Mruczanka środowa we wtorek

Pani minister Środa – ta od „równego statusu kobiet i mężczyzn” – zaatakowała telewizję, że puszcza seksistowskie reklamy. Że kobiety ukazywane są w reklamach (niektórych) jak idiotki, że umacnia się stereotypy, że… i tak dalej.

Nie da się ukryć, że trochę racji w tym jest. Jest kilka reklam, które rzeczywiście są po prostu niesmaczne. Ale…

No właśnie, ale. Czy to naprawdę jest najgorszy sposób, w jaki utrwala się stereotypy i poniża kobiety? Czy naprawdę pani minister nie ma poważniejszych zmartwień? Nie? To Puchatek ośmieli się pani minister podpowiedzieć:

Szanowna Pani Minister! W każdym kiosku Ruchu bez trudu można dostać pisemka (a ostatnio także dołączone do nich płyty DVD i VCD), przy których nawet najbardziej seksistowskie reklamy to pestka. Pisemka i płyty, które traktują kobietę nawet nie stereotypowo – ale po prostu jak towar. Jak przedmioty. Jak mięcho, mówiąc brutalnie.

W każdym kiosku, pani minister, można kupić filmy, w których kobiety są poniżane, gwałcone, traktowane jako dodatek do narządów płciowych. To się popularnie nazywa pornografia. I to jest OK? To nie jest poniżanie kobiet, to nie podpada pod Pani ustawowe obowiązki? Przeszkadza Pani kiepska reklama, w której główną rolę gra kołyszący się biust modelki, a nie przeszkadza Pani ogólnie dostępny „tartak”, filmy składające się wyłącznie ze rżnięcia (pardon), z których panowie starsi i (głównie, niestety) młodsi uczą się stosunku (nomen omen) do kobiet i ich traktowania?

O prostytucji (jak wykazują badania – w 75 proc. przypadków nie do końca dobrowolnej) już nawet nie wspomnę.

A, rozumiem, bo jak ktoś chce być politycznie poprawny, to nie można źle o pornografii mówić… Bo się wyjdzie na „staroświeckiego” i „zacofanego”, i „nietolerancyjnego”… Więc prościej podejmować działania pozorne, udawać że się coś robi i zajmować pierdołami…

Pani Minister – to jest żenujące.

Puchatek Wkurzony.

Mruczanka majowa

 

…ale całkiem nie optymistyczna, niestety. Przeżycia – traumatyczne. Bo Mattka Polka wróciła ze ślubu – a Puchatek niestety z Pierwszej Komunii.

Pierwszą Komunię przyjmowała córka puchatkowej kuzynki. Kilka słów o pozytywach na początek – bo potem już będzie tylko horror.

Pozytyw pierwszy – parafia na tyle postępowa, że wszystkie dzieci do Komunii w jednakowych strojach. Chłopcy – w ministranckich komżach, dziewczynki – w prostych albach z kołnierzykami. Więc przynajmniej nie było kretyńskiej „rewii mody” i ośmioletnich panien młodych licytujących się, która ma więcej falbanek.

Pozytyw drugi – organistka. Śpiewała „normalnie”, dla dzieci – ale całkiem do rzeczy. Nie było źle.

I jeśli chodzi o pozytywy – to tyle.

Natomiast poza tym – jako rzekłem – horror.

W niewielkim kościele dziki tłum ludzi, z których duuuuża część wyraźnie z gatunku tych, co to „ile razy do kościoła przychodzą, to akurat ksiądz jajka święci”. Rozgardiasz, gadanie, wujkowie, ciotki i pociotki łażące po całym kościele i błyskające fleszami dzieciom po oczach, księdzu po okularach. Niedaleko Puchatka jakiś przygłup dyskutował całą mszę z drugim przygłupem o tym, jak się robi miód pitny i gdzie wyjadą na wakacje. Puchatek rozumie, że nie każdy do kościoła chodzi, Puchatek to szanuje. Ale w takim razie – po co ta szopka?!

