Mruczanka Głębokim Basem…

Pierwszy z dwóch zapowiadanych wpisów z cyklu „Puchatek Poleca”.

Siedzę sobie w wolnych chwilach (czyli rzadko…) i słucham nowej płyty Cohena, „Old Ideas”. I muszę powiedzieć, że dawno nic mnie tak nie poruszyło… Trudno pisać o takiej poezji (i takiej muzyce) – ale kilka myśli krąży mi po głowie na tyle uparcie, że chyba muszę je zapisać.

Po pierwsze – wizja ogólna jest taka, że Cohen stworzył płytę z nastawieniem trochę podobnym to tego, które (jak sądzę i jak pisali krytycy) reprezentował Clapton w swoim ostatnim albumie. Że po prostu gra to, co mu na sercu leży. Że nic już nikomu nie musi udowadniać, że nie musi się już przejmować tym, co jaki krytyk o tym napisze, czy któraś piosenka znajdzie się na szczycie list przebojów, czy nie…

Od strony muzycznej płyta jest w pewnym sensie kontynuacją trendu wyraźnie widocznego w poprzednich albumach: Cohen coraz mocniej wraca do punktu wyjścia – do prostych, akustycznych brzmień. Tak śpiewał kiedyś, na pierwszych kilku płytach: gitara, ewentualnie niewielkie instrumentarium, i głos (a raczej GŁOS). Później zrobiło się bardziej bogato, na kilku płytach brzmiało to niemal popowo (zwłaszcza w przypadku albumów „Various Positions”, „I’m Your Man” i „The Future”). Kolejne płyty były odwrotem od tej tendencji i stopniowym „wyciszaniem” strony muzycznej. W „Old Ideas” (nomen omen) niewiele jest perkusji, niewiele elektroniki, słychać gitarę, ale też kapitalny fortepian, przy którym bas Cohena – wyraźnie naznaczony już wiekiem – brzmi tak, że ciarki chodzą po plecach. (Przy okazji: słuchałem ostatnio płyty z koncertu Cohena „Live in London”; sama w sobie warta skomentowania, ale może kiedy indziej. Kiedy Cohen śpiewa słynne „Tower of Song”, kiedy dochodzi do słów „I was born like this, I had no choice / I was born with the gift of a golden voice” – cała sala wybucha oklaskami. W jednej chwili, spontanicznie.)

Taka estetyka kapitalnie (i zapewne celowo) podkreśla to, co na tej płycie najważniejsze: tekst.

Poezja Cohena zawsze była bardzo osobista – ale ta płyta jest pod tym względem wyjątkowa. Dlaczego?

Im bardziej wsłuchuję się w słowa kolejnych ballad, tym bardziej odnoszę wrażenie (tak, to czysto subiektywne skojarzenie….) że ten album jest albumem pożegnalnym. Nie musi to oczywiście znaczyć, że więcej płyt nie będzie – ale wykluczyć się tego nie da: warto pamiętać, że Cohen skończy we wrześniu 78 lat i chyba doskonale zdaje sobie z tego sprawę.

Głównym tematem tekstów z tej płyty jest przemijanie, odchodzenie, jakieś nieco melancholijne rozliczanie się z własną przeszłością… Nieustanne, powtarzające się zanurzanie się w pamięci, w życiu które w dużej części jest już przeszłością, powroty do najpiękniejszych chwil które były, dość gorzkie w gruncie rzeczy podsumowania dawnych miłości, jakieś rozrachunki z dawnymi dziejami…

Ale też spojrzenie w przyszłość, w to co jeszcze do przejścia. Są na tej płycie trzy piosenki niezwykle poruszające.

„Darkness” – ubrana w formę nieco mrocznego bluesa – wyraża jakiś niepokój, jakiś lęk przed przyszłością, przed tym co „po drugiej stronie”.

„Show Me The Place” – to zupełnie inny nastrój, takie staffowskie, melancholijne zaufanie i otwartość na to, co los (Los?) przyniesie, przy jednoczesnej świadomości tego, co miało miejsce w przeszłości i całej drogi, którą trzeba było przejść, aby dotrzeć do Tego Miejsca.

