Mruczanka Obrzydliwa

M. obcina Piłeczce paznokcie. Jedna nóżka, druga nóżka, jedną łapka, druga… Ale kiedy dochodzi do palca wskazującego prawej łapki – Piłeczka stanowczo prostestuje.

– Nie, tego mi nie obcinaj, bo ten mi jest BARDZO potrzebny!

– Do czego potrzebny? – dziwi się M.

– Jak to, „do czego” – reaguje z oburzeniem dziecię. – Do dłubania w uchu!

🙂

 

Mruczanka Spacerowa

Koszmarny dzień. Był wczoraj, znaczy się. Jakieś tysiące małych, umęczliwych robótek – a to artykuł dla Portalu, a to jakieś prasówki dla kolegi S. – uniemożliwiły mi normalną pracę nad książką, którą tłumaczę. A kiedy już myślałem, że uda mi się wszystko zamknąć do popołudnia i mieć trochę spokoju, zadzwonił Teść, że… właśnie jest w drodze. O, jak miło. Mattkapolka ostatnio pisała o sowjej teśiowej, ja pewnie o Teściu też wkrótce parę słów napiszę.

Tak czy owak – popołudnie z głowy. Kiedy wreszcie skończyłem wszystko, co musiałem skończyć wczoraj – była dziesiąta wieczorem. A ja byłem tak zmęczony, że nawet spać mi się już nie chciało.

Postanowiłem zatem pójść na spacer. Tak, właśnie o dziesiątej wieczorem.

Z Puchatkowej Uliczki da się pójść w dwie strony – w lewo, czyli „do miasta”, albo w prawo, czyli „na pola”. Poszedłem w prawo. Pola są najprawdziwsze – jeszcze …naście lat temu była tam wieś. Dalej jest lasek, jakieś stawy rybne, trochę nowowybudowanych domów oraz dużo ciszy i spokoju. Zwłaszcza nocą.

Nad ziemią unosiła się warstwa mgły, nad głową świeciły mi gwiazdy, nie było żadnych ludzi, żadnych samochodów, nawet psy prawie nie szczekały. Cisza. Prawie już zapomniałem, jak dobrze jest wędrować nocą (nawet, jeśli ta wędrówka ogranicza się do pięciu kilometrów i trwa godzinę).

A las nocą to chyba jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie można sobie wyobrazić…

Wracając puściłem sobie jeszcze „Eelemental” Loreeny McKennitt (podziękowania dla producentów komórek z odtwarzaczami MP3 😉 – i wróciłem do domu wyluzowany, uspokojony, wyciszony. Całe napięcie, zdenerwowanie i jazgot spłynęły ze mnie do ostatniej kropli.

A na koniec dnia okazało się w dodatku, że po pierwsze – Ważne Wydawnictwo wreszcie raczyło zapłacić, a po drugie – w sobotę przyjadą do nas Serdeczni, a Rzadko Widywani Znajomi, między innymi Znajoma o Wielkim Głosie, ta od KARTKI Z AWINIONU. Więc moze wreszcie kartka trafi do adresatki? 🙂

Czyli – dzień fatalny o miłym zakończeniu. Lepiej tak, niż odwrotnie.

 

Mruczanka Prospołeczna

Takie małe nawiązanie do tego, co napisałem TUTAJ.

Zbliża się czas rozliczeń z fiskusem. Wielu z nas – bardzo rozsądnie – oddaje 1 proc. swojego podatku Organizacjom Pożytku Publicznego. I słusznie – po co pakować w Worek Bez Dna i Becikowe Dla Każdego, skoro można te pieniądze wydać Lepiej.

Jeśłi nie zdecydowaliście jeszcze, na co Wasze parę groszy ma pójść – wejdźcie koniecznie TUTAJ.

I tyle.

 

Mruczanka Wkurzona

No, żesz Kocia Twarz!

