Mruczanka Watykańsko – Lingwistyczna

A bo tak mnie naszło 🙂

Czytam sobie taką książkę – wywiad-rzekę, przeprowadzony przez Petera Seewalda z Josephem kardynałem Ratzingerem w czasie, kiedy jeszcze pojęcia nie miał (ani jeden, ani drugi ;), że będzie Benedyktem XVI.

Seewald pyta o milion różnych rzeczy, od podstaw wiary i nauki Kościoła aż po poglądy na codzienność, sztukę, kulturę. Ratzinger odpowiada – szeroko, ciepło i barwnie, zupełnie nie pasują jego słowa do lansowanej w niektórych mediach wizji zimnego, twardego, „pancernego kardynała”.

Ale ja nie o treści tu chciałem, tylko o FORMIE. O języku, jakim posługuje się Ratzinger.

Jan Paweł II mówił językiem filozofii i poezji. Jego język był barwny, kwiecisty, stosował (znakomite skądinąd) zabiegi retoryczne, każda jego wypowiedź miała swoją melodię i rytm. To był – że pozwolę sobie na porównanie architektoniczne – barok. Taki prawdziwy, piękny barok: nie kapiący od złoceń, chmurek i aniołków, jak w warszawskim kościele św. Anny, ale niezwykle bogaty, z całą ornamentyką i mnóstwem szczegółów.

Ratzinger – dziś Benedykt XVI – mówi zupełnie inaczej. Jego język to raczej gotyk: znacznie prostszy (nie „uboższy”, tylko właśnie „prostszy”), niezwykle precyzyjny, z idealnie zachowanymi proporcjami. Każde słowo jest tu na swoim miejscu, każde zdanie zamyka się w logiczną całość. Kiedy odpowiada na pytanie – robi to z ogromnym szacunkiem dla pytającego, nawet wtedy, kiedy pytanie jest niezupełnie sensowne 🙂

To nie jest język poety-filozofa, jakim mówił Jan Paweł II. To język naukowca – ale nie „zasuszonego profesora”, którego wizja świata ogranicza się do poletka własnej specjalności. Język człowieka oczytanego, erudyty, wyraźnie zainteresowanego wieloma zjawiskami współczesności.

Język przy tym – w swojej prostocie i logice – niezwykle elegancki. Nie ma tu urwanych zdań, niedokończonych myśli, emocjonalnych dygresji. Myśl rozwijana jest konsekwentnie, każde kolejne zdanie czy nowy wątek logicznie wynika z poprzedniego. Zdania są dosyć krótkie, niewiele tu zdań podrzędnie złożonych, ciągnących się przez kilka linijek tekstu.

Ten język do mnie przemawia (niezależnie od treści). To się dobrze czyta. Z kimś takim dobrze by się rozmawiało – nie ma wątpliwości, co chce powiedzieć, nie ma wieloznaczności, wywód jest logiczny do bólu – choć nie pozbawiony poezji (nawet, jeśli to zupełnie inna poetyka, niż u Jana Pawła II).

Ciekawe, czy ktoś kiedyś robił analizę języka, jakim posługiwali się papieże…

Mruczanka Przedjesienna

 

Tyle spraw się dzieje… Tyle różnych myśli krąży…

Jesień się zaczyna na dobre. Nocami zimno, pierwsze żółte liście – choć w dzień jeszcze w miarę letnie temperatury…

To jeden z dwu okresów roku, w których najsilniej dopada mnie potrzeba Wędrowania. Wczoraj wieczorem wyszedłem na chwilę z domu zanieść coś znajomym dwie uliczki dalej. Wracałem – chłód, wiatr, gdzieś między chmurami widoczne pojedyncze gwiazdy… Poczułem nagle, że mógłbym tak iść i iść, całymi godzinami, nie myśląc o niczym.

A rano dojść na przykład w takie miejsce:

…albo jeszcze gdzieś dalej…

Mruczanka Faux Pas

Puchatek z M. i Potworami byli wczoraj w Leśnej Podkowie. Na urodzinach. Urodziny obchodził Błażej – autystyczny chłopiec, w którego terapii brała kiedyś udział M.

Urodziny zaczęły się w kościele w Leśnej Podkowie, od mszy w intencji Jubilata.

Kościół w Leśnej Podkowie to kościół szczególny – zielone otoczenie, jak przystało na miasto-ogórd, dookoła rośnie mnóstwo pięknych roślin, a wśród nich chodzą sobie różne mniej lub bardziej egzotyczne ptaki.

