Mruczanka Ze Szczoteczką Do Zębów

Puchatek myje Pietruszce zębiska (w liczbie dwudziestu). Szczoteczka w dłoń. Pasta.

„Otwórz paszczę, Pietruszko!”. Pietruszka paszczę otwiera, czemu nie – ale minę ma jakąś taką… zdziwioną jakby?

Puchatek zaczyna myć zębiska – szurum-burum – ale Pietruszka usiłuje mu coś powiedzieć. Ponieważ w paszczy Pietruszki tkwi (a raczej szaleje) szczoteczka, brzmi to jak: „Łałułu, ło łe łołeła łiłeły!”

„Poczekaj, Pietruszko, tata skończy ci myć zębiska, to wszystko powiesz!” – komentuje Puchatek i szoruje dalej. Ale Pietruszka nie daje za wygraną i dalej coraz usilniej próbuje jakąś wyraźnie bardzo istotną myśl przekazać: „Ałe ło łe łe łoła łołeła!”

„No zaczekajże jeszcze chwilę” – irytuje się Puchatek, który przez „łołełanie” nie może dobrze szorować. – „Zaraz skończymy i wszystko mi powiesz!”

Nic z tego. Pietruszka wyrywa się z rodzicielskich objęć, wypluwa szczoteczkę, wypluwa wodę z pastą i – wreszcie mając wolną paszczę – wygłasza pierwsze stwierdzenie raz jeszcze. Tym razem wyraźnie i głośno, z głębokim wyrzutem :

„Tatusiu, to jest scotecka Piłecki!”

Patrzy Puchatek – o, Kocia Twarz, fakt! Szczoteczka jest biała, z króliczkiem – a przecież pietruszkowa szczoteczka jest różowa, z misiem. Uuuups. Ale gafa.

Tak to jest, jak człowiek zaczyna działać, zanim się na dobre nie obudzi…

Mruczanka Science-Fiction

Jeśli chodzi o „science”, to konkretnie Puchatek ma na myśli medycynę. A dlaczego „fiction” – o tym niżej.

Udał się był Puchatek na badania. To znaczy nie naukowe badania, tylko badania Puchatka. Czyli nie był Puchatek badającym, jeno obiektem badań.

Badania odbyły się na intencję prawa jazdy. No, bo przecież nie można dać tak ważnego dokumentu byle komu! Osobnik z prawem jazdy zdrowy być musi, co by innych użytkowmników drogi czymś nie zaraził…

Zatem Puchatek udał się do Całkiem Prywatnej Przychodni X. Do rejestracji się zgłosił, siedemdziesiąt (!) PLN uiścił, w kolejeczce swoje odstał i wszedł.

Przyjęła Puchatka bardzo miła pani doktor T. I natychmiast zaczęła badania. I skończyła je jeszcze szybciej. Całe „badania” trwały de facto czterdzieści sekund (zegar wisiał na ścianie). Potem jescze trzy minuty trwał „wywiad”, w kolejne dwie – wypisywanie świstka. I po krzyku.

I dlatego Puchatejk pisze o „science-fiction”. Cała „science” sprowadziła się do badania wzroku (tablica na ścianie, proszę przeczytać dolny rządek lewym okiem, prawym, dziekuję).

Potem była już kompletna „fiction”. Pani doktor wypytywała Puchatka o kolejne Straszne Choroby i Regularnie Przyjmowane Leki, Puchatek konsekwentnie odpowiadał „nie” (zgodnie z prawdą akurat). I tyle.

I tak się Puchatek zastanawia – po co ta szopka? Czy tylko po to, żeby uprawniony lekarz mógł sobie dorobić? Przecież mógł Puchatek ukryć przed panią doktor WSZYSTKO. Mógł być na przykład ciężkim epileptykiem, albo – ja wiem – cukrzykiem regularnie zapadającym w krótkie drzemki spowodowane niedoborem cukru… „Miał pan kiedykolwiek ataki padaczki?” „Ależ skąd”. Dziękuję, następne pytanie. Przecież nikt tego nie sprawdza…

A szczyt „fiction” polegał na tym, że pani doktor nawet nie zajrzała w puchatkowe dokumenty. I to nie przez zapomnienie, bo Puchatek grzecznie zapytał, czy ma dowód wyciagnąć. Nie, dziękuję, nie trzeba.

