Mruczanka Z Cmentarza

– Ale ta ciocia X to sobie wybrała czas na umarcie…

– No mówię ci, kochana, korki były jak jasna cholera!

– Felek? Ten co miał tego kota dużego? Żyje, żyje. Złego licho nie weźnie. 

– Patrz, ile tych świeczek naćkała, cały pomnik zastawiony!

– Sztuczne! Jasne, że sztuczne. Kto by żywe kładł? Opadną zaraz i chuj z tego będzie.

– Papieroska?

– Ale w tym roku to słoneczko, ciepełko… A rok temu wieczorem to było zimno jak skurwysyn!

– A się wystroiła, ta X…owa! Kozaczki jakie! Myślały kto, że nie wiadomo co!

– Patrz no, ile tych liści napierdoliło!

– Jak to można taki grób zrobić? Płyta sama, bez pomnika? Babcia zmarła, to pożałowali..

– Kto by pomyślał rok temu, że on też się przekręci…

– A i księdzu zapłać, a nagrobek najmarniej sześc tysięcy, a ławeczkę postawić, a gdzie pieniądze na stypę? Dziś żeby umierać to trzeba spać na forsie!

– Patryk, gdzie biegasz do cholery, gówniarzu! Tu cmentarz jest, tu się kurwa zachowywać trzeba!

– Uważaj pani trochę, po co się taj pchać?!

– Ale te znicze tu, cholera drogie! Jak u Żyda!

– Halo, ciocia? No, właśnie jestem na cmentarzu… No, palą się jeszcze… A u Cioci co słychać?…

(Wszystkie komentarze usłyszane na trzech różnych cmentarzach, 1. i 2. listopada bieżącego roku. Cytowane dosłownie, z wyjątkiem nazwisk. Pisownia odpowiada oryginalnym wypowiedziom).

„Koncepcję cmentarza jako przestrzeni nienaruszalnej i świętej przejęło wczesne chrześcijaństwo z tradycji rzymskiej (…)” (Za Wikipedią)

„Miejscem świętym (locus sacer) nazywamy miejsce, przez konsekrację lub poświęcenie, według przepisów ksiąg liturgicznych przeznaczone na wykonywanie kultu religijnego lub chowanie zmarłych wiernych” (Kodeks Prawa Kanonicznego z 1917 r.)

A nad jednym grobem stała sobie mała dziewczynka w granatowym płaszczyku, w żółtawym berecie. Trzymała w ręku kwiatek – nie chryzantemę, ale jakąś taką małą różyczkę i… płakała. Odchodząc rzuciłem okiem na grób:

Zuzanna X…, żyła lat 86, zmarła 24.10.2011.

Pewnie babcia.

Jakoś mi ta scena wróciła wiarę w ludzi. 

Mruczanka Na Bieżąco

Jak to jest, Kocia Twarz, że różne wydarzenia wymagające jakichś inwestycji finansowych dzieją się zawsze właśnie wtedy, kiedy nie ma na nie pieniędzy?

I, oczywiście, na raz?

Siedzi Puchatek na dole, coś sprząta, M. na górze kąpie Pucka (czy raczej – towarzyszy w kąpieli, siedząc sobie na brzegu wanny, bo spróbujcie powiedzieć trzylatkowi, że jest za mały, żeby sam się umyć…). Pietruszka szykuje się do kąpieli. I nagle… Puchatka wołają, a ton głosu wyraźnie sugeruje,że „coś się stało”.

Ano stało. Nie da się wyjść z łazienki. Klamka „się naciska” normalnie, ale zamek jak najbardziej trzyma.

Możliwości jest zawsze kilka: sprężynka w zamku pękła / spadła / obluzowała się, pękł ten poprzeczny kawałek metalu który przesuwa język zamka, pękło cokolwiek-bądź-innego… Banał. Trzeba wyjąć zamek, rozkręcić, sprawdzić, a potem w zależności od efektów sprawdzenia albo naprawić, albo wymienić.

