Tymczasem…

Wizytę mamy jutro – albo, jeśli jutro nie wyjdzie, w następny wtorek. Tydzień to bardzo szybko, i tak naprawdę – jak powiedział pan doktor Ś. – to ZUPEŁNIE wystarczające tempo działania. Ale oczywiście lepiej byłoby, gdyby udało się jutro. Nawet jeśli obiektywnie ten tydzień nic nie zmienia, to subiektywnie na pewno im szybciej, tym lepiej (bo każdy dzień to kolejny dzień nerwów…).

Doktor Ś. uspokoił jak mógł. Że spokojnie, że przede wszystkim dokładna diagnostyka. I że – no właśnie, przeciętny zdenerwowany pacjent w taki sposób nie myśli… – ta diagnostyka powinna być przede wszystkim DOKŁADNA i PEWNA, i że to jest ważniejsze niż „szybka”. Że lepiej poczekać tydzień i zrobić badania w dobrym i pewnym ośrodku, niż zrobić je „natychmiast” bez takiej pewności.

Powiedział też, że po pierwsze jeszcze nic nie wiadomo, a po drugie nawet jeśli cholerstwo okaże się złośliwe, to naprawdę nie oznacza od razu nie wiadomo czego. „Nawet jeśli to rak, to wcześnie wykryty jest wyleczalny. To jest po prostu choroba przewlekła. To się LECZY.”

Do doktora Ś. mamy ogromne zaufanie – potwierdzone zresztą historiami wielu osób znajomych.

Tyle, że najgorszy jest czas czekania – M. się strasznie denerwuje… Także dlatego, że jej matka 20 lat temu zmarła na raka.

Ale to było 20 lat temu (a sam początek choroby – nawet 30). Inny świat, inna diagnostyka, inna medycyna, inne możliwości.

A tymczasem trzeba jakoś normalnie żyć – szykować się do rozpoczęcia nowego roku szkolnego, w szkole Potworów i w przedszkolu u M. I dobrze – im więcej pracy, tym mniej czasu na głupie myśli.

***

Trochę nie mam siły ani nastroju pisać teraz o wakacyjnej wyprawie. Na Picasie można pooglądać wybrane zdjęcia – dają jakieś wyobrażenie.

Teraz tylko kilka myśli na szybko:

1. Do listy miejsc które Koniecznie-Kiedyś-Trzeba-Dokładnie-Zwiedzić dołączają:

– Słowacja. Od polskiej granicy przez trzy czwarte drogi na Węgry jedzie się przez góry, góry, góry. Wysokie Tatry, Niskie Tatry, Mała i Wielka Fatra… Bajka po prostu.

– Słowenia. Góry, zamki, jaskinie, ludzie mili, drogi świetne, ceny umiarkowane.

– Chorwacja. Pięknie, tylko z uwagi na Potwora Najmniejszego byliśmy w niej dość niedaleko (tylko na Istrii). Kiedyś trzeba by tam pojechać dalej. Pięknie jest.

– ALPY. Zawsze jak oglądałem zdjęcia z Alp, to myślałem sobie że są bardzo podobne do Tatr. „Góry typu alpejskiego”… A guzik. Alpy mają coś, czego na zdjęciach nie widać: są po prostu OGROMNE. Kiedy staliśmy pod Großglocknerem, ten ogrom po prostu zapierał dech. Großglockner – najwyższy szczyt Austrii – ma „tylko” 3798 metrów npm, ale jest drugim w Alpach szczytem pod względem wybitności (inaczej zwanej minimalną deniwelacją względną) – wynosi ona ponad 2,4 tysiąca metrów. Żeby to sobie wyobrazić: to tak, jakby się patrzyło na Rysy… z poziomu morza.

Drogi w Alpach… Specjalnie pojechaliśmy z Włoch do Austrii nie główną autostradą, tylko boczną drogą, przez Tolmezzo i dalej na przełęcz, na której znajduje się granica (niecałe 1400 metrów npm). Serpentyny takie, że w głowie się kręciło. A następnego dnia pojechaliśmy drogą o nazwie Großglockner-Hochalpenstrasse (także TUTAJ). Coś niewiarygodnego. Zjeżdżając o mało nie spaliliśmy hamulców – ale to już, jak mawiał Kipling, zupełnie inna historia…

Post-wyjazdowo…

Wróciły Puchatki wczoraj wieczorem. Przejechały 3,4 tysiąca kilometrów, ale i tak najbardziej męczący był ostatni odcinek po do znudzenia remontowanej gierkówce…

Trasa była niesamowita:

Polska – Słowacja – Węgry – Słowenia – Chorwacja – Słowenia – Włochy – Austria – Niemcy – do domu.

