Mruczanka Podróżno-Nostalgiczna

W serii „Podróże marzeń” (przewodniki turystyczne, które można kupić z „Wyborczą”) ukazała się właśnie „Irlandia”. No i nie wytrzymałem – kupiłem. A teraz siedzę w wolnych chwilach (to taka przenośnia, te „wolne chwile”) i przeglądam. Nawet nie czytam, ale właśnie przeglądam…

Bylismy w Irlandii w 1996 r. (mój Boże, to już dziesięć lat!). To była kolejna zwariowana wyprawa „bez grosza przy duszy”. Pojechaliśy we trójkę – M., ja i moja siostra. Namiot, kuchenka turstyczna na naboje gazowe, trochę ciuchów – i w drogę. Autokarem rejsowym do Londynu, stamtąd kolejnym, relacji Londyn – Dublin. Razem prawie 48 godzin w podróży.

Ale było warto… Wprawdzie Irlandia nie okazała się tak gościnna, jak nasza ukochana Szkocja (w noc po naszym przyjeździe zaczął padać deszcz, który skończył się w zasadzie półtora tygodnia później… Przy czym przez „skończył się” nie należy rozumieć, że go już nie było, ale że potem nie padał bez przerwy…) – ale wyprawa i tak była wspaniała.

Siedzę teraz i przeglądam zdjęcia w przewodniku… I choć minęło dziesięć lat, pamiętam te miejsca! Zamek w Kilkenny… Zatoka Galway… Connemara, góry Mourne… Donegall… Wyspa Aran…

Ech, pojechałoby się. I pewnie się jeszcze kiedyś pojedzie.

A scena, która jakoś najbardziej siedzi mi w głowie, miała miejsce na promie, gdzieś na Morzu Irlandzkim, w pół drogi między wybrzeżem Walii a portem w Dublinie.

Było w pół do piatej rano, jasno (początek sierpnia), my – lekko otumanieni po drugiej z kolei nocy w autobusie, ale szczęśliwi i podekscytowani zbliżającym się celem podróży. Dookoła morze – po horyzont z każdej strony (na morzu naprawdę widać, że ziemia jest okrągła!), a my wpatrujemy się w horyzont przed dziobem, nie mogąc się doczekać, kto z nas pierwszy wypatrzy brzegi Zielonej Wyspy…

Pogoda była jak drut (na razie…). Morze po horyzont, nad głowami niebo jak wnętrze bladobłękitnej półkuli. Większość „normalnych ludzi” siedziała na ciepłych kanapach pod pokładem. A my wyleźliśmy na pokład, pożyczywszy pierwej gitarę od jakichś wpółśpiących Anglików. I siedzieliśmy sami na pokładzie, grając i śpiewająć różne różności – od Wolnej Grupy Bukowina po jakiegoś bluesa z kompletnie improwizowanym tekstem…

To były czasy 🙂

Niestety nie mam zdjęć – napaliłem się wtedy na slajdy, a potem okazało się, że mój Zenith miał uszkodzony obiektyw i niedoświetlał. Sześć rolek slajdu poszło w krzaki…

Toteż pożyczam zdjęcie ze strony http://www.odyssei.com/pl/travel-gallery (wszelkie prawa zastrzeżone…)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s