Mruczanka (przed?)Zimowa

Śniegu na…waliło. W Warszawie – jak teść telefonicznie donosi – wszystko na ulicach topnieje: breja, bajoro, chlapa.

Ale w G. – a zwłaszcza na Puchatkowym Osiedlu – jest pięknie, biało i zimowo. Na drzewach – na każdziusieńkiej gałązce… – leżą piękne, obfite czapy śniegu…

…mokrego i ciężkiego. Dzięki czemu od wczoraj już trzy razy nie było prądu. A jak nie ma prądu, to nie ma ciepłej wody i ogrzewania (bo piec jest gazowy, ale sterowany elektronicznie i bez prądu nie dycha).

Pamiętacie, jak w ubiegłym roku wczesną wiosną ktoś wywiesił wielki plakat z subtelnym napisem: „Zimo, wyp…laj”?

No to ja go mogę wywiesić już teraz.

Budzi się we mnie niedźwiedzia część mojej natury. Mam ochotę zapaść w sen zimowy. Tak do marca.

Życie

Druga chemia za nami. Jak dotąd – wszystko tak samo, jak poprzednio: lekkie osłabienie popołudniami i nieco mocniejsze wieczorem. I to w zasadzie wszystko. Pani Doktor dała dodatkowe zastrzyki (do robienia w domu, samodzielnie) na „porost leukocytów”, żeby zmniejszyć ryzyko infekcji (a tym samym – ryzyko przesunięcia kolejnej chemii).

Co ciekawe – jeden z Genialnych Pomysłów teścia zyskał ostrożną aprobatę Pani Doktor. Powiedziała nam, że preparat był ostatnio prezentowany na zjeździe onkologów (a to podobno rzadkie, żeby tego typu prezentacje wpuszczano na takie konferencje) i zebrał bardzo pochlebne opinie. Podobno (to „podobno” Pani Doktor podkreśliła bardzo mocno, mówiąc absolutnie wprost że na razie nie jest nam w stanie potwierdzić, że to prawda) wspomaga chemioterapię i pomaga zwalczać komórki nowotworowe. Natomiast na pewno (potwierdzone w badaniach klinicznych) bardzo silnie wzmacnia odporność i cały organizm – z tego co wiadomo, lepiej niż większość znanych leków. A przy chemii odporność to kwestia bardzo delikatna – jak pisałem wyżej, głupia infekcja typu przeziębieniowego może bardzo szybko pójść w gorączkę i poważniejszą chorobę, co (poza wszystkim innym) może opóźnić kolejną chemię. A to by było niedobrze.

Więc Pani Doktor powiedziała, że „może warto spróbować”. Więc próbujemy. Niestety (co skądinąd było do przewidzenia…) w przeciwieństwie do rożnych Tołp i innych vilcacor to akurat jest dość drogie (może dlatego, że działa?…). Nazwy nie podam (producent za reklamę mi nie płaci…), ale postanowiliśmy spróbować.

***

A poza tym życie idzie zwykłym (w miarę…) trybem. Potwory przyzwyczaiły się szybko do widoku Mamy w chusteczce i stosiku pigułek na spodeczku przy śniadaniu. Dzieci mają niesamowite zdolności adaptowania się do każdej sytuacji, naprawdę…

Pietruszka rozwala kolejne klasówki, w całej szkolnej karierze raz chyba zdarzyło mu się dostać czwórkę. Piłka niby nie ma aż takiego łba – ale też same piątki i szóstki, bo jest ambitna, ciekawa świata, bo bierze udział w każdym konkursie i robi każdą nadobowiązkową pracę. Bo ją to bawi. Pucek (który od drugiego roku życia pięknie mówi „RRR„, za to do dziś nie mówi „sz” i „cz”…) maszeruje do przedszkola i umie już liczyć. Do trzydziestu przynajmniej.

Ot, życie.

