Mrucznka Odcinkowa

Pisał Puchatek jakiś czas temu o swojej manii związanej z kultowym serialem „Z Archiwum X”. Mania jest kontynuowana, kolejne odcinki pochłaniane z radością.

Niestety, „X” ma jedną wadę – ogląda go Puchatek samotnie. M. – przy całej swojej tolerancji dla puchatkowych zboczeń – serialu nie toleruje (w ogóle nie znosi nic, co choćby trąci horrorem – a trzeba przyznać, że niektóre odcinki owszem, trącą ;-).

Siada sobie zatem Puchatek wieczorkiem, kiedy M. już zwykle śpi, z kubeczkiem herbaty i kontempluje ;-).

Ale oto – hear ye, hear ye! – dobry los uśmiechnął się do Puchatka oferując mu możliwość spędzania czasu telewizyjnego także u boku ukochanej. Gdyż pewne wydawnictwo (którego takoż Puchatek reklamować nie będzie, bo mu za to nikt nie płaci…) zaczęło właśnie wydawanie innego superkultowego serialu, tym razem – uwielbianego pasjami przez oboje Puchatków.

Pierwsze dwa odcinki juz mamy. Ten niepowtarzalny nastrój… To specyficzne poczucie humoru…

Panie i panowie:

Przed Wami „Northern Exposure”, czyli „Przystanek Alaska”. Witamy w Cicely 😉

(Kategoria „Puchatek Poleca”, rzecz prosta).

 

Mruczanka Wiosenna, Co Nie Znaczy że Pozytywna

Niestety, Puchatek odczuwa wszlekie klasyczne symptomy zbliżającej się wiosny. A najbardziej charakterystycznym (i, trzeba przyznać, najtrudniejszym do opanowania…) jest ABSOLUTNY, CHRONICZNY SPADEK CHĘCI DO PRACY.

Długi spacer? Chętnie. Rower? Jak najbardziej. Wyjechać gdzieś? Czemu nie. A skoro sumienie nie pozwala na żadną z powyższych aktywności, to można przynajmniej wstać od biurka i zrobić sobie …nasty kubek herbaty czy filiżankę kawy. Zawszeć to kilka minut nicnierobienia.

A robota – wbrew starym przysłowiom – ma jednak coś z zająca: jak się jej raz pozwoli uciec, to potem strasznie trudno ją dogonić. I robią się zaległości. Ech. 😦

 

Mruczanka o Konflikcie Interesów

Kiedyś (dawno, dawno temu, obecność po drodze gór i lasów zależy od miejsca zamieszkania Czytelnika) było tak, że Puchatek pracował w Jednej Dużej Gazecie, a M. właśnie urodziła Pietruszkę i chwilowo „siedziała w domu”* z Wyżej Wymienionym.

Praca w gazecie to dom wariatów – cały tydzień człowiek biegał, skakał, gadał z setką ludzi na raz, pisał na akord jakieś teksty tylko po to, żeby za moment znowu biec gdzieś „na miasto”.

Kiedy więc przychodził wreszcie dzień wolny od pracy – Puchatki miały lekki konflikt interesów. Puchatek – zmęczony „bieganiem” najchętniej posiedziałby chwilę w domu, muzyki posłuchał, pogadał i nacieszył się spokojem. M. natomiast – znudzona „siedzeniem w domu” – miała ochotę gdzieś wyjść, zorganizować jakoś wspólny czas.

Teraz jest odwrotnie. To Puchatek siedzi w domu (i pracuje ciężko, żeby nie było!), a M. wychodzi razem z Potworami (trzy razy w tygodniu). No i „konflikt” siłą rzeczy jest „w przeciwną stronę” – bo Puchatka nosi, a M. (nieco ostatnio… jakby to powiedzieć… obszerniejsza** 😉 niespecjalnie ma ochotę się gdzieś ruszać…

A Puchatka jakieś lasy ciągną… Góry jakieś… Echhhhh… 😉

__________________

* „Siedzenie w domu” pisze Puchatek w cudzysłowie, gdyż każdy kto miał okazję mieć małe dziecko wie, iż siedzenie jest zwykle OSTATNIĄ rzeczą, którą można w tym czasie robić. Czyli – chodzi o pewien skrót myślowy. Howgh.

** Jak w starym dowcipie, w którym pewien gazda rozmawia przez telefon z miejscowym lekarzem:

– Panie dochtoze, przijezdzojcie, bo mojo staro rodzi!

– A bóle już ma? – dopytuje lekarz.

– Łooo, jesce jakom wielkom! 😉

Mruczanka Obrzydliwa

M. obcina Piłeczce paznokcie. Jedna nóżka, druga nóżka, jedną łapka, druga… Ale kiedy dochodzi do palca wskazującego prawej łapki – Piłeczka stanowczo prostestuje.

– Nie, tego mi nie obcinaj, bo ten mi jest BARDZO potrzebny!

– Do czego potrzebny? – dziwi się M.