Ale najbardziej wzruszająca jest pierwsza piosenka na płycie – „Going Home”. „I love to speak with Leonard…” śpiewa Cohen – i nikt chyba nie ma wątpliwości, że śpiewa o sobie. Że to na siebie samego (i tego współczesnego, i tego sprzed lat…) patrzy z boku, z perspektywy czasu (z perspektywy Boga w gruncie rzeczy…), przez pryzmat doświadczenia, przez wszystkie przeżyte chwile i całą zdobytą mądrość. I że z sobą samym po trosze się żegna:

Going home Without my sorrow / Going home Sometime tomorrow / Going home To where it’s better Than before…

Cohen śpiewa te słowa niezwykle spokojnie – jak zresztą wszystkie teksty na tej płycie – a jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jest w tym ocean emocji. Oto żegna się z nami (nawet, jeśli nie dosłownie i jeszcze nie w tej chwili) człowiek, który naprawdę kocha życie i naprawdę potrafi (potrafi z każdą chwilą bardziej…) docenić jego smak.

Paradoks: jak to jest, że człowiek naprawdę uczy się doceniać życie dopiero wtedy, kiedy zbliża się do jego końca?…

 

Lutowo

Gdyby nie rok przestępny, to już jutro byłby marzec. A marzec – wiadomo, to początek wiosny… A tak – jeszcze jeden dzień lutego. Brrr.

Dwie pozycje czekają do umieszczenia w kategorii „Puchatek Poleca”. Jedna płyta i jedna książka. Ale to nie dziś. Dziś jest lutowo, śnieżyście i obrzydliwie. Mokro i zimno. I z jeszcze paru innych powodów NIC MI SIĘ NIE CHCE. Amen.

Na Poważnie

Zastanawiałem się, czy o tym pisać…

Tekst o. Pawła Gużyńskiego OP pt. „Uwiedzenie” pojawił się w Internecie z wczorajszą datą – ja wpadłem na niego dziś rano podczas codziennego porannego „przeglądu newsów”, od którego zawsze zaczynam dzień pracy.

Przeczytałem – i aż mnie dreszcze przeszły. To już drugi tekst o sytuacji Kościoła w Polsce autorstwa polskich dominikanów, pod którego każdym słowem mogę się podpisać. Pierwszym był oczywiście głośny list o. Ludwika Wiśniewskiego do nuncjusza apostolskiego sprzed prawie dwóch lat. Coś jest w tych dominikanach… (I niech to będzie poczytane za prawdziwy komplement, zważywszy że jestem wychowankiem jezuitów 😉

Tekst o. Gużyńskiego jest znacznie ostrzejszy i bardziej bezpośredni (i trudno się dziwić – o. Wiśniewski to człowiek już prawie osiemdziesięcioletni, podczas gdy Gużyński jest raptem o dwa lata starszy ode mnie).

Podejrzewam, że podobna różnica intensywności będzie także dotyczyła reakcji na ten tekst – w Radiu Maryja i otaczających je środowiskach o. Gużyński będzie zapewne „zniszczony” jako modelowy przykład zdrajcy Narodu i Kościoła, libertyn, mason i co tam jeszcze. Zwłaszcza, że tekst pojawił się na stronie internetowej „Gazety Wyborczej”, co dla środowisk RM oznacza piekło i wrzącą smołę – i zwolnienie z jakiejkolwiek merytorycznej dyskusji…

Nie zmienia to faktu, że jego diagnoza problemu RM jest moim zdaniem boleśnie prawdziwa. O. Gużyński zwraca uwagę na kilka aspektów – nie tylko ten stricte polityczny – i bezlitośnie rozprawia się z tezą o ogromnej roli Radia M. w procesie ewangelizacji i krzewienia wiary.

Dobrze, że ktoś to wprost napisał. Szkoda, że to zapewne nic nie da… Chociaż – czy ja wiem? Może da. Może nie od razu, ale… „Gutta cavat lapidem non vi, sed saepe cadendo”, jak wiadomo.

Cały tekst znajdziecie TUTAJ. Przeczytajcie, moim zdaniem warto.

Powyjazdowo

Krótko, ale intensywnie.

