No i jak to jest…?

Znajomi mają trójkę dzieci. Dwoje własnych (w sensie – biologicznych) i jedno (środkowe) adoptowane. Bo tak.

Zawsze chcieli mieć więcej. Myśleli nawet o jeszcze jednej adopcji – ale na razie nie były to plany sprecyzowane. Trochę na zasadzie „w przyszłości”.

Miesiąc temu, jak grom z jasnego nieba, telefon. Pani z opieki społecznej z miasta X. Dzwoni, jak oznajmiła, w zasadzie prywatnie.

„Bo państwo jesteście rodzicami adopcyjnymi takiej dziewczynki… No więc właśnie u nas do domu małego dziecka trafiła inna mała dziewczynka, biologiczna siostra tamtej. I także jest przeznaczona do adopcji. Więc pomyślałam, że gdybyście państwo chcieli, to pewnie z uwagi na to że adoptowaliście jej siostrę mielibyście pierwszeństwo… Gdybyście państwo mogli podjąć decyzję w ciągu tygodnia czy dwóch…”

Znajomi nie potrzebowali dwóch tygodni. Wystarczył jeden wieczór, jedna długa rozmowa – i decyzja zapadła. Tak, jeśli to będzie możliwe, adoptują tego malucha.

Zgłosili się. Wypełnili papiery, dostarczyli pięć miliardów zaświadczeń i pierydliard Bardzo Ważnych Papierków. Sprawa miała być formalnością. Dwa tygodnie, mówili urzędnicy. Znajomi „na gwałt” wymienili samochód na większy. Kupili wózek, jakieś ciuszki na początek.

Od tego czasu minęło już półtora miesiąca. Najpierw nie było jakiegoś papierka z sądu. Potem był, ale nie tam gdzie trzeba. Potem potrzebna była jakaś tam decyzja. Potem ktoś się odwołał. Potem okazało się, że owszem, sąd rodzinny zadecydował o skierowaniu dziecka do adopcji, ale nie wyznaczył opiekuna prawnego (czy jak to się tam nazywa). I że dziecko jest w X., a adopcja przez naszych znajomych (mieszkających pod Warszawą) wymaga najpierw ustanowienia tymże opiekunem (czy jak tam…) odpowiedniej instytucji w Warszawie.

Posiedzenia sadu odbywają się raz na… Nie wiem dokładnie. Każdy papierek i każda decyzja musi „nabrać mocy urzędowej”, uprawomocnić się, czyli odleżeć. Minęło półtora miesiąca i nic nie wskazuje na to, żeby to był koniec tej zabawy. Urzędnicy i sąd przerzucają się papierkami – czyli, mówiąc wprost, uprawiają czystą, nie skażoną cieniem sensu biurokrację. Bo przecież decyzja zapadła – dziecko ma być adoptowane. Teraz tylko trzeba podjąć decyzję kto je adoptuje i umożliwić to od strony prawnej. I nikt mi nie wmówi, że nie dałoby się tego zrobić w tydzień, najwyżej w dwa.

Półtora miesiąca. A mała dziewczynka leży w domu dziecka. Ma już ponad siedem miesięcy. Te miesiące to czas kluczowy dla jej życia, da rozwoju emocjonalnego, dla zdrowia. Powinna być w domu. Powinna mieć rodziców. Powinna być kochana i być „czyjaś”.

Jasne, można powiedzieć że siedem miesięcy to ciągle jeszcze małe dziecko. Że szybko się przyzwyczai, że zapomni…

Nie tak szybko. Jej starsza siostra trafiła do naszych znajomych kiedy miała trzy miesiące. Co może kojarzyć i rozumieć dziecko trzymiesięczne? Wydawałoby się, że niewiele, prawda?

A widzieliście kiedyś trzymiesięczne dziecko – zdrowe, nie upośledzone etc. – które nie pozwala się przytulić? Nie i już. Przez pierwszy miesiąc nie można jej było wziąć na ręce – nie wiedziała, o co chodzi. Potem już można ją było podnieść, ale przy próbie przytulenia (takiego zwyczajnego, jak matka przytula małe dziecko…) dziewczynka sztywniała i wyciągała przed siebie wyprostowane rączki broniąc się przed takim kontaktem. Minęło ponad pół roku, zanim to się zmieniło.

A kwestie zdrowotne, psychologiczne, jakieś ewentualne deficyty, z którymi trzeba zacząć pracować JAK NAJSZYBCIEJ (a przecież, nie oszukujmy się, w Domu Małego Dziecka nikt się tym nie zajmie)?

Jest dziecko, które ma być adoptowane. Są ludzie, którzy chcą je adoptować. Mają warunki (tak materialne jak psychologiczne), są „sprawdzeni” (przecież jedno dziecko już adoptowali), mają wszystko co trzeba żeby tym dzieckiem zając się choćby dziś.

I czekają. A dziecko leży w domu dziecka.

A papierki krążą. Bo sąd pracuje w godzinach. Bo urzędnikom wygodniej jest w innych godzinach. Bo każda instytucja „po drodze” musi pokazać, że jest ważna i potrzebna. Bo w końcu komu zrobi różnicę kolejny miesiąc, prawda?

„Niech ona wreszcie trafi do domu!” – mówi niemal ze łzami w czach nasza znajoma. „Do naszego albo do innego, ale gdzieś gdzie będzie u siebie. Każdy kolejny miesiąc, każdy tydzień to dla niej strata. Po co?…”

Bo tak.

…mać. 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s