Opowiem po kawałku, w kolejnych odcinkach. Teraz tylko napiszę, że do listy miejsc które Koniecznie-Kiedyś-Trzeba-Dokładnie-Zwiedzić doszło kolejnych kilkanaście pozycji…

Wakacyjnie…

Kto ma wakacje, ten ma. M. z Potworami była tydzień w C., u rodziny – ale Puchatek tylko ich zawiózł i przywiózł, a przez ten tydzień pracował i przyglądał się, jak panowie fachowcy remontują łazienkę.

Łazienka wyremontowana, po dziesięciu (!) latach mieszkania w Puchatkowie. I teraz mamy najpiękniejszą łazienkę na świecie. M. powiedziała, że może w niej zamieszkać…

***

Za kilka dni jedziemy na Wyprawę Wakacyjną Właściwą. Początkowo w planach była Chorwacja (taaak, wiem, jakież to pospolite 😉 – ale z różnych przyczyn okazało się, że w Chorwacji będziemy najwyżej dwa dni. Będzie za to Słowenia, być może 2 dni we Włoszech (na włoskim wybrzeży Adriatyku, w okolicach Triestu…), a w drodze powrotnej planujemy przejechać przez Alpy. Co z tego wszystkiego wyjdzie? Się zobaczy. Namiot już się cieszy na wyjazd…

***

Kusi mnie otwarta droga. Jechanie w nieznane, bez konkretnego celu, chłonięcie nowych widoków i nowych odgłosów. To oczywiście nie do końca do zrobienia z czterolatkiem na pokładzie… Ale mam nadzieję, że będzie dobrze.

Bez Tytułu W Zasadzie…

Przepraszam za nieobecność. Wyjeżdżaliśmy – niezupełnie wakacyjnie, ale bardzo pozytywnie. A przed wyjazdem pracy i spraw do załatwiania było tyle, że nawet nie zdążyłem pomyśleć, aby tu zajrzeć. Coś może o tym wyjeździe napiszę – ale dziś o jednej sprawie, która nie daje mi spokoju.

W wyjeździe (którego poniekąd byliśmy organizatorami) uczestniczyła między innymi rodzina W. Rodzice, trójka dzieci. Znaliśmy ich kiedyś nieco bliżej, ale od paru lat kontakt mamy głównie telefoniczny. Nic dziwnego, że nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, jak bardzo pewne sprawy się u nich zmieniły. Na gorsze.

Zawsze byli „problemowi”. On – chory na padaczkę (choć dość łagodną) i nieskończenie wiele innych rzeczy, których ilość i intensywność zdecydowanie nasilały się kiedy tylko w życiu rodziny pojawiały się jakiekolwiek problemy, którym wypadałoby stawić czoło. Ona – osoba bardzo sensowna, mocno stąpająca po ziemi, ale kompletnie zakręcona jego chorobami (i egocentryzmem…), problemami z dziećmi i koniecznością utrzymywania rodziny (bo on – na rencie inwalidzkiej). Długo by mówić – kompletnie chory układ, cała rodzina do terapii systemowej. Ale tu akurat nie o tym.

Tu – o ich najstarszym synu.

Poznaliśmy się dziesięć lat temu – chłopiec był jeszcze jedynakiem i miał dwa lata. Kiedy moja M. po raz pierwszy go zobaczyła, po dwóch minutach podeszła do mnie i powiedziała, że jej zdaniem z tym dzieckiem „coś jest nie tak”. M. jest z wykształcenia pedagogiem specjalnym i terapeutką, przez ładne parę lat współprowadziła terapię pewnego autystycznego chłopca i naprawdę do autyzmu ma „dobre oko”. Ja tego z początku nie widziałem, ale kiedy pokazała mi pewne charakterystyczne zachowania, też załapałem o co jej chodzi.

No ale jak powiedzieć rodzicom? Zwłaszcza takim? Zorganizowaliśmy spotkanie. M. powiedziała co i jak. Matka chłopca się przejęła. M. – korzystając ze swoich kontaktów – załatwiła wizytę u specjalistów. Wizyta, na którą normalnie czekało się rok, miała mieć miejsce za trzy miesiące.