Jest tylko jeden problem: jedyna płaszczyzna z której można wymontować zamek to ta, która właśnie przylega do framugi. Innymi słowy: żeby wymontować zamek, trzeba otworzyć drzwi. Ale zamek trzeba wymontować właśnie dlatego, że nie można tych drzwi otworzyć. Podręcznikowa ilustracja pojęcia „sytuacja bez wyjścia” (niestety, także dosłownie).

Szczegółów operacji Wam oszczędzę. W dużym skrócie: Puchatek zmuszony były wejść do łazienki przez to małe okienko w górnej części drzwi (po uprzednim usunięciu z niego szyby…), co okazało się średnio trudne, a potem przez to samo okienko wyekspediować na zewnątrz Pucka (bułka z masłem), Pietruszkę (trochę większa bułka, ale za to długa i chuda) oraz Ukochaną Małżonkę, co już było nieco większym wyzwaniem, ale okazało się wykonalne.

A potem, w braku jakichkolwiek innych możliwości (bo bez otwarcia drzwi nie da się… i tak dalej) Puchatek zmuszony był otworzyć drzwi „na rympał”.

I doszedł do wniosku, że albo w Ameryce mają jakieś cieńsze drzwi, albo sceny z popularnych filmów sensacyjnych w których Pan Policjant uderza barkiem, a drzwi stają otworem – to kit, bajka i ściema. Nie stają (choć Puchatek nie należy raczej do osób drobnych, lekkich i chudych), za to bark potem boli.

Dzięki czemu – jakby to brutalnie nie zabrzmiało – miał Puchatek niepowtarzalną (…miejmy nadzieję…) okazję to zrobienia czegoś, o czym jego jaskiniowa podświadomość zawsze marzyła. A mianowicie do otwarcie drzwi „z kopa”. Kopa, dodajmy, precyzyjnie wymierzonego w uszkodzony zamek, tuż pod klamką.

Zadziałało. Kawałki zamka zbierał potem Puchatek w promieniu kilku metrów od łazienki (ech, te peerelowskie drzwi z płyty paździerzowej czy innego badziewia…).

Potem pozostało już tylko poskładać to wszystko to tak zwanej kupy, zamontować z powrotem, i drzwi nawet z grubsza się zamykają. Co nie zmienia faktu, że – jakby to delikatnie powiedzieć… – w kilku miejscach widać, że były otwierane par force. A nowe drzwi… w obecnej sytuacji finansowej… No właśnie.

A w dodatku – co nie ma nic wspólnego z drzwiami, ale ma dużo z obecną sytuacja finansową – zepsuł się ekspres do kawy. Pan w serwisie obejrzał, pokiwał głową i uczciwie powiedział, że taniej wyjdzie kupić nowy.

Ha, ha, ha, zaśmiała się hrabina po francusku, bo ten język znała najlepiej.

***

Pucek siedzi na dywanie i bawi się z koleżanką Marianną, lat cztery (czyli o rok starszą – ale gabarytowo są w jednej kategorii wagowej). Nagle Pucek – bardzo charakterystycznym tonem, sugerującym że stało się Coś Niestosownego – mówi:

– Pseplasam!

– O, a kto puścił bąka? – pyta z zainteresowaniem koleżanka Marianna.

– No pseciez ty! – odpowiada ze zdziwieniem młody gentleman.

Kurtyna.

 

Jesiennie

Jak to jest, że już w kilka tygodnie po wakacjach – po czasie wędrowania, odpoczynku, otwartych przestrzeni… – czuję się tak, jakby to wszystko wydarzył się „dawno, dawno temu”, jakby codzienność i „szara rzeczywistość” trwały od wieków?