***

Jedno muszę jeszcze napisać: taka sytuacja – poważna choroba, jakiś poziom niepewności co do przyszłości… – naprawdę kompletnie przewartościowuje spojrzenie na świat. Nie, my nigdy chyba nie byliśmy przesadnymi materialistami i zawsze (tak mi się przynajmniej optymistycznie wydaje…) mieliśmy w życiu dość rozsądną hierarchię wartości. Ale teraz nagle okazuje się, że milion spraw które jeszcze niedawno wydawały się takie ważne, takie istotne, wywoływały takie emocje – dziś po prostu nie istnieje. Czytam – bardziej z przyzwyczajenia, niż z ciekawości – jakieś newsy „z kraju i ze świata”. Ktoś coś zawalił, coś się nie udało (albo właśnie udało), jakiś polityk powiedział coś głupiego (albo coś mądrego, wbrew pozorom i tak się zdarza, choć chyba rzadko), ktoś kogoś zmieszał z błotem, ktoś ma jakieś wyniki w sondażach… Setki informacji, które jakiś czas temu może nie były treścią i sednem mojego życia, ale jednak poruszały, wywoływały jakieś emocje, wydawały się ważne.

A dziś?… Nagle widzę, jak bardzo to wszystko nie ma znaczenia. Jak to jest kompletnie nieistotne. Jak głupie, małe, żałosne są kłótnie naszych polityków, jak bardzo nie mają nic do powiedzenia.

OK, możecie powiedzieć że to nie jest odpowiedzialna postawa obywatelska. Nic nie poradzę – w konfrontacji z prawdziwymi problemami tak to właśnie postrzegam.

Może to cenna lekcja, swoją drogą…

***

A do naszego ogródka przychodzi coraz częściej kot. Młody, czarny z białym krawatem. Zostawiamy mu czasami jakieś resztki.

A na sumaku za oknem regularnie siada sobie sójka. Ciekawe, czy to ta sama…

Kogo Chcą Szkolić Analfabeci

Moja Żona, jak większość z Was wie, jest pedagogiem. Prowadzi własne montessoriańskie mini-przedszkole. Aby je prowadzić – musiała oczywiście założyć firmę. Siłą rzeczy na firmowy adres e-mail przychodzą całe tony – mówiąc wprost – spamu reklamowego, najczęściej dotyczącego jakichś Niezwykle Interesujących Szkoleń i Konferencji za Duże Pieniądze na Kompletnie Nieistotne Tematy. Nikt z nadawców nie zwraca uwagi na to, że może nie ma sensu wciskać przedszkola na listę mailingową informującą o szkoleniach przeciwnarkotykowych dla nauczycieli starszych nastolatków czy proponującą organizację „zielonej szkoły” dla klas 4-6.

Zdążyliśmy się już do tego przyzwyczaić – niechciane maile lądują w koszu i wszyscy są zadowoleni.

Ale nawet wśród tych Fascynujących Propozycji zdarzają się kurioza. I takie kuriozum przyszło właśnie dziś.

Poniżej zamieszczam pełną treść e-maila ze skrzynki M. – łącznie z telefonami, adresami e-mail i nazwiskiem pana, który to firmuje: skoro przysyła swoje rewelacje nieproszony, pewnie nie będzie miał nic przeciwko temu.

I ogłaszam konkurs z nagrodami dla Wiernych Czytelników. Nagrodę w postaci Szerokiego Uśmiechu Puchatka otrzyma ten, kto w przytoczonym poniżej tekście znajdzie najwięcej błędów językowych. Liczą się wszystkie błędy: ortografia, gramatyka, interpunkcja, składnia. Dla zaawansowanych – może być też styl.

Że ktoś jest analfabetą funkcjonalnym – to przykre. Ale jeśli taki analfabeta chce kogokolwiek szkolić, to już jest po prostu żałosne.

Maila cytuję dosłownie (jak piszą dziennikarze – zachowuję pisownię oryginału, z dokładnością do umiejscowienia przecinków), metodą kopiuj-wklej, aby nie uronić nic z jego uroku.

