A Jednak Się Kręci…

Bieganina wokół spraw codziennych jest ostatnio tak intensywna, że naprawdę nie ma już czasu na cokolwiek innego. A jednak muszę coś napisać…

Ostrożnie Pozytywne Newsy chyba się potwierdzają – choć oczywiście dojście do tego musieliśmy (w tym zwłaszcza ja…) okupić dawką nerwów.

W ostatni czwartek robiliśmy badania, która miały potwierdzić (…lub nie) skuteczność leczenia. Jeśli gad się zmniejsza – to wiadomo, że chemia działa i rokowania od razu są lepsze. Jeśli mimo chemii rośnie – wiadomo że jest źle. Jeśli się nie zmienia… Cóż, wtedy trzeba szukać innej, silniejszej chemii – ale generalnie szanse maleją.

W wynikach USG przeczytałem tylko dotyczące głównego ogniska hasło „23 mm” – i trochę się zdołowałem, bo pamiętałem że w mammografii też wyszło 23 mm. Czyli żadnych zmian?…Przekazaliśmy wyniki Pani Doktor i pojechaliśmy do domu.

W domu nie wyciągałem już tych wszystkich badań, żeby M. nie zaczęła się w nie na nowo wczytywać – bo i po co.

Wczoraj przyszliśmy na czwartą chemię. Pani doktor jak gdyby nigdy nic bada, wysyła papierki, każe pakować się do sali „chemicznej”. Wiec pytam, wyrażając swoje obawy możliwie jak najdelikatniej… A Pani Doktor patrzy z lekkim zdziwieniem. No przecież wyniki są dobre, leczenie działa, przecież gdyby nie działało to by nie fundowała M. kolejnej takiej samej chemii, tylko już szukała czegoś innego…

Po czym wyciąga wyniki badań – jednych, drugich, trzecich – i pokazuje.

Faktycznie – w mammografii wyszły wymiary 23 na 20 mm. A w tym USG z czwartku – 23 na… 9 (!) mm. Czyli ten s…syn jednak się zmniejszył! Tylko w jednej płaszczyźnie – ale w tej jednej o ponad połowę. I te dwa mniejsze też są mniejsze, niż były.

I Pani Doktor po raz pierwszy odkąd mamy z Nią do czynienia uśmiechnęła się. (To znaczy: uśmiechała się i wcześniej, ale to zawsze był taki specyficzny uśmiech z lekkim dystansem, z rezerwą. Tak, jakby mówiła: „Uśmiecham się, bo państwa lubię, bo wam dobrze życzę, ale nie chciałabym żebyście mój uśmiech potraktowali jako obietnicę czy zapewnienie, że wszystko idzie dobrze”. A wczoraj uśmiechnęła się szeroko, jakby była naprawdę zadowolona.)

Jasne, to jeszcze nic nie znaczy. Jeszcze może być różnie. Ale skoro chemia działa, to pierwszy przełom już jest. Szanse rosną.

Zostawiłem M. pod kroplówką (leki „kapią” trzy do czterech godzin, a ja muszę wracać do M. odbierać Potwory ze szkół; M. leży sobie i czyta, a potem przyjeżdża mój tata i odwozi ją do domu). Pojechałem do G. Odebrałem Potwory, zrobiłem zakupy, ogarnąłem kilka spraw – była piąta po południu, a M. z tatą byli w drodze, kiedy po raz pierwszy tego dnia mogłem siąść spokojnie na parę chwil. Pietruszka był na treningu (gra w piłkę!), Piłka była na tańcach (nowoczesnych!), Pucek bawił się jakimiś klockami. Przez krótką, ulotną chwile w domu panowała cisza. Siedziałem (trwało to może kwadrans…), piłem kawę – i nagle poczułem, jak złazi ze mnie napięcie, które siedziało mi na karku od czwartku, od tych badań. Poczułem – dosłownie. Ręce mi drżały. Zdałem sobie sprawę, że przez cztery dni miałem cały czas napięte mięśnie.

Potrzebowałem tego. Potrzebowałem jakiejś Dobrej Wiadomości.

Językowo

Zawsze wielką frajdę sprawia mi rozmowa z ludźmi, którzy – choć czasami bardzo różni jeśli chodzi o gusty, poglądy, charakter – nadają na podobnych falach jeśli chodzi o język, semantykę i takie tam.

***

„Dziękuję za pomoc…” – pisze MG w mailu.