Wielce Szacowne Państwowe Polskie Wydawnictwo – jak już wspominałem – zapisuje w umowie, że honorarium zostaje wypłacone w ciągu 40 (słownie: czterdziestu) dni. Samo w sobie jest to – pardon – chamstwo, bo niby dlaczego 40 (słownie: czterdziestu) dni? Czy Wydawnictwo, które jest naprawdę dużą instytucją nie jest w stanie zapłacić – powiedzmy – w ciagu dwóch tygodni?

Mało tego – te 40 (słownie: czterdzieści) dni liczy się nie od wystawienia faktury, tylko od „daty przyjęcia tekstu”.

Tłumacznie oddałem – i fakturę wystawiłem – 2 (słownie: drugiego) lutego. „Przyjęcie tekstu” nastąpiło 18 (słownie: osiemnastego) lutego. A zatem owe 40 (słownie: czterdzieści) dni upłynęło dokładnie 29 marca.

A dziś jest 1 (słownie: pierwszy) kwietnia. I – to nie jest prima aprilis – pieniędzy dalej nie ma. Pan Redaktor, z którym współpracowałem (człek Bogu ducha winny, bo przecież nie od niego to zależy…) już chyba z pięć razy chodził do księgowości pytać o moje pieniądze. Za każdym razme odpowiedź była taka sama: wszystko zrobione, szefowa podpisała, wypłata zatwierdzona, lada chwila będzie przelew. Ale przelewu nie ma.

Po moim kolejnym mailu – w którym zaproponowałem, żeby podał mi telefon do Odpowiedniej Osoby w ksiągowości, to sam się pokłócę (bo w tym jestem dobry…) odpisał, że był u Odpowiedniej Osoby, wyawanturował się i OBIECANO MU, że do końca tygodnia będzie przelew.

DO KOŃCA TYGODNIA. Będzie. Przelew. Którego – według umowy – ostateczny termin upłynął był (czas zaprzeszły) w sobotę.

OK., poczekam do końca tygodnia. Czyli do piątku. Jak do piątku nie zapłacą, nie będą więcej mailował, tylko do nich pojadę. I nie będę zawracał głowy Panu Redaktorowi, tylko pójdę prosto do księgowości.

A wnioski na przyszłość? Tym państwu już dziękujemy. Więcej nic dla nich nie zrobię. Wymagają dużo (pierwszy raz spotkałem się z sytuacją, w której od tłumacza wymaga się opracowania indeksu!), płacą marnie, a w dodatku opóźniają. Never more, XBACIM, basta, a po francusku to dodam tylko „merde”.

Ot, co.

 

Mruczanka Wiosenna

Wiosna? (Ach, to Ty?)

I tak, i nie. W dzień powyżej dziesięciu stopni, zaczyna się robić zielono, ptaki śpiewają, pączki na magnolii i takie tam. Ale w nocy przymrozki, piec chodzi, szron trzeb skrobać… Do kitu.

Wczoraj z nieco zdrowszymi już Potworami ruszyliśmy na pierwszy wiosenny spacerek. Niedługi. Ale zawsze.

I okazało się, że nie tylko my czekamu na wiosnę. Niektórzy wypatrują jej bardzo intensywnie.

 

Po lewej pojawił się nowy link – do zdjęć. Na razie są trzy, bo średnio mam czas wrzucać. Ale powoli, powoli…

Kinio – gdybyś to oglądała – oceniaj miłosiernie. To tylko zabawa 🙂

 

Mruczanka Literacka

Czytam „Kronikę ptaka nakręcacza” Murakamiego. I przyznać muszę, że mnie nieco zapowietrzyło.

Początek mnie nie zachwycił, pierwsze kilka rozdziałów przeczytałem „z lekkim wzruszeniem ramion”, cytując klasyków. A potem było już coraz lepiej… Nie jestem recenzentem, nie jestem krytykiem literackim, nie będę analizował – ale muszę powiedzieć, że japońska wersja realizmu magicznego bardzo mi odpowiada.

A przy tym to jedna z nielicznych czytanych ostatnio ksiażek, która nie tylko porusza intelektualnie, ale też… jakby to powiedzieć… inspiruje do własnych przemyśleń (o, Kocia Twarz, jak to idiotycznie brzmi! 😉

Tak, zdecydowanie Haruki Murakami dołącza do kategorii „Puchatek Poleca”.