Dobrze jest przypomnieć sobie, co jest najważniejsze. Dobrze uświadomić sobie na powrót podstawy, bazę na której buduje się pozostałe konstrukcje.

Dobrze jest spotkać się z ludźmi, z którymi na co dzień ma sie kontakt tylko drogą elektroniczną, albo – w najlepszym razie – telefoniczną.

Dobrze też – choć czasami niewygodnie… – uświadomić sobie, co jest nie tak, co powinno być inaczej, co trzeba by zmienić także tam, gdzie wydawało się, że wszystko jest z grubsza w porządku.

Mruczanka z Kotami w Roli Głównej

„The Cats”, Andrew Lloyd Weber. Klasyka. Kupiłem na Allegro. Miałem tylko na kasecie, a kaseta miała … lat. I pomyślałen, że warto odnowić starą znajomość.

Kiedyś – dawno, dawno temu – zachwyciłem się tym musicalem. Genialna muzyka Webera (choć wielu twierdzi inaczej, uważam że „Koty” to jego największe dzieło – ani „Józef…”, ani „Jesus Christ Superstar” to już nie to…) – a do tego genialne teksty Eliota.

Wiersze Eliota o kotach są tak surrealistyczne – i tak realistyczne zarazem… A Weber – najwyraźniej – usłyszał je bardzo głęboko i bardzo mocno trafiły w jego muzyczną wyobraźnię. Te teksty i ta muzyka w mojej świadomości zlały się w jedno – nie potrafię już czytać „Old Possum’s Book of Practical Cats” nie mając jednocześnie w głowie dźwięków musicalu „The Cats”. Rum Tum Tugger, Mungojerrie and Rumpelteazer, pan Bustopher Jones czy mroczny Macavity zawsze brzmią mi frazami z Webera.

No i genialne, wielkie „Memory”, które samo w sobie jest po prostu arcydziełem. Zwłaszcza, kiedy śpiewa je Barbara Streissand…

*

„Koty” były kiedyś jedną z moich większych fascynacji muzycznych. Kiedy podróżując po USA dojechałem wreszcie do Nowego Jorku, moja mieszkająca tam ciotka (de facto – ciotka mojej mamy) zaproponowała mi, że jeśli chce mi się stanąć w kolejce do Ticket Roll na Times Square (gdzie bilety zawsze były, ale trzeba było godzinkę po nie postać…), to ona funduje – mogę sobie wybrać dowolny musical który grają na Broadwayu i razem się na niego wybierzemy. Wybrałem „Koty”, rzecz prosta. Odstałem swoje, poszliśmy razem z ciotką.

Sam spektakl – fantastyczny, rzecz prosta… Ale sama wyprawa do teatru miała (jak dowiedziałem się po ładnych kilku latach…) swój ciąg dalszy.

Ciotka zachwyciła się „Kotami”, i potem jeszcze kilka razy je oglądała. Zaciągnęła na nie nawet wujka (czyli swojego męża), który generalnie był raczej miłośnikiem klasyki i poza nią niewiele go w muzyce interesowało.

A potem – jakieś trzy lata po mojej wizycie – ciotka zachorowała. Rak płuc. Za późno wykryty (tak, w USA też się tak zdarza…), nie dało się go już usunąć, pozostała chemioterapia i „przeciąganie czasu”, jak mówią niektórzy.

Ciotka była już podobno bardzo słaba, wiedziała że umiera. I jeszcze raz, w ostatnich dniach życia, wyciągnęła wujka na „Koty”.

I kiedy aktorka na scenie śpiewała „Memory” – piosenkę o tym, że noc się kończy, że niedługo nadejdzie świt który wszystko zmieni, że zostaną tylko wspomnienia pięknej przeszłości… – wujek trzymał ja za ręce i płakał jak dziecko. On, stary żołnierz, lotnik, cichociemny…

Ciotka zmarła bodaj tydzień później. A wujek – którego nigdy w życiu nie spotkałem (kiedy ja byłem w Nowym Jorku, on akurat był w Polsce…) za pośrednictwem innej ciotki przekazał mi, że jest mi bardzo wdzięczny za to, że dzięki mnie ciotka zobaczyła „Koty” – i że tam, w tym teatrze, mogli się tak pięknie pożegnać.

