Mruczanka ze Stacji Benzynowej

Sobotni wieczór. Podjeżdżam na stację benzynową. Akurat wszystkie dystrybutory z „właściwą stroną” są zajęte (opelek wlew paliwa ma na prawym boku). Czekam.

Podjeżdża pani, koło pięćdziesiątki, tleniony blond, futrzana kurtka, eleganckie i dość drogie auto. Ona też ma wlew po prawej. Staje za mną… Ale nie do końca. Trochę z tyłu, trochę z boku. Potem podjeżdża kawałek do przodu i czeka niemal równo ze mną. Widzę, że cały czas gada przez komórkę. Zwalnia się miejsce przy jednym z dystrybutorów i co? Jasne: pani rusza niemal z piskiem opon i pakuje się pierwsza.

Bardziej mnie to rozśmieszyło, niż zirytowało – OK., myślę sobie, pewnie pani się spieszy. Mnie się akurat nie spieszyło, więc niech tankuje pierwsza. Ale nie, pani nie tankuje. Samochód stoi przy dystrybutorze – a ona nie wysiada, tylko dalej gada przez telefon.

Po chwili zwalnia się drugie miejsce, ja podjeżdżam – widzę że pani gada dalej siedząc w aucie i twardo blokując dystrybutor (na szczęście kolejki już nie ma).

Otwieram wlew, leję ropę. Pani gada. Kończę lać, zamykam wlew. Pani gada. Idę do kasy zapłacić. Pani gada. Wychodzę, idę do samochodu – pani gada dalej, nie wysiadając z auta i blokując dystrybutor.

Tu już nie wytrzymałem i parsknąłem śmiechem, nawet się z tym specjalnie nie kryjąc i jednoznacznie patrząc w jej stronę. No bo – myślę sobie – wciska się na chama, a teraz nie tankuje tylko siedzi i gada. Powiem szczerze – pomyślałem sobie „Głupia baba”.

I w tym momencie pani kończy rozmowę, wychodzi z samochodu, po czym uśmiecha się do mnie promiennie i wali tekst:

– Pewnie pan sobie pomyślał „Co za głupia baba”, zgadłam?

Padłem. Rozbroiła mnie kompletnie. Obśmiałem się, rzuciłem coś w stylu „JA tego nie powiedziałem”… – i odjechałem. Poprawiła mi humor na cały wieczór…

Jasełka – niejasełka

Zastanawiałem się, czy o tym pisać…

W ubiegłym roku w naszej parafii po raz pierwszy „wystawialiśmy” jasełka. Nowy (wtedy) proboszcz – przy wszystkich naszych „ale”, jakie do niego mamy – to dobry organizator i człek dynamiczny, który lubi jak w jego parafii „się dzieje”. Festyny, mecze („samorządowcy vs. reprezentacja parafii”), koncerty, przedstawienia. No i super.

No więc zrobiliśmy jasełka – nic super-specjalnego, prosty tekst, dzieciaki się nauczyły, był aniołki, pasterze, trzej Mędrcy ze Wschodu, był Herod i diabeł, była Maryja z Józefem i małym Jezuskiem (mały Jezusek był całkiem prawdziwy, miał cztery miesiące i wołali go „Agatka” ;-). Oprawa muzyczna była na poziomie (pani która prowadzi dzieciaki to zawodowy muzyk, jej mąż takoż, jeszcze paru się znalazło – lubię to poczucie, że z tą moją gitarą mam niewiele do roboty, bo są lepsi ode mnie – prawdziwi fachowcy). Jasełka się całej parafii wielce podobały.

No więc – prosta konsekwencja – w tym roku też je przygotujemy. Podział zadań jasny: my z rzeczoną Małgosią przygotowujemy scholę, panie katechetki (całe dwie) wynajdują odpowiedni tekst / scenariusz i rozdają dzieciakom role, tak żeby po świętach wszystko już było gotowe.

Jak powiedzieli, tak zrobili. W ubiegłą niedzielę panie katechetki rozdały dzieciom role, a Małgosi – żeby miała szerszą wizję całości przygotowując muzykę – przesłały mailem cały tekst.

I chwała Bogu.

