Mruczanka Przed-Pierwszokomunijna

Tak, to już w niedzielę – Pierwsza Komunia Piłki.

Sama Przed-Pierwszokomunistka podchodzi do tego na spokojnie. A jej rodzice?…

Rodzice są zmęczeni. Zmęczeni ogólną atmosferą, rozłożeniem akcentów, różnymi drobiazgami które – nawet jeśli nie należą do najwyższej kategorii ważności – po prostu irytują. Nie chce mi się pisać o co konkretnie chodzi – szkoda czasu. Ale mogę Wam powiedzieć, na czym polega problem w szerszej perspektywie.

No bo tak: w zasadzie nie jest źle. Ksiądz proboszcz jest jaki jest (to temat na oddzielną notkę… Może kiedyś…) – nie jest to może nasz ideał kapłana, ale „da się wytrzymać”, a poza tym w przygotowania pierwszokomunijne w zasadzie się nie wtrąca.

Ksiądz wikary – człowiek dość młody, sympatyczny, a przy tym „wierzący”: jak mówi kazanie czy rozmawia z dzieciakami, to widać że to co mówi nie jest dla niego czystą teorią, że naprawdę tym żyje, że jest w tym swoim głoszeniu bardzo uczciwy.

Siostra, która przygotowuje dzieciaki też nie jest zła. Co prawda ta która to robiła w ubiegłym roku była zdecydowanie lepsza, ale i tej trudno coś zarzucić. Jest miła, ciepła, potrafi z dziećmi rozmawiać, a przy tym naprawdę ma „poukładane w głowie”, herezji nie głosi i w ogóle – poza drobiazgami – trudno się do czegoś przyczepić.

O co nam w takim razie chodzi?…

Rozmawialiśmy z M. – nie tylko o zbliżającej się komunii, ale w ogóle o naszej parafii – i doszliśmy do wniosku, że wiemy na czym polega nasz problem: my po prostu mamy zawyżone standardy.

Od wielu, wielu lat żyjemy oboje (najpierw oddzielnie, a od jakiegoś czasu wspólnie 😉 w środowisku, w którym pewne sprawy są po prostu oczywiste. Od wielu lat obracamy się wśród ludzi, dla których wiara jest sprawą istotną – i którzy tę wiarę traktują serio. A „serio” – to dla nas znaczy także „rozumnie”, nigdy bezmyślnie. Przyzwyczailiśmy się do tego, że myślimy. Że słuchamy. Że widzimy. Że znak ma znaczyć, a nie tylko „być”. Że każde słowo ma swoje znaczenie. Że wiara (a więc także sakramenty) to przede wszystkim relacja. Czy też, inaczej mówiąc, spotkanie.

Przyzwyczailiśmy się do współpracy z kapłanami reprezentującymi pewien poziom – nawet jeśli nie intelektualny (ludzie są różni), to przynajmniej duchowy. Przyzwyczailiśmy się do tego, że od kapłanów (podobnie zresztą, jak od siebie samych…) trzeba wymagać. Że poprzestawanie na poziomie „średnim” prowadzi donikąd. Że podążanie po linii najmniejszego oporu jest bez sensu. Że „if something is worth doing – it’s worth doing well”.

„Magis” mówił Ignacy Loyola. „Wypłyń na głębię” – wołał słowami Chrystusa Jan Paweł II.

I może dlatego tak trudno nam znieść sytuację w której na pierwszy rzut oka nic złego się nie dzieje, ale w której wszystko (z założenia, intencjonalnie) jest tak absolutnie przeciętne.

Irytuje nas, że dzieci dziewięcioletnie traktuje się jak przedszkolaki. Że wszystkie „wierszyki” i „podziękowania” napisane są takim językiem, jakby ktoś chciał stworzyć karykaturę. Że myli się „poziom dziecka” z infantylizmem.

Irytuje nas, że w czasie przygotowań do komunii więcej (znacznie więcej…) czasu poświęca się na ustawienie dzieci w równych rządkach i nauczenie jak mają łapki składać – niż na wprowadzenie ich ciut głębiej (choć na ich poziomie intelektualnym, oczywiście) w to, czym właściwie jest Eucharystia.

Płaskie to wszystko. Nijakie. Sztampowe. Schemat goni schemat. Widać to szczególnie w języku, jakim się o tym wszystkim mówi – i jakim każe się mówić tym dzieciom.

Nasza Piłka i tak ma ulgowo – bo w domu usłyszy co i jak… I coś tam przyswoi… 

Mruczanka Majowa

Zwiedzaliśmy poniemiecki bunkier kolejowy (380 metrów, beton, tory, mokro i ZIMNO jak jasny szlag). Obejrzeliśmy romański kościółek z XI w., podobno jeden z najstarszych w Polsce. Widzieliśmy żubry. Pucek poznał strażaków (prawdziwych!), którzy pozwolili mu założyć strażacki kask, strażacką kamizelkę (sięgała do kostek…), potrzymać strażackiego węża i usiąść za kierownicą strażackiego samochodu. Jeśli Wam napiszę, że ukochaną kreskówką Pucka jest „Strażak Sam”, to chyba zrozumiecie, co to dla niego znaczyło. Przez pół godziny Pucek stanowił jedno, wielkie, czteroletnie szczęście. Dwadzieścia kilo żywego zachwytu.