Ot, tak mi się przypomniało…

 

Mruczanka Zamordystyczna

Zima, jak wiadomo. Niedzielny wieczór. Na dworze osiemnaście stopni na minusie. Pies drapie w drzwi, że chce na dwór. Niby nic w tym dziwnego (co to jest -18 dla malamuta… Szelma spędza na dworze więcej czasu, niż w domu…). Tyle, że zaraza puchata PIĘĆ MINUT WCZEŚNIEJ drapała w te same drzwi z przeciwnej strony, że mianowicie chce wejść (coś jej tam widać z kuchni zapachniało).

Puchatek jest zirytowany – może malamuty lubią -18, ale Puchatki NIE LUBIĄ, a ciągłe otwieranie drzwi jak wiadomo utrzymaniu temperatury w domunie służy. Więc Puchatek, stojąc w przedpokoju, mówi mocno zirytowanym głosem do psa:

– Gdzie?! Zgłupiałaś?! Bez przesady, żadnego wychodzenia co pięć minut! Siedź w domu, gdzie cię znowu niesie!

Pucek w pokoju bawi się jakimis klockami. Słysząc tatę zadaje rzeczowe pytanie:

– Tatusiu, do kogo ty mówis?

– Do Szelmy, ozywiście – odpowiada zdziwiony Puchatek.

– A, bo ja MYŚLAŁEM ZE DO MAMUSI… – odpowiada dziecię.

No jasne… 

Narty, Narty i po Nartach…

A tak, Puchatki na nartach były. W Rzepiskach, koło Jurgowa. Potwory dostały dwie godziny z instruktorami, potem jeszcze trochę znajomi ich uczyli.

Pietruszka, jak się okazało, zapamiętał z ubiegłego roku właściwie wszystko: wpiął narty, złapał za wyciąg, wyjechał na górę i zjechał w dół. Najpierw z oślej łączki, potem z nieco większej oślej łączki, a w końcu z największej trasy stacji narciarskiej „Jurgów Ski”.

Piłka też radziła sobie świetnie. Co prawda wróciła z nogą w gipsie (…jakże mogło być inaczej?…), ale nie złamała jej w zasadzie, tylko „ją pękła” (lewy piszczel…), i to ostatniego dnia. Więc ogólnie wyprawę narciarską można było zaliczyć do udanych.

Pucek – jako najmłodszy – uczył się oczywiście najszybciej i już trzeciego dnia rżnął w dół oślej łączki jak stary, w pełni kontrolując zjazd, hamując tam gdzie trzeba i nie przewracając się. No, prawie. I już drugiego dnia sam (!) wjechał na górę wyciągiem talerzykowym. Taki twardziel.

M. zachwycona jeździła sobie po oślej łączce, a potem także po większej oślej łączce, a ostatniego dnia nawet po Dużej Górze. Znajoma Świetna Narciarka udzielała jej światłych wskazówek i muszę powiedzieć, że byłem pod wrażeniem szybkości postępów (zważywszy, że M. jeździła na nartach „trochę” jako dziesięcioletnia dziewczynka, a potem – dopiero rok temu, w Szczyrku).

A Puchatek?.. A Puchatek robił za wyciąg dla Pucka, za nosiciela plecaka z wałówką i herbatką i generalnie za obsługę techniczną tych wszystkich przyszłych mistrzów sportu.

I wiecie co? Wcale mu z tym nie było źle.

***

Nie przepadam za nartami. Serio-serio. Nauczyłem się kiedyś jeździć… Trochę. Nie na tyle, żebym się mógł z kimś ścigać czy szusować po naprawdę trudnych trasach – ale wystarczająco, żeby zjechać sobie rekreacyjnie z większości klasycznych „nartostrad” – i się nie zabić. Nauczyłem się – nie miałem wyjścia. Jak się pochodzi (po kądzieli) z NAPRAWDĘ góralskiej rodziny, to po prostu NIE DA SIĘ nie stanąć kiedyś na nartach.

Tyle, że narty mnie – że tak powiem – „nie wciągnęły”. Niby to fajne, niby przednia zabawa, ale… Jakoś „nie to”. Dlaczego?