No i faux pas Puchatek popełnił, bo mu się Zmysł Satyryczny włączył w najmniej odpowiednim momencie.

Bo stali wszyscy przed kościołem, kilka minut przed mszą, w nastrojach jak najbardziej poważnych i podniosłych, a Puchatek zobaczył ptaszysko drepczące po ścieżce, z ogonem wielkim i – zanim zdążył pomyśleć – zadał na cały głos pytanie wysoce niestosowne:

– Przepraszam, kto tu puścił pawia?!

Rodzina jubilata padła ze śmiechu, M. przybrała kolor buraczkowy i spojrzała na Puchatka wzrokiem morderczym, a ksiądz proboszcz… Hmmmm… Chyba Puchatka nie będzie lubił.

Uuuups. 😉

Mruczanka Zatroskana

…no bo dobrze nie jest. Osobistej Mamie zrobili już prawie wszystkie możliwe badania – i dalej absolutnie nic z nich nie wynika.

Jeśli chodzi o problemy z mówieniem – wyniki badań neurologicznych wziął jakiś Bardzo Sławny Pan Profesor, który ma się im „przyjrzeć”. Samej pacjentce już się przyjrzał i raczył stwierdzić (zresztą bardzo przyjaźnie i kulturalnie), że ma do czynienia z – cytuję – „bardzo ciekawym przypadkiem”.

W ustach lekarza to komplement, czy wręcz przeciwnie?

Tak na puchatkowe oko psycholga to problem ewidentnie wyglądał na problem na poziomie mikrouszkodzeń w mózgu. Problemy wyłącznie z mówieniem, nie z pamięcią czy formułowaniem myśli (bo te same myśli na piśmie formułują się znakomicie). Nawet znaleźli tam ślad jakiegoś mikrowylewu, ale potem okazało się, że to akurat nie ma żadnego wpływu. I szukają dalej – na razie bezskutecznie.

Gorzej, że to są te „lepsze wieści”. Bo są jeszcze – wykryte niejako przy okazji – fatalne wyniki morfologii. FATALNE. Tak fatalne, że jak pani doktor je zobaczyła, to zaordynowała natychmiastowe przetoczenie litra krwi.

Żadnych masywnych krwotoków Osobista Mama ostatnio nie miewała. Ostatni raz miała robione badania dwa i pół roku temu, przed operacją połamanej nogi – i wszystko było OK.

Czyli – gdzieś musi być „dziura”, gdzieś krew „ucieka”. Wszystkie badania „od góry” nic nie wykazały – pozostaje badanie „dolnej części”, czyli kolonoskopia. Bo niestety jest poważna możliwość, że może to być nowotwór (jelito grube, okrężnica…).

Czyli nie jest dobrze.

Mruczanka Na Bieżąco

Trochę się spraw nazbierało wartych zauważenia.

1. Przedszkole w domu mamy. M. realizuje swoje marzenie o prywatnym przedszkolu prowadzonym na zasadach pedagogiki Montessori. Na razie to tylko wprawka – jest dziewięcioro dzieci (razem z Potworami), głównie pociechy Krewnych I Znajomych Królika. Więcej na razie nie będzie, bo brak lokalu (…dlatego mamy przedszkole „w domu” najdosłowniej. Na piętrze.). Jest wesoło 🙂 Na razie to tylko cztery razy w tygodniu, cztery godziny dziennie. Jak się rozwinie, jak się znajdą chętni, jak się znajdzie lokal, jak… etc., to może od przyszłego roku (szkolnego) się założy działalność wiadomą i sprawę zalegalizuje. A na razie – czas testowy…

2. Osobista Mama jest w szpitalu. Od dłuższego czasu miała problemy z… mówieniem. Wszystkie inne funkcje w normie, pisze normalnie, ale jak mówi – to mylą jej się słowa i gubi końcówki. Podejrzewali lekarze jakieś problemu neurologiczne (na poziomie mózgu) – ale wszelkie możliwe badania nic nie wykazały. Osobista Mama – jak na swój wiek i hmmm… powiedzmy, tryb życia, jak prowadziła przez ostatnie czterdzieści lat – jest zdrowa całkiem. Są tylko dwa objawy: problemy z mową i FATALNE wyniki morfologii. Takie, jakby miała poważny krwotok (…a nie miała). I nikt nie jest w stanie powiedzieć, skąd się te objawy biorą. (Był taki rysunek, bodajże Mleczki: Przerażony pacjent leży w łóżku, a dwaj uśmiechnięci lekarze mówią do niego: „Mamy dla pana dobrą wiadomość – przejdzie pan do historii medycyny!”).