Jak zobaczyłem ten tekst… Nie mówię o jego poziomie literackim, bo takowego nie posiadał. Ale treści…

Zaczyna się od tego, że Archanioł Gabriel czeka w niebie na aniołka, który miał coś tam załatwić na Ziemi, ale się spóźnia. Padają teksty w rodzaju „gdzie ta lebiega” (tak, to cytat). Okazuje się, że aniołek się spóźnił, bo… ukradł diabłu rogi. A jak wracał do nieba, to zahaczył pupą o wieżę kościoła, więc go ta pupa boli, co wymownie pokazuje (ha, ha, ha).

Potem jest jeszcze fajniej. Archanioł Gabriel robi aniołkowi wyrzuty, że pewnie lepiej by umiał latać, gdyby na lekcjach latania uważał, zamiast uganiać się za anielicami (?!).

Aniołowie, archaniołowie i inne postaci co i rusz łapią się za głowę krzycząc „O Boże!”

Diabeł częstuje swoje dzieci papierosami.

Kiedy pastuszkowie dowiadują się, że Herod ma złe zamiary, to wyciągają… czarne okulary i pistolety (!) oznajmiając, że od teraz będą „ochroniarzami” Pana Jezusa.

Diabeł w scenie kuszenia Heroda mówi do niego m.in. (cytuję) „debilu”, „durna pało”, „frajerze”.

Ot, takie parafialne jasełka. A to tylko najlepsze kwiatki, było tego więcej.

Córka Małgosi (dziewięciolatka) jak zobaczyła swoją rolę i te pistolety, to powiedziała że ona w takich jasełkach nie chce grać. Moje Potwory zareagowały podobnie.

Co robić?

Małgosia pisze maila do Głównej Pani Katechetki. Bardzo grzecznego, kulturalnego, z całym szacunkiem. Że czytaliśmy, że naszym zdaniem to nie pasuje, zwłaszcza że jasełka będą przedstawiane w kościele.

Pani Katechetka odpowiada zdziwiona, w klimacie „Ale o co chodzi?” i wysuwa ważki argument, że te jasełka były „wystawiane” gdzieś-tam w jej rodzinnej parafii i bardzo się podobały.

No więc ja piszę (mniej grzecznie niż Małgosia, ale z pełną kulturą), cytując co bardziej pikantne fragmenty (na czele z tymi „debilami”, „frajerami” i wyciąganiem pistoletów) i pytam czy Pani Katechetka jest zupełnie przekonana, że jest to tekst odpowiedni do wystawiania w kościele, dla małych dzieci.

Nie będę Wam opisywał całej przepychanki i mailowej dyskusji – my w końcu stwierdziliśmy, że do takich jasełek nie podejmujemy się przygotować oprawy muzycznej, Pani Katechetka się obraziła, ale w końcu stanęło na tym, że tekst zmieniamy.

Małgosia miała potem długą rozmowę z drugą panią katechetką (chyba rozsądniejszą), która przyznała że „nie wzięły pod uwagę, że maja w tym brać udział małe dzieci” (dobre i to), natomiast absolutnie nie była w stanie zrozumieć naszych zastrzeżeń co do samego tekstu. No bo to przecież takie wesołe, na pewno wszystkim by się spodobało…

Nie, no jasne. Podejrzewam że jakbyśmy w kościele urządzili taniec na rurze, to też wielu by się podobało – waliliby drzwiami i oknami.

***

Kocia Twarz – czy kobiety które są katechetkami (podobno zresztą zupełnie dobrymi!), mają jakieś wykształcenie, wiedzą o co w kościele (i w Kościele) chodzi, nie czują, że coś jest nie tak? Że wyciąganie pistoletów i mówienie o „debilach” i „durnych pałach” w kościele jest nieco nie na miejscu?

Czy aniołek łapiący się za tyłek i „uganiający się za anielicami” to naprawdę właściwy poziom poczucia humoru?

Czy może ja już się zestarzałem i jestem smętnym ponurakiem, który nie łapie tych perełek stylu?

 

Mruczanka z Chopinem

Tak, jak obiecałem – choć z lekkim opóźnieniem, relacja z Rodzinnej Wyprawy Do Kina…

Bilety do kina dostaliśmy w prezencie (i dobrze wiemy, że Mattkapolka maczała w tym palce…). Jak dają, trzeba brać, nieprawdaż?

Film, o którym Mattkapolka też pisała. „Latająca maszyna”.