I co? Tak, zapewne się domyślacie. Tatuś postawił się okoniem. Oznajmił że nie chce „wmawiać dziecku choroby”, że przecież nic mu nie jest, że „on ma złe doświadczenia z psychologami” i w ogóle po co.

I dzieciak do specjalistów nie trafił.

Później przez długi czas wydawało się, że wszystko jest OK. Przedszkole, szkoła – z nauką radził sobie dobrze, tyle że koledzy nie bardzo go lubili, ale nic złego się nie działo. – No cóż, wygląda na to, że się myliłam, chwała Bogu – powiedziała M. jakieś pięć lat temu.

Przedwcześnie, jak się okazuje.

Problemy zaczęły się rok temu. Jakieś „jazdy” w szkole, jakieś coraz ostrzejsze kłótnie, jakieś problemy, matka (no bo któżby inny? Tatuś był przecież ciężko chory…) co tydzień była w szkole. Pół roku temu – chłopiec po raz pierwszy usiłował w szkole wyskoczyć przez okno. Jakoś udało się to załagodzić – ale kiedy w kwietniu sytuacja się powtórzyła, dyrektor szkoły powiedział że on więcej ryzykować nie będzie (nie dziwię mu się zresztą…) i wezwał po prostu pogotowie. Chłopca odwiedziono na oddział psychiatryczny, gdzie spędził tydzień na obserwacji i badaniach.

Diagnoza? Zespół Aspergera. Jak powiedzieli lekarze – stosunkowo łagodny, ale „podręcznikowy”. I nie leczony. A mógł być.

M. jest wściekła – ale co z tego? Nic.

A tatuś? Tatuś nie ma czasu się tyn za bardzo przejmować, bo jest bardzo chory. W styczniu miał operację kolana, więc ledwo chodzi – orteza, kule, problemy z przejściem przez każdy próg (choć znajoma lekarka która go oglądała twierdzi, że dawno już powinien chodzić bez kul). Czasami nawet się przewraca (jak określił nasz inny znajomy – „mocno teatralnie”). Fascynujące jest to, że kule leżą wtedy równiutko po obu jego stronach. Jak ułożone.

Fascynujące jest także to, że przeszły mu ataki padaczki. Zupełnie. No bo teraz ma tę chorą nogę, prawda?

Mruczanka Mocno Owocowa

M. postanowiła, że namrozi truskawek na zimę. I inne przetwory poprodukuje. Więc razem z koleżanką D. pojechały na giełdę w Broniszach, żeby hurtowo kupić rzeczone owoce. Bo tam najdroższe i najładniejsze truskawki kosztują połowę tego, co „na ulicy” te najtańsze.

No i kupiły.

Wiecie, jak wygląda 20 (słownie – dwadzieścia) kilo truskawek na raz? Bo ja już wiem.

Człowiek uczy się całe życie. Ja właśnie dowiedziałem się, ile truskawek jestem w stanie zjeść na jedno posiedzenie. Za dużo.

Mruczanka Obolała

Pro memoria:

1. Do cięcia grubego plastiku bardzo ostrym nożem należy zakładać rękawice ochronne.

2. Punkt 1. jest szczególnie istotny w przypadku osób, którym sprawne ręce potrzebne są do zarabiania na życie.

3. Plastikową bańkę po wodzie należy zawsze ciąć od siebie. Nigdy w kierunku ręki trzymającej bańkę.

4. Bardzo ostry nóż ześlizgujący się z ciętego plastiku przecina skórę na dłoni nawet nie zwalniając ruchu.

5. Mięsień poduszki kciuka też.

6. Na szczęście na kości się zatrzymuje.

7. Mięsień przebity nożem na głębokość 2 centymetrów boli jak cholera.

8. I krwawi jak jasny szlag.

9. Jedną ręką nie da się założyć sensownego opatrunku.

10. Jadąc na izbę przyjęć, należy wziąć ze sobą trochę dodatkowej gazy / ligniny / chusteczek higienicznych, aby czekając w kolejce do chirurga nie zalać krwią serdeczną podłogi. W końcu panie sprzątaczki i tak mają dość roboty…

*** 

– Miał pan pecha – powiedział z głębokim westchnieniem chirurg opatrując rękę, kiedy udało mu się już zatamować krew (obyło się nawet bez szycia, kto by pomyślał…).