Czyli na upartego Puchatek (będący skądinąd rzeczywiście osobnikiem zdrowym generalnie) mógłby (za drobną opłatą?…) pójść na takie badania za kogoś, kto – na przykład – ma poważną wadę wzroku. Powiedzieć, że nazywa się Kleofas Pipsztycki, podać pesel (nauczenie sie jedenastu cyfr na pamięć nie jest wielkim wysiłkiem), przejść etap „science” z tablicą do badania wzroku, podać poprawne odpowiedzi na pytania o Straszne Choroby – i dostać zaświadczenie (na nazwisko Kleofas Pipsztycki, rzecz prosta), że może ubiegać się o prawo jazdy (bezterminowe).

Nie, Puchatek tego nie zrobi, oczywiście. Nie tylko dlatego, że nie pozwoli mu na to Wrodzona Uczciwość. Także dlatego, że Puchatek trochę bałby się spotkać kiedyś na ruchliwej drodze z Kleofasem Pipsztyckim siedzącym za kierownicą w tych swoich szkłach kontaktowych na sto sześćdziesiąt dioptrii…

…ale technicznie – dałoby się zrobić. I jak Puchatek zna polskie realia – pewnie się robi na co dzień.

Mruczanka Na Trzecim Biegu (Na Razie)

Stało się. Puchatek robi prawo jazdy.

Dotąd jakoś się nigdy nie składało. Albo nie było pieniędzy, albo nie było czasu, albo nie było motywacji… I tak się Puchatek uchował jako jeden z ostatnich wśród znajomych. Trzydzieści sześć wiosen i bez prawa jazdy! No, skandal.

Ale to już przeszłość! Bo teraz Puchatek się szkoli. To znaczy – pan Jurek Puchatka szkoli. Ten sam pan Jurek, który kilka lat temu szkolił M. I wyszkolił skutecznie, bo M. zdała za pierwszym razem!

Pan Jurek repreezentuje typ „siła spokoju”. Jak trzeba, to za kierownicę złapie i skoryguje, ale zawsze na spokojnie, bez krzyków, wszystko tłumaczy, generalnie jest typem Nie-Do-Zdenerwowania. Ma pełne uprawnienia, odpowiedni samochód, a że na co dzień robi zupełnie co innego, więc wielu uczniów nie ma. Podjeżdża zatem pod chatkę Puchatka, zakłada na dach dużą literę „L” – i w drogę. Czyli można powiedzieć, że Puchatek ma Indywidualny Tok Nauczania, w dodatku z dostawą do domu. Hi hi hi.

Postępy są. Dotąd Puchatek odbył dwie jazdy. Samochodu nie rozbił, nikogo nie przejechał, a jechał już – ho ho! – całe 60 km/h! I to przez środek ruchliwej arterii w G., ze skrętem w lewo i przejazdem przez wiadukt! O!

*****

A tak mówić zupełnie serio, to… Czy ja wiem? Jakoś mnie to aż tak nie fascynuje. To znaczy – jasne, miłe to nawet, czemu nie, można jechać… Ale jakoś nie ma we mnie tej fascynacji, tej głębokiej chęci jeżdżenia, tego poczucia, że nareszcie, potrzeby szybkości…

A podobno każdy prawdziwy mężczyzna… I tak dalej… A ja siadam za kierownicą, uczę się, traktuję sprawę zadaniowo – ale w gruncie rzeczy wolałbym wsiąść na rower…

Mruczanka Wiosenna Nareszcie

Ano tak, wiosna nadeszła. Lepiej późno, niż wcale. Co prawda za oknem akurat nieco leje, ale co tam. Da się żyć.

Potwory (żeby było śmieszniej) wróciły ostatnio we wspólnych zabawach do tematyki bożonarodzeniowej. Nie pytajcie mnie, dlaczego. Coś im się przypomniało i tyle. W związku z tym bawią się w Boże Narodzenie. „Ja jestem Malija, a ti jesteś Józief”. Lalka – przy innych okazjach nosząca zupełnie normalne imię Edytka – gra rolę Pana Jezusa. No i bomba – tyle, że zabawy Potworów są specyficzne wysoce. Ponieważ w zabawach Potworów – niezależnie od aktualnej tematyki i „obsadzenia ról” – pewne Stałe Elementy pojawić się muszą. Stałe Eelementy wynikają natomiast z Ogólnych Zainteresowań – zwłaszcza Ogólnych Zainteresowań Pietruszki.