Na początek: nie mamy chyba aż tak jednoznacznie pozytywnych wrażeń, jak Mattka, ale…

Film dzieli się w zasadzie na dwie części. I to druga część – ta „z aktorami” – nieco mniej przypadła nam do gustu. Heather Graham w ogóle nie jest moją ulubioną aktorką (…), a tu – jak stwierdziłem z przykrością – jej aktorstwo subtelnością środków wyrazu przypominało niestety bloczek betonu. Sama historia (wiecznie zajęta matka – businesswoman, nie mająca czasu dla swoich dzieci, nie słuchająca ich i nie widząca ich potrzeb, a potem przechodząca „cudowną przemianę” pod wpływem muzyki Chopina i magicznej podróży…) to schemat na schemacie, wizja znana ze stu tysięcy filmów familijnych. Wplecione w to wszystko opowieści o życiu Chopina sprawiają wrażenie „przyszytych na siłę” i natrętnie dydaktycznych. W dodatku cała ta druga część jest po prostu nieco za długa – jedyne co ją ratuje, to muzyka. Chopin. I Lang Lang przy fortepianie…

Ale to wszystko pikuś (Pan Pikuś!), bo pierwsze pół godziny „Latającej maszyny” to rzecz naprawdę niezwykła.

Animowany film – zresztą twórców oscarowego „Piotrusia i wilka” – opowiadający historię dziewczynki, która na latającym fortepianie wyrusza na poszukiwania swojego ojca. Nie będę Wam opowiadał całej fabuły – naprawdę warto zobaczyć to na własne oczy, więc nie chcę Wam psuć przyjemności.

Powiem tylko tyle:

Przez te pół godziny filmu nie pada ani jedno słowo. Całą historię opowiada obraz (wizja plastyczna jest tak poruszająca, tak prawdziwa i baśniowa zarazem, że można się w niej kompletnie zagubić…) – i muzyka. Muzyka Chopina grana przez Lang Langa.

Tu uwaga: gdybyście chcieli zobaczyć, poczuć nastrój – nie szukajcie na YouTube. Mimo dłuższych poszukiwań znalazłem tam tylko oficjalne trailery – fragmenty tej pięknej animacji z podkładem w postaci piosenki, która w oryginale towarzyszy tylko końcowym napisom.

A całe piękno, cała porywająca wizja tego filmu to właśnie zestawienie tej niezwykłej, magicznej opowieści z muzyką Chopina. Żadnych głosów, żadnej perkusji, żadnych bitów i elektryki – po prostu fortepian w wersji unplugged.

I uwierzcie mi – nic więcej nie trzeba. Siedzieliśmy wszyscy jak zaczarowani – nawet trzyipółletni Pucek (komicznie wyglądający w wielkich okularach 3D) gapił się w ekran z otwartą paszczą i słuchał tak, że aż mu uszy wachlowały.

Latający fortepian i muzyka Chopina w genialnym wykonaniu – czego chcieć więcej?…

Mimo zastrzeżeń co do drugiej części – zdecydowanie kategoria „Puchatek poleca”. 

Mruczanka (nie bardzo) Patriotyczna

W kinie Puchatki były w sobotę, całą rodziną, no po prostu wydarzenie sezonu. Ale o tym w następnej notce, bo dziś musi być o czymś innym. Musi. („…inaczej się udusi”).

11. listopada. I wszystko to, co się działo w Warszawie. To znaczy: co się działo, wie każdy kto gazety czyta czy TV ogląda (albo śledzi newsy w Internecie). Puchatek natomiast musi się w paru słowach wygadać, bo go rozniesie.

Cała Polska (ta dziennikarsko-internetowo-blogowo-polityczna) podzielona.

Z jednej stroni „patrioci”, chcący manifestować swoje przywiązanie to Ojczyzny, oburzeni na wstrętne lewactwo, które prowokowało burdy i nie dało przejść legalnej manifestacji.

Z drugiej – przeciwnicy faszyzmu, oburzeni że w XXI w. po ulicach chodzą ludzie jawnie odwołujący się do ideologii faszystowskiej i tak dalej.

I te dyskusje w Internecie… I te – z obu stron – natchnione argumenty… I te – także z obu stron – objawy chamstwa, agresji, wulgarności.