– To nie miało nic wspólnego z pechem, panie doktorze – odparł Puchatek z przekonaniem. – To była zwykła głupota, niestety…

Mruczanka Symfoniczna Poniekąd

Tak jak obiecałem (choć później, niż obiecałem…) słów kilka o albumie „Secret Symphony” Katie Melua (wybaczcie, jakoś nie mogę się przekonać do odmiany tego nazwiska… „Katie Meluy”? Brzmi fatalnie…).

Ponieważ płyta ukazała się już ponad dwa miesiące temu, zdążyłem przeczytać sporo recenzji. Jest wśród nich sporo głosów krytycznych – z gatunku „bardzo ładne, ALE..”. Jak się wczytać uważniej, to wszystkie te „ale” sprowadzają się do tego, że piosenkarka śpiewa co innego (albo – śpiewa inaczej) niż spodziewali się autorzy recenzji po jej kolejnej płycie.

Ja nie mam tego problemu, bo niczego nie oczekiwałem. Wszystkie dotychczasowe albumy Katie mają pewne cechy wspólne – ale też każdy jest trochę inny. Ma inny nastrój, inne przekazuje emocje, inne pejzaże maluje (tak muzyczne, jak tekstowe). 

Ale jedno pozostaje niezmienne: autentyzm i szczerość wykonania. Katie Melua należy do tego typu artystów, których najbardziej lubię słuchać (czy raczej – do jedynego typu artystów, którego słuchać w ogóle mam ochotę…) – artystów którzy przez swoją muzykę naprawdę mają coś do powiedzenia. Ogromnym atutem wszystkich jej płyt są znakomite teksty: teksty poważne lub zabawne, czasami melancholijne czy wręcz smutne (jak „Blue Shoes” z drugiego albumu „Piece by piece”), czasami zabawne (jak kapitalne „My Aphrodisiac Is You” z „Call Off the Search”) – ale zawsze autentyczne.

Coraz mniej – kiedyś już o tym pisałem – jest dziś artystów, którzy myślą o tym, co śpiewają. Dominujące zjawisko we współczesnej muzyce popularnej to niestety ludzie jakże trafnie zwani „wykonawcami”. Oni nie tworzą, nie mówią, oni tylko wykonują cudze piosenki. Tak, czasami wykonują je bardzo efektownie i z ogromnym profesjonalizmem (mógłbym tu wymienić wiele największych gwiazd światowego show-businessu…) – ale to tylko wykonanie. To jest nijakie. Nudne po prostu. Tu jest zupełnie inaczej.

„Secret Symphony” różni się od poprzednich albumów Katie tym, że tym razem piosenkarka śpiewa głównie „cudze” teksty. Tyle, że te „cudze” natychmiast stają się jej własnymi – bo śpiewa je tak szczerze i świadomie, że każde słowo nabiera sensu i w każde można uwierzyć. Miłosne wyznania z piosenki „Secret Symphony”, afirmacja życia i nadziei w „Gold In Them Hills” i „Better Than A Dream”, nieco surrealistyczny tekst „Moonshine”, nostalgiczne „The Bit Tthat I Don’t Get” czy „All Over The World”, czy wreszcie ironiczne „Nobody Knows You”… Katie Melua śpiewa to wszystko tak, że słucham jej głosu – i wierzę w to, co chce mi powiedzieć.

„Secret Symphony” to album znacznie delikatniejszy i bardziej subtelny niż „The House”. To przede wszystkim zasługa muzyki: Katie wróciła na tej płycie do współpracy z Mikiem Battem, który był producentem jej trzech pierwszych studyjnych albumów. Batt jest autorem muzyki do części utworów i producentem całej płyty.