No i oglądamy tu bardzo specyficzne sceny – na przykład „Maliję” i „Józiefa” razem z „Panem Jeziusem” jadących samochodem (albo kolejką WKD…) do Warszawy, w odwiedziny do Babci Małgosi. Albo tych samych Bohaterów naprawiających traktor. Albo rozwożących listy (to motyw z „Listonosza Pata”). Ostatnio Święta Rodzina jechała na wycieczkę do lasu, szukać liści. Z tego, co zrozumiałem, „Malija” siedziała za kierownicą wielkiego BMW.

Mruczanka Genetyczna

Powiedzcie, czy Wasze dzieci mają swoje ulubione przytulanki, z którymi zasypiają? No, wiecie – ukochany miś czy króliczek, którego trzeba mocno, mocno przytulić, bo bez tego sen nijak nie przychodzi… Piłeczka ma takich mnóstwo – codziennie zasypia z innym pluszakiem. Za to Pietruszka…

Pietruszka też ma przytulankę, z którą zasypia. Trzyma ją w łapkach, a ostatnio nawet kładzie na niej głowę. Przytulanka nie jest jednak pluszowa. Przytulanką jest… książeczka z wierszykami Tuwima („Lokomotywa”, „Rzepka”, „Ptasie Radio”) z ilustracjami Levitta i Hima.

Czy zamiłowania literackie są dziedziczne? 😉

Tak

„Czy zdanie okragłe wypowiesz, czy księgę mądrą napiszesz, będziesz zawsze mieć w głowie tę samą pustkę i ciszę…

Słowo to zimny powiew nagłego wiatru w przestworze; Może orzeźwi cię – ale do nikąd dojść nie pomoże…

Zwieść cię może ciągnący ulicami tłum,
Wódka w parku wypita albo zachód słońca…

Lecz pamiętaj: naprawdę nie dzieje sie nic
I nie stanie się nic aż do końca…”

Mruczanka Rozpaczliwa

WIOSNY!!! Chcemy wiosny!!! Ratunku!!!

Jak wstaję rano i widzę, że znowu w nocu popruszył śnieg, to mam odruch wymiotny. Wszyscy już fiksujemy. Jacyś nerwowi jesteśmy, drażliwi, byle co urasta do rangi Problemu. Brakuje nam słońca, brakuje zieleni. Nawet Szelma chodzi osowiała i ma dość.

WIOSNYYYYY!!!!

Mruczanka Podróżno-Nostalgiczna

W serii „Podróże marzeń” (przewodniki turystyczne, które można kupić z „Wyborczą”) ukazała się właśnie „Irlandia”. No i nie wytrzymałem – kupiłem. A teraz siedzę w wolnych chwilach (to taka przenośnia, te „wolne chwile”) i przeglądam. Nawet nie czytam, ale właśnie przeglądam…

Bylismy w Irlandii w 1996 r. (mój Boże, to już dziesięć lat!). To była kolejna zwariowana wyprawa „bez grosza przy duszy”. Pojechaliśy we trójkę – M., ja i moja siostra. Namiot, kuchenka turstyczna na naboje gazowe, trochę ciuchów – i w drogę. Autokarem rejsowym do Londynu, stamtąd kolejnym, relacji Londyn – Dublin. Razem prawie 48 godzin w podróży.

Ale było warto… Wprawdzie Irlandia nie okazała się tak gościnna, jak nasza ukochana Szkocja (w noc po naszym przyjeździe zaczął padać deszcz, który skończył się w zasadzie półtora tygodnia później… Przy czym przez „skończył się” nie należy rozumieć, że go już nie było, ale że potem nie padał bez przerwy…) – ale wyprawa i tak była wspaniała.

Siedzę teraz i przeglądam zdjęcia w przewodniku… I choć minęło dziesięć lat, pamiętam te miejsca! Zamek w Kilkenny… Zatoka Galway… Connemara, góry Mourne… Donegall… Wyspa Aran…

Ech, pojechałoby się. I pewnie się jeszcze kiedyś pojedzie.

A scena, która jakoś najbardziej siedzi mi w głowie, miała miejsce na promie, gdzieś na Morzu Irlandzkim, w pół drogi między wybrzeżem Walii a portem w Dublinie.