A zatem:

 

Witam Lider Edukacji Coachem,

Mamy jeszcze wolne miejsca na akredytowany i dofinansowany program coachingowy „Lider Edukacji Coachem” dla pedagogów, terapeutów, psychologów, nauczycieli – wychowawców, dyrektorów placówek oświatowych.

Program rozpocznie się dwudniowym warsztatem 08-09 listopada 2012r w Warszawie ul. Konstruktorska 11a godz. 09.00-18.00 – detale prześlemy w Karcie Zgłoszenia.

Zapraszam do zapoznania się z programem na: http://www.adeptus.com.pl „Lider Edukacji Coachem” jest jedynym w Polsce programem akredytowanym przez ICF w tej cenie koszt brutto 600 zł koszt podobnych programów coachingowych to 2500-10000 zł ale nasza cena jest tylko dla nauczycieli, trenerów, doradców metodycznych, którzy chcą zastosować coaching w aktualnie pełnionej roli zawodowej, a także daje podstawy do podjęcia roli coacha zgodnie ze standardami ICF.

Zainteresowany? – wyślij emaila – przyślemy Ci „Kartę Zgłoszenia”

.MOŻE CHCESZ ZORGANIZOWAĆ KURS U SIEBIE ??? – ZAPRASZAMY ! !

Akademia Szkoleń Adeptus

Leszek Bajeński 509 215 612

info@adeptus.com.pl

http://www.adeptus.com.pl

Dalej

Powoli. Do przodu.

Dobre wiadomości: wszystkie badania, jakie zaleciła Pani Doktor „na wszelki wypadek” absolutnie nic nie wykazały. Nie ma cienia zmian w narządach wewnętrznych, w kobiecych, w płucach, nigdzie. Dziś było ostatnie badanie (formalność, jak to Pani Doktor określiła…) czyli scyntygrafia kości – i wszystko jest OK.

Czyli – jest tylko jeden gad, którego trzeba ubić i który nie zdążył się dochować potomstwa. I już nie zdąży…

M. generalnie znosi chemię bardzo dobrze. Przez pierwsze kilka dni wieczorami czuła się osłabiona, trochę Jej się kręciło w głowie – i to wszystko.

Za to pod koniec drugiego tygodnia – kiedy najbardziej spada odporność – złapała jakąś infekcję. Głupstwo, z którym normalnie nawet do lekarza by się pewnie nie poszło – ale przy tak osłabionym organizmie od razu gorączka i tego typu atrakcje. Leki, antybiotyk, Specjalne Zastrzyki „na porost leukocytów” – i pod dwóch dniach było po wszystkim.

Generalnie (na razie…) jest dużo lepiej, niż się obawialiśmy.

Jutro znowu jakieś badania krwi, w poniedziałek (albo dzień – dwa później, jeśli morfologia po infekcji jeszcze się nie uspokoi…) druga chemia. Ofensywa trwa (czy raczej – na razie – przygotowanie artyleryjskie i bombardowanie pozycji wroga).

A potem będzie desant i – cytując klasyków – zrobimy mu z d… jesień średniowiecza. Howgh.

***

Dla mnie osobiście najbardziej męczący jest w tym wszystkim mój teść.

Z jednej strony – rozumiem go. Pochował żonę po długiej i ciężkiej chorobie, chorobie która pozostawiła w nim ranę tak głęboką, że pewnie nigdy się do końca nie zagoi. A teraz na to samo cholerstwo zapadła jego córka. Martwi się jak cholera, przeżywa to strasznie.

Tyle, że niestety jego przeżywanie idzie w najmniej rozsądną stronę. Siedzi w Internecie i szuka. I średnio raz na kilka dni dzwoni albo wpada z kolejna genialną, jedyną, niepowtarzalną i stuprocentowo skuteczną cud–terapią którą znalazł w sieci. Mamy już za sobą dyskusję na temat Tołpy i vilcacory, teraz na tapecie jest bio–bran.

M. powiedziała mu już przy pierwszej „rewelacji” jednoznacznie: „Nie wezmę i nie zrobię nic, czego wcześniej nie zaakceptuje mój lekarz.”