3. A wczoraj wracałem z Warszawy, po całym dniu Biegania i Załatwiania Spraw Różnych… Szedłem sobie od dworca w G. do domu (dwadzieścia pięć minut jak obszył), był już wieczór (zauważyliście, że się coraz wcześniej ciemno robi?). Było chłodno, świeciły gwiazdy, cisza. A ja sobie szedłem i słuchałem Carrantuohilla. I jakoś mi tak było dobrze…

…Jesień się zbliża. Już ją czuć w powietrzu. I Szelma zrzuca letnie wdzianko, zaczyna nabierać futra.

W przeciwieństwie do naszego psa nie lubię zimy. Brrr. Nie chodzi mi o zimno (na nie jestem akurat bardzo odporny…). To raczej taki atawizm – zima to czas, kiedy człowiek jest przywiązany do miejsca. Drogi zasypane śniegiem, mróz nie pozwala na dłuższe wyprawy…

A lato to czas Wędrowania.

A w Szkocji teraz jest tak:

Mruczanka Podróżna – odcinek 2

A zatem jesteśmy w Wiedniu. Jest druga połowa sierpnia, godzina zdecydowanie wieczorna, ciemno się robi. W kieszeni pieniędzy akurat tyle, że starczyłoby na jeden nocleg w hotelu – tylko potem trzeba by już do domu wracać. Na tarczy.

Oooo, nie!

Jasne – byliśmy wtedy piękni i młodzi (jeśli chodzi o Puchatka, to dziś zostało już tylko „i”) – i gotowi choćby przełazić tę noc chodząc w kółko dookoła katedry… Co nie zmieniało faktu, że jednakowoż wizja płaskiej powierzchni i rozłożonego śpiwora nęciła nas dużo silniej. Zwłaszcza, że poprzednią noc spędziliśmy – bądź co bądź – w pozycji siedzącej, w pociągu…

No i właśnie wtedy objawił się Słynny Puchatkowy Fart. Bo Puchatek tak ma – zwłaszcza w podróży – że ma farta, wyczucie i trafia.

Trafił – ni z tego ni z owego, na jednej z uliczek (nie pamiętam nazw, wybaczcie, to było jednakowoż trzynaście lat temu…) stał sobie kościół, a na bramie kościoła widniał napis – po polsku. Bo to był – jak się później okazało – polski kościół w Wiedniu.

A że Puchatek wraz z Towarzyszkami w takich bardziej kościelnych środowiskach się obracali, więc odkrycie potraktowali jako „nie do odrzucenia”. Zapukali. Otworzył jakiś lekko zdziwony pan – nie ksiądz, ale kościelny chyba czy ktoś taki. Wysłuchał. Westchnął. Powiedział głośno (wyraźnie z intencją bycia słyszanym przez jakichś ludzi kręcących się za nim), że niestety, żadnych miejsc noclegowych nie ma, pokoje są zajęte, a w sali konferencyjnej to on NIE MOŻE NIKOGO PRZENOCOWAĆ, bo by się polizei czepiała. A potem dodał (cicho, mrugając lewym okiem), żebyśmy wpadli trochę później – tak koło dziesiątej – to nas zaprosi chociaż na HERBATĘ.

Puchatek aluzję zrozumiał. Poszliśmy się zatem przejść co nieco, wróciliśmy koło dziesiątej. Dostaliśmy herbatkę oraz miejsce w wyżej wymienionej sali konferencyjnej. Bardzo komfortowa podłoga z wykładziną 🙂 i łazienka obok. Czyli Szczyt Marzeń Autostopowicza.

A następnego dnia rano była niedziela. Czyli najpierw wybraliśmy się do katedry na mszę, a potem metrem i jakimiś autobusami – wyjechaliśmy na „rogatki” Wiednia, żeby wreszcie ruszyć. W założeniu było to proste: stajemy na wylocie i machamy, kierowcy stają, zabierają nas, jedziemy.

Bardzo szybko przekonaliśmy się, że to nie takie proste 🙂

Mruczanka Podróżna – odcinek 1 (Lepiej Późno Niż Wcale).

No i przyszedł rok Pański 1992. Ha, to był rok! Już w okolicach stycznia się zaczęło.