A następnego dnia popłynęliśmy kajakami po Pilicy. Przez nieco ponad cztery godziny pokonaliśmy dobre dwadzieścia kilometrów (ze Spały do mostu w Mysiakowcu). Słońce, cisza, śpiew ptaków. Zwłaszcza na pierwszym odcinku ze Spały do Inowłodza trasa jest naprawdę piękna. Rzeka meandruje, brzegi są porośnięte lasem, po wodzie pływają kaczki i perkozy, zrywają się do lotu łabędzie, a ptaki śpiewają tak, że aż się niesie. I żadnych ludzi, przez prawie półtorej godziny żywego ducha, żadnych odgłosów poza naturalnymi. Cisza jak w środku wielkiej puszczy…

Potwory były przeszczęśliwe, a Pucek zwłaszcza – mimo że w normalnych warunkach posadzenie go w jednym miejscu na cztery godziny (z krótką przerwą na plaży w Inowłodzu) mogłoby się skończyć czymś na kształt niewielkiej wojny atomowej.

*** 

Marzy mi się majówka w Bieszczadach, jak za dawnych czasów. W małej grupce przyjaciół – albo po prostu tylko we dwoje. Marzy mi się żeby tak jak dawniej pójść z Wetliny przez Przełęcz Karłowicza na Połoninę Wetlińską, a z niej na Caryńską. I żeby wracając w środku nocy leżeć sobie na szosie w Brzegach Górnych i gapić się w gwiazdy.

Ale pewnie jeszcze parę lat musi minąć, zanim to znowu będzie możliwe.

*** 

Maj to jednak magiczny miesiąc. Koniec zimy – definitywnie. Początek lata.

 

http://www.wrzuta.pl/embed_audio.js?key=0nEYaoj4JMC&login=rynna&width=450&bg=ffffff

Mruczanka Z Opadniętymi Rękami

Ratunku…

Wybrano wczoraj „oficjalny przebój reprezentacji Polski na Euro 2012”. Szczegóły, tekst i melodią znajdziecie TUTAJ – wybaczcie, ale nie mam siły tego cytować.

Melodia jak melodia – ot, takie sobie skoczne hopla-hopla, coś między najprymitywniejszym disco-polo a zabawą w remizie. Czyli gniot, nie da się ukryć – ale skoczny, dynamiczny i łatwo wpadający w każde ucho, a więc spełniający wszystkie wymagania „piosenki stadionowej”. OK., nie mój cyrk, nie moje małpy, jak mawiali klasycy – ani mnie na stadiony nie ciągnie, ani na dyskotekę: chcą, niech śpiewają.

Ale ten tekst?…

Dobrze, ja naprawdę rozumiem że piosenka do śpiewania na stadionie w czasie meczu nie musi być wybitnym dziełem poetyckim; że nie musi mieć głębi, drugiego dna ani przesłania głębszego niż „strzelcie gola, patałachy”. Ale, do licha ciężkiego TO COŚ to jest jakaś kompletna kpina! Na poziomie językowym nawet przeboje disco-polo stały wyżej. „Koko koko euro spoko, piłka leci hen, wysoko”. Powiedzcie mi, że to sen. Tego typu wierszyki układa mój starszy syn z kolegami z klasy. Konkretnie z TRZECIEJ klasy. Podstawówki.

I to ma być oficjalna piosenka?…

Przyznam, że jak to zobaczyłem, miałem dwie myśli – dokładnie w tej kolejności. Pierwsza – że znakomita większość ludzi z zagranicy którzy przyjeżdżają na Euro 2012 nie zna polskiego, więc nie będzie sobie zdawać sprawy, jak bardzo się ośmieszamy.

A drugą – wybaczcie – najkrócej chyba można by ująć w zdaniu: „Jaka reprezentacja, taka piosenka”.

Czuję się głęboko zażenowany.

O samym zjawisku pt. „Euro 2012” też coś napiszę, ale nie teraz. Poczekam, aż mi trochę absmak przejdzie.

 

Bardzo Serio

Muszę kilka słów na ten temat napisać – bardziej dla siebie w gruncie rzeczy, niż dla kogoś kto to będzie czytał: żeby trochę poukładać własne emocje, zgodnie z zasadą „co zwerbalizowane, to uświadomione”.

Czytam gazety, słucham jakichś wiadomości w radiu (to drugie głównie w czasie jazdy samochodem) – nie sposób w ostatnich dniach uniknąć informacji o wydarzeniach związanych z trwającym właśnie procesem Andersa Breivika, mordercy z Norwegii. Słucham,czytam – i łapię się na tym, że to jedne z nielicznych ostatnio informacji, które budzą we mnie aż tyle emocji.

Breivik podnoszący rękę w faszystowskim pozdrowieniu, wygłaszający przed sądem swoje tyrady, narcystycznie wzruszający się własnym filmikiem propagandowym. Breivik „żądający” kary śmierci lub uniewinnienia, bo „tylko to byłby oznaką szacunku”.