 

Sposób sprawowania uroczystości wołał o pomstę do Nieba. Jak zwykle przy takich okazjach jasno było widać, że najważniejsze jest gdzie kto stoi, jak dzieci mają skręcać przed ołtarzem, kiedy co jest mówione. Dzieci recytowały dziesiątki kretyńskich „wierszyków” – a to z podziękowaniami, a to z prośbami. „Wierszyki” ewidentnie pisane przez dorosłych (…kretynów…), którym się wydaje, że takim językiem mówią dzieci. Potworne, częstochowskie rymy, kwieciste frazy rodem z teczek najgorszych tekściarzy disco-polo. Wierszyków było zresztą w tej mszy więcej, niż Słowa Bożego. Głupie, infantylne, prymitywne.

 

Kazanie proboszcza… Teologicznie niby poprawne, treściowo niby nawet do rzeczy, ale forma… Zdrobnienia, słodkości, infantylizmy. „Serduszka”, „duszyczki” (obowiązkowo: „jasne” albo „czyste”), „kwiatuszki”, „twarzyczki”… I wszystko to takim tonem i z taką intonacją, jakby mówił do trzylatków, a nie do dzieci pięć lat starszych…

 

DLACZEGO??? Dlaczego ludziom się wydaje, że jak mówią do dzieci, to muszą mówić infantylnie? Że mówienie do ośmiolatków do jak mówienie do idiotów? Czy ośmioletnie dziecko nie może usłyszeć, że ma „serce”, tylko nieustannie – „serduszko”?

 

Czy te kretyńskie wierszyki i częstochowskie rymy MUSZĄ być stałym elementem Pierwszych Komunii?

 

I nie chodzi tylko o stronę estetyczną (choć puchatkowa humanistyczna dusza cierpiała okrutnie). Chodzi także o to, że w zalewie tej słodkości, tych wierszyków, serduszek i duszyczek kompletnie ginie to, co najważniejsze, to, o co naprawdę w całej tej uroczystości chodzi.

 

Mam wrażenie, że w wielu naszych parafiach przy organizowaniu takich uroczystości idzie się po linii najmniejszego oporu. Byle było „pięknie”. Schemat goni schemat, sztampa goni sztampę. Nikt się nie przejmuje prostą myślą: co zrobić, żeby te dzieciaki naprawdę przeżyły to wydarzenie tak, jak powinny. Jako Spotkanie z Przyjacielem. Nikt nie pamięta o tym, że to On jest tu najważniejszy – a nie wierszyki, podziękowania, oprawa i „kwiatuszki”.

 

Oj, rację miał niestety ksiądz biskup Pieronek w słynnym wywiadzie, za który tak go krytykowano: nie ma w naszym Kościele jasnej wizji duszpasterskiej. Nie ma pogłębionej refleksji, myślenia, analizy jakiejś.

 

Są „serduszka”, „duszyczki” i wszechobecny kicz, zasłaniający swoją lukrowaną polewą to, co naprawdę ważne.

 

„…plwajmy na tę skorupę – i zstąpmy do głębi”, że zacytuję Wieszcza ;).

 

„Wypłyń na głębię” – wołał Jan Paweł II. Na GŁĘBIĘ. A my dalej wierszyki i kokardki. Myślenie boli, oj, boli…

😦

Mruczanka Kolejowa

Remont za nami. Po jego zakończeniu Puchatek sprzątał DWA DNI praktycznie bez przerwy. Skończył w sobotę – a w zasadzie w niedzielę, bo jak się kładł był spać, to dłuższa wskazówka budzika stała na dwunastce, ale za to krótsza – na czwórce. Znaczy – była chyba czwarta nad ranem, chociaż po dwóch dniach sprzątania bez przerwy Puchatek nie był już tego całkiem pewien.

Wstał za to Puchatek za dwadzieścia szósta – czyli spał całą godzinę i minut czterdzieści. Wstał i pojechał do M. i Potworów na Drugi Koniec Polski.