 

Mruczanka Wielkanocna Poniekąd

Pęd, zabieganie i wariactwo skończyły się akurat w porę, żebyśmy mogli spokojnie i bez pośpiechu przeżyć Triduum Paschalne. Wigilia Paschalna – u pobliskich sióstr zakonnych – była akurat w sam raz dla ludzi z dziećmi: niewielka, ogrzewana kaplica, ludzi na tyle dużo, że można było zobaczyć Kościół w pęłnym wymiarze, a na tyle mało, że każdy miał gdzie usiąść (co dla M. jest obecnie dosyć istotne…).

A w dodatku wszystko – choć bez fejerwerków – było jak należy. Wigilia Paschalna zaczęła się po zmroku, ognisko było jak trzeba, znaki były na tyle czytelne, że nawet czteroletnia Piłeczka – po odpowiednim wprowadzeniu – nie miała wątpliwości, co oznaczają (na poziomie czterolatki, rzecz prosta).

Tak, jak pisała Włóczkoholiczka – jest coś niepowtarzalnego w znaku ognia pojedynczej świeci rozpraszającego ciemność. Znak stary jak świat, czytelny dla każdego i przypominający, o co w tym wszystkim chodzi…

***

W Niedzielę Wielkanocną – Tour de Varsovie. Jeden dziadek, drugi dziadek. U jednego śniadanie, u drugiego – dla odmiany – śniadanie i obiad, i tort (bo urodziny).

Niestety, Tour miał swoje wady: Piłeczka, od kilku dni kaszląca, ostatecznie przegrała walkę z paskudą, dostałą gorączki i padu płaskiego. Nie chcąc jechać na NPL, gdzie zwykle pediatry nie uświadczysz, pojechały Puchatki od Drugiego Dziadka do chrzestnej mamy Pietruszki, która jest pediatrą właśnie. Ano – zapalenie oskrzeli.

No i siedzimy dziś wszyscy w domu, Piłeczka z płonącymi oskrzelami, od których cała reszta Piłeczki też osiąga temperatury wysoce dodatnie…

Ooooo, Kocia Twarz, jaj ja nie znoszę, jak oni są chorzy… 😦

 

Akurat na Wielką Sobotę

W ostatnim (świątecznym) numerze „Polityki” znakomity artykuł pani Ewy Winnickiej „Tajemnica Rodzinna”. Można go przeczytać on-line, TUTAJ.

To tekst o rodzinach zastępczych i – choć napisany bardzo spokojnie – o tym, jak takie rodziny traktowane są przez nasze państwo. A raczej – jak przez bandę bezmózgich urzędasów traktowane są osierocone dzieci.

Tak się składa, że pierwsza z przedstawionych w tym tekście rodzin to nasi serdeczni znajomi. I że wiemy, że to wszystko o czym autorka pisze, to ledwie niewielka część tego, przez co ci ludzie przeszli.

Ludzie, którzy podejmują się rzeczy, na które ja nigdy w życiu nie miałbym dosyć odwagi, od których wszyscy moglibyśmy się uczyć, na czym polega człowieczeństwo – traktowani są przez samorządy, sądy, kuratorów i innych urzędasów (nie wszystkich, rzecz prosta, ale zdecydowaną większość) jak zło konieczne, jak kula u nogi.

Uprzedzam – to tekst dla ludzi o mocnych nerwach. nie byłem w stanie spokojnie go przeczytać, odkładałem dwa razy, żeby się uspokoić. Przeczytajcie koniecznie.

 

 

Mruczanka Ekstremalna

Wczoraj wieczorem Puchatki zafundowały sobie sporty ekstremalne. Wsiadły mianowicie Puchatki w samochód i udały się były do Pewnej Wioski, oddalonej o jakieś piętnaście kilometrów od miasta G. W rzeczonej wiosce pracuje od września pewien Znajomy Ksiądz, do którego Puchatki miały sprawę.