„Dlaczego morderca traktowany jest jak człowiek, dlaczego ma uczciwy proces, dlaczego nie potraktuje się go tak samo, jak on potraktował swoje ofiary?” – tego typu pytania (oczywiście w znacznie mniej poukładanej i kulturalnej formie…) padają codziennie na setkach forów internetowych, na listach dyskusyjnych, w telewizyjnych talk-show. Oczywiście, to pytania wynikające z emocji, z wściekłości, z bezsilności w gruncie rzeczy – ale odpowiedź na nie jest stosunkowo prosta (co nie znaczy, że łatwa do przyjęcia): „Dlatego, że tym właśnie się od niego różnimy”.

A jednak jest w tym wszystkim coś, czego mi brakuje.

Brakuje mi tego, żeby ktoś powiedział temu człowiekowi prosto w oczy kim jest i dlaczego naprawdę zrobił to, co zrobił. Bo na razie – niezależnie od wymiaru kary etc. – Breivik naprawdę wierzy w te dyrdymały, które głosi.

W studiach telewizyjnych i radiowych, na łamach poważnej prasy i amatorskich blogów – podobnie zresztą jak w autobusach i kolejkach po bułki – trwa dyskusja „dlaczego”. Analizuje się „manifest” mordercy, jego deklaracje, jego wytłumaczenia.

A ja mam ochotę krzyknąć: BZDURA! Nic nie rozumiecie. W ten sposób tylko realizujecie jego scenariusz.

Bo prawdziwy powód tego co zrobił Breivik jest inny. I nie ma nic wspólnego z taką czy inną ideologią, naprawdę.

Powód jest prosty. Jest zresztą zawsze taki sam – czy chodzi o Breivika, czy o tego łotra który bohatersko strzelał do małych dziewczynek w Tuluzie, czy kogokolwiek.

Breivik zrobił to co zrobił tylko i wyłącznie z tego powodu, że jest nikim. Jest małym, nic nie wartym, tchórzliwym człowieczkiem – małą gnidą, która po prostu nie potrafi zaistnieć inaczej, jak tylko zabijając i niszcząc. I to jest jedyna odpowiedź na pytanie „dlaczego”. I taką właśnie odpowiedź powinien Anders Breivik usłyszeć. Ktoś powinien mu to prosto w oczy powiedzieć. Ktoś powinien przed nim stanąć – tam, na tej sali sądowej – powiedzieć mu w twarz:

Panie Breivik, jesteś pan nikim. Jesteś pan megalomanem, narcyzem, a w dodatku – wbrew wysokiemu o sobie mniemaniu – parszywym tchórzem. Tak, panie Breivik, tchórzem.

Bo przecież to nie przypadek, że na swoje ofiary wybrałeś pan te dzieciaki na Utoyi. Najsłabsze możliwe ofiary. Bezbronne. Nie zaatakowałeś pan posterunku policji czy bazy wojskowej. Nie pojechałeś pan walczyć do Afganistanu czy Iraku. Pojechałeś pan na Utoyę i strzelałeś do bezbronnych dzieci. A jak tylko pojawiła się uzbrojona policja, to wbrew dzisiejszym deklaracjom o gotowości na śmierć – natychmiast grzecznie się pan poddałeś.

I właśnie dlatego, panie Breivik, niczym się pan nie różnisz od innych bandytów strzelających do bezbronnych ludzi. Od tego sukinsyna z Tuluzy, od tych Talibów którzy strzelają do wychodzących ze szkoły dziewczynek bo uważają że dziewczynki nie powinny się uczyć, od bandytów którzy strzelali do dzieciaków w szkole w Biesłanie…

Można wierzyć w różne rzeczy. Można wyznawać różne idee. Ale jeśli w imię tych idei morduje się z zimną krwią niewinnych i bezbronnych ludzi – te idee tracą jakiekolwiek znaczenie. Człowiek strzelający do uciekających dzieci jest nikim, panie Breivik. Niezależnie od tego, czy robi to w imię idei prawicowych czy lewicowych, religijnych czy antyreligijnych.

Uczciwy proces – tak. Rezygnacja z kary śmierci – tak, mimo wszystko. Tym się, powtarzam, do Breivika różnimy. Ale szkoda, że nikt nie powie Breivikowi w oczy prawdy o nim samym. Prawdy, które może (może…) zachwiałaby jego narcyzmem i samozachwytem, jego nadętą megalomanią. Że nikt nie powie mu: jesteś pan nikim, jesteś tchórzem. Może TO właśnie byłaby dla niego najmocniejsza kara.

***

Choćby ludzie walczyli o najszlachetniejszą sprawę, o najbardziej słuszne racje, choćby „na wejściu” mieli rację – jeśli zaczną dochodzić swoich praw wysadzając w powietrze niewinnych ludzi czy strzelając do dzieci, przegrywają. Przegrywają podwójnie – raz, bo ludzie odwracają się od nich i ich (choćby najsłuszniejszej) sprawy, przejęci wstrętem, oburzeniem, obrzydzeniem. I drugi raz, bo walcząc ze złem (czy z tym, co uważają za zło) sami stają się źli, sami stają się zatem tym, z czym walczą. Oto prawdziwa klęska…

Mruczanka Zdziwiona (Mimo Wszystko)

Pietruszka ma nową pasję – Rummikub. Dostał grę na dziesiąte urodziny – a że to cyferki i kombinacje z nimi związane, to go oczywiście wciągnęło. Gra ze mną, gra z M., nawet z młodsza siostrą (choć niechętnie, bo „…ten bachor nic nie rozumie i wszystko mu trzeba tłumaczyć”). 