Jesienny spleen dopada mnie co roku silniej (to pewnie kwestia wieku…). Szarość za oknem, mokre chodniki i męcząca monotonia rytmu praca – szkoła Potworów – praca – obiad – praca – spać… Do tego dochodzą wlokące się za nami już od roku dołki finansowe (znowu ta sama historia: w powietrzu „wisi” ponad dziesięć tysięcy, które już powinny być na koncie – ale ich nie ma, a na koncie są cztery tysiące. Na minusie. A tu jeszcze trzeba było ubezpieczenie samochodu zapłacić, a tu jeszcze trzeba było wymienić pasek rozrządu, a jak już zaufany pan mechanik opelka obejrzał, to zadecydował że klocki hamulcowe też do wymiany i filtr oleju… Miało być pięć stów, wyszedł tysiąc…).

A tu jeszcze drobne (…i mniej drobne…) życiowe upierdliwości. To nie wychodzi, tamto nie wychodzi, to wyszło zupełnie inaczej niż miało, a tamto – choć wyglądało, że wreszcie posuwa się naprzód – dalej jest tak jak było, co niestety nie oznacza, że tak jak trzeba.

Niby to wszystko drobiazgi… Właściwie można by na to wszystko patrzeć zupełnie inaczej. Znajdować pozytywy, dostrzegać te lepsze strony.

Bo przecież jesień to nie tylko szarówa i plucha. Bo przecież wrzesień był piękny i ciepły. Bo sumak który widzę teraz przez okno – przy furtce – powoli zaczyna już pokrywać się tą niesamowitą, ognistą czerwienią, którą tak lubię.

Ale jakoś mnie to wszystko nie potrafi nakręcić. Jakiś smętek we mnie siedzi. Jakiś spleen. Jakieś zniechęcenie.

Mruczanka Muzycznie Wkurzona

Potwory uwielbiają oglądać w telewizji program „Jaka to melodia”. Poziom intelektualny tego arcydzieła telewizyjnej rozrywki jest moim zdaniem idealny właśnie dla ośmio- czy dziewięciolatków, a że program jest stosunkowo nieszkodliwy, specjalnie się nie sprzeciwiamy.

Czasem przechodząc rzucam okiem. Dziś też rzuciłem. I padłem.

Kategoria – „Marek Grechuta”. Prowadzący podpowiada, że chodzi o tytułową piosenkę z drugiego albumu Grechuty, wydanego w 1971 r. Uczestniczka teleturnieju mówi, że chodzi o „Niepewność” (bo to zapewne jedyna piosenka Grechuty, jaką w ogóle kojarzy). Ja rzucam, że „Korowód”, po chwili okazuje się że miałem rację (i znowu zapunktowałem u Potworów…). „A zatem posłuchajmy”, proponuje prowadzący.

I słuchamy. Na scenę pakuje się jakiś słodko wyglądający blondynek z fryzurką potraktowaną kubełkiem żelu (co pozwolę sobie już przemilczeć…) i śpiewa „Korowód”.

A za nażelowanym blondynkiem stoi części publiczności zgromadzonej w studio – głównie (w pierwszym rzędzie) długowłose i długonogie panienki w krótkich miniówach. I co robią te panienki?

Tak, rzecz prosta – tańczą. Podrygują, wyginając śmiało ciało dokładnie tak samo, jak chwilę wcześniej robiły to w rytm jakiegoś super-hiper-disco-przeboju.

A nażelowany blondynek śpiewa słowa, które – jeśli się w nie wsłuchać – chwytają za gardło i sprawiają, że człowiekowi (…myślącemu?…) ciarki  chodzą po plecach.

Kto pierwszy szedł przed siebie, Kto pierwszy cel wyznaczył?
Kto pierwszy z nas rozpoznał? Kto wrogów? Kto przyjaciół?
Kto pierwszy sławę wszelką i włości swe miał za nic,
A kto nie umiał zasnąć nim nie wymyślił granic?
Kto pierwszy w noc bezsenną wymyślił wielką armię?
Kto został bohaterem? Kto żył i umarł marnie? (…)
 
Kto pierwszy był fakirem, kto pierwszy astrologiem?
Kto pierwszy został królem, a kto chciał zostać bogiem?
Kto z gwiazdozbioru Vega patrząc za ziemię zgadnie
Kto pierwszy był człowiekiem? Kto będzie nim ostatni? (…)
 
