciętnie pół roku „na sucho”, robiąc i składając numery próbne. W momencie ukazania się w druku pierwszego numeru redakcja ma przygotowane tematy na jakies pół roku do przodu.

A u nas?

Zarządowi B. wyraźnie szkoda było pieniędzy na takie fanaberie (no bo po co płacić ludziom przez parę miesięcy nie mając z tego tytułu żadnych wpływów?). Ja przyszedłem w maju (moi koledzy trzy tygodnie wczesniej) i z marszu robiliśmy pierwszy numer. Dział reklamy składa się z samych nowicjuszy – niedawno dopiero przyszła do nich dziewczyna z praktyką – i się załamała. „Jak mam namawiać klientów na reklamę, skoro nie wiem, co będzie nie tylko za trzy miesiące, ale nawet w najbliższym numerze”. I teraz to się mści – zwłaszcza, że dział rynku, o którym mamy pisać, jest specyficzny – nie da się w nim oddzielić biznesu od spraw społecznych, a spraw społecznych od polityki… No dobrze uchylę rąbka: chodzi o szerko pojęty „biznes medyczny”. I teraz – co miesiąc zmieniają się dyrektywy, co dwa tygodnie słyszymy kolejne (sprzeczne ze sobą) polecenia o czym mamy pisac, a co sobie odpuszczać, na czym sie skupiać… Cyrk (bez kółek, niestety…)

Czyli – ktoś nie pomyślał, ktoś czegoś nie dopatrzył, ktoś zwyczajnie dał ciała (pardon), a pretensje – do dziennkarzy. Śmiech pusty. Gdyby nie nadzieja, że to moje ostatnie miesiące w B., to chyba by mnie szlag trafił.

A tak – tylko mi śmiesznie 🙂

Puchatek

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s