Było w pół do piatej rano, jasno (początek sierpnia), my – lekko otumanieni po drugiej z kolei nocy w autobusie, ale szczęśliwi i podekscytowani zbliżającym się celem podróży. Dookoła morze – po horyzont z każdej strony (na morzu naprawdę widać, że ziemia jest okrągła!), a my wpatrujemy się w horyzont przed dziobem, nie mogąc się doczekać, kto z nas pierwszy wypatrzy brzegi Zielonej Wyspy…

Pogoda była jak drut (na razie…). Morze po horyzont, nad głowami niebo jak wnętrze bladobłękitnej półkuli. Większość „normalnych ludzi” siedziała na ciepłych kanapach pod pokładem. A my wyleźliśmy na pokład, pożyczywszy pierwej gitarę od jakichś wpółśpiących Anglików. I siedzieliśmy sami na pokładzie, grając i śpiewająć różne różności – od Wolnej Grupy Bukowina po jakiegoś bluesa z kompletnie improwizowanym tekstem…

To były czasy 🙂

Niestety nie mam zdjęć – napaliłem się wtedy na slajdy, a potem okazało się, że mój Zenith miał uszkodzony obiektyw i niedoświetlał. Sześć rolek slajdu poszło w krzaki…

Toteż pożyczam zdjęcie ze strony http://www.odyssei.com/pl/travel-gallery (wszelkie prawa zastrzeżone…)

Mruczanka Polityczna.

No, wybaczcie, ale nie wytrzymuję jednak. Odkrywam, że na co dzień – kiedy jestem zmęczony i zapracowany – najchętniej pisałbym o tym, co mnie DENERWUJE I WKURZA. Czyli o polityce.

A ponieważ tutaj nie chcę tego robić, więc… Będę to robił TUTAJ.

Chyba mi odwaliło. Do reszty.

Mruczanka Z Obciachem W Pełnym Zakresie

Czteroletni Pietruszka wykonał był Numer Życia. Może jeszcze kiedyś zrobi coś lepszego, ale… Puchatek ma nadzieję, że Puchatka przy tym nie będzie. Ale od początku.

Zwykle w niedzielę Puchatki jeżdżą ze znajomymi do Sąsiedniej Parafii. Bo w Puchatków parafii kościół w budowie, zero ogrzewania, na podłodze goły beton, zimno jak w psiarni u Eskimosów.

Dla Pietruszki każdy człowiek płci brzydkiej ubrany w długie, białe ubranko to „ksiądz”. No bo niby jak czterolatek ma rozróżnić, że to jest ksiądz, a to jest na przykład lektor, albo ubrany w albę kościelny chodzący z tacą? Na czole święceń zaznaczonych nie ma. Niestety, jak się okazuje.

Wczoraj Puchatek został poproszony przez Jednych Znajomych z Sąsiedniej Parafii, żeby zastąpił jednego z lektorów, który był zachorował. No, nie ma problemu – czytać Puchatek umie, a w albie przy ołtarzu też się bywało. Poszedł Puchatek do zakrystii, albę założył, jak porządny ministrant łapki złożył i OK.

M. z potworami została „w tłumie”, razem ze znajomymi. Ludzi sporo, więc nie wszystko potwory widziały. Msza się zaczęła, wstęp, modlitwa, wiadomo. Skończyły się obrzędy wstępne, ksiądz usiadł, ministranci usiedli, ludzie w kościele takoż, a Puchatek nie usiadł, tylko ruszył był w stronę tak zwanej ambonki, żeby rzeczone pierwsze czytanie kulturalnie i z dykcją przeczytać. W tej białej albie. I w ogóle.

I doszedł Puchatek do ambonki… I lekcjonarz otworzył… I oddech już wziął, żeby zacząć…

I w tym momencie, w ciszy panującej w kościele (no bo zaraz będzie czytanie, prawda?) rozległ się jasny, dźwięczny głos Pietruszki, oznajmiającego z dumą całemu zgromadzeniu:

– A TEN KSIĄDZ TO MÓJ TATA!

Ksiądz odprawiający mszę jakby się nagle zakrztusił, poczerwieniał i generalnie wyglądał, jakby sie miał udusić. Proboszcz – siedzący właśnie w konfesjonale – zatrząsł się tak, że konfesjonał podrygiwał. Lud Boży (przynajmniej ta jego część, która to słyszała…) padł był na podłogę i tarzał się dłuższą chwilę. A Puchatek musiał – z twarzą pokerzysty – PRZECZYTAĆ to czytanie.

Oj, chyba jakiś czas pochodzimy jednak do naszej parafii…