Wciąż niepewni siebie, siebie niewiadomi
Pytać wciąż będziemy, pytać po kryjomu…
 

A ja wyginam śmiało ciało…

Ludzkości nie zgubią wojny, choroby, AIDS czy wielka asteroida. Nasz świat wykończy bezmyślność, totalny brak refleksji. Kiedyś ktoś przyciśnie jakiś guzik nie dlatego, że będzie zbrodniarzem – ale dlatego, że będzie idiotą nieprzyzwyczajonym do zastanawiania się nad tym, co robi.

Tak będzie, zobaczycie.

 

Wrześniowo

Nie lubię września.

Niby jeszcze lato, słońce, ciepło – a już w powietrzu wisi jesień. Ta świadomość, że to już koniec lata, koniec wędrowania, koniec wolności – że teraz już tylko praca, praca i praca… To męczy.

A do tego dochodzą inne sprawy natury życiowo – powszedniej. Trójka dzieci w domu (w tym dwójka szkolnych) oznacza między innymi, że wrzesień to czas potwornego zabiegania i ustalania całej logistyki, która (jeśli tylko ułoży się ją dobrze i z głową) ułatwia przeżycie roku szkolnego.

Dzieci do szkoły. Dzieci ze szkoły. Szkoła muzyczna – rytmika. Szkoła muzyczna – lekcje z instrumentami. A jakiś basen. A angielski też. A M. do przedszkola, a jeszcze musi wrócić, żeby był już samochód, żeby odebrać dzieci z punktu A. i dowieźć do punktu B. w określonym czasie – i jeszcze zdążyć po drodze wrzucić je do domu, żeby coś zjadły.

A jak wreszcie robi się spokojne popołudnie i wszyscy są już w domu, i nigdzie nie trzeba jechać – to i tak jest mnóstwo pracy, pracy, pracy – bo tekst trzeba skończyć, bo Duży Portal ma mieć tłumaczenie do siedemnastej, bo tę książkę trzeba by trochę pchnąć do przodu, bo czas leci.

I tak to wygląda, że dopiero wróciliśmy z wakacji, a już jest połowa września.

Do tego dochodzi jeszcze wiele innych spraw, które mnie męczą i nużą. Finansowo jest cienko (no dobrze, nie jest tragicznie – na chleb nie brakuje – ale nie jest rewelacyjnie). Kilka różnych inwestycji, kilka pomysłów i projektów po raz kolejny musi czekać na lepsze czasy. Jak na konto wpływają pieniądze od kolejnego z Rozlicznych Pracodawców, to zwykle okazuje się że są już wydane, więc wpływ tylko uzupełnia minus na koncie i daje niewielki plus. A zanim przyjdą kolejne… Da capo.

Z jednej strony – pozytyw jest taki, że (z różnych przyczyn) taka sytuacja potrwa jeszcze pół roku, a potem są poważne szanse, że się wyprostuje (bo parę zobowiązań już się do końca spłaci, a pojawi się parę wpływów, których dotąd nie było). Pół roku to niby nie tak dużo…

…Ale i nie tak mało. Zwłaszcza, że to właśnie TO pół roku. W tym miesiącu trzeba wrzucić samochód do warsztatu, bo licznik wskazuje że pora na zmianę paska rozrządu. To niby niewielka operacja, ale pewnie kilkaset złotych pójdzie. W październiku kończy się ubezpieczenie – co rzecz prosta oznacza, że trzeba będzie wykupić nowe. Do tego dochodzą różne dodatkowe opłaty wrześniowe (komitety rodzicielskie w szkole zwykłej i muzycznej, opłata za angielski, jeszcze jakieś dodatkowe podręczniki i tak dalej, i tak dalej). Poza tym zbliża się jesień, trzeba zrobić przegląd rzeczy zimowych – i stwierdzić, że (strzelam) przed pierwszym śniegiem konieczne jest kupno dwóch par zimowych butów, jednej kurtki i przynajmniej trzech par spodni na trzy różne odwłoki.