Ale tym, co sprawia że „Sceret Symphony” brzmi inaczej niż wcześniejsze nagrania Katie jest aranżacja: zespół z którym piosenkarka nagrywała wcześniej jest mocno okrojony (choć na perkusji nadal gra kapitalny Henry Spinetti, a na gitarze – niesamowity muzyk o polsko brzmiącym nazwisku – Luke Potashnick). Ale całe „nowoczesne”, jazzowo-bluesowe instrumentarium brzmi tylko – że tak to ujmę – na pierwszym poziomie. Głębię, klimat, nastrój – a także niesamowite, miękkie „smaczki” płynące gdzieś pod i nad linią melodyczną – tworzy tu orkiestra symfoniczna. I to jest strzał w dziesiątkę! Ostatnio co prawda wielu artystów „popowych” sięga po klasyczne instrumentarium – niestety duża część tych eksperymentów jest nie do końca udana. Delikatnie mówiąc. Bo to żadna sztuka do dowolnego utworu (najczęściej popowego, ale zdarza się to i z ostrzejszym rockiem) „dograć” partie skrzypiec, fletów czy jakiś klarnet. Niby pasuje (musi, amatorzy tego nie piszą…) – ale jak się głębiej wsłuchać, to czuje się że ta „klasyka” jest trochę dolepiona na siłę, „żeby było bardziej ambitnie”. Nieźle udało się to Stingowi (album „Symphonicities”) – ale on po prostu wziął swoje „stare przeboje” i nieco je przearanżował.

„Secret Symphony” to zupełnie inna bajka: to album który od początku tworzony był z myślą o takiej aranżacji. Nowe piosenki zostały napisane „na orkiestrę”, stare – kompletnie przearanżowane tak, że powstała zupełnie nowa jakość. Brzmienie orkiestry na tej płycie jest absolutnie naturalne, doskonale wkomponowane w kompozycje, świetnie zgrane ze specyficznym, plastycznym głosem wokalistki. Smyczki w „Gold In Them Hills” – choć są „w tle” – brzmią tak, jakby to one stanowiły bazę tej piosenki, a cała reszta (gitara, skądinąd znakomita…) została do ich dopisana. Płynny, wiolonczelowy podkład w „Better Than A Dream”… Kapitalne – choć bardzo subtelne – „drewno” w niesamowitym „Moonshine” (swoją drogą: zaśpiewane to jest tak, że sam Clapton by się nie powstydził!). A już bluesowy standard „Nobody Knows You” z orkiestrową sekcją dętą!… Palce lizać po prostu (nota bene: jak sobie człowiek uświadomi, że to jest „kawałek” napisany bodaj na początku lat dwudziestych XX w., to aż się dziwnie robi…). No i tytułowa, a zarazem finałowa piosenka „Secret Symphony” – spokojna, delikatna, niezwykle romantyczna – w której cała orkiestra ma swoje pięć minut (a dokładnie trzy minuty i 52 sekundy).

Nie kupuję argumentów krytyków, którzy – takie można odnieść wrażenie – chcieliby, żeby Katie Melua całe życie śpiewała kolejne wersje swojego pierwszego albumu „Call Off the Search”. Dla mnie ta płyta to czysta przyjemność – piękna muzyka, świetne aranżacje, fantastyczny głos, a „na dokładkę” mądre teksty, nad którymi warto się zatrzymać.

Zdecydowanie – Puchatek Poleca. 

Mruczanka Postkomunijna i Nie Tylko

Pierwsza komunia się odbyła. Sama uroczystość przebiegła bez większych zgrzytów – może nie licząc księdza proboszcza, który zaczął kazanie od tego, że będzie mówił krótko, po czym mówił długo. Niestety. (Bo z kazaniami naszego proboszcza to jest trochę jak w starym żydowskim dowcipie:

– Wiesz Icek, ten gość co przemawiał wczoraj na zebraniu mówił godzinę bez przerwy…

– A o czym mówił?

– A tego, widzisz, akurat nie powiedział…)

A potem jeden z pierwszokomunistów, składając uroczyste podziękowania, w nerwach i tremie palnął na cały kościół, prosto w mikrofon:

– Kochany książę proboszczu!…

Wszyscy parsknęli śmiechem. Książę Proboszcz też.

***

Goście przyszli, pojedli, pogadali i poszli. Było naprawdę miło, rodzinnie, a po południu także koleżeńsko. Piłka dostała jakieś tam prezenty – ale niewielkie, bo Puchatki twardo wszystkim mówiły, że NIE O TO CHODZI i drogich prezentów sobie nie życzą. Wyjątkiem był prezent od dziadka: obiecany i dawno przez Piłkę wymarzony aparat fotograficzny – ale było zaznaczone, że jest to jednocześnie prezent na imieniny, które Piłka też ma „na dniach”. Aparat małpka, maleńki, ale – jak to dzisiejsze małpki – ma sto tysięcy funkcji i bajerów. Piłka jest szczęśliwa jak ciele w grochu.