Piętnaście kilometrów to niedużo. Problem polegał na tym, że właśnie wczoraj wieczorem Pani Zima przypomniała sobie, że nie była jeszcze w tych okolicach. W tym roku, znaczy.

Puchatki były umówione na wpół do siódmej. Zadecydowały zatem, że jak wyjadą kwadrans po szóstej, to wystarczy w zupełności.

Akurat. Śnieg walił tak, że nie było widać gdzie kończy się droga, a zaczyna pobocze. Ślisko było jak jasna, nagła, niespodziewana cholera. Jazda z prędkością powyżej czterdziestu kilometrów na godzinę oznaczała samobójstwo. Zbiorowe.

A poboczami jeździli rowerzyści. Trzy czwarte z nich nie miało – oczywiście – ŻADNYCH świateł, nawet odblasków. Trzy czwarte z tych trzech czwartych wyraźnie uznawało, że czarny strój to najlepsza możliwa opcja do jechania bez rzeczonych świateł poboczem drogi przy niemal zerowej widoczności.

O tym, że połowa z nich była w stanie wymuszającym jazdę zygzakiem – już nawet nie wspominam, bo to norma.

Puchatki jechały czterdzieści na godzinę – i tylko to uratowało życie kilku z tych potencjalnych samobójców. A, i jeszcze to że akurat nic nie jechało z przeciwka i było gdzie „uciec”.

Ale tak sobie Puchatek pomyślał, że jakby nie jechał Peugeocikiem, tylko – dajmy na to – tirem, to w śnieżycy mógłby nawet nie zauważyć, że mu coś chrupnęło pod podwoziem.

MORAŁ:

Jeżdżenie nieoświetlonym rowerem jest niebezpieczne. Jeżdżenie nieświetlonym rowerem po nieoświetlonej szosie po zmroku to już głupota. Ale jeżdżenie nieświetlonym rowerem po nieoświetlonej szosie po zmroku w śnieżnej zadymce przy widoczności poniżej dziesięciu metrów – to już warte nominacji do Nagrody Darwina.

Na szczęście kiedyśmy wracali, pogoda się poprawiła a rowerzyści (chyba…) już spali. I tak udało mi się nikogo nie zabić…

Mrucznka (Przed)Wiosenna

Zimy w tym roku w zasadzie nie było. A teraz – dla odmiany, rzecz prosta – wiosna idzie, idzie i przyjść nie może. Miało być ciepło, miał być rower, a tu Kocia Twarz – za oknem plucha, na ulicy błoto, malamuty ciągną do domu, zamiast szaleć w ogródku…

***

„Zatory finansowe” (już kiedyś o nich Puchatek pisał) to zjawisko nieziemsko irytujące. Gdyby Puchatkowi spłynęły wszystkie pieniądze, które już zarobił (i podpisał, i podstemplował…) to by miał na koncie lekko licząc jakieś dwanaście tysięcy. A ma… debet. Nieduży, ale ma. I rachunki do zapłacenia w sumie na półtora tysiąca. Kocia Twarz.

No i powiedzcie, jak to jest: Duże Amerykańskie Wydawnictwo, która całą europejską księgowość ma w Holandii (co zmusza je do wysyłania każdego rachunku do akceptacji tamże) płaci zawsze w ciągu dwóch tygodni. No dobra, jak się akurat trafią święta albo długi weekend, to zdarza się (raz na ruski rok), że pieniądze wpływają po trzech tygodniach od podpisania faktury.

A Bardzo Duże I Niezmiernie Nobliwe Polskie Wydawnictwo, która całą siedzibę (księgowość także) ma w Warszawie (i to w centrum), już w umowie zapisuje, że płatność nastąpi w ciągu 40 (słownie: czterdziestu) dni od wystawienia faktury.

No i niech mi ktoś, do licha, wytłumaczy dlaczego? Dlaczego podpisanie papierka i przelew zajmuje czterdzieści dni?

***

No i w ogóle. Kocia Twarz.