Wszystko to niby nie są wielkie wydatki – ale po ich zsumowaniu robią się z tego niemałe pieniądze. A przecież zima to także Boże Narodzenie, nie wspominając już o tym, że pewnie najdalej w połowie października trzeba będzie zacząć grzać, co oznacza skok rachunków za gaz o kilkaset procent.

A do tego wszystkiego jeszcze mnóstwo drobnych up…liwości. Pan P. miał dzwonić w sprawie X. – nie dzwoni, nie można się do niego dostukać. Niby nic pilnego ale irytujące. I tak dalej.

A Puchatkowy Ojciec miał wypadek – niby też drobny i bez konsekwencji, ale jednak. Jechał rowerem, przejeżdżał przez ulicę (ścieżką rowerową) – i wjechał w niego samochód. Bum. Niby nic się nie stało – trochę potłuczony, siniak na brodzie, siniaki na żebrach, skaleczona głowa. Sam pojechał do domu, następnego dnia poszedł do lekarza, nic poważnego się nie stało. Ale…

Nie lubię września.

 

Mruczanka Po Szkocku :-) 

Czytam właśnie kapitalną książkę.

"Byś Szkotem" to specyficzna autobiografia samego Sir Seana Connery’ego (napisana przy pomocy Murraya Grigora).

Specyficzna – bo sama autobiografia (czyli historia jego życia…) zajmuje jakieś dwadzieścia, może dwadzieścia pięć procent objętości książki. Reszta to… Szkocja. Kiedy Connery pisze o swoim dzieciństwie w biednej dzielnicy Edynburga – to przy okazji dostajemy szeroką panoramę tego miasta w latach trzydziestych i czterdziestych XX w., a także trochę opowieści o tym, dlaczego jest ono właśnie takie, a nie inne. Jak opowiada o swojej pierwszej istotnej roli (w ekranizacji Makbeta dla kanadyjskiej telewizji) – to trzy czwarte rozdziału zajmuje opowieść o "Makbecie", jego powstaniu, relacji między tym co jest w dramacie a prawdziwą historią Szkocji, wpływie sztuki (i jej różnych aranżacji) na postrzeganie Szkocji w przeszłości i dziś… I tak dalej.

Czyta się to znakomicie (choć oczywiście trudno powiedzieć, na ile jest to zasługa Connery’ego, a w jakim stopniu przyczynił się do tego współautor, skądinąd pisarz i filmowiec). Jedno jest pewne: Najlepszy Z Bondów to świetny gawędziarz, swobodnie przeskakujący z jednej opowieści w drugą, z historii sprzed lat siedemdziesięciu do historii sprzed lat pięciuset…

Connery jest Szkotem do szpiku kości. Jest szkockim patriotą, marzącym o oderwaniu Szkocji od Anglii. Jest w tej swojej Szkocji zakochany po uszy. Ale jednocześnie – paradoksalnie – jasno dostrzega różne szkockie słabości i "narodowe wady", potrafi bezlitośnie śmiać się z różnych szkockich mitów i narodowej megalomanii. (Panowie Politycy słyszą?…)

Wspaniale opowiada o swoim dzieciństwie – także o tym, jak skończył "formalną edukację" w wieku dwunastu lat i jak potem – kiedy niejako "przypadkiem" trafił do teatru i odnalazł w aktorstwie swoją drogę – zdobywał wiedzę o świecie po prostu… czytając książki. Nie, nie encyklopedię, ale wielką literaturę.

Jedną – niestety – ta książka ma wadę (aż się boję się to napisać): tłumaczenie. Nie, nic "dużego" – ale mnóstwo małych, irytujących drobiazgów, które po prostu POWINNY być przetłumaczone inaczej. Jak czytam, że Connery w 1991 dostał (cytuję) "przywilej Freedom of the City" (w Edynburgu, oczywiście), to mi ręce opadają. Jaki "przywilej", do jasnej karbidówki?! "Został uhonorowany tytułem…", "Otrzymał godność…" – albo po prostu "Otrzymał honorowe obywatelstwo Edynburga" (bo przyznawany w wielu miastach na świecie tytuł "Freedom of the City" do tego się w gruncie rzeczy sprowadza).