Ale rodzinne rozgrywki możliwe są stosunkowo rzadko (czas, praca, wiadomo…). Pietruszka zakręcił się zatem i znalazł w Internecie miejsce, gdzie gra się w Rummikub on-line. Zasady są proste: wchodzisz do „pokoju” i jeśli akurat jest „wolna” osoba która czeka na grę, to system was zestawia i jest partyjka jeden na jeden.

Grają tam ludzie z całego świata (gra nie wymaga komunikacji werbalnej…), w różnym wieku – niemniej jednak znakomita większość jest od Pietruszki sporo starsza.

Gra tak od dwóch tygodni – ale dopiero kilka dni temu rzuciłem okiem na statystyki (na stronie musisz się zalogować, masz indywidualny nick, więc wiadomo co i jak). I co?

Pietruszka wygrywa średnio osiem partii na dziesięć. A że większość graczy w sygnaturkach podaje swój wiek i / lub wrzuca zdjęcia (on tego nie zrobił na szczęście), więc mam porównanie.

I widzę (z niejaką dumą, acz i zadziwieniem) jak mój dziesięcioletni syn łoi skórę różnym Francuzom, Amerykanom, Rosjanom i Niemcom mającym po 17, 18 czy 25 lat. Gdyby rejestrując się podał wiek, pewnie większość z tych ludzi nie chciałaby z nim grać (…z takim dzieciakiem?). Ale nie podał, więc zgadzają się na partyjkę – i dostają w tyłek.

Właśnie chwilę temu (siedzi w domu, bo jest mocno przeziębiony) spuścił łomot  jakiejś osiemnastoletniej Francuzce. Wystarczył mu kwadrans.

Tiaaaa…. 

No i jak to jest…?

Znajomi mają trójkę dzieci. Dwoje własnych (w sensie – biologicznych) i jedno (środkowe) adoptowane. Bo tak.

Zawsze chcieli mieć więcej. Myśleli nawet o jeszcze jednej adopcji – ale na razie nie były to plany sprecyzowane. Trochę na zasadzie „w przyszłości”.

Miesiąc temu, jak grom z jasnego nieba, telefon. Pani z opieki społecznej z miasta X. Dzwoni, jak oznajmiła, w zasadzie prywatnie.

„Bo państwo jesteście rodzicami adopcyjnymi takiej dziewczynki… No więc właśnie u nas do domu małego dziecka trafiła inna mała dziewczynka, biologiczna siostra tamtej. I także jest przeznaczona do adopcji. Więc pomyślałam, że gdybyście państwo chcieli, to pewnie z uwagi na to że adoptowaliście jej siostrę mielibyście pierwszeństwo… Gdybyście państwo mogli podjąć decyzję w ciągu tygodnia czy dwóch…”

Znajomi nie potrzebowali dwóch tygodni. Wystarczył jeden wieczór, jedna długa rozmowa – i decyzja zapadła. Tak, jeśli to będzie możliwe, adoptują tego malucha.

Zgłosili się. Wypełnili papiery, dostarczyli pięć miliardów zaświadczeń i pierydliard Bardzo Ważnych Papierków. Sprawa miała być formalnością. Dwa tygodnie, mówili urzędnicy. Znajomi „na gwałt” wymienili samochód na większy. Kupili wózek, jakieś ciuszki na początek.

Od tego czasu minęło już półtora miesiąca. Najpierw nie było jakiegoś papierka z sądu. Potem był, ale nie tam gdzie trzeba. Potem potrzebna była jakaś tam decyzja. Potem ktoś się odwołał. Potem okazało się, że owszem, sąd rodzinny zadecydował o skierowaniu dziecka do adopcji, ale nie wyznaczył opiekuna prawnego (czy jak to się tam nazywa). I że dziecko jest w X., a adopcja przez naszych znajomych (mieszkających pod Warszawą) wymaga najpierw ustanowienia tymże opiekunem (czy jak tam…) odpowiedniej instytucji w Warszawie.

Posiedzenia sadu odbywają się raz na… Nie wiem dokładnie. Każdy papierek i każda decyzja musi „nabrać mocy urzędowej”, uprawomocnić się, czyli odleżeć. Minęło półtora miesiąca i nic nie wskazuje na to, żeby to był koniec tej zabawy. Urzędnicy i sąd przerzucają się papierkami – czyli, mówiąc wprost, uprawiają czystą, nie skażoną cieniem sensu biurokrację. Bo przecież decyzja zapadła – dziecko ma być adoptowane. Teraz tylko trzeba podjąć decyzję kto je adoptuje i umożliwić to od strony prawnej. I nikt mi nie wmówi, że nie dałoby się tego zrobić w tydzień, najwyżej w dwa.

