Zimowo… Strasznie zimowo…

Bo zima to nie jest to, co Puchatki lubią najbardziej.

Są takie chwile, kiedy po prostu nic się nie chce. Nie chce się pracować, nie chce się czytać, nie chce się wyjść i nie chce się siedzieć w domu. Wiele przyczyn się na to składa – ale pisanie o nich byłoby bez sensu (zbyt prywatne / zbyt skomplikowane / zbyt nudne dla postronnych oczu – a choć lubię tu pisać, to mój poziom emocjonalnego ekshibicjonizmu jest jednak stosunkowo niski).

Są takie dni, kiedy gdzieś we mnie odzywa się ten prawdziwy niedźwiedź. Przy czym moja niedźwiedzia natura przejawia się przede wszystkim w pragnieniu zapadnięcia w sen zimowy. Położyć się spać teraz (…skoro wcześniej się nie dało…), wstać gdzieś w marcu, jak już zacznie z powrotem być zielono.

Przespać tę męczącą szarzyznę, zimną biel. Zasnąć – i obudzić się w świecie, w którym jest lato.

(Nie wiem, czy o tym kiedyś pisałem, ale w mojej świadomości istnieją tylko dwie pory roku: lato i zima. Wiosna to twór sztuczny, czysto konceptualny: do pewnego momentu to po prostu ostatnie podrygi zimy, od tego momentu – wstęp do lata. Z jesienią podobnie, tylko odwrotnie).

Najgorsze jest to, że relacja miedzy tym co na dworze a tym co wewnątrz wygląda u mnie obecnie tak, jak w powieści albo w romantycznym eposie: zima na dworze doskonale oddaje zimę w środku. Szarzyznę, zimną biel, poczucie że do lata jeszcze daleko, jakąś bolesną niemożność wędrowania, jakiś brak zieleni i słońca. Życia po prostu.

Tyle, że koniec prawdziwej zimy stosunkowo łatwo przewidzieć. Po styczniu przyjdzie luty (brr…), potem marzec… i już.

A ta zima w środku… Nie da się ukryć, że jest znacznie mniej przewidywalna. I niestety nie zleży od czynników tak stałych, pewnych i niezmiennych jak ruch Ziemi wokół Słońca.

Tak naprawdę jedyna piosenka, która wisi w mojej głowie i oddaje mój nastrój, już tu parę razy była. Nie będę jej wrzucał po raz kolejny. Ale jej słowa wydają mi się teraz tak cholernie prawdziwe:

Czy zdanie okrągłe wypowiesz, czy księgę mądrą napiszesz,

Będziesz zawsze mieć w głowie tę samą pustkę i ciszę…

Słowo to zimny powiew nagłego wiatru w przestworze:

Może orzeźwi cię – ale do nikąd dojść nie pomoże.

Tak to właśnie jest. Pewnych rzeczy po prostu nie zmienię. Nie zależą ode mnie, choćbym pół życia wmawiał sobie, że jest inaczej. Mój niepoprawny optymizm każe mi próbować wciąż na nowo – ale nawet ja prędzej czy później wpadam w coś, co psychologowie nazywają syndromem wyuczonej bezradności.

I pewnie nic na to nie poradzę. 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s