Przyczyn pewnie można by znaleźć wiele… Kiedyś już pisałem o tym, że moje podejście do gór nie jest podejściem turysty czy podróżnika – ale wędrowca. Ja po górach wędruję. Narty (te zjazdowe) są za szybkie, za dużego wymagają skupienia i uwagi, żeby móc wędrować. Żeby móc widzieć góry dookoła, żeby pozwolić myślom błądzić, żeby słyszeć szum wiatru i czuć na twarzy promienie słońca (albo krople deszczu). Może gdzieś, w jakichś Alpach czy innych Górach Skalistych są trasy, którymi można zjeżdżać przez pół godziny czy dłużej – ale to czysta teoria, bo wypad na narty w Alpy pięcioosobową rodziną to chwilowo rzecz nierealna finansowo.

A gdyby nawet…

Wiecie, co mnie najbardziej męczyło na tych stokach w Jurgowie, na których cała reszta Puchatkowa świetnie się bawiła? Obśmiejecie się: ludzie. Inaczej mówiąc: tłok. Kolejka do wyciągu. Sznurek narciarzy jadących pod górę z talerzykami pod odwłokami. Sznurek narciarzy zjeżdżających z góry. Tłumek pod wyciągiem, tłumek w barze, tłumek na parkingu pod stokiem. Spędzanie czasu w tłumie – czy przynajmniej w zbiorowości. Wypoczynek – mniej lub bardziej – zbiorowy i zorganizowany.

Jak idę w góry, wolę być sam (przy czym moje „sam” może obejmować obecność osób najbliższych, czy niewielkiej grupki przyjaciół). Kiedy jestem sam – sam, mogę myśleć i wędrować. Kiedy jestem sam – w małej grupie, mogę rozmawiać (wiele – chyba większość – najważniejszych i najbardziej brzemiennych w skutki rozmów w moim życiu odbyło się właśnie w górach).

Kiedy jeżdżę na nartach – nie mogę rozmawiać, nie mogę swobodnie myśleć. Wszędzie są ludzie. Wszędzie jest ruch. Nie słychać wiatru, nie ma czasu patrzeć na góry, nie da się poważnie pogadać. Jedziesz – i tyle.

Jakoś to chyba nie mój klimat. Czytelnicy – narciarze niech się nie obruszają: szanuję ich pasję i nie mam nic przeciwko niej. Tyle, że to nie moje pasja.

***

A swoją drogą – różne obrazki „z nart” zapadają w pamięć.

Pucek jadący w dół, zakręcający fachowym pługiem, hamujący na dole stoku, z miną tak absolutnie szczęśliwą, że aż się ciepło na sercu robi.

Pietruszka – intelektualista i człowiek którego normalnie trudno na dwór wygonić – wyraźnie zbudowany własną narciarską sprawnością i dumny z siebie.

Piłka – nawet ze łzami w oczach po złamaniu nogi – pytająca czy NA PEWNO za rok też tu przyjedziemy.

M. schodząca ze stoku z tym swoim szczęśliwym uśmiechem, z zaróżowionymi policzkami, z błyskiem w oczach.

Dla takich chwil warto robić za wyciąg i obsługę techniczną.

***

Ale też parę scen mniej przyjemnych.

Jakaś mała dziewczynka (na oko – cztery latka…), która bardzo nie chciała uczyć się jeździć na nartach. Płakała, wyraźnie się bała. Mamusia była nieugięta, bo „dziecko powinno jeździć na nartach, a im wcześniej zacznie, tym łatwiej się nauczy”. Więc dziewczynka miała drogi kombinezon, drogie narty, drogie buty, drogi kask i gogle (podobnie jak mamusia, rzecz prosta) – i musiała się uczyć. Mamusia wykupiła jej czas z instruktorem – instruktor (młody chłopak) był wyraźnie zmieszany i zażenowany, doskonale widział że dziecko się boi, że nie chce… Ale mamusia wiedziała lepiej. Dziecko powinno. Więc dziecko jeździło, płacząc i rozpaczliwie usiłując zrobić coś, co skłoniłoby mamusię do zakończenia tych tortur. Przez godzinę z instruktorem nie nauczyło się niczego – ale mamusia radośnie stwierdziła, że „jutro o tej samej porze”.