„Nie dziękuj” – odpisuję, i oczywiście natychmiast włącza mi się „ciąg dalszy”. Więc piszę dalej:

„Nie dziękuj, wyznam ci szczerze: pierwszy bym pałkę strzaskał na twej głowie, gdyby nie dziatek pacierze!”.

„Tata nie wraca ranki i wieczory…” – odpisuje radośnie MG, co ma sens podwójny, bo całe podziękowania dotyczą sprawy, która zajęła nam sobotnie popołudnie, spędzone na próbie z dzieciakami w parafii zamiast w domu.

***

Pomagamy znajomym K w przeprowadzce. Razem z kolegą wnosimy na piętro ich nowego domu nową pralkę. Pralka jest niemieckiej firmy Miele. Kawałek mózgu odpowiedzialny za semantykę włącza się natychmiast, jak za przyciśnięciem guzika.

– Słuchaj, A. – zwracam się do właścicielki pralki. – Jak myślisz, czy jeśli pralka Miele…

– Oczywiście, to młynek pierze – odpowiada A. automatycznie, bez sekundy zastanowienia.

Małe a cieszy…

Mruczanka z Murphym

Można się śmiać z praw Murphy’ego, ale jak już się przestaniemy śmiać, to każdy powie, że kiedyś doświadczył ich działania.

Choroba – każda choroba, a szczególna choroba szczególnie – generuje dodatkowe koszty. Leki kosztują. Dodatkowe wydatki też są. Jeżdżenia więcej, do tego setki drobnych spraw także pośrednio wynikających z choroby, do tego zwyczajniej mniej czasu i sił na pracę…

Myślałem, że po klasycznym wakacyjnym (czy raczej – powakacyjnym) niewielkim dołku do końca listopada będzie już normalnie. Niestety, nasz samochód miał inne plany: w czasie jednego z powrotów z Warszawy coś mu zaczęło stukać w silniku. Warsztat, zaufany pan mechanik o którym wiemy, że nas w trąbę nie robi… I co? I koło dwumasowe. Taka część związana z pracą skrzyni biegów i sprzęgła. Zużyło się, zaczęło latać. Wymiana. Samo to koło do naszego opelka kosztuje ponad półtora, do tego robocizna i parę drobniejszych części… Ponad dwa tysiące poszły się okopać, cytując klasyków. Ot, tak. I jesteśmy na styk. Nie, nawet nie na minusie – ale znowu na styk. Nie znoszę tego.

A w dodatku w listopadzie jakoś mniej pracy przychodzi… Niby nic w tym niezwykłego, przy takim trybie pracy tak już jest – są miesiące tłustsze i chudsze, wiadomo. I nie byłby to żaden problem, gdyby nie to, że zwiększone wydatki chorobowe plus naprawa auta – i gdyby nie to, że przyszły miesiąc to (nie zgadniecie!) grudzień. A grudzień oznacza zwiększone wydatki – bo Mikołaj, bo święta, bo urodziny Piłki i tak dalej. A właśnie w grudniu będą pieniądze za listopad – czyli mniej niż zwykle. No i powiedzcie – czyż Murphy nie miał racji?…

Po 11. listopada

I znowu to samo… Z jednej strony pani Szczuka, z drugiej pan Terlikowski – oboje tak absolutnie pewni swoich racji, oboje tak pełni oburzenia na drugą stronę, oboje święcie przekonani że są Jedynymi Sprawiedliwymi. Czy to taka „nowa, świecka tradycja” obchodzenia 11. listopada?

A ludzie tacy jak ja coraz mnie mają w tym wszystkim swojej przestrzeni. Wszystko się radykalizuje. Wszyscy mi wmawiają, że muszę być po ich stronie – bo inaczej jestem kanalią, draniem, idiotą (to w najlepszym wypadku). Bo jeśli nie jestem z nimi – to jestem z tamtymi, a to przecież niewybaczalne.

A ja nie jestem ani z tymi, ani z tamtymi.

Faszyzmem się brzydzę, nacjonalizm mnie śmieszy, nie uważam żeby patriotyzm musiał być skierowany „przeciwko” – ale nie pójdę tego ogłaszać z anarchistami i innymi lewakami.

Czuję się patriotą, kocham moją Ojczyznę, staram się dla Niej uczciwie pracować i robić wszystko Tak, Jak Być Powinno – ale nie pójdę tego manifestować w jednym szeregu z sympatykami ONR i kibolami. Nie, po prostu nie.