A już jak czytam, że szkockim instrumentem narodowym jest KOBZA, a na paradach grają orkiestry KOBZIARZY – to mnie po prostu szlag trafia. Bzdura językowa, bezmyślnie powtarzana przy wielu okazjach, naprawdę nie powinna się znaleźć w książce, w której Szkocja i jej kultura są w zasadzie głównym tematem. (Dla niezorientowanych – szkockim instrumentem narodowym są DUDY. Natomiast KOBZA to zupełnie inny instrument. Nota bene – strunowy.). Raz tylko jest jakiś bodaj "przypis tłumacza", że "tak naprawdę chodzi o szkockie dudy"…

Określenia typu "Zachodnia Wyżyna Szkocji" (pisane wielkimi literami, jakby były nazwami własnymi…) to już może przez litość pominę (konia z rzędem temu, kto znajdzie mi w encyklopedii czy atlasie geograficznym taką nazwę! Chodzi po prostu o "zachodnią część Highlands" albo – w wersji spolszczonej – "zachodnią część szkockich Wyżyn").

Nie wiem, czy to wina tłumacza, czy może redakcji – ale takie wpadki są irytujące i psują efekt…

…który jednak w ogólnym rozrachunku wypada zdecydowanie "na plus". Książka, którą warto przeczytać. Zdecydowanie – kategoria Puchatek Poleca.

Powakacyjnie…

Tyle się dzieje po powrocie do domu, że nie mam kiedy pisać. A przecież do dopiero przygrywka – prawdziwa jazda zacznie się od września, jak Potwory ruszą do szkół, a M. do pracy… Już się boję.

Ale tymczasem, zgodnie z obietnicą, trochę o Wielkiej Wyprawie.

Wyruszyliśmy z miejscowości C., z Dolnego Śląska, gdzie M. z Potworami spędzili kilka dni u Ulubionej Cioci i Dziadka (tzn. Dziadka M., a pradziadka Potworów). Ja dojechałem tam tylko na dwa dni – i ruszyliśmy na zachód.

Z C. do granicy w Zgorzelcu jest 70 kilometrów, ale autostradą. A potem granica (nawet nie zwolniliśmy…) – i już zaczynają się niemieckie autostrady, których fanklub od tych wakacji reprezentuję.

Z C. jechaliśmy do Ottersheim bei Landau, gdzie mieszka serdeczna koleżanka M. z mężem i czwórką dzieci. Trasa z C. do Ottersheim to 730 kilometrów. Przejechaliśmy to w jeden dzień, przy czy samej jazdy było nieco ponad 6 godzin. Niemieckie autostrady, wspominałem?..

W Ottersheim spędziliśmy trzy i pół dnia, wspominając Dawne Czasy, podróżując po okolicy (Nadrenia – Palatynat, góry Harzu, Speyer z niesamowitą, romańską katedrą…) – można zobaczyć na zdjęciach (w linkach po lewej).

A potem ruszyliśmy (dla odmiany) za zachód.

Pierwotne plany przewidywały "pojeżdżenie po Francji". Myśleliśmy o Wogezach, o Masywie Centralnym… Ale jak przyszło co do czego, doszliśmy do wniosku że jednak ze względu na Potwory warto by nad jakieś morze. A konkretnie – to nawet nad jakiś ocean. Więc ruszyliśmy w stronę Bretanii…

Przejechaliśmy – nocując na kempingach – calusieńką dolinę Loary, zamki niestety oglądając tylko od zewnątrz (Potwory, a zwłaszcza trzylatek Pucek, nie są jeszcze na etapie "zwiedzania"…).