Po cholerę? Po co uszczęśliwiać malucha na siłę, skoro wyraźnie jeszcze do tego nie dorósł?… Bo taka moda, bo tak wypada, bo „się powinno”…

Bez sensu… 

Zimowo… Strasznie zimowo…

Bo zima to nie jest to, co Puchatki lubią najbardziej.

Są takie chwile, kiedy po prostu nic się nie chce. Nie chce się pracować, nie chce się czytać, nie chce się wyjść i nie chce się siedzieć w domu. Wiele przyczyn się na to składa – ale pisanie o nich byłoby bez sensu (zbyt prywatne / zbyt skomplikowane / zbyt nudne dla postronnych oczu – a choć lubię tu pisać, to mój poziom emocjonalnego ekshibicjonizmu jest jednak stosunkowo niski).

Są takie dni, kiedy gdzieś we mnie odzywa się ten prawdziwy niedźwiedź. Przy czym moja niedźwiedzia natura przejawia się przede wszystkim w pragnieniu zapadnięcia w sen zimowy. Położyć się spać teraz (…skoro wcześniej się nie dało…), wstać gdzieś w marcu, jak już zacznie z powrotem być zielono.

Przespać tę męczącą szarzyznę, zimną biel. Zasnąć – i obudzić się w świecie, w którym jest lato.

(Nie wiem, czy o tym kiedyś pisałem, ale w mojej świadomości istnieją tylko dwie pory roku: lato i zima. Wiosna to twór sztuczny, czysto konceptualny: do pewnego momentu to po prostu ostatnie podrygi zimy, od tego momentu – wstęp do lata. Z jesienią podobnie, tylko odwrotnie).

Najgorsze jest to, że relacja miedzy tym co na dworze a tym co wewnątrz wygląda u mnie obecnie tak, jak w powieści albo w romantycznym eposie: zima na dworze doskonale oddaje zimę w środku. Szarzyznę, zimną biel, poczucie że do lata jeszcze daleko, jakąś bolesną niemożność wędrowania, jakiś brak zieleni i słońca. Życia po prostu.

Tyle, że koniec prawdziwej zimy stosunkowo łatwo przewidzieć. Po styczniu przyjdzie luty (brr…), potem marzec… i już.

A ta zima w środku… Nie da się ukryć, że jest znacznie mniej przewidywalna. I niestety nie zleży od czynników tak stałych, pewnych i niezmiennych jak ruch Ziemi wokół Słońca.

Tak naprawdę jedyna piosenka, która wisi w mojej głowie i oddaje mój nastrój, już tu parę razy była. Nie będę jej wrzucał po raz kolejny. Ale jej słowa wydają mi się teraz tak cholernie prawdziwe:

Czy zdanie okrągłe wypowiesz, czy księgę mądrą napiszesz,

Będziesz zawsze mieć w głowie tę samą pustkę i ciszę…

Słowo to zimny powiew nagłego wiatru w przestworze:

Może orzeźwi cię – ale do nikąd dojść nie pomoże.

Tak to właśnie jest. Pewnych rzeczy po prostu nie zmienię. Nie zależą ode mnie, choćbym pół życia wmawiał sobie, że jest inaczej. Mój niepoprawny optymizm każe mi próbować wciąż na nowo – ale nawet ja prędzej czy później wpadam w coś, co psychologowie nazywają syndromem wyuczonej bezradności.

I pewnie nic na to nie poradzę. 

Mruczanka Poświątecznie Muzyczna

Wybaczcie, ale okołoświąteczne pisanie jakoś mi nie zadziałało. No bo o czym pisać? Święta – wiadomo. Wigilia rodzinnie, później też rodzinnie, tylko w lekkim rozszerzeniu. A potem dojadanie, odsypianie i czytanie, bo kilka ciekawych pozycji się pod choinką znalazło. Ech, ten Mikołaj wie co dobre… Ale o tem potem.