To, co pisałem w ubiegłym roku jest wciąż aktualne. I boję się,że z roku na rok będzie tylko gorzej…

Ostrożnie Pozytywne Newsy

Trzecia chemia za nami. M. blada, zmęczona – ale nic ponad to, co po poprzednich.

Tyle, że wreszcie – chyba po raz pierwszy od początku tej całej historii – otrzymaliśmy jednoznacznie pozytywną wiadomość.

Nasza Pani Doktor po zbadaniu M. przed chemią powiedziała, że jej zdaniem guz wyraźnie reaguje na leczenie. Zmienia konsystencję, robi się miększy. – Jestem zadowolona z tego, jak to działa – powiedziała. A w jej ustach to naprawdę dużo.

Teraz, za trzy tygodnie – przed kolejną chemią – będzie badanie USG, które ma potwierdzić że to prawda. A jeśli tak, jeśli to bydlę rzeczywiście reaguje i poddaje się leczeniu, to będzie już bardzo, bardzo dobra wiadomość.

Wtedy jeszcze kolejne trzy chemie (wroga trzeba złomotać tak, żeby nie śmiał się potem podnieść…) i operacja.

A wtedy powiemy panu guzowi TAK. Albo może TAK, jeśli kto nie lubi brzydkich słów.

Pardon, taki mam dziś nastrój. Bojowy.

Życie się toczy

Życie toczy się swoim rytmem. Tyle, że tym razem rytm wyznaczany jest nie tylko przez szkołę, zajęcia dzieci i pracę – ale przede wszystkim przez chemię.

Rytm dzieli się na odcinki trzytygodniowe. Tydzień Pierwszy, Drugi i Trzeci.

Tydzień Pierwszy – to tydzień bezpośrednio po chemii. W poniedziałek jest chemia, po południu M. wraca do domu z Puchatkowym Ojcem. Jest osłabiona, trochę blada. Je obiad i dość wcześnie kładzie się spać. Przez kolejne dni funkcjonuje dobrze, tyle że popołudniami nachodzi ją osłabienie i senność. W tym czasie nie bardzo może (zwłaszcza popołudniami) siadać za kierownicą, więc ja przejmuję całość zadań z zakresu transportu i logistyki.

Tydzień Drugi – samopoczucie lepsze, sił więcej… Ale to właśnie wtedy najbardziej spada odporność. Więc trzeba bardzo uważać, unikać większych skupisk ludzi, uciekać od każdego kto kicha czy kaszle. Bo złapanie infekcji może oznaczać przesunięcie kolejnej chemii, a tego trzeba uniknąć.

Tydzień trzeci – najspokojniejszy. Samopoczucie dobre, odporność już wraca, choć oczywiście nadal trzeba uważać. A potem przychodzi weekend, a po nim – poniedziałek. I cały cykl zaczyna się od nowa.

Nie da się nigdzie wyjechać – w tym roku nawet na Wszystkich Świętych nie pojechaliśmy do rodziny M. Za daleko – kilka godzin jazdy: w Tygodniu Pierwszym M. byłaby na to za słaba, w Drugim i Trzecim – za duże ryzyko związane ze spadkiem odporności. Na ferie też raczej nigdzie nie pojedziemy: M. nie da rady, a ja z Potworami nie pojadę, bo przecież nie zostawię jej na tydzień samej.

Trudno, w tym roku siedzimy w domu. Taki los. Jeszcze się w życiu najeździmy. Mam nadzieję.

Na Zakupach

Puchatkowa Ciocia zapragnęła była kupić coś w Sklepie Nie Dla Idiotów, który proponował właśnie (jak to ma w zwyczaju) swoje słynne „raty zero procent”. A że Ciocia jest osobą już starszą nieco, poprosiła Puchatka aby jej pomógł – dowieźć, załatwić, dotransportować zakup do domu.

Poszli zatem. Ciocia wzięła wszystkie potrzebne dokumenty (jako emeryt nie ma żadnego problemu z uzyskaniem takich rat na niewielkie sumy, zwłaszcza że kilka rzeczy już tak w życiu kupowała i zawsze wszystko spłacała co do grosza i w terminie).