***

A pies marki malamut miał wczoraj operację. Prawdziwą. W narkozie. Resekcja dwóch sutków (nowotwór) i sterylizacja (bo bez niej nowotwór powiedziałby prawdopodobnie „zaraz wracam”). Wczoraj był bardzo biedna, dziś już chodzi i je, humor jej powoli wraca.

Pies ma lat dziesięć – więc jak na spore bydlę niemało – ale poza wykrytym właśnie guzem jest zdrów jak byk. Więc chyba będzie dobrze.

Puchatek tylko przez grzeczność nie powie, ile go ta operacja kosztowała… 

Profesjonalnie, Czyli Zawodowo

Zmieniłem system pracy. Na dłużej? Nie wiem, zobaczymy.

Dotąd było tak:

– jedno Duże Wydawnictwo, które regularnie dawało mi kolejne książki do tłumaczenia, czasami do redakcji;

– jedno Bardzo Małe Wydawnictwo, które wrzucało mi coś circa raz na rok;

– i jeden Duży Portal, który regularnie (zwykle – raz dziennie) podrzucał mi do tłumaczenia teksty prasowe z anglojęzycznych gazet do swojego przeglądu prasy zagranicznej.

Duże Wydawnictwo było głównym źródłem dochodu – minus był taki, że znakomita większość tego co dla nich robiłem to były jakieś niezwykle ambitne pozycje typu książek kucharskich czy amerykańskich „cudownych poradników” typu „Jak wyczyścić wszystko za pomocą gwizdka i cążków do paznokci”. Czyli nudno, mało ambitnie, ale w miarę przyzwoicie płacili.

Małe Wydawnictwo – odwrotnie. Płacili kiepsko, ale za to robiłem dla nich rzeczy ciekawe (takie jak Tybet czy Chiny, z którymi O Mało Co nie zdobyłem Nagrody Kapuścińskiego). Raz na rok mogłem sobie pozwolić na miesiąc gorzej płatnej pracy, w zamian mając okazję robić rzeczy inteligentne, ambitne i mające jakiś sens.

Portal – płacił dobrze, roboty przy tym było niewiele (jeden artykuł dziennie), a zawsze jakieś dodatkowe pieniądze z tego były. No i – co też nie bez znaczenia – jak przez dwa miesiące tłumaczyłem jakąś kolejną książkę kucharską czy poradnik uprawiania grządek, to przynajmniej miałem jakąś „odskocznię intelektualną” w postaci tekstów z analizami politycznymi, recenzjami nowych filmów czy płyt, tematami społecznymi…

Wszystko to dobrze funkcjonowało przez ładne pięć lat. Ale ostatnio trochę zaczęło się sypać…

Najpierw Małe Wydawnictwo – w związku z kryzysem i wyjątkowo trudnym rynkiem książki w Polsce – chwilowo zawiesiło działalność (wydawanie książek zawsze było dla tych ludzi raczej hobby niż sposobem na zarabianie – ale kiedy wydawane książki przestały się nawet zwracać, postanowili przystopować).

Potem Duże Wydawnictwo zaczęło się psuć. Psucie polegało bardzo długo przede wszystkim na tym, że ciągle wydłużał się okres płatności. Dziesięć lat temu, kiedy zaczynałem z nimi współpracować, pieniądze były na koncie najdalej w dwa tygodnie po podpisaniu rachunku. Później ten czas się stopniowo wydłużał – w ubiegłym roku był to już miesiąc, a ostatnio nawet więcej (tak, wiem że to i tak niewiele, że są firmy którym zapłacenie zajmuje znacznie więcej czasu – tyle, że jakoś nigdy nie pocieszało mnie to, że komuś jest gorzej…). Ostatnio jednak psucie się przybrało niestety gorszy wymiar: od głównej Pani Redaktor usłyszałem, że w związku z kryzysem etc. wydawnictwo będzie negocjować stawki z tłumaczami.

Jako tłumacz pozwolę sobie przetłumaczyć Wam to idiomatyczne wyrażenie z języka korporacyjnego na polski: „negocjować stawki” znaczy tyle, co „płacić mniej”. Negocjacje polegają na tym, że zleceniodawca mówi ci: „Dotąd płaciliśmy panu X złotych za stronę tekstu, teraz będziemy płacili X – n za stronę. Czy zgodzi się pan na takie warunki?”