Temat który mi za to po głowie chodzi (i tupie) to szeroko pojęte zjawisko „muzyki świątecznej”. Już się zbierałem żeby coś o tym napisać, ale… Właściwie co? Że jak jeszcze raz usłyszę „Last Christmas”, to kogoś zamorduję?

Powiedzcie, skąd to się bierze, że ludzie tak fanatycznie uwielbiają kicz i miałkość (nie tylko w muzyce, rzecz prosta)? Że jakaś cienka bzdura (taka jak choćby „Last Christmas” właśnie) „chwyci” i potem jest maltretowana w radiu, telewizji i Internecie przed każdymi świętami? Czy raczej maltretowani są nią słuchacze / widzowie…

Nie chcę być źle zrozumiany: naprawdę nie mam nic przeciwko „świątecznej muzyce”. Powiem więcej – wcale nie upieram się, że muzyka bożonarodzeniowa musi koniecznie być tematycznie związana z Tajemnicami Wiary. Ale przecież jest naprawdę sporo – po prostu – DOBREJ MUZYKI. Więc dlaczego w radiu (którego słucham głównie jeżdżąc samochodem) lecą wyłącznie badziewia typu „Las Christmas” albo „kolędy w wykonaniu znanych artystów”, którzy to „znani artyści” śpiewając je chcą głównie pokazać jakimi są artystami, więc „interpretują” ani przez sekundę nie zastanawiając się o czym właściwie śpiewają?…

A przecież jest z czego wybierać… OK, rozumiem że „przeciętny radiosłuchacz” może nie załapać klimatu z „Winter Garden” czy „To Drive The Cold Winter Away” Loreeny McKennitt, że nie każdy zachwyci się klasycznymi wykonaniami renesansowych kolęd czy jazzowymi wariacjami na ich temat. Ale przecież nawet w sferze szeroko pojętej popkultury byłoby czego posłuchać. W 2009 r. Sting wydał album „If On a Winter’s Night” – jest tam kilka naprawdę sensownych piosenek, jak sądzę do przyjęcia dla zupełnie przeciętnego słuchacza. A jeśli słuchacz jest miłośnikiem klimatów półklasycznych? Proszę bardzo, jest bardzo sympatyczna płytka „My Christmas” Andrei Bocellego. Miłe, łatwe w słuchaniu, wpada w ucho. Coś starszego, dla słuchacza mającego kilka lat więcej? Ależ proszę bardzo – „A Christmas Album” Barbary Streisand. Klasyka, ale jak zaśpiewana, jak zaaranżowana! Jest „Merry Christmas” (Mariah Carey). Jest „A Fresh Aire Christmas” (Mannheim Steamroller). Jest „When My Heart Finds Christmas” (Harry Connick Junior). Są w końcu choćby nasze, polskie płyty takie jak (żeby zahaczyć o różne klimaty i gatunki) „Moje kolędy na koniec wieku” Preisnera, „Kolęda dobrych ludzi woli” Pospieszalskich i Steczkowskich czy „Znów się rodzi, moc truchleje” Arki Noego. Dla każdego coś miłego.

Dlaczego, powiedzcie, w przeciętnej stacji radiowej tej muzyki nie uświadczysz? Dlaczego w okresie przedświątecznym nie da się włączyć radia na dłużej niż kwadrans, żeby nie usłyszeć jak jakaś pierdoła żali się, że dała pannie serce na święta, a panna je olała? Albo jak smętny melancholik marzy o białych świętach, ale zamiast ruszyć tyłek z Los Angeles i pojechać w Góry Skaliste woli siedzieć i smęcić, że mu w Kalifornii śnieg nie pada? (No dobra, Bing Crosby przynajmniej głos miał świetny…).

A ja teraz siedzę sobie w domu i odtruwam się, słuchając zupełnie nie-bożonarodzeniowej płyty „Let Them Talk”. Hugh Laurie nie jest zawodowym muzykiem (jak wiadomo), ale nowoorleańskiego bluesa gra kapitalnie. To znaczy – słychać ten jego brak profesjonalizmu, ale to tylko dodaje tej muzyce świeżości i naturalności. Ot, siedzi gość przy fortepianie, obok niego paru innych gości gra na różnych instrumentach – i po prostu dobrze się bawią. A ja razem z nimi.