– Jak to, „do czego” – reaguje z oburzeniem dziecię. – Do dłubania w uchu!

🙂

 

Mruczanka Spacerowa

Koszmarny dzień. Był wczoraj, znaczy się. Jakieś tysiące małych, umęczliwych robótek – a to artykuł dla Portalu, a to jakieś prasówki dla kolegi S. – uniemożliwiły mi normalną pracę nad książką, którą tłumaczę. A kiedy już myślałem, że uda mi się wszystko zamknąć do popołudnia i mieć trochę spokoju, zadzwonił Teść, że… właśnie jest w drodze. O, jak miło. Mattkapolka ostatnio pisała o sowjej teśiowej, ja pewnie o Teściu też wkrótce parę słów napiszę.

Tak czy owak – popołudnie z głowy. Kiedy wreszcie skończyłem wszystko, co musiałem skończyć wczoraj – była dziesiąta wieczorem. A ja byłem tak zmęczony, że nawet spać mi się już nie chciało.

Postanowiłem zatem pójść na spacer. Tak, właśnie o dziesiątej wieczorem.

Z Puchatkowej Uliczki da się pójść w dwie strony – w lewo, czyli „do miasta”, albo w prawo, czyli „na pola”. Poszedłem w prawo. Pola są najprawdziwsze – jeszcze …naście lat temu była tam wieś. Dalej jest lasek, jakieś stawy rybne, trochę nowowybudowanych domów oraz dużo ciszy i spokoju. Zwłaszcza nocą.

Nad ziemią unosiła się warstwa mgły, nad głową świeciły mi gwiazdy, nie było żadnych ludzi, żadnych samochodów, nawet psy prawie nie szczekały. Cisza. Prawie już zapomniałem, jak dobrze jest wędrować nocą (nawet, jeśli ta wędrówka ogranicza się do pięciu kilometrów i trwa godzinę).

A las nocą to chyba jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie można sobie wyobrazić…

Wracając puściłem sobie jeszcze „Eelemental” Loreeny McKennitt (podziękowania dla producentów komórek z odtwarzaczami MP3 😉 – i wróciłem do domu wyluzowany, uspokojony, wyciszony. Całe napięcie, zdenerwowanie i jazgot spłynęły ze mnie do ostatniej kropli.

A na koniec dnia okazało się w dodatku, że po pierwsze – Ważne Wydawnictwo wreszcie raczyło zapłacić, a po drugie – w sobotę przyjadą do nas Serdeczni, a Rzadko Widywani Znajomi, między innymi Znajoma o Wielkim Głosie, ta od KARTKI Z AWINIONU. Więc moze wreszcie kartka trafi do adresatki? 🙂

Czyli – dzień fatalny o miłym zakończeniu. Lepiej tak, niż odwrotnie.

 

Mruczanka Prospołeczna

Takie małe nawiązanie do tego, co napisałem TUTAJ.

Zbliża się czas rozliczeń z fiskusem. Wielu z nas – bardzo rozsądnie – oddaje 1 proc. swojego podatku Organizacjom Pożytku Publicznego. I słusznie – po co pakować w Worek Bez Dna i Becikowe Dla Każdego, skoro można te pieniądze wydać Lepiej.

Jeśłi nie zdecydowaliście jeszcze, na co Wasze parę groszy ma pójść – wejdźcie koniecznie TUTAJ.

I tyle.

 

Mruczanka Wkurzona

No, żesz Kocia Twarz!

Wielce Szacowne Państwowe Polskie Wydawnictwo – jak już wspominałem – zapisuje w umowie, że honorarium zostaje wypłacone w ciągu 40 (słownie: czterdziestu) dni. Samo w sobie jest to – pardon – chamstwo, bo niby dlaczego 40 (słownie: czterdziestu) dni? Czy Wydawnictwo, które jest naprawdę dużą instytucją nie jest w stanie zapłacić – powiedzmy – w ciagu dwóch tygodni?

Mało tego – te 40 (słownie: czterdzieści) dni liczy się nie od wystawienia faktury, tylko od „daty przyjęcia tekstu”.

Tłumacznie oddałem – i fakturę wystawiłem – 2 (słownie: drugiego) lutego. „Przyjęcie tekstu” nastąpiło 18 (słownie: osiemnastego) lutego. A zatem owe 40 (słownie: czterdzieści) dni upłynęło dokładnie 29 marca.

A dziś jest 1 (słownie: pierwszy) kwietnia. I – to nie jest prima aprilis – pieniędzy dalej nie ma. Pan Redaktor, z którym współpracowałem (człek Bogu ducha winny, bo przecież nie od niego to zależy…) już chyba z pięć razy chodził do księgowości pytać o moje pieniądze. Za każdym razme odpowiedź była taka sama: wszystko zrobione, szefowa podpisała, wypłata zatwierdzona, lada chwila będzie przelew. Ale przelewu nie ma.