I co ma zrobić, powiedzcie, ktoś kto nie odnajduje się po żadnej z tych stron? Kogo nie bawi taki patriotyzm na pokaz przykrywający zwykłe draństwo – ani antyfaszyzm na pokaz, absolutnie nietolerancyjny wobec każdego, kto myśli inaczej?

Spróbujcie mnie zrozumieć: jeden mój dziadek był legionistą Piłsudskiego, walczył w wojnie 1920 r., Lwów zdobywał. W naszej rodzinie zawsze ten 11. listopada był ważną datą. Drugi mój dziadek był Żydem, który cudem uratował się z Holokaustu, a cała jego rodzina (podobnie jak cała rodzina babci) zginęła w Auschwitz. Więc kwestie protestu przeciwko faszyzmowi też dobrze łapię.

No i co?

Kto choć trochę uczył się historii i wie czym przed wojną była ONR, powinien dobrze się zastanowić, czy na pewno ludzie którzy dziś uważają się za jej spadkobierców to towarzystwo, w którym chce się świętować. Program przedwojennej ONR – nadal widoczny na stronach internetowych „dzisiejszej” ONR – jak widać nie jest przez tych ludzi uznawany za „błędy przeszłości”, tylko akceptowany.

Combat 88 i inni jawni faszyści – którzy na czas Marszu grzecznie milkną i „tylko” idą i demonstrują… To patrioci? W czym się ich patriotyzm wyraża – w „hailowaniu”, kiedy akurat dziennikarze nie widzą? W powoływaniu się na ideologię, w imię której wymordowano kilka milionów Polaków? Na takich „patriotach” koledzy mojego dziadka z AK wykonywali wyroki w imieniu Państwa Podziemnego…

Kibole, z twarzami zawiniętymi szalikami, dla których „Żydzi i pedały” są takim samym wrogiem, jak policja, którzy rzucają kamieniami i podpalają wozy transmisyjne – to patrioci? Wolne żarty…

Nie, to nie moja bajka. Z takimi ludźmi nie pójdę ramię w ramię – choćby w imię najszlachetniejszych haseł… Bo to tylko hasła.

Ale druga strona?… Mój Boże… W dużej części NAPRAWDĘ durne lewactwo, dla którego „faszyzmem” jest każda postawa choć odrobinę bardziej na prawo od ich przekonań.

Ludzie którzy oburzają się (słusznie) na to, że w marszu idą faszyści – a sami przynoszą flagi z sierpem i młotem albo inne symbole równie zbrodniczej i podłej ideologii.

Anarchiści, którzy gdyby mogli rozwaliliby wszystko dookoła w imię swoich chorych idei.

Jawni bolszewicy, którzy w imię „walki z faszyzmem” wysadziliby pół świata, a potem wzięli się za drugie pół w imię równości i sprawiedliwości społecznej.

Obie strony są siebie warte. Obie są równie przekonane o wielkości swojej misji. Obie uważają za kanalię każdego, kto myśli inaczej.

Oglądam teraz jakieś programy w telewizji, dyskusje – z jednej pani Szczuka, z drugiej pan Terlikowski… Kurczę, czy oni sami nie słyszą tego, że nawet argumenty którymi się usprawiedliwiają są dokładnie takie same?

Pan Terlikowski – że te bandy kiboli to tylko chuligańskie wybryki, że przecież większość uczestników marszu szła spokojnie, a media tylko na tych chuliganach się skupiały. I słowa o tym, że tych chuliganów – bandytów, nazywajmy rzeczy po imieniu! – organizatorzy marszu sami na ten marsz zaprosili!

A pani Szczuka – że niemieccy anarchiści którzy zaatakowali grupę rekonstrukcyjną i inni tego typu – to tylko chuligańskie wybryki… I tak dalej, jak wyżej. I też ani słowa o tym, ze organizatorzy blokady sami tych Niemców i innych anarchistów zaprosili.

I ta obrzydliwa licytacja, kto bardziej nabroił, to więcej kamieni rzucił. I jednego słowa typu „głupio wyszło”, i nawet najgłupszego „przepraszamy”. Nie, to oni są winni. No i oczywiście media, wstrętne, że „jednostronnie pokazywały”.

A media też nielepsze. Z jednej – różne „Gazety Polskie” i inne „Nasze Dzienniki”, dowodzące że spokojni jak baranki uczestnicy marszu zostali zaatakowani przez dzikie hordy agresywnych lewaków.