Najpierw jedna A. – Puchatkowa Znajoma – postanowiła w czasie wakacji pojechać do Francji. Autostopem zresztą. Razem z jeszcze jedną koleżanką zresztą.

Potem rodzice obu pań postawili ultimatum – OK, dadzą rodzicielską zgodę pod warunkiem, że dziewczyny nie pojadą same, ale że pojedzie z nimi jakiś osobnik płci przeciwnej.

Potem się okazało, że tym osobnikiem został Puchatek.

Potem jeszcze na skutek jakichś Puchatkowi bliżej nie znanych okoliczności ta druga koleżanka się z projektu wycofała, więc „na trzeciego” (a raczej „na trzecią”) została zaangażowana inna Puchatkowa Znajoma, niejaka B. I taki zespół trzyosobowy – A., B. i Puchatek – już gdzieś od maja przygotowywał się do Wielkiej Wyprawy.

Autostop – więc nie płacimy za przejazdy. Namiocik – więc po drodze nocujemy „na dziko”, żeby nie płacić za noclegi. A na miejscu (czyli w Paryżu) – Znajomi Znajomych Znajomych (taka to mniej więcej była relacja…) mieli znaleźć jakieś miejsce do pomieszkania. Za darmo, rzecz prosta 🙂

(Warto jeszcze dodać, że postanowiliśmy pojechać ciut dookoła – nie przez Niemcy, ale przez Czechosłowację, Austrię i Szawjcarię. Żeby Alpy zobaczyć po drodze, między innymi 🙂

Jeszcze trzeba było załatwić jakieś formalności (na przykład pójść i porozmawiać z rodzicami B., którzy co prawda się zgodzili, ale byli jednakowoż dosyć zaniepokojeni – więc Puchatek (jako ten facet, czyli odpowiedzialny, hłe hłe hłe…) musiał się dobrze zaprezentować. To akurat było stosunkowo proste, bo Robienie Dobrego Wrażenia to puchatkowa specjalność 😉

No i mniej więcej w połowie sierpnia (o ile Puchatek dobrze pamięta…) Wielka Wyprawa wystartowała. A., B. i Puchatek zostali mianowicie na parę godzin klientami PKP – pociągu pospiesznego Warszawa – Bielsko Biała konkretnie. Po całej nocy wylądowali w Bielsku, po kolejnych dwóch godzinach czekania dojechali do Cieszyna. Przeszli granicę (tak! „Przeszli” – naogach, piechotą znaczy! To była frajda – pokazać paszport, zarzucić tobół na plecy i po prostu PRZEJŚĆ…) 😉

A potem… złapali pociąg. Ano tak – z czeskiego Cieszyna do Bratysławy (z przesiadką w Żylinie). Doszli bowiem do wniosku, że pod względem autostopowym to ich interesuje tak zwany Zachód, a przez tak zwany Wschód to mogą sobie pociągiem… Zwłaszcza, że wtedy czechosłowackie koleje były tanie jak barszcz (tak, tak, jeszcze „czechosłowackie”! Czechosłowacja przestała istnieć dopiero na przełomie 1992 / 1993…).

Po całym dniu jazdy (i obowiązkowych knedliczkach w Żylinie!) dojechali przed piątą (po południu) do Bratysławy.

Z Bratysławy do Wiednia – który miał być punktem startowym) jest jakieś sześćdziesiąt kilometrów. Jak je przebyć?

Ha. Tu się objawiła główna cecha Puchatka – podróżnika, czyli Głębokie Zamiłowanie do Improwizacji (w skrócie – GZdI). Najpierw ktoś wpadł na pomysł, że może by zobaczyć, czy nie ma jakiegoś pociągu (była, o ile Puchatek pamięta, godzina 17:01). Poszliśmy zatem do hali głównej bratysławskiego dworca (17:03). Zlokalizowaliśmy tablicę odjazdów (17:04). Zaczęliśmy się w nią wczytywać. Już o godzinie 17:06 przeczytaliśmy radośnie linijkę o treści następującej (w wolnym tłumaczeniu):

Wiedeń – peron któryśtam – 17:08.

Aaaaa!!!! Sprint na peron któryśtam. Języki do pasa, plecaki po dwadzieścia kilo na plecach. Patataj, patataj. Wpadamy na peron. Na peronie pociąg. Konduktor – austriacki zresztą – właśnie podnosi rękę, żeby dać sygnał odjazdu. Puchatek ile sił w płucach wrzeszczy międzynarodowe i ogólnie na świecie zrozumiałe słowo:

STOP!!!!! (…w myślach dodając całkiem po polsku: „Do cholery!!!!”).