Problem (choć właściwie nie jest to problem, przynajmniej nie dla Puchatka) polega na tym, że Ciocia jest osobą dość… Hmmm… Specyficzną. Wygląda jak najzwyklejsza w świecie kulturalna starsza pani (którą też w zasadzie jest), ale kiedy trafia między ludzi, budzi się w niej jakiś taki chochlik, który sprawia że załatwianie z Ciocią jakichkolwiek spraw w sklepie czy urzędzie jest kapitalnym doświadczeniem – jeśli tylko osoba towarzysząca ma poczucie humoru.

Tym razem trafiło na Sympatyczną Panią Od Załatwiania Rat.

Formularz który bank każe wypełniać zawiera tysiąc głupawych rubryczek – Sympatyczna Pani oczywiście nie jest temu winna, toteż Ciocia postanowiła uprzyjemnić jej tę dość nudną procedurę. Muszę przyznać, że Sympatyczna Pani pod koniec miała już poważne trudności z zachowaniem Profesjonalnej Powagi.

Na pytanie o to, czy mieszka w mieszkaniu własnościowym, Ciocia uraczyła Sympatyczną Panią krótką historią polskiej spółdzielczości i przekształceń własnościowych „od spółdzielni do hipoteki”, opowiedzianą w taki sposób, że Puchatek także musiał mocno pracować żeby się nie udusić ze śmiechu.

Na pytanie czy ma kogoś na utrzymaniu, odpowiedziała śmiertelnie poważnie, że kota. A na zapewnienie że „…kot się nie liczy”, odparła, że może dla banku się nie liczy, ale dla niej się liczy, a w ogóle to ma poważne podejrzenia że z punktu widzenia kota to w zasadzie bank się nie liczy.

Na pytanie o wykształcenie zrobiła zadumana minę i zapytała, jakie opcje są do wyboru. – Podstawowe, średnie, niepełne wyższe, pełne wyższe – odpowiedziała Sympatyczna Pani, na co Ciotka westchnęła ciężko (i nieco teatralnie) i powiedziała że jak na taki duży sklep to mają mały wybór, więc z braku ciekawszych propozycji zdecyduje się na wyższe (Ciotka jest profesorem zwyczajnym…).

A potem Sympatyczna Pani długo tłumaczyła zasady rat i ich spłacania, a kiedy skończyła, Ciocia grzecznie jej podziękowała, po czym zwracając się do Puchatka powiedziała teatralnym szeptem:

– To ty mi to wszystko potem powiesz w jakimś skrócie: ile mam płacić, kiedy i w jaki sposób, dobrze? Bo to strasznie skomplikowane.

Jeszcze gorzej (?) było jak już w odpowiednim papierkiem z rat poszliśmy do Pana Sprzedawcy ze stosownego działu. Pan dał nam to, co Ciocia chciała kupić i powiedział, że mamy pójść z tym do kasy.

– Ale jak to, już mamy to wziąć – „zdziwiła się” Ciocia. – Przecież jeszcześmy nie płacili…

– Bierzecie państwo towar i płacicie przy kasie – objaśniał Pan Sprzedawca cierpliwie.

– Ooo, proszę pana, to my teraz możemy to wziąć i NIE zapłacić, tylko szybko wyjść ze sklepu! – ucieszyła się Ciocia.

– Oj, to chyba nie wyjdzie – odparł z refleksem (i z uśmiechem) Pan Sprzedawca. – Bo przy wyjściu są bramki i będzie piszczeć.

– Głośno? – zafrasowała się Ciotka.

– Głośno – potwierdził Pan sprzedawca.

– No to chyba rzeczywiście się nie da – zmartwiła się Ciotka. – W końcu w moim wieku uciekać szybko nie będę, a samochód stoi dość daleko…

Przy kasie było podobnie.

Kiedy wychodziliśmy ze Sklepu Nie Dla Idiotów, można było odnieść wrażenie, że połowa obsługi była jakoś bardziej uśmiechnięta, niż pół godziny wcześniej…

Mruczanka (przed?)Zimowa

Śniegu na…waliło. W Warszawie – jak teść telefonicznie donosi – wszystko na ulicach topnieje: breja, bajoro, chlapa.

Ale w G. – a zwłaszcza na Puchatkowym Osiedlu – jest pięknie, biało i zimowo. Na drzewach – na każdziusieńkiej gałązce… – leżą piękne, obfite czapy śniegu…

…mokrego i ciężkiego. Dzięki czemu od wczoraj już trzy razy nie było prądu. A jak nie ma prądu, to nie ma ciepłej wody i ogrzewania (bo piec jest gazowy, ale sterowany elektronicznie i bez prądu nie dycha).