Z drugiej strony – „Wyborcza”, która dowodzi że agresywni byli w zasadzie tylko uczestnicy marszu, a po stronie blokady był spokój, porządek i tylko kilka „incydentów”.

A g… prawa. Obie strony były – są – siebie warte.

Hej słyszycie mnie? Jesteście TACY SAMI. Szkoda tylko, że musicie to sobie nawzajem okazywać akurat w Taki dzień.

 

Mruczanka Z Cmentarza

– Ale ta ciocia X to sobie wybrała czas na umarcie…

– No mówię ci, kochana, korki były jak jasna cholera!

– Felek? Ten co miał tego kota dużego? Żyje, żyje. Złego licho nie weźnie. 

– Patrz, ile tych świeczek naćkała, cały pomnik zastawiony!

– Sztuczne! Jasne, że sztuczne. Kto by żywe kładł? Opadną zaraz i chuj z tego będzie.

– Papieroska?

– Ale w tym roku to słoneczko, ciepełko… A rok temu wieczorem to było zimno jak skurwysyn!

– A się wystroiła, ta X…owa! Kozaczki jakie! Myślały kto, że nie wiadomo co!

– Patrz no, ile tych liści napierdoliło!

– Jak to można taki grób zrobić? Płyta sama, bez pomnika? Babcia zmarła, to pożałowali..

– Kto by pomyślał rok temu, że on też się przekręci…

– A i księdzu zapłać, a nagrobek najmarniej sześc tysięcy, a ławeczkę postawić, a gdzie pieniądze na stypę? Dziś żeby umierać to trzeba spać na forsie!

– Patryk, gdzie biegasz do cholery, gówniarzu! Tu cmentarz jest, tu się kurwa zachowywać trzeba!

– Uważaj pani trochę, po co się taj pchać?!

– Ale te znicze tu, cholera drogie! Jak u Żyda!

– Halo, ciocia? No, właśnie jestem na cmentarzu… No, palą się jeszcze… A u Cioci co słychać?…

(Wszystkie komentarze usłyszane na trzech różnych cmentarzach, 1. i 2. listopada bieżącego roku. Cytowane dosłownie, z wyjątkiem nazwisk. Pisownia odpowiada oryginalnym wypowiedziom).

„Koncepcję cmentarza jako przestrzeni nienaruszalnej i świętej przejęło wczesne chrześcijaństwo z tradycji rzymskiej (…)” (Za Wikipedią)

„Miejscem świętym (locus sacer) nazywamy miejsce, przez konsekrację lub poświęcenie, według przepisów ksiąg liturgicznych przeznaczone na wykonywanie kultu religijnego lub chowanie zmarłych wiernych” (Kodeks Prawa Kanonicznego z 1917 r.)

A nad jednym grobem stała sobie mała dziewczynka w granatowym płaszczyku, w żółtawym berecie. Trzymała w ręku kwiatek – nie chryzantemę, ale jakąś taką małą różyczkę i… płakała. Odchodząc rzuciłem okiem na grób:

Zuzanna X…, żyła lat 86, zmarła 24.10.2011.

Pewnie babcia.

Jakoś mi ta scena wróciła wiarę w ludzi. 

Mruczanka Na Bieżąco

Jak to jest, Kocia Twarz, że różne wydarzenia wymagające jakichś inwestycji finansowych dzieją się zawsze właśnie wtedy, kiedy nie ma na nie pieniędzy?

I, oczywiście, na raz?

Siedzi Puchatek na dole, coś sprząta, M. na górze kąpie Pucka (czy raczej – towarzyszy w kąpieli, siedząc sobie na brzegu wanny, bo spróbujcie powiedzieć trzylatkowi, że jest za mały, żeby sam się umyć…). Pietruszka szykuje się do kąpieli. I nagle… Puchatka wołają, a ton głosu wyraźnie sugeruje,że „coś się stało”.

Ano stało. Nie da się wyjść z łazienki. Klamka „się naciska” normalnie, ale zamek jak najbardziej trzyma.

Możliwości jest zawsze kilka: sprężynka w zamku pękła / spadła / obluzowała się, pękł ten poprzeczny kawałek metalu który przesuwa język zamka, pękło cokolwiek-bądź-innego… Banał. Trzeba wyjąć zamek, rozkręcić, sprawdzić, a potem w zależności od efektów sprawdzenia albo naprawić, albo wymienić.