Półtora miesiąca. A mała dziewczynka leży w domu dziecka. Ma już ponad siedem miesięcy. Te miesiące to czas kluczowy dla jej życia, da rozwoju emocjonalnego, dla zdrowia. Powinna być w domu. Powinna mieć rodziców. Powinna być kochana i być „czyjaś”.

Jasne, można powiedzieć że siedem miesięcy to ciągle jeszcze małe dziecko. Że szybko się przyzwyczai, że zapomni…

Nie tak szybko. Jej starsza siostra trafiła do naszych znajomych kiedy miała trzy miesiące. Co może kojarzyć i rozumieć dziecko trzymiesięczne? Wydawałoby się, że niewiele, prawda?

A widzieliście kiedyś trzymiesięczne dziecko – zdrowe, nie upośledzone etc. – które nie pozwala się przytulić? Nie i już. Przez pierwszy miesiąc nie można jej było wziąć na ręce – nie wiedziała, o co chodzi. Potem już można ją było podnieść, ale przy próbie przytulenia (takiego zwyczajnego, jak matka przytula małe dziecko…) dziewczynka sztywniała i wyciągała przed siebie wyprostowane rączki broniąc się przed takim kontaktem. Minęło ponad pół roku, zanim to się zmieniło.

A kwestie zdrowotne, psychologiczne, jakieś ewentualne deficyty, z którymi trzeba zacząć pracować JAK NAJSZYBCIEJ (a przecież, nie oszukujmy się, w Domu Małego Dziecka nikt się tym nie zajmie)?

Jest dziecko, które ma być adoptowane. Są ludzie, którzy chcą je adoptować. Mają warunki (tak materialne jak psychologiczne), są „sprawdzeni” (przecież jedno dziecko już adoptowali), mają wszystko co trzeba żeby tym dzieckiem zając się choćby dziś.

I czekają. A dziecko leży w domu dziecka.

A papierki krążą. Bo sąd pracuje w godzinach. Bo urzędnikom wygodniej jest w innych godzinach. Bo każda instytucja „po drodze” musi pokazać, że jest ważna i potrzebna. Bo w końcu komu zrobi różnicę kolejny miesiąc, prawda?

„Niech ona wreszcie trafi do domu!” – mówi niemal ze łzami w czach nasza znajoma. „Do naszego albo do innego, ale gdzieś gdzie będzie u siebie. Każdy kolejny miesiąc, każdy tydzień to dla niej strata. Po co?…”

Bo tak.

…mać. 

Przedrcenzyjnie

Czytam świetną książkę – „Cmentarz w Pradze” Umberto Eco (tak, była w prezentach choinkowych, ale tyle się działo że dopiero teraz się za nią zdołałem zabrać). Jak skończę, to coś napiszę – ale już widzę, że będzie o czym.

Słucham wspaniałej płyty – „Secret Symphony” Katie Melua. Też coś napiszę… Jak już mnie trochę odetka. Bo na razie zatkało. W sensie absolutnie pozytywnym.

Dobra literatura, dobra muzyka… Przyjemnie czasami przypomnieć sobie, że ten świat nie kończy się na idiotycznych kłótniach polityków.

Miło jest pomyśleć, że kiedy tych dzisiejszych kłótni nikt już nie będzie pamiętał (podobnie zresztą zapewne jak nazwisk tych, którzy w nich biorą udział…), ludzie nadal będą czytali dobre książki i słuchali dobrej muzyki.

To pocieszające. Mimo wszystko. 

Mruczanka Zaspamowana

Jakiś… dowcipniś (inne słowo cisnęło mi się na usta) zgłosił moje dane za pośrednictwem formularzy on-line do kilku instytucji (chodzi o formularze typu „zostaw swoje dane, a nasz konsultant się do ciebie odezwie”).

Dziś miałem już e-mail i telefon od Pewnej Szkoły Języków Obcych, w której podobno zgłaszałem chęć zapisania się na kursy, oraz od Znanej Firmy Udzielającej Szybkich Pożyczek Na Złodziejski Procent, z której konsultantem rzekomo pragnąłem się spotkać.

Obu paniom wyjaśniłem grzecznie, że o żaden kontakt nie prosiłem i że ktoś mi robi kawały.

Jeśli sytuacja będzie się ciągnąc, trzeba będzie podjąć jakieś działania. Dowcip dowcipem, można by powiedzieć – bądź co bądź krzywda mi się żadna nie stała…

…na razie. Bo, mówiąc szczerze, jestem zaniepokojony. „Dowcipniś” wypełniał formularze on-line podając nie tylko mój adres e-mail (który zdobyć jest oczywiście stosunkowo łatwo), ale także numer komórki i prawdziwe imię i nazwisko (bo obie panie dzwoniące po imieniu i nazwisku o mnie pytały).

To mogłoby sugerować, że „dowcipnisiem” jest ktoś kogo znam i kto mnie zna – ale Bogiem a prawdą jakoś nie wyobrażam sobie, żeby ktoś z moich znajomych miał ochotę (i czas) na tak durne dowcipy. Fakt, robiliśmy sobie kiedyś różne numery… Niektóre przeszły do legendy (jak grające żarówki) – ale to były jednak numery inteligentne.