Przejechaliśmy przez Orlean, bo po prostu nie mogliśmy sobie darować wejścia do Katedry, skoro byliśmy tak blisko… Potwory jednakowoż znacznie bardziej zachwyciły się karuzelą stojącą na centralnym placu miasta, obok pomnika świętej Joanny d’Arc. Stara, francuska karuzela – piętrowa – wprawdzie się nie kręciła, ale można było po niej chodzić, co Potworom zajęło godzinę.

Kiedy już dojechaliśmy do Bretanii, rozbiliśmy się na kilka dni na kempingu w Plouharnel (południe), a stamtąd jeździliśmy na plaże (głównie na półwysep Quiberon), do Carnac, na Point du Raz.

My z M. byliśmy już w tych rejonach – dziesięć lat temu, na ostatniej wyprawie przed epoką Potworów. Mówiąc precyzyjnie – Pietruszka był już w zasadzie z nami, choć nikt poza nami jeszcze o tym nie wiedział… 🙂

Bretania…

Magiczne miejsce. Może nie tak jak Szkocja, ale jednak magiczne. Kamienne domki, niebieskie okiennice, menhiry, dolmeny…

I wiatr od oceanu.

Wiatr od oceanu to coś zupełnie wyjątkowego. To nie to samo, co wiatr od morza (choćby nad Bałtykiem czy Morzem Północnym). Nie wiem na czym to polega – ale ten zapach powietrza i szum w gałęziach drzew połączone z odgłosami fal bijących o skały, wszystko to jest absolutnie niepowtarzalne.

Pamiętam wiatr nad oceanem w północnej Szkocji – ale także na zachodnich wybrzeżach Hiszpanii, w Portugalii, pamiętam wiatr znad Pacyfiku w Kalifornii, na Santa Monica czy nad Zatoką San Francisco… Taki wiatr, w którym można się zakochać, który wzywa do wypłynięcia na ocean, do wędrowania, do pójścia drogą, której się nigdy nie widziało na oczy.

Choćby dla tego wiatru warto było przejechać te sześć tysięcy kilometrów.

***

Wyprawę generalnie należy zaliczyć do udanych. Pogoda była wspaniała. Potwory na kempingach spisywały się dzielnie i świetnie się bawiły. Zobaczyliśmy kawał Europy, a my z M. przypomnieliśmy sobie nasze dawne wyprawy – i odbudowaliśmy w sobie trochę nadziei, że może jeszcze kiedyś…

Tylko kiedy?

Mruczanka Post-Podróżna

Puchatek uniżenie przeprasza, że go tutaj przez miesiąc nie było. Ale był gdzie indziej, gdzie dostęp do sieci nie należał do priorytetów.

Najpierw były przygotowania (równolegle z kończeniem różnych pilnych prac…), potem wyjazd i wyprawa.

Opiszę Wam wszystko, ale jeszcze nie dziś. Bo wczoraj późnym popołudniem wróciliśmy dopiero z wyprawy, zwanej przez M. nieco złośliwie obozem wędrownym.

Przejechaliśmy całe Niemcy (w poprzek) i całą Francję (takoż). Skakaliśmy na falach Atlantyku w Bretanii. Jedliśmy bretońskie naleśniki. Robiliśmy sobie zdjęcia pod menhirami i dolmenami. Potwory zaznały mieszkania w namiocie – i bardzo im się spodobało. I tak dalej.

Przejechaliśmy (od wyjazdu z domu do powrotu pod furtkę) prawie sześć tysięcy kilometrów.

A tak na szybko – trzy krótkie myśli natury geograficzno-teologicznej:

1. Żadne morze, jezioro, staw czy rzeka nie mogą się równać z oceanem.

2. Katedra w Orleanie nie ma sobie równych – żadna inna (nawet paryska Notre Dame, nawet katedra w Chartres…) nie mają w sobie tyle strzelistości, lekkości i gotyckiego piękna (tak, to subiektywna uwaga).

3. Jeśli niebo ma być miejscem doskonałym, to budowę dróg Pan Bóg niewątpliwie powierzy Niemcom.