Jest tylko jeden problem: jedyna płaszczyzna z której można wymontować zamek to ta, która właśnie przylega do framugi. Innymi słowy: żeby wymontować zamek, trzeba otworzyć drzwi. Ale zamek trzeba wymontować właśnie dlatego, że nie można tych drzwi otworzyć. Podręcznikowa ilustracja pojęcia „sytuacja bez wyjścia” (niestety, także dosłownie).

Szczegółów operacji Wam oszczędzę. W dużym skrócie: Puchatek zmuszony były wejść do łazienki przez to małe okienko w górnej części drzwi (po uprzednim usunięciu z niego szyby…), co okazało się średnio trudne, a potem przez to samo okienko wyekspediować na zewnątrz Pucka (bułka z masłem), Pietruszkę (trochę większa bułka, ale za to długa i chuda) oraz Ukochaną Małżonkę, co już było nieco większym wyzwaniem, ale okazało się wykonalne.

A potem, w braku jakichkolwiek innych możliwości (bo bez otwarcia drzwi nie da się… i tak dalej) Puchatek zmuszony był otworzyć drzwi „na rympał”.

I doszedł do wniosku, że albo w Ameryce mają jakieś cieńsze drzwi, albo sceny z popularnych filmów sensacyjnych w których Pan Policjant uderza barkiem, a drzwi stają otworem – to kit, bajka i ściema. Nie stają (choć Puchatek nie należy raczej do osób drobnych, lekkich i chudych), za to bark potem boli.

Dzięki czemu – jakby to brutalnie nie zabrzmiało – miał Puchatek niepowtarzalną (…miejmy nadzieję…) okazję to zrobienia czegoś, o czym jego jaskiniowa podświadomość zawsze marzyła. A mianowicie do otwarcie drzwi „z kopa”. Kopa, dodajmy, precyzyjnie wymierzonego w uszkodzony zamek, tuż pod klamką.

Zadziałało. Kawałki zamka zbierał potem Puchatek w promieniu kilku metrów od łazienki (ech, te peerelowskie drzwi z płyty paździerzowej czy innego badziewia…).

Potem pozostało już tylko poskładać to wszystko to tak zwanej kupy, zamontować z powrotem, i drzwi nawet z grubsza się zamykają. Co nie zmienia faktu, że – jakby to delikatnie powiedzieć… – w kilku miejscach widać, że były otwierane par force. A nowe drzwi… w obecnej sytuacji finansowej… No właśnie.

A w dodatku – co nie ma nic wspólnego z drzwiami, ale ma dużo z obecną sytuacja finansową – zepsuł się ekspres do kawy. Pan w serwisie obejrzał, pokiwał głową i uczciwie powiedział, że taniej wyjdzie kupić nowy.

Ha, ha, ha, zaśmiała się hrabina po francusku, bo ten język znała najlepiej.

***

Pucek siedzi na dywanie i bawi się z koleżanką Marianną, lat cztery (czyli o rok starszą – ale gabarytowo są w jednej kategorii wagowej). Nagle Pucek – bardzo charakterystycznym tonem, sugerującym że stało się Coś Niestosownego – mówi:

– Pseplasam!

– O, a kto puścił bąka? – pyta z zainteresowaniem koleżanka Marianna.

– No pseciez ty! – odpowiada ze zdziwieniem młody gentleman.

Kurtyna.

 

Jesiennie

Jak to jest, że już w kilka tygodnie po wakacjach – po czasie wędrowania, odpoczynku, otwartych przestrzeni… – czuję się tak, jakby to wszystko wydarzył się „dawno, dawno temu”, jakby codzienność i „szara rzeczywistość” trwały od wieków?

Jesienny spleen dopada mnie co roku silniej (to pewnie kwestia wieku…). Szarość za oknem, mokre chodniki i męcząca monotonia rytmu praca – szkoła Potworów – praca – obiad – praca – spać… Do tego dochodzą wlokące się za nami już od roku dołki finansowe (znowu ta sama historia: w powietrzu „wisi” ponad dziesięć tysięcy, które już powinny być na koncie – ale ich nie ma, a na koncie są cztery tysiące. Na minusie. A tu jeszcze trzeba było ubezpieczenie samochodu zapłacić, a tu jeszcze trzeba było wymienić pasek rozrządu, a jak już zaufany pan mechanik opelka obejrzał, to zadecydował że klocki hamulcowe też do wymiany i filtr oleju… Miało być pięć stów, wyszedł tysiąc…).