I oczywiście, jak to w przypadku negocjacji, możesz odpowiedzieć przecząco. A zleceniodawca może wtedy powiedzieć ci „adieu”.

(BTW – w rozmowie z redaktorkami dla których zwykle tłumaczyłem usłyszałem, że ich zdaniem to idiotyzm: jeśli zapłaci się mniej za tłumaczenie, to albo trzeba zatrudnić gorszego tłumacza, albo pogodzić się z faktem, że dobry tłumacz będzie się mniej starał, bo będzie musiał „przerobić” większą ilość tekstu w tym samym czasie, żeby „wyjść na swoje”, czytaj: przeżyć i utrzymać rodzinę. Obie możliwości oznaczają, że z gotowym tłumaczeniem znacznie więcej pracy ma redakcja – a więc redaktor spędza nad pojedynczą książką więcej czasu. Co z kolei oznacza, że albo wydaje się mniej książek, albo trzeba zatrudnić więcej redaktorów. Czyli oszczędności na tłumaczu i tak wymuszają wydanie większej ilości pieniędzy gdzie indziej – albo pogodzenie się z mniejszymi obrotami…).

Wszystkie te zmiany nałożyły się na fakt coraz bardziej dynamicznego rozwoju stron i portali internetowych – a każdy szanujący się portal musi mieć sensowny przegląd prasy zagranicznej. A co z tego wynika?

A z tego wynika, że redaktorzy z Dużego Portalu już od dwóch lat molestowali mnie, żebym brał od nich więcej tekstów do tłumaczenia – bo wolą wykorzystać tłumacza sprawdzonego, dobrego i dokładnego („Obywatele, chwalcie się sami…”), niż znajdywać trzech nowych.

Dotąd twardo odmawiałem, traktując pracę dla Dużego Portalu jako dodatek do pracy właściwej. Ale teraz?…

Generalnie pożegnałem się z Dużym Wydawnictwem (absolutnie pokojowo i z perspektywą potencjalnej dalszej współpracy w przyszłości, ale jednak). Kroplą która przelała czarę była informacja O ILE wydawnictwo zamierza zmniejszyć stawkę bazową. Powiedzmy tak: już od dawna ich stawki trudno było nazwać konkurencyjnymi, a te które zaproponowali teraz są niższe o 20 procent. I jeszcze wprost powiedzieli, że okres płatności wydłuży się do „około 60 dni”. No to bez przesady…

Duży Portal płaci więcej (SPORO więcej). Duży Portal płaci szybko – pieniądze za teksty z danego miesiąca dostaję najdalej do połowy kolejnego. Duży Portal od ręki jest mi w stanie dać trzy razy tyle pracy, ile robiłem dla nich dotąd.

No to, do licha, nad czym tu myśleć?…

Dotąd miałem jeszcze obiekcje natury – nazwijmy to – prestiżowej: bądź co bądź „tłumacz książek” brzmi dużo lepiej, niż „tłumacz tekstów prasowych”… Ale bądźmy szczerzy: ostatnia KSIĄŻKA jaką tłumaczyłem to były te Chiny. Robiłem to cztery lata temu – w 2008 r (tyle, że w druku ukazało się dopiero w styczniu 2010, a Nagroda Kapuścińskiego za 2010 r przyznawana była dopiero w 2011, rzecz prosta). CZTERY LATA. „Książki” które tłumaczyłem od tego czasu to były – jakem napisał – książki kucharskie, poradniki… Nie oszukujmy się – dużo ciekawsze i ambitniejsze jest już tłumaczenie tekstów prasowych.

No i jeszcze jedna zaleta tego układu: nawet jak trafi mi się wyjątkowo nudny, głupi czy źle napisany artykuł, to to jest JEDEN tekst. Dwie godziny, góra trzy – i po sprawie. Następny może być dużo ciekawszy. A niektóre ambitne poradniki o uprawie grządek tłumaczyłem (płacząc rzewnymi łzami…) przez dwa czy trzy miesiące… OK., jak takie dzieło zdarzy się raz – można przeżyć, ale jak się takie rzeczy robi przez cztery lata, to ma się ochotę wyć.

No i tak to wygląda. Na razie – jest dobrze, wygląda na to, że pracując tyle co dotąd, zarobię o jedną trzecią więcej. A może za dwa, trzy lata kryzys się skończy i ktoś jednak będzie chciał wydawać coś ambitniejszego?… W moim przekładzie, znaczy się?…

We’ll see.