Mruczanka z Kotami w Roli Głównej

„The Cats”, Andrew Lloyd Weber. Klasyka. Kupiłem na Allegro. Miałem tylko na kasecie, a kaseta miała … lat. I pomyślałen, że warto odnowić starą znajomość.

Kiedyś – dawno, dawno temu – zachwyciłem się tym musicalem. Genialna muzyka Webera (choć wielu twierdzi inaczej, uważam że „Koty” to jego największe dzieło – ani „Józef…”, ani „Jesus Christ Superstar” to już nie to…) – a do tego genialne teksty Eliota.

Wiersze Eliota o kotach są tak surrealistyczne – i tak realistyczne zarazem… A Weber – najwyraźniej – usłyszał je bardzo głęboko i bardzo mocno trafiły w jego muzyczną wyobraźnię. Te teksty i ta muzyka w mojej świadomości zlały się w jedno – nie potrafię już czytać „Old Possum’s Book of Practical Cats” nie mając jednocześnie w głowie dźwięków musicalu „The Cats”. Rum Tum Tugger, Mungojerrie and Rumpelteazer, pan Bustopher Jones czy mroczny Macavity zawsze brzmią mi frazami z Webera.

No i genialne, wielkie „Memory”, które samo w sobie jest po prostu arcydziełem. Zwłaszcza, kiedy śpiewa je Barbara Streissand…

*

„Koty” były kiedyś jedną z moich większych fascynacji muzycznych. Kiedy podróżując po USA dojechałem wreszcie do Nowego Jorku, moja mieszkająca tam ciotka (de facto – ciotka mojej mamy) zaproponowała mi, że jeśli chce mi się stanąć w kolejce do Ticket Roll na Times Square (gdzie bilety zawsze były, ale trzeba było godzinkę po nie postać…), to ona funduje – mogę sobie wybrać dowolny musical który grają na Broadwayu i razem się na niego wybierzemy. Wybrałem „Koty”, rzecz prosta. Odstałem swoje, poszliśmy razem z ciotką.

Sam spektakl – fantastyczny, rzecz prosta… Ale sama wyprawa do teatru miała (jak dowiedziałem się po ładnych kilku latach…) swój ciąg dalszy.

Ciotka zachwyciła się „Kotami”, i potem jeszcze kilka razy je oglądała. Zaciągnęła na nie nawet wujka (czyli swojego męża), który generalnie był raczej miłośnikiem klasyki i poza nią niewiele go w muzyce interesowało.

A potem – jakieś trzy lata po mojej wizycie – ciotka zachorowała. Rak płuc. Za późno wykryty (tak, w USA też się tak zdarza…), nie dało się go już usunąć, pozostała chemioterapia i „przeciąganie czasu”, jak mówią niektórzy.

Ciotka była już podobno bardzo słaba, wiedziała że umiera. I jeszcze raz, w ostatnich dniach życia, wyciągnęła wujka na „Koty”.

I kiedy aktorka na scenie śpiewała „Memory” – piosenkę o tym, że noc się kończy, że niedługo nadejdzie świt który wszystko zmieni, że zostaną tylko wspomnienia pięknej przeszłości… – wujek trzymał ja za ręce i płakał jak dziecko. On, stary żołnierz, lotnik, cichociemny…

Ciotka zmarła bodaj tydzień później. A wujek – którego nigdy w życiu nie spotkałem (kiedy ja byłem w Nowym Jorku, on akurat był w Polsce…) za pośrednictwem innej ciotki przekazał mi, że jest mi bardzo wdzięczny za to, że dzięki mnie ciotka zobaczyła „Koty” – i że tam, w tym teatrze, mogli się tak pięknie pożegnać.

Ot, tak mi się przypomniało…

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s