Pamiętacie, jak w ubiegłym roku wczesną wiosną ktoś wywiesił wielki plakat z subtelnym napisem: „Zimo, wyp…laj”?

No to ja go mogę wywiesić już teraz.

Budzi się we mnie niedźwiedzia część mojej natury. Mam ochotę zapaść w sen zimowy. Tak do marca.

Życie

Druga chemia za nami. Jak dotąd – wszystko tak samo, jak poprzednio: lekkie osłabienie popołudniami i nieco mocniejsze wieczorem. I to w zasadzie wszystko. Pani Doktor dała dodatkowe zastrzyki (do robienia w domu, samodzielnie) na „porost leukocytów”, żeby zmniejszyć ryzyko infekcji (a tym samym – ryzyko przesunięcia kolejnej chemii).

Co ciekawe – jeden z Genialnych Pomysłów teścia zyskał ostrożną aprobatę Pani Doktor. Powiedziała nam, że preparat był ostatnio prezentowany na zjeździe onkologów (a to podobno rzadkie, żeby tego typu prezentacje wpuszczano na takie konferencje) i zebrał bardzo pochlebne opinie. Podobno (to „podobno” Pani Doktor podkreśliła bardzo mocno, mówiąc absolutnie wprost że na razie nie jest nam w stanie potwierdzić, że to prawda) wspomaga chemioterapię i pomaga zwalczać komórki nowotworowe. Natomiast na pewno (potwierdzone w badaniach klinicznych) bardzo silnie wzmacnia odporność i cały organizm – z tego co wiadomo, lepiej niż większość znanych leków. A przy chemii odporność to kwestia bardzo delikatna – jak pisałem wyżej, głupia infekcja typu przeziębieniowego może bardzo szybko pójść w gorączkę i poważniejszą chorobę, co (poza wszystkim innym) może opóźnić kolejną chemię. A to by było niedobrze.

Więc Pani Doktor powiedziała, że „może warto spróbować”. Więc próbujemy. Niestety (co skądinąd było do przewidzenia…) w przeciwieństwie do rożnych Tołp i innych vilcacor to akurat jest dość drogie (może dlatego, że działa?…). Nazwy nie podam (producent za reklamę mi nie płaci…), ale postanowiliśmy spróbować.

***

A poza tym życie idzie zwykłym (w miarę…) trybem. Potwory przyzwyczaiły się szybko do widoku Mamy w chusteczce i stosiku pigułek na spodeczku przy śniadaniu. Dzieci mają niesamowite zdolności adaptowania się do każdej sytuacji, naprawdę…

Pietruszka rozwala kolejne klasówki, w całej szkolnej karierze raz chyba zdarzyło mu się dostać czwórkę. Piłka niby nie ma aż takiego łba – ale też same piątki i szóstki, bo jest ambitna, ciekawa świata, bo bierze udział w każdym konkursie i robi każdą nadobowiązkową pracę. Bo ją to bawi. Pucek (który od drugiego roku życia pięknie mówi „RRR„, za to do dziś nie mówi „sz” i „cz”…) maszeruje do przedszkola i umie już liczyć. Do trzydziestu przynajmniej.

Ot, życie.

***

Jedno muszę jeszcze napisać: taka sytuacja – poważna choroba, jakiś poziom niepewności co do przyszłości… – naprawdę kompletnie przewartościowuje spojrzenie na świat. Nie, my nigdy chyba nie byliśmy przesadnymi materialistami i zawsze (tak mi się przynajmniej optymistycznie wydaje…) mieliśmy w życiu dość rozsądną hierarchię wartości. Ale teraz nagle okazuje się, że milion spraw które jeszcze niedawno wydawały się takie ważne, takie istotne, wywoływały takie emocje – dziś po prostu nie istnieje. Czytam – bardziej z przyzwyczajenia, niż z ciekawości – jakieś newsy „z kraju i ze świata”. Ktoś coś zawalił, coś się nie udało (albo właśnie udało), jakiś polityk powiedział coś głupiego (albo coś mądrego, wbrew pozorom i tak się zdarza, choć chyba rzadko), ktoś kogoś zmieszał z błotem, ktoś ma jakieś wyniki w sondażach… Setki informacji, które jakiś czas temu może nie były treścią i sednem mojego życia, ale jednak poruszały, wywoływały jakieś emocje, wydawały się ważne.