 A zatem?… Jakiś wkurzony forumowicz z jakiegoś forum, któremu zalazłem za skórę złośliwym komentarzem? Nie mam wrogów, nie kojarzę nikogo, kto mógłby o coś mieć do mnie żal czy pretensje do tego stopnia, żeby robić mi takie kawały.

Cóż, zobaczymy jak to się rozwinie. 

Drogowo (?)

Jeszcze tydzień temu wymienialiśmy jakieś maile. Ja potrzebowałem jakichś informacji na temat czegoś, co będzie się działo w jego okolicy, on mi napisał co i jak, obiecał że odezwie się do kogoś, kto wie więcej.

Słowa dotrzymał – ten „ktoś kto wie więcej” przysłał mi w sobotę późnym wieczorem maila ze wszystkimi informacjami, których potrzebowałem. Chciałem nawet napisać do X. z podziękowaniem, że moją sprawę poważnie potraktował, że przekazał, że dostałem wszystkie potrzebne dane…

Ale w sobotę wieczorem X. już nie żył. Zginął w piątek po południu, w wypadku samochodowym (nie ze swojej winy zresztą). A w mojej skrzynce mailowej nadal leżą sobie maile od niego. Zawsze uprzejme, zawsze pełne poczucia humoru i żartów.

***

A ja w sobotni wieczór, po spotkaniu, jechałem odebrać Potwory Starsze od kolegi. Była siódma, jeszcze zimowego czasu, ciemno. Nie wiem, dlaczego zamiast skrótem pojechałem dłuższą drogą, koło targu (o tej porze rzecz prosta pustego). Dojeżdżałem właśnie do ulicy, w którą miałem skręcić – więc zwolniłem (chwała Bogu). Właśnie wjeżdżałem na przejście dla pieszych, kiedy przed maską pojawił mi się Pan Rowerzysta.

Pan Rowerzysta miał (na oko) 70 lat i był (na oko) lekko wstawiony. A poza tym ubrany był w standardowy strój Pana Rowerzysty w tym wieku, czyli zgodnie z zasadą „każdy kolor jest piękny, pod warunkiem że jest czarny albo ciemnoszary”. I najwyraźniej wychodził z założenia, że oświetlenie roweru to zbędny wydatek, a światełka odblaskowe są dla dzieci. Co oznacza, że w ciemności zobaczyłem go w momencie, kiedy był jakieś dwa metry przede mną.

Pan Rowerzysta miał szczęście, że trafił na kierowcę obdarzonego naprawdę przyzwoitym refleksem. No i – co warto dodać – że przejeżdżał przez przejście dla pieszych tuż przed skrzyżowaniem. Bo gdybym miał trochę gorszy refleks, to bym go stuknął. A gdybym w tym momencie nie stawał właśnie przed skrzyżowaniem, tylko jechał normalne 50 km/h, to przy najlepszym refleksie na świecie i tak bym go rąbnął.

Zatrzymałem się (znowu – na oko) jakieś pięć centymetrów od niego. Gdybym nie miał zapiętych pasów, to pewnie straciłbym połowę zębów od walnięcia w kierownicę. Ale nawet go nie dotknąłem.

A Pan Rowerzysta przejechał jeszcze dwa metry (czyli wjechał już na chodnik) i… przewrócił się. Trudno mi ocenić, na ile był to efekt przestrachu (ja bym się w tej sytuacji przestraszył…), a na ile promili (niewielkich, ale jednak).

Wyskoczyłem z samochodu z adrenaliną cieknącą uszami (i lekkim bólem lewego barku od pasa bezpieczeństwa). Podniosłem Pana Rowerzystę i jego rower, sprawdziłem czy nic mu się nie stało (nic). Pan Rowerzysta, lekko przestraszony (choć na pewno nie tak jak ja…) potwierdził, że jest cały i że go nie dotknąłem. To akurat wiedziałem, ale NATYCHMIAST pojawiła się jakaś ciota rewolucji wrzeszcząc, że „przejechałem człowieka na przejściu dla pieszych”; na szczęście sytuacja była ewidentna, Pan Rowerzysta przewrócił się już za przejściem, a fakt że nie został nawet muśnięty potwierdzili także inni świadkowie zdarzenia. Ciota rewolucji burczała coś wprawdzie o wzywaniu policji, ale ludzie popukali się w głowy.

Jak już ochłonąłem, powiedziałem Panu Rowerzyście, żeby chociaż durny odblask sobie do szprych przyczepił – ale jakoś nie mam nadziei, że to coś da.

…A gdybym go stuknął? Choćby lekko? To oczywiście byłaby moja wina. Zwłaszcza, że na przejściu dla pieszych (i oczywiście nikt nie przejąłby się faktem, że zgodnie z kodeksem drogowym Pan Rowerzysta na przejściu nie miał prawa jechać na rowerze).

Ufff, jego anioł stróż świetnie się spisał. Mój zresztą też…

Mruczanka ze Światów Alternatywnych

Było o płycie, teraz będzie o książce.