A Pani Doktor – z całym spokojem, taktem i cierpliwością – kolejne tatowe rewelacje kasuje. „Odradzam” – mówi zwykle tym swoim opanowanym głosem. „Osobiście nie słyszałam, żeby to komuś pomogło” (choć np. ideę jedzenia i picia w postaci soków dużej ilości surowych warzyw, najlepiej ciemnozielonych – bioflawony! – jak najbardziej poparła).

Ale teścia to nie zraża – za kilka dni dzwoni z kolejnym objawieniem.

Problem ma trzy poziomy.

Pierwszy – to charakter mojego teścia, człowieka który nie ufa nikomu (no, może własnej córce; ale jej mężowi już nie…) i jest w stanie uwierzyć w każdą chyba teorię spiskową („…bo firmy farmaceutyczne świetnie wiedzą, że preparat z liści X leczy raka, ale nie chcą tego rozgłaszać, bo zarabiają na chemii”. To oczywiście duże uproszczenie, ale generalnie w tę stronę to idzie).

Drug poziom – to straszne wspomnienia z choroby żony i jej śmierci, które sprawiają że kiedy mowa o raku, temu skądinąd inteligentnemu i rozsądnemu facetowi kompletnie wyłącza się racjonalne myślenie. Pstryk – i już.

Trzeci – że przy całej swojej inteligencji etc. on po prostu nie ma tego „aparatu krytycznego”, który pozwalałby przy przeglądaniu „największego śmietnika na świecie” jakim jest Internet na wejściu różnicować znalezione informacje na podstawowe kategorie: „Wygląda ciekawie, warto sprawdzić” i „Widać, że to g…”.

Próbowałem mu zasugerować, że lepiej by zrobił dzwoniąc do Niej i opowiadając Jej świeże dowcipy czy zabawne historyjki z pracy dla poprawy nastroju – ale to jednak nie do przeskoczenia. Siedzi, szuka, dzwoni – i ma poczucie, że coś robi. No i OK., tylko to trochę męczące. Dobrze, że M. jest na to całkowicie odporna. Szkoda, że ja mniej.

Na Sportowo

Życie się toczy. Toczy się nie tylko wokół choroby i leczenia.

Pietruszka wrócił ze szkoły szczęśliwy jak cielę w grochu – on, intelektualista, matematyk, mózgowiec, okazał się najlepszy w klasie w dziedzinie zupełnie fizycznej, mianowicie… w biegach. Nie, nie w sprincie, bo na 60 metrów był raczej jednym z ostatnich chłopców w klasie – ale w biegach długodystansowych. Na kilometr mianowicie.

Trzy dni nie mówił o niczym innym. Wystartował powoli, wszyscy koledzy z klasy go wyprzedzili… Ale pod dwóch okrążeniach spuchli – a on spokojnie biegł dalej. I dobiegł do mety pierwszy, pierwszy, PIERWSZY!

Trochę mnie to zaskoczyło – ja sam w szkole podstawowej naprawdę nieźle biegałem na krótkie dystansy, natomiast wszystko powyżej 200 metrów było dla mnie rodzajem wymyślnej tortury. Ot, taka konstrukcja fizyczna. A on, proszę bardzo, odwrotnie: zrywu nie ma, przyspieszenie takie sobie, refleks, nie da się ukryć, nieco… matematyczny, ale jak już zacznie biec, to biegnie.

Mam prywatną teorię na temat tego, co robi z niego dobrego biegacza długodystansowego. Po pierwsze – budowa. Jest chudy jak patyk (w przeciwieństwie, nie da się ukryć, do kilku kolegów z klasy… i do tatusia też…). A to oznacza, że nie musi dźwigać paru kilo zbędnego sadła, więc biega mu się lżej. Ale to nie wszystko. Moim zdaniem on wygrał ten bieg bo myślał. Nie rzucił się jak głupi do przodu, wziął od razu poprawkę na to, że okrążeń będzie pięć, potrafił to sobie wyobrazić. No i – poza wszystkim innym (i także, nie da się ukryć, w przeciwieństwie do większości chłopców z klasy…) słuchał tego, co nauczycielka wcześniej mówiła. Że trzeba rozkładać siły, że takie–to–a–takie są zasady, że organizm tak–a–tak reaguje na dłuższy wysiłek… Słuchał, zrozumiał, zapamiętał i wykorzystał. Nie potraktował tego, co mówiła nauczycielka jako nudnego gadania („Kiedy wreszcie pobiegamy, po co ona jeszcze gada?”).