Spędził tam Puchatek jeszcze dwa dni, poczem w środę całą ferajną wrócili do G. I tu się zaczyna opowieść właściwa.

Chojnów – szesnaście kilometrów za Legnicą. Żeby jechać możliwie najkrócej i nie cofać się z Warszawy do G., jechał Puchatek z całą gromadką czterema pociągami. Chojnów – Wrocław. Wrocław – Kutno. Kutno – Skierniewice. Skierniewice – G.

Cztery pociągi. Żaden z nich (żaden!) nie odjechał ze stacji początkowej (!!!) punktualnie. Nawet ekspres „Panorama” – miejscówki, ciepła woda w łazienkach, cena biletów taka, że za te pieniądze można by polecieć jakąś tanią linią do Berlina – odjechał z Wrocławia (gdzie zaczynał swoją trasę) dziesięć minut po czasie. Dlaczego? Pan konduktor zapytany o to tonem złośliwym wzruszył tylko ramionami z miną typu „A bo ja wiem?”.

O tym, że zaciętego okna nijak nie dało się otworzyć, że na wagonie dla niepalących jak byk widniały oznaczenia, że jest dla palących – to już nawet nie wspomnę.

Polskie Koleje Państwowe. Normalka.

Poza „Panoramą” (odcinek Wrocłam – Kutno) Puchatek jechał wyłącznie pociągami osobowymi. Bród, syf, Potwory po pierwszym kwadransie miały juz łapki koloru PKP (taki charakterystyczny, nigdzie indziej nie spotykany odcień brązowo-rudego brudu), po kolejnym kwadransie – całą resztę też. Okna się nie domykają (albo nie otwierają), siedzenia obluzowane, o pójściu do łazienki już nawet Puchatek nie wspomina. I ten wszechobecny smród brudnego pociągu.

Za takie luksusy (trasa liczyła jakieś pięćset kilometrów) zapłacił Puchatek 190 złotych polskich. A przecież Potwory jeszcze nie płacą, bo za młode. Czyli 190 złotych za dwie osoby dorosłe, które w dodatku w ekspresie miały zniżkę jako opiekunowie dzieci.

Toż to paranoja. Wychodzi na to, że gdyby mieć samochód, to już w dwie osoby można by tę trasę pokonać taniej, niż pociągiem. A co dopiero będzie za rok, kiedy Pietruszka skończy cztery lata i trzeba mu będzie bilety kupować? Chyba przyjedzie zrezygnować z usług PKP, kupić jednak jakieś używane cztery kółka (najlepiej diesla albo z instalacją gazową) – i jeździć oszczędniej.

Gdyby policzyć ile kilometrów można przejechać koleją za średnią miesięczną pensję (to jedyny uczciwy sposób porównywania cen w różnych krajach) i uwzględnić stosunek ceny do jakości świadczonych usług – idę o zakład, że nigdzie w UE nie ma droższych kolei.

Może pora, żeby PKP wreszcie upadły – a na gruzach może ktoś zdoła coś sensownego zbudować?

Optymistyczny akcent na koniec: po wejściu do domu M. zapomniała o zmęczeniu i zapiała z zachwytu nad wyremontowaną Chatką. Wszystko jej się podobało – także kilka niespodzianek, które Puchatek zdziałał (na przykład kolor, na jaki pomalowane zostały szafki kuchenne). Odmieniona Chatka rzeczywiście sprawia miłe wrażenie, po wywaleniu ściany pokój (czyli „salon”) optycznie się powiększył, płytki na podłodze w kuchni robią dużo milsze wrażenie niż stare linoleum i w ogóle jest bardzo przyjemnie. Czyli – generalnie jest dobrze, jak powiedzieliby zapewne komentatorzy sportowi 🙂

Mruczanka postremontowa

Remont za nami. A dokładniej – za panem, który remontował. Bo przed Puchatkiem jeszcze doprowadzenie Chatki do stanu używalności. Przewiduje Puchatek, że do soboty wieczorem skończy.