Po moim kolejnym mailu – w którym zaproponowałem, żeby podał mi telefon do Odpowiedniej Osoby w ksiągowości, to sam się pokłócę (bo w tym jestem dobry…) odpisał, że był u Odpowiedniej Osoby, wyawanturował się i OBIECANO MU, że do końca tygodnia będzie przelew.

DO KOŃCA TYGODNIA. Będzie. Przelew. Którego – według umowy – ostateczny termin upłynął był (czas zaprzeszły) w sobotę.

OK., poczekam do końca tygodnia. Czyli do piątku. Jak do piątku nie zapłacą, nie będą więcej mailował, tylko do nich pojadę. I nie będę zawracał głowy Panu Redaktorowi, tylko pójdę prosto do księgowości.

A wnioski na przyszłość? Tym państwu już dziękujemy. Więcej nic dla nich nie zrobię. Wymagają dużo (pierwszy raz spotkałem się z sytuacją, w której od tłumacza wymaga się opracowania indeksu!), płacą marnie, a w dodatku opóźniają. Never more, XBACIM, basta, a po francusku to dodam tylko „merde”.

Ot, co.

 

Mruczanka Wiosenna

Wiosna? (Ach, to Ty?)

I tak, i nie. W dzień powyżej dziesięciu stopni, zaczyna się robić zielono, ptaki śpiewają, pączki na magnolii i takie tam. Ale w nocy przymrozki, piec chodzi, szron trzeb skrobać… Do kitu.

Wczoraj z nieco zdrowszymi już Potworami ruszyliśmy na pierwszy wiosenny spacerek. Niedługi. Ale zawsze.

I okazało się, że nie tylko my czekamu na wiosnę. Niektórzy wypatrują jej bardzo intensywnie.

 

Po lewej pojawił się nowy link – do zdjęć. Na razie są trzy, bo średnio mam czas wrzucać. Ale powoli, powoli…

Kinio – gdybyś to oglądała – oceniaj miłosiernie. To tylko zabawa 🙂

 

Mruczanka Literacka

Czytam „Kronikę ptaka nakręcacza” Murakamiego. I przyznać muszę, że mnie nieco zapowietrzyło.

Początek mnie nie zachwycił, pierwsze kilka rozdziałów przeczytałem „z lekkim wzruszeniem ramion”, cytując klasyków. A potem było już coraz lepiej… Nie jestem recenzentem, nie jestem krytykiem literackim, nie będę analizował – ale muszę powiedzieć, że japońska wersja realizmu magicznego bardzo mi odpowiada.

A przy tym to jedna z nielicznych czytanych ostatnio ksiażek, która nie tylko porusza intelektualnie, ale też… jakby to powiedzieć… inspiruje do własnych przemyśleń (o, Kocia Twarz, jak to idiotycznie brzmi! 😉

Tak, zdecydowanie Haruki Murakami dołącza do kategorii „Puchatek Poleca”.

 

Mruczanka Wielkanocna Poniekąd

Pęd, zabieganie i wariactwo skończyły się akurat w porę, żebyśmy mogli spokojnie i bez pośpiechu przeżyć Triduum Paschalne. Wigilia Paschalna – u pobliskich sióstr zakonnych – była akurat w sam raz dla ludzi z dziećmi: niewielka, ogrzewana kaplica, ludzi na tyle dużo, że można było zobaczyć Kościół w pęłnym wymiarze, a na tyle mało, że każdy miał gdzie usiąść (co dla M. jest obecnie dosyć istotne…).

A w dodatku wszystko – choć bez fejerwerków – było jak należy. Wigilia Paschalna zaczęła się po zmroku, ognisko było jak trzeba, znaki były na tyle czytelne, że nawet czteroletnia Piłeczka – po odpowiednim wprowadzeniu – nie miała wątpliwości, co oznaczają (na poziomie czterolatki, rzecz prosta).

Tak, jak pisała Włóczkoholiczka – jest coś niepowtarzalnego w znaku ognia pojedynczej świeci rozpraszającego ciemność. Znak stary jak świat, czytelny dla każdego i przypominający, o co w tym wszystkim chodzi…

***

W Niedzielę Wielkanocną – Tour de Varsovie. Jeden dziadek, drugi dziadek. U jednego śniadanie, u drugiego – dla odmiany – śniadanie i obiad, i tort (bo urodziny).

Niestety, Tour miał swoje wady: Piłeczka, od kilku dni kaszląca, ostatecznie przegrała walkę z paskudą, dostałą gorączki i padu płaskiego. Nie chcąc jechać na NPL, gdzie zwykle pediatry nie uświadczysz, pojechały Puchatki od Drugiego Dziadka do chrzestnej mamy Pietruszki, która jest pediatrą właśnie. Ano – zapalenie oskrzeli.

No i siedzimy dziś wszyscy w domu, Piłeczka z płonącymi oskrzelami, od których cała reszta Piłeczki też osiąga temperatury wysoce dodatnie…

Ooooo, Kocia Twarz, jaj ja nie znoszę, jak oni są chorzy… 😦