A dziś?… Nagle widzę, jak bardzo to wszystko nie ma znaczenia. Jak to jest kompletnie nieistotne. Jak głupie, małe, żałosne są kłótnie naszych polityków, jak bardzo nie mają nic do powiedzenia.

OK, możecie powiedzieć że to nie jest odpowiedzialna postawa obywatelska. Nic nie poradzę – w konfrontacji z prawdziwymi problemami tak to właśnie postrzegam.

Może to cenna lekcja, swoją drogą…

***

A do naszego ogródka przychodzi coraz częściej kot. Młody, czarny z białym krawatem. Zostawiamy mu czasami jakieś resztki.

A na sumaku za oknem regularnie siada sobie sójka. Ciekawe, czy to ta sama…

Kogo Chcą Szkolić Analfabeci

Moja Żona, jak większość z Was wie, jest pedagogiem. Prowadzi własne montessoriańskie mini-przedszkole. Aby je prowadzić – musiała oczywiście założyć firmę. Siłą rzeczy na firmowy adres e-mail przychodzą całe tony – mówiąc wprost – spamu reklamowego, najczęściej dotyczącego jakichś Niezwykle Interesujących Szkoleń i Konferencji za Duże Pieniądze na Kompletnie Nieistotne Tematy. Nikt z nadawców nie zwraca uwagi na to, że może nie ma sensu wciskać przedszkola na listę mailingową informującą o szkoleniach przeciwnarkotykowych dla nauczycieli starszych nastolatków czy proponującą organizację „zielonej szkoły” dla klas 4-6.

Zdążyliśmy się już do tego przyzwyczaić – niechciane maile lądują w koszu i wszyscy są zadowoleni.

Ale nawet wśród tych Fascynujących Propozycji zdarzają się kurioza. I takie kuriozum przyszło właśnie dziś.

Poniżej zamieszczam pełną treść e-maila ze skrzynki M. – łącznie z telefonami, adresami e-mail i nazwiskiem pana, który to firmuje: skoro przysyła swoje rewelacje nieproszony, pewnie nie będzie miał nic przeciwko temu.

I ogłaszam konkurs z nagrodami dla Wiernych Czytelników. Nagrodę w postaci Szerokiego Uśmiechu Puchatka otrzyma ten, kto w przytoczonym poniżej tekście znajdzie najwięcej błędów językowych. Liczą się wszystkie błędy: ortografia, gramatyka, interpunkcja, składnia. Dla zaawansowanych – może być też styl.

Że ktoś jest analfabetą funkcjonalnym – to przykre. Ale jeśli taki analfabeta chce kogokolwiek szkolić, to już jest po prostu żałosne.

Maila cytuję dosłownie (jak piszą dziennikarze – zachowuję pisownię oryginału, z dokładnością do umiejscowienia przecinków), metodą kopiuj-wklej, aby nie uronić nic z jego uroku.

A zatem:

 

Witam Lider Edukacji Coachem,

Mamy jeszcze wolne miejsca na akredytowany i dofinansowany program coachingowy „Lider Edukacji Coachem” dla pedagogów, terapeutów, psychologów, nauczycieli – wychowawców, dyrektorów placówek oświatowych.

Program rozpocznie się dwudniowym warsztatem 08-09 listopada 2012r w Warszawie ul. Konstruktorska 11a godz. 09.00-18.00 – detale prześlemy w Karcie Zgłoszenia.

Zapraszam do zapoznania się z programem na: http://www.adeptus.com.pl „Lider Edukacji Coachem” jest jedynym w Polsce programem akredytowanym przez ICF w tej cenie koszt brutto 600 zł koszt podobnych programów coachingowych to 2500-10000 zł ale nasza cena jest tylko dla nauczycieli, trenerów, doradców metodycznych, którzy chcą zastosować coaching w aktualnie pełnionej roli zawodowej, a także daje podstawy do podjęcia roli coacha zgodnie ze standardami ICF.

Zainteresowany? – wyślij emaila – przyślemy Ci „Kartę Zgłoszenia”

.MOŻE CHCESZ ZORGANIZOWAĆ KURS U SIEBIE ??? – ZAPRASZAMY ! !

Akademia Szkoleń Adeptus

Leszek Bajeński 509 215 612

info@adeptus.com.pl

http://www.adeptus.com.pl