Jeszcze jeden dowód na to, że myślenie pomaga. Nawet w sporcie…

Pierwsze Kroplówki Za Płoty

Pierwsza chemia za nami. Dużo strachu było – choć na razie wygląda na to, że nieco na wyrost. Po powrocie M. była wyraźnie osłabiona, blada, wieczorem trochę jej się kręciło w głowie i strasznie chciało się spać. I na razie na tym się „objawy niepożądane” kończą: dziś rano wstała w zupełnie dobrej formie, już nie taka blada, choć jeszcze dość słaba. Łyknęła garść pigułek co nam je Pani Doktor przepisała i… poszła do przedszkola, oczywiście. Jakby się gorzej poczuła, ma dzwonić.

Nie wiemy, rzecz prosta, jak będzie dalej – Pani Doktor mówiła, że czasami pierwszy dzień jest OK, a potem bywa gorzej… Ano, zobaczymy.

A w szpitalu na Madalińskiego M. leżała sobie na wygodnym fotelu, wyglądającym jak krzyżówka fotela dentystycznego z lotniczą klasą business. Po jej prawej stronie leżała z taką samą kroplówką siostra zakonna, franciszkanka z Lasek, która wróciła do Polski po dziewięciu latach pracy w Indiach. A po lewej stronie – niezwykle sympatyczny i uśmiechnięty mocno starszy pan, który po paru chwilach rozmowy okazał się być księdzem.

Wsparcie duchowe – bez zastrzeżeń…

Zobaczymy, co dalej.

Będzie Wojna

No, to wygląda na to że wszystko jasne.

Wyniki biopsji nie pozostawiają żadnych wątpliwości: rak piersi. I to jest ta zła wiadomość.

Dobra jest taka, że – jak powiedział nasz lekarz prowadzący – taki nowotwór w takim stadium jest „wyleczalny w 100%”.

– Ja wiem, że pani ma przed oczami chorobę swojej mamy – dodał. – Ale proszę mi wierzyć: akurat w tej dziedzinie te trzydzieści lat to jest cała epoka. Zmieniło się wszystko. Nawet chemioterapia wygląda zupełnie inaczej: jest mniej niszcząca, a znacznie skuteczniejsza. I droga jak jasna cholera, ale to już nie pani kłopot…

Tyle, że to oczywiście trochę potrwa i – jak przyznał lekarz – może to być dość trudny czas. Najpierw będzie najprawdopodobniej jakaś chemia, żeby drania zmniejszyć i wykasować ewentualne komórki nowotworowe snujące się gdzieś po organizmie. Potem – operacja. A po operacji może być potrzebna jeszcze jakaś mała chemia, żeby – jak to pan doktor ujął – „dobić gada”.

I tylko – co podkreślił bardzo mocno – w takiej chorobie bardzo ważne jest nastawienie. – Musi pani podnieść głowę i walczyć! – powiedział. – Bo przecież ma pani dla kogo.

W najbliższy wtorek zbiera się konsylium, które zadecyduje o konkretach leczenia – bo dziś to już nie jest tak, że po prostu „chemia”. „Chemii” jest kilkadziesiąt rodzajów, w zależności od typu nowotworu, jakichś tam markerów etc. I żaden lekarz – nawet chirurg–onkolog – sam takiej decyzji nie podejmie. Więc zbierają się „wszyscy święci” – chirurdzy, specjaliści od chemioterapii, od radiologii, od diagnostyki obrazowej, od czego–tam–jeszcze i razem podejmują decyzję.