No, jeśli ktoś wymyśli „Dwanaście Prac Puchatka”, to w sobotę wieczorem Stajnię Augiasza będzie już Puchaztek mógł sobie zaliczyć.

A potem trzeba jeszcze będzie wyprać psa. Bo Szelma, bydlę głupie, właziła wszędzie – także w tę stertę gruzu, która pozostała po kuciu ściany.

I teraz – jakby to powiedzieć… – trochę się z niej… eee… kurzy. A w dodatku u nas dziś pada trochę – więc dobrze, że się w cemencie nie wytarzała. Bo by ją zamurowało 🙂

Puchatek Przerażony Perspektywą

Mruczanka Doprawdy Zaskoczona

Bank, centrum Warszawy. Nie, nie ten, co na niego napadli, broń Boże. Inny zupełnie. Puchatek wpadł na pięć minut Ważną Bankową Sprawę załatwić. Niestety, jak to w banku – pięć minut zawsze trwa pół godziny, bo kolejka, nie ma zmiłuj.

Siedzi sobie Puchatek na krzesełku, na sąsiednim krzesełku pani zażywna w wieku balzakowskim, a na nastęnym, obok rzeczonej pani – młodzian ze słuchwkami na uszach i odtwarzaczem MP3 wystającym z kieszeni kurtki. Młodzian siedzi i delikatnie głową kiwa, nogą rytm wystukuje. Jak to młodzian ze słuchawkami.

Ale, ale… niezupełnie. Bo Puchatek – muzyk, choć amator – nagle podświadomie rejestruje kątem oka, że ta przytupująca noga przytupuje w dziwnym jakimś rytmie. No bo wiecie – jak ktoś słucha muzyczki z MP3, to nie ma bata – albo jest metrum 4/4, albo 2/4. Czyli albo:
BUM bum bum bum
albo:
 BUM bum BUM bum.
Ewentualnie – z akcentem na słabą część taktu, czyli:
bum BUM bum BUM.

Czasami – ale rzadko – zdarza się jeszcze 3/4 (lub jakaś inna nieparzysta mutacja), czyli:
BUM bum bum, BUM bum bum… – ale to rzadkie wśród słuchawkowiczów, zwłaszcza od kiedy minęła moda na disco polo.

A ten tu – dziwnie jakoś tą nogą… Ani to metrum parzyste, ani nieparzyste, ani w tym synkop jazzowych, ani nic… Ambient jaki, czy co?

Pani w wieku balzakowskim wstaje i podchodzi do okienka. Puchatek – że niby chce lepiej widzieć ulotki bankowe wiszące na ścianie – przesiada się zatem bliżej młodzieńca. Udając, że wyżej wymienione ulotki czyta wytęża ucho… Wytęża bardziej jeszcze… I PADA PLACKIEM Z WRAŻENIA. Na szczęście tylko w duchu, bo byłby tak zwany obciach.

Młodzieniec bowiem, ubrany w strój całkiem hiphopowy (krok w okolicy kolan i te klimaty…) słucha na przenośnym odwtarzaczu MP3 (uwaga, uwaga!) – nie mniej ni więcej, tylko V Symfonii Beethovena. Druga część, Anadante Con Moto. Przynaje się Puchatek bez bicia, że wymiękł.

Jest jeszcze nadzieja dla tego świata żywionego popowo-hiphopową papką 😉

Puchatek Con Brio

Mruczanka – załamanka do kwadratu

 


Rzadko komentuję wydarzenia bieżące, ale czasami…

Taka historyjka (z Gazety W.). Pewna pani (i to w mojej ukochanej Szkocji…) trzy lata temu w ciążę zaszła. Miała szesnaście lat. Okazało się, że to bliźniaki. Poszła usunąć.

Ale okazało się, że pan doktor zfuszerował robotę. I usunął… tylko jedno dziecko. Drugie przeżyło. Pani je urodziła. Dziecko ma dziś trzy lata.