Konduktor lekko zdziwiony, ale czeka. Puchatek dopada konduktora i – zamiast natychmiast pakować się do wagonu – zaczyna mu tłumaczyć (po angielsku, rzecz prosta), że nie ma biletów i dopytywać, czy możne takowe u niego kupić. Konduktor (jasnowidz, czy co?) odpowiada Puchatkowi… po polsku, że owszem, można, tylko wsiadajcie już, u licha, po pociąg musi odjeżdżać! No, surrealizm pełny.

Wsiedli. Za godzinę byli już w Wiedniu. Czyli na Zachodzie. Czyli się zaczęło. Można zacząć jechać.

…jutro. Bo przecież nikt normalny nie będzie próbował wyjechać z Wiednia i łapać pierwszego stopa wieczorem. Czyli jest tylko jeden mały problem:

Jak w kompletnie nieznanym sobie mieście – zresztą dla turysty z Europy Wschodniej (zwłaszcza wtedy!) kosmicznie drogim – znaleźć jakiś nocleg?

Wieczór. Robi się ciemno. Nocleg w parku nie wchodzi w grę (po pierwsze – Puchatek by się bał, zwłaszcza w towarzystwie dwóch kobiet, po drugie – jesteśmy w Austrii i nie ma cienia wątpliwości, że Polizei by nie pozwoliła, a wizja noclegu w areszcie jakoś do Puchatka nie przemawiała…). Nocleg w hotelu – nie wchodzi w grę z przyczyn oczywistych, czyli finansowych. Schronisko młodzieżowe jest tańsze niż hotel, ale to nie znaczy, że tanie, a przed nami cała wyprawa, a dewiz w kieszeni malutko…

Zapada noc. I to jest to – odjazd kompletny! :)))))) Jesteśmy „gdzieś w Europie” i musimy wymyśleć, co robić przez najbliższe – powiedzmy – osiem godzin.

„Myśl szybko, MacGyver”…

– No i wymyślili. Ale o tym w następnym odcinku 🙂

Mruczanka Hardcore – Przedszkolna

Deptak w G., wczesne godziny popołudniowe. Wśród plączącego się między wystawami a kawiarnianymi stolikami tłumu wyróżnia się mała dziewczynka – na oko sześcio-siedmioletnia – w uroczej, różowej sukience. Dziewczynka jest czyściutka, uśmiechnięta, ma blond włoski z równo przystrzyżoną grzywką związane po bokach w warkoczyki z kokardkami. Ma różową sukienkę, takież buciki, białe skarpeteczki i generalnie wygląda jak ilustracja z Książki O Grzecznej Dziewczynce. Idzie spokojnie, trzymając mamę za rękę.

Grzeczna Dziewczynka mija Puchatka siedzącego na ławce i czekającego z Potworami na M. (która buszuje w sklepie). Puchatek odruchowo obraca głowę i widzi na plecach Grzecznej Dziewczynki, przez całą szerkość Bardzo Różowej Sukienki wielki napis czarnymi, drukowanymi literami:

KILL BARBIE!


Puchatek był padł i jeszcze leży….

😀

Mruczanka Nocno – Literacka.

Właśnie, kiedy kończyłem poprzedni wpis (godzina 00:35, czyli taka bardziej barbarzyńska), na górze obudziła się Piłeczka. Obudziła mamę (dla której wpół do pierwszej to środek głębokiej nocy…) i z dzikim wrzaskiem zaczęła się domagać… czego?

Picia? Nocnika?

Nie. Lektury. Mama (półprzytomna, jeśli to „pół” nie jest grubą przesadą…) nie bardzo rozumiała, o co dziecku chodzi. Piłeczka (z wrzaskiem coraz dzikszym) poszła zatem do półeczki z książeczkami, wyciągnęła (po omacku, ale bezbłędnie!) „Lokomotywę” Tuwima i STANOWCZO zażądała lektury. JUŻ, TERAZ, NATYCHMIAST ALBO JESZCZE PRĘDZEJ.

Miłość do wielkiej literatury (a trzeba przynać, że gust dziecko ma dobry) czekać nie może.

Moja krew! :))))))

(Dodam tylko, że już przy „Buch, jak gorąco” spała snem sprawiedliwego, czego nie mozna było niestety powiedzieć o rozbudzonej tym czasem mamusi).

😉