No i tak to wygląda. Ciężki okres przed nami, ale – do cholery! – przejdziemy przez to. Nie ma innej opcji.

Moje zadanie na teraz: nie pozwolić, żeby M. się dołowała. Chęć życia i wola walki.

Drodzy czytelnicy moi – znajomi, przyjaciele i Wy, przypadkowi: jeśli macie takie zwyczaje, módlcie się za nas. Jeśli macie inne – myślcie o nas ciepło.

Tylko nie dzwońcie teraz wszyscy z pocieszaniem, bo Was ukatrupię… Jak już – to piszcie maile. Do mnie.

Nie Lubię Czekać

Dziwny czas.

Codzienne życie się toczy. Potwory do szkoły, ze szkoły, na jakieś zajęcia. Obiad zrobić, kawę zaparzyć, na zakupy pójść. Wszystko niby jak zwykle.

A jednak inaczej. Czekamy – a wiadomo, że nie ma nic gorszego niż czekanie.

Dziś wiadomo, że wyniki już są – musi je tylko lekarz opisać. Więc jutro pędzimy do lekarza. Najprawdopodobniej – dowiedzieć się kiedy do szpitala, na wycinanie.

Nagle okazuje się, ze wokół nas jest całe mnóstwo osób, które przeszły przez to samo. Mama znajomej, mama innej znajomej, kuzynka kolegi, opiekunka do dziecka u Pani A., siostra koleżanki… Większość miała tylko operację – i starczyło. Niektóre jeszcze przeszły jakąś chemię. Wszystkie żyją, dobrze się mają, nie mają żadnych nawrotów, są zdrowymi osobami. To dodaje ducha i pozwala spojrzeć na całą historię z perspektywy, którą pokazał nam doktor S. „To jest choroba. To się leczy. Najczęściej z dobrym skutkiem.”

I tylko to czekanie, cholera, jest nieznośne.

Wszystkie Psy Idą do Nieba

Jakby mało było innych problemów i stresów…

Pies Puchaty, Szelma nomen omen, przeniósł się był do psiego raju. Drżyjcie, rajskie koty.

Tak do końca nie wiadomo, co się stało. Najprawdopodobniej – zżarła jakąś truciznę (albo, co wydaje się najbardziej realne, zżarła coś, co wcześniej zżarło jakąś truciznę). Błyskawiczna hemoliza – w ciągu kilku-kilkunastu godzin. W sobotę pięć godzin w klinice weterynaryjnej. Kolejne kroplówki, leki, nawet krew przetoczona od młodego, zdrowego psa sąsiadów (dzięki, Maks, byłeś bohaterem!).

Po całej tej procedurze wyglądało, że jest nieco lepiej. Pies nawet był wstał i przeszedł kilka metrów po ogródku. Pani doktor mówiła, że cały organizm walczy, że krew już się odbudowuje – tyle, że odbudowanie do bezpiecznego poziomu to co najmniej trzy-cztery dni i nie wiadomo, czy „zdąży”.

Niestety,  w niedzielę wszystko wróciło. Było coraz gorzej. Poszły kolejne dwie kroplówki – ale niestety bez skutku.

Szelma była z nami dziesięć lat. Prawie równo – dotarła do Puchatkowa na początku września 2002 r. Puchatki były wtedy niezmotoryzowane, a pies był w Olsztynie – kolega z pracy zawiózł i przywiózł. Przyjechało toto, śmieszna takie, puchate… Panicznie bało się chodzić po schodach… Kopało w ogródku jak rasowa koparka…

Dziesięć lat. Pietruszka miał pół roku. Piłka i Pucek w ogóle nie znają czasów, kiedy w domu nie było psa. A dla M. to był pierwszy własny pies w życiu.

Smutno nam dzisiaj.

 

 

Tymczasem…

Wizytę mamy jutro – albo, jeśli jutro nie wyjdzie, w następny wtorek. Tydzień to bardzo szybko, i tak naprawdę – jak powiedział pan doktor Ś. – to ZUPEŁNIE wystarczające tempo działania. Ale oczywiście lepiej byłoby, gdyby udało się jutro. Nawet jeśli obiektywnie ten tydzień nic nie zmienia, to subiektywnie na pewno im szybciej, tym lepiej (bo każdy dzień to kolejny dzień nerwów…).