O Harukim Murakamim już kiedyś pisałem, choć krótko i bez konkretów (o, TUTAJ). Od czasu „Kroniki ptaka nakręcacza” przeczytałem jeszcze kilka jego książek. Jedne podobały mi się bardzo, inne trochę mniej – ale generalnie muszę powiedzieć, że „jestem za”.

Pod ostatnią choinkę dostałem w prezencie (nie ukrywam, że „zamówionym”…) trzytomową powieść „1Q84”. Wciągnęło mnie. Przeczytałem. I muszę powiedzieć, że jestem pod wrażeniem.

Zwykle staram się nie czytać recenzji przed przeczytaniem samej książki. Nie lubię, kiedy ktoś tłumaczy mi o co chodziło autorowi i jak powinienem rozumieć to, co napisał. Tym razem – dość przypadkowo – trafiłem na kilka recenzji które (jak to w przypadku Murakamiego) były dość ambiwalentne.

Japoński pisarz ma swoich wiernych fanów – tacy każdą kolejną książkę przyjmą oczywiście z otwartymi ramionami… Ma też zagorzałych krytyków, którzy fatalnie oceniają całą jego twórczość. Nie należę ani do jednych, ani do drugich – ale po przeczytaniu „1Q84” mój szacunek dla autora wzrósł. Zdecydowanie.

Oceniając czysto obiektywnie – nie jest to książka bez wad. Tym co najbardziej „zgrzyta” jest fakt, że w kolejnych tomach pojawia się kilka wątków pozornie naprawdę istotnych, łączących różne wydarzenia i stanowiących sugestię co do innych – ale kiedy czytelnik zaczyna się w nie wgłębiać, kiedy wydaje mu się że już coś rozumie… Wątki znikają. Nie wiem, czy to słabość Murakamiego, czy też celowy, nieco postmodernistyczny zabieg literacki – wiem, że mnie to irytuje.

Doskonałym przykładem może być wątek matki Tengo Kawany: przez niemal całą powieść (trzy tomy) wraca historia jej „zniknięcia” z życia bohatera; od pewnego momentu wydaje się, że wyjaśnienie tej tajemnicy będzie miało kluczowe znaczenie dla wyjaśnienia całego świata roku 1Q84. Pod koniec trzeciego tomu dowiadujemy się co się stało z matką, pada jedno czy dwa zdania na temat jej śmierci, okazuje się że zginęła dokładnie w ten sam sposób co przyjaciółka Aomame…

Przez chwilę jesteśmy przekonani, że oto odsłania się przed nami jakieś sedno, że śmierć matki Tengo i śmierć Ayumi są jakoś powiązane… Że choć te dwie tragedie dzieli wiele lat – to może ten czas odnosi się tylko to świata z jednym księżycem? Może w roku 1Q84 czas płynie zupełnie inaczej? Może to ten sam morderca? A może inny, ale jakoś powiązany? Może?…

Może. Nie dowiemy się tego, bo zaraz po informacji o śmierci matki Tengo wątek się urywa… I już nie wraca. Celowy zabieg? A jeśli tak, to co Murakami miał na celu? Zirytowanie czytelnika? Udowodnienie, że (przytaczane zresztą przez Tamaru) słowa Czechowa o strzelbie, która musi wypalić w ostatnim akcie rzeczywiście (jak sugeruje Aomame) nie muszą być prawdą? Nie wiem. Wiem, że mnie takie szczegóły jednak męczą. Może jestem za mało postmodernistyczny?…

Takich wątków, sytuacji i historii jest w powieści kilka. Tyle, że w kontekście całej opowieści to się właściwie nie liczy.

Bo ta książka ma coś, czego brakuje w wielu współczesnych powieściach. Ma bohaterów, z którymi czytelnik może się identyfikować. Ma w sobie jakąś głębszą historię, jakąś Opowieść która sprawia że czytelnik (a w każdym razie niżej podpisany czytelnik…) daje się porwać, płynie z prądem tej rzeki i uznaje wizję autora – nawet wtedy, kiedy jest ona niezupełnie zgodna z jego oczekiwaniami.

Światy równoległe to w ogóle motyw powracający w książkach Murakamiego – ale w tej książce ta równoległość rozgrywa się na wielu płaszczyznach i jest w gruncie rzeczy podstawowym tematem.

I nie chodzi tu tylko o „naszą” rzeczywistość z której wyrwani zostali bohaterowie i świat roku 1Q84, w którym się znaleźli. To także „równoległe” losy Tengo i Aomame, tak bardzo różne i tak bardzo podobne zarazem. Losy dwojga ludzi, którzy w dzieciństwie przeżywali bardzo podobne dramaty (choć z zupełnie różnych przyczyn), będąc zmuszanymi przez rodziców do „chodzenia po cudzych domach”; którzy w szkole czuli się bardzo podobnie wyobcowani (choć zupełnie inaczej sobie z tym radzili); którzy wreszcie tak samo się zbuntowali, a w dorosłym życiu byli tak samo samotni (choć w nieco inny sposób tę swoją samotność zagłuszali). Ich życia były naprawdę „żywotami równoległymi”, prostymi które przecinają się w nieskończoności.

„Równoległe” są w tej rzeczywistości także świadomość bohaterów i ich podświadomość. Historia – i jej skutki w teraźniejszości. Rzeczywistość – i wyobraźnia.

