Mruczanka Głębokim Basem…

Pierwszy z dwóch zapowiadanych wpisów z cyklu „Puchatek Poleca”.

Siedzę sobie w wolnych chwilach (czyli rzadko…) i słucham nowej płyty Cohena, „Old Ideas”. I muszę powiedzieć, że dawno nic mnie tak nie poruszyło… Trudno pisać o takiej poezji (i takiej muzyce) – ale kilka myśli krąży mi po głowie na tyle uparcie, że chyba muszę je zapisać.

Po pierwsze – wizja ogólna jest taka, że Cohen stworzył płytę z nastawieniem trochę podobnym to tego, które (jak sądzę i jak pisali krytycy) reprezentował Clapton w swoim ostatnim albumie. Że po prostu gra to, co mu na sercu leży. Że nic już nikomu nie musi udowadniać, że nie musi się już przejmować tym, co jaki krytyk o tym napisze, czy któraś piosenka znajdzie się na szczycie list przebojów, czy nie…

Od strony muzycznej płyta jest w pewnym sensie kontynuacją trendu wyraźnie widocznego w poprzednich albumach: Cohen coraz mocniej wraca do punktu wyjścia – do prostych, akustycznych brzmień. Tak śpiewał kiedyś, na pierwszych kilku płytach: gitara, ewentualnie niewielkie instrumentarium, i głos (a raczej GŁOS). Później zrobiło się bardziej bogato, na kilku płytach brzmiało to niemal popowo (zwłaszcza w przypadku albumów „Various Positions”, „I’m Your Man” i „The Future”). Kolejne płyty były odwrotem od tej tendencji i stopniowym „wyciszaniem” strony muzycznej. W „Old Ideas” (nomen omen) niewiele jest perkusji, niewiele elektroniki, słychać gitarę, ale też kapitalny fortepian, przy którym bas Cohena – wyraźnie naznaczony już wiekiem – brzmi tak, że ciarki chodzą po plecach. (Przy okazji: słuchałem ostatnio płyty z koncertu Cohena „Live in London”; sama w sobie warta skomentowania, ale może kiedy indziej. Kiedy Cohen śpiewa słynne „Tower of Song”, kiedy dochodzi do słów „I was born like this, I had no choice / I was born with the gift of a golden voice” – cała sala wybucha oklaskami. W jednej chwili, spontanicznie.)

Taka estetyka kapitalnie (i zapewne celowo) podkreśla to, co na tej płycie najważniejsze: tekst.

Poezja Cohena zawsze była bardzo osobista – ale ta płyta jest pod tym względem wyjątkowa. Dlaczego?

Im bardziej wsłuchuję się w słowa kolejnych ballad, tym bardziej odnoszę wrażenie (tak, to czysto subiektywne skojarzenie….) że ten album jest albumem pożegnalnym. Nie musi to oczywiście znaczyć, że więcej płyt nie będzie – ale wykluczyć się tego nie da: warto pamiętać, że Cohen skończy we wrześniu 78 lat i chyba doskonale zdaje sobie z tego sprawę.

Głównym tematem tekstów z tej płyty jest przemijanie, odchodzenie, jakieś nieco melancholijne rozliczanie się z własną przeszłością… Nieustanne, powtarzające się zanurzanie się w pamięci, w życiu które w dużej części jest już przeszłością, powroty do najpiękniejszych chwil które były, dość gorzkie w gruncie rzeczy podsumowania dawnych miłości, jakieś rozrachunki z dawnymi dziejami…

Ale też spojrzenie w przyszłość, w to co jeszcze do przejścia. Są na tej płycie trzy piosenki niezwykle poruszające.

„Darkness” – ubrana w formę nieco mrocznego bluesa – wyraża jakiś niepokój, jakiś lęk przed przyszłością, przed tym co „po drugiej stronie”.

„Show Me The Place” – to zupełnie inny nastrój, takie staffowskie, melancholijne zaufanie i otwartość na to, co los (Los?) przyniesie, przy jednoczesnej świadomości tego, co miało miejsce w przeszłości i całej drogi, którą trzeba było przejść, aby dotrzeć do Tego Miejsca.

Ale najbardziej wzruszająca jest pierwsza piosenka na płycie – „Going Home”. „I love to speak with Leonard…” śpiewa Cohen – i nikt chyba nie ma wątpliwości, że śpiewa o sobie. Że to na siebie samego (i tego współczesnego, i tego sprzed lat…) patrzy z boku, z perspektywy czasu (z perspektywy Boga w gruncie rzeczy…), przez pryzmat doświadczenia, przez wszystkie przeżyte chwile i całą zdobytą mądrość. I że z sobą samym po trosze się żegna:

Going home Without my sorrow / Going home Sometime tomorrow / Going home To where it’s better Than before…

Cohen śpiewa te słowa niezwykle spokojnie – jak zresztą wszystkie teksty na tej płycie – a jednak nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jest w tym ocean emocji. Oto żegna się z nami (nawet, jeśli nie dosłownie i jeszcze nie w tej chwili) człowiek, który naprawdę kocha życie i naprawdę potrafi (potrafi z każdą chwilą bardziej…) docenić jego smak.

Paradoks: jak to jest, że człowiek naprawdę uczy się doceniać życie dopiero wtedy, kiedy zbliża się do jego końca?…

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s