Doktor Ś. uspokoił jak mógł. Że spokojnie, że przede wszystkim dokładna diagnostyka. I że – no właśnie, przeciętny zdenerwowany pacjent w taki sposób nie myśli… – ta diagnostyka powinna być przede wszystkim DOKŁADNA i PEWNA, i że to jest ważniejsze niż „szybka”. Że lepiej poczekać tydzień i zrobić badania w dobrym i pewnym ośrodku, niż zrobić je „natychmiast” bez takiej pewności.

Powiedział też, że po pierwsze jeszcze nic nie wiadomo, a po drugie nawet jeśli cholerstwo okaże się złośliwe, to naprawdę nie oznacza od razu nie wiadomo czego. „Nawet jeśli to rak, to wcześnie wykryty jest wyleczalny. To jest po prostu choroba przewlekła. To się LECZY.”

Do doktora Ś. mamy ogromne zaufanie – potwierdzone zresztą historiami wielu osób znajomych.

Tyle, że najgorszy jest czas czekania – M. się strasznie denerwuje… Także dlatego, że jej matka 20 lat temu zmarła na raka.

Ale to było 20 lat temu (a sam początek choroby – nawet 30). Inny świat, inna diagnostyka, inna medycyna, inne możliwości.

A tymczasem trzeba jakoś normalnie żyć – szykować się do rozpoczęcia nowego roku szkolnego, w szkole Potworów i w przedszkolu u M. I dobrze – im więcej pracy, tym mniej czasu na głupie myśli.

***

Trochę nie mam siły ani nastroju pisać teraz o wakacyjnej wyprawie. Na Picasie można pooglądać wybrane zdjęcia – dają jakieś wyobrażenie.

Teraz tylko kilka myśli na szybko:

1. Do listy miejsc które Koniecznie-Kiedyś-Trzeba-Dokładnie-Zwiedzić dołączają:

– Słowacja. Od polskiej granicy przez trzy czwarte drogi na Węgry jedzie się przez góry, góry, góry. Wysokie Tatry, Niskie Tatry, Mała i Wielka Fatra… Bajka po prostu.

– Słowenia. Góry, zamki, jaskinie, ludzie mili, drogi świetne, ceny umiarkowane.

– Chorwacja. Pięknie, tylko z uwagi na Potwora Najmniejszego byliśmy w niej dość niedaleko (tylko na Istrii). Kiedyś trzeba by tam pojechać dalej. Pięknie jest.

– ALPY. Zawsze jak oglądałem zdjęcia z Alp, to myślałem sobie że są bardzo podobne do Tatr. „Góry typu alpejskiego”… A guzik. Alpy mają coś, czego na zdjęciach nie widać: są po prostu OGROMNE. Kiedy staliśmy pod Großglocknerem, ten ogrom po prostu zapierał dech. Großglockner – najwyższy szczyt Austrii – ma „tylko” 3798 metrów npm, ale jest drugim w Alpach szczytem pod względem wybitności (inaczej zwanej minimalną deniwelacją względną) – wynosi ona ponad 2,4 tysiąca metrów. Żeby to sobie wyobrazić: to tak, jakby się patrzyło na Rysy… z poziomu morza.

Drogi w Alpach… Specjalnie pojechaliśmy z Włoch do Austrii nie główną autostradą, tylko boczną drogą, przez Tolmezzo i dalej na przełęcz, na której znajduje się granica (niecałe 1400 metrów npm). Serpentyny takie, że w głowie się kręciło. A następnego dnia pojechaliśmy drogą o nazwie Großglockner-Hochalpenstrasse (także TUTAJ). Coś niewiarygodnego. Zjeżdżając o mało nie spaliliśmy hamulców – ale to już, jak mawiał Kipling, zupełnie inna historia…