Poza wszystkim innym pełno tu Junga (który zresztą jest w książce kilka razy wymieniany). Bohaterowie są archetypiczni – a jednocześnie (równolegle…) są zaprzeczeniami archetypów. Aomame jest silna, samodzielna i samowystarczalna, uczy inne kobiety jak się bronić, potrafi zabijać – a jednak to ona gra tu rolę „księżniczki zamkniętej w wieży” (nawet jeśli tą wieżą jest nie tyle świat 1Q84, co jej własna samotność i alienacja). Tengo – choć wrażliwy, pozornie uległy wobec rozwoju wypadków – jest jednak rycerzem, który ratuje księżniczkę. Ushikawa to Cień, zwierzęca natura człowieka, odrzucająca dychotomię dobra i zła, myśląca czysto zadaniowo. Tamaru to wojownik, anioł-stróż Aomame – ale także po trochu mędrzec który uczy ją życia. No i Fukaeri – dziewica i Wielka Matka w jednej osobie, postać która jako jedyna naprawdę wie, o co chodzi i dokąd zmierza świat roku 1Q84. I która nie może tej wiedzy – w każdym razie pełnej i kompletnej – nikomu przekazać…

Świat który opisuje Murakami (przede wszystkim świat wewnętrzny bohaterów) jest chłodny. Całą piątkę najważniejszych postaci (poza Tengo, Aomame i Ushikawą są przecież jeszcze Fukaeri i Tamaru) mimo wszystkich różnic łączy jedna wspólna cecha: to ludzie bardzo głęboko świadomi własnych emocji, pragnień, dążeń, otaczającego świata. Świadomość – wbrew pozorom – gra tu ważniejszą rolę niż emocje.

Chłodna jest tu nawet miłość (nie zimna, podkreślam, ale właśnie chłodna) – jedynym nieco cieplejszym wątkiem jest uczucie łączące (ponad czasem i przestrzenią) Tengo i Aomame – ale nawet ono (nawet w kulminacyjnych, końcowych scenach) nie osiąga przecież wrzenia „prawdziwego romansu”. (Choć, co warto dodać, może to także być kwestia pewnych różnic kulturowych między tym, co za „wysoką temperaturę” uznaje Europejczyk, a co Japończyk).

Ba – chłodne są tu nawet relacje seksualne… Spotkania Tengo z jego „stałą kochanką”, spotkania Aomame z przygodnie poznanymi mężczyznami – wszędzie chłód i brak jakiejkolwiek głębi. To nie erotyka – to tylko zimne, czysto fizyczne spotkania mające zagłuszyć brak miłości, brak relacji, dać chwilową ulgę i zapomnienie. Dać namiastkę prawdziwego życia (której, rzecz prosta, nie dają).

Przyznam, że generalnie nie lubię w książkach opisów scen erotycznych – przede wszystkim dlatego, że w dziewięciu przypadkach na dziesięć są one kompletnie zbędne, nic nie wnoszą do akcji, do charakterystyki bohaterów, niczego nie wyjaśniają i do niczego nie prowadzą. Dziś pisarz po prostu „musi” wrzucić w powieść jedną czy dwie sceny seksu, bo bez tego natychmiast jakiś krytyk określi jego książkę jako „niedojrzałą”, a bohaterów jako „niepełnych” (całkiem niedawno czytałem tego typu komentarz dotyczący „Władcy Pierścieni” – hobbici i inni są „niedojrzali”, bo nie ma w książce opisów seksu etc. No tak, w sumie opisów defekacji też nie ma, więc książka nie oddaje realiów, prawda?…). Ot, taka moda. U Murakamiego jest inaczej – tu o coś chodzi, coś z tego wynika, te sceny (a przede wszystkim sposób ich przedstawiania, użyte słownictwo, emocjonalny chłód…) pokazują bohaterów od strony, której w inny sposób pewnie pokazać by się nie dało.

Bo bohaterowie Murakamiego są przede wszystkim bardzo, bardzo samotni. Samotni są tu wszyscy – nie tylko Tengo i Aomame (którzy przynajmniej wyrywają się z tej samotności w ostatnich rozdziałach). Samotny był ojciec Tengo. Samotna jest Ayumi (tak bardzo, że próba zagłuszenia samotności prowadzi ją do tragedii). Samotna w swojej misji i wiedzy jest Fukaeri. Samotna jest Starsza Pani. Rozpaczliwie samotny jest Ushikawa. Nawet Tamaru, który teoretycznie żyje w szczęśliwym związku, w gruncie rzeczy jest samotny w swojej sile, w swoim trudnym doświadczeniu życiowym, w swojej pracy.

Może Murakami nie jest mistrzem precyzji i konsekwencji. Może jego Opowieść nie jest skonstruowana idealnie dokładnie, może można w niej znaleźć luki… Ale – przy wszystkich niedoskonałościach – jest to Opowieść którą chce się czytać; historia która nie pozostawia czytelnika obojętnym, która wgryza się w wyobraźnię.

Tak, zdecydowanie – mimo wszystkich „ale” – Puchatek Poleca.