Mruczanka Podróżna – odcinek 2

A zatem jesteśmy w Wiedniu. Jest druga połowa sierpnia, godzina zdecydowanie wieczorna, ciemno się robi. W kieszeni pieniędzy akurat tyle, że starczyłoby na jeden nocleg w hotelu – tylko potem trzeba by już do domu wracać. Na tarczy.

Oooo, nie!

Jasne – byliśmy wtedy piękni i młodzi (jeśli chodzi o Puchatka, to dziś zostało już tylko „i”) – i gotowi choćby przełazić tę noc chodząc w kółko dookoła katedry… Co nie zmieniało faktu, że jednakowoż wizja płaskiej powierzchni i rozłożonego śpiwora nęciła nas dużo silniej. Zwłaszcza, że poprzednią noc spędziliśmy – bądź co bądź – w pozycji siedzącej, w pociągu…

No i właśnie wtedy objawił się Słynny Puchatkowy Fart. Bo Puchatek tak ma – zwłaszcza w podróży – że ma farta, wyczucie i trafia.

Trafił – ni z tego ni z owego, na jednej z uliczek (nie pamiętam nazw, wybaczcie, to było jednakowoż trzynaście lat temu…) stał sobie kościół, a na bramie kościoła widniał napis – po polsku. Bo to był – jak się później okazało – polski kościół w Wiedniu.

A że Puchatek wraz z Towarzyszkami w takich bardziej kościelnych środowiskach się obracali, więc odkrycie potraktowali jako „nie do odrzucenia”. Zapukali. Otworzył jakiś lekko zdziwony pan – nie ksiądz, ale kościelny chyba czy ktoś taki. Wysłuchał. Westchnął. Powiedział głośno (wyraźnie z intencją bycia słyszanym przez jakichś ludzi kręcących się za nim), że niestety, żadnych miejsc noclegowych nie ma, pokoje są zajęte, a w sali konferencyjnej to on NIE MOŻE NIKOGO PRZENOCOWAĆ, bo by się polizei czepiała. A potem dodał (cicho, mrugając lewym okiem), żebyśmy wpadli trochę później – tak koło dziesiątej – to nas zaprosi chociaż na HERBATĘ.

Puchatek aluzję zrozumiał. Poszliśmy się zatem przejść co nieco, wróciliśmy koło dziesiątej. Dostaliśmy herbatkę oraz miejsce w wyżej wymienionej sali konferencyjnej. Bardzo komfortowa podłoga z wykładziną 🙂 i łazienka obok. Czyli Szczyt Marzeń Autostopowicza.

A następnego dnia rano była niedziela. Czyli najpierw wybraliśmy się do katedry na mszę, a potem metrem i jakimiś autobusami – wyjechaliśmy na „rogatki” Wiednia, żeby wreszcie ruszyć. W założeniu było to proste: stajemy na wylocie i machamy, kierowcy stają, zabierają nas, jedziemy.

Bardzo szybko przekonaliśmy się, że to nie takie proste 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s