A tu jeszcze drobne (…i mniej drobne…) życiowe upierdliwości. To nie wychodzi, tamto nie wychodzi, to wyszło zupełnie inaczej niż miało, a tamto – choć wyglądało, że wreszcie posuwa się naprzód – dalej jest tak jak było, co niestety nie oznacza, że tak jak trzeba.

Niby to wszystko drobiazgi… Właściwie można by na to wszystko patrzeć zupełnie inaczej. Znajdować pozytywy, dostrzegać te lepsze strony.

Bo przecież jesień to nie tylko szarówa i plucha. Bo przecież wrzesień był piękny i ciepły. Bo sumak który widzę teraz przez okno – przy furtce – powoli zaczyna już pokrywać się tą niesamowitą, ognistą czerwienią, którą tak lubię.

Ale jakoś mnie to wszystko nie potrafi nakręcić. Jakiś smętek we mnie siedzi. Jakiś spleen. Jakieś zniechęcenie.

Mruczanka Muzycznie Wkurzona

Potwory uwielbiają oglądać w telewizji program „Jaka to melodia”. Poziom intelektualny tego arcydzieła telewizyjnej rozrywki jest moim zdaniem idealny właśnie dla ośmio- czy dziewięciolatków, a że program jest stosunkowo nieszkodliwy, specjalnie się nie sprzeciwiamy.

Czasem przechodząc rzucam okiem. Dziś też rzuciłem. I padłem.

Kategoria – „Marek Grechuta”. Prowadzący podpowiada, że chodzi o tytułową piosenkę z drugiego albumu Grechuty, wydanego w 1971 r. Uczestniczka teleturnieju mówi, że chodzi o „Niepewność” (bo to zapewne jedyna piosenka Grechuty, jaką w ogóle kojarzy). Ja rzucam, że „Korowód”, po chwili okazuje się że miałem rację (i znowu zapunktowałem u Potworów…). „A zatem posłuchajmy”, proponuje prowadzący.

I słuchamy. Na scenę pakuje się jakiś słodko wyglądający blondynek z fryzurką potraktowaną kubełkiem żelu (co pozwolę sobie już przemilczeć…) i śpiewa „Korowód”.

A za nażelowanym blondynkiem stoi części publiczności zgromadzonej w studio – głównie (w pierwszym rzędzie) długowłose i długonogie panienki w krótkich miniówach. I co robią te panienki?

Tak, rzecz prosta – tańczą. Podrygują, wyginając śmiało ciało dokładnie tak samo, jak chwilę wcześniej robiły to w rytm jakiegoś super-hiper-disco-przeboju.

A nażelowany blondynek śpiewa słowa, które – jeśli się w nie wsłuchać – chwytają za gardło i sprawiają, że człowiekowi (…myślącemu?…) ciarki  chodzą po plecach.

Kto pierwszy szedł przed siebie, Kto pierwszy cel wyznaczył?
Kto pierwszy z nas rozpoznał? Kto wrogów? Kto przyjaciół?
Kto pierwszy sławę wszelką i włości swe miał za nic,
A kto nie umiał zasnąć nim nie wymyślił granic?
Kto pierwszy w noc bezsenną wymyślił wielką armię?
Kto został bohaterem? Kto żył i umarł marnie? (…)
 
Kto pierwszy był fakirem, kto pierwszy astrologiem?
Kto pierwszy został królem, a kto chciał zostać bogiem?
Kto z gwiazdozbioru Vega patrząc za ziemię zgadnie
Kto pierwszy był człowiekiem? Kto będzie nim ostatni? (…)
 
Wciąż niepewni siebie, siebie niewiadomi
Pytać wciąż będziemy, pytać po kryjomu…
 

A ja wyginam śmiało ciało…

Ludzkości nie zgubią wojny, choroby, AIDS czy wielka asteroida. Nasz świat wykończy bezmyślność, totalny brak refleksji. Kiedyś ktoś przyciśnie jakiś guzik nie dlatego, że będzie zbrodniarzem – ale dlatego, że będzie idiotą nieprzyzwyczajonym do zastanawiania się nad tym, co robi.

Tak będzie, zobaczycie.