I dziś ta pani chce odszkodowania od szpitala za to, że zfuszerowano zabieg. Cytuję za GW:

– Mam dziecko, którego nie miałam zamiaru mieć. Sądzę, że szpital powinien wziąć za to częściową odpowiedzialność – powiedziała Stacy Dow dziennikarzom.

Nie, nie o prawie do aborcji zamierzam tu pisać. Raczej –
przepraszam za górne słowa – o człowieczeństwie.

Kobietra zaszła w ciążę. Zaszła za wcześnie – miała 16 lat. Jej światopogląd pozwalał jej na aborcję. Prawo też. Nie zgadzam się z tym – ale dotąd jeszcze rozumiem.

Ale jedno dziecko przeżyło. Ma dziś trzy lata. I ta kobieta sądzi się ze szpitalem, że tego dziecka też nie zabili. O, przepraszam – nie usunęli.

Wychowuje to dziecko, nie oddała go do adopcji – no to chyba je zaakceptowała. Chyba je kocha.

A zatem? Ma dziecko, które kocha (chyba kocha, skoro jednak nie oddała etc.) – i skarży szpital, że go „nie usunął”?

Przecież wiadomo, że ta sprawa będzie głośna. Przecież prędzej czy później to dziecko się o tym dowie. Dziś ma trzy lata. Ale za kolejne dwa? Trzy?

Czy ona będzie mogła temu dziecku spojrzeć w oczy? Bo przecież w tej chwili mów mu:

Nie chciałam cię. Chciałam się ciebie pozbyć. To, że żyjesz, jest wynikiem błędu lekarskiego.

Nie dyskutuję o prawie do aborcji. Ani o prawie w ogóle. Pytam o zwykłą, ludzką przyzwoitość. O jakieś minimum godności. Szacunku dla tego dziecka, które przecież ŻYJE (niestety, niestety?).

Sama to wymyśliła? Namówił ją do tego jakiś prawnik-padlinożerca, który chce się obłowić?

Jasno, zapewne chodzi tylko o pieniądze. Rozumiem także, że te pieniądze mogą być jej naprawdę potrzebne. Ale…

Żal mi tego dziecka. Tego, co przeżyje, kiedy zrozumie tę sytuację.

Paranoja.

Puchatek.

Mruczanka – sajgon

Tak, sajgon małą literą pisany. Bo nie o miasto tu chodzi, ale o sajgon właśnie. Sajgon w Chatce Puchatka.

M. z Potworami odwieziona do Chojnowa. Pietruszka przytula się do pradziadka, wszystkie Kochane Ciocie rozpieszczają Piłeczkę. A Puchatek w Chatce. Puchatek remontuje.

Nie, nie, nie sam! Jakby sam remontował, to mogłoby się okazać, że nie ma już gdzie mieszkać. Puchatek humanistą jest. Remontuje Pan Olek. Przesympatyczny młody człowiek, solidny, kulturalny. Fachowiec.

A remont – o rety. Jedna ściana wywalana. Przejście będzie między salonem (salon! Jak to brzmi…) a kuchnią (to brzmi normalnie). Huk, łomot, kurz, pył, sajgon właśnie.

A potem jeszcze będą kładzione tak zwane płytki. Znaczy się – podłoga w kuchni. Uff.

Chatka Puchatka to domek osiemnastoletni. Poprzedni właściciel budował go „metodą gospodarczą” (tak to się zdaje się nazywało). Zbudował solidnie, trwale i bezpiecznie. Ale parę rzeczy stopniowo (w miarę środków) trzeba przerobić.

Domek stał się Chatką Puchatków trzy lata temu. Od tego czasu po troszku, po troszku… Tu okna stopniowo wymnienione… Tam jakieś małe malowanie kawałka…

Ale taki sajgon to pierwszy raz.

Uff.

Puchatek W Pyle Cały.

Mruczanka z (nie do końca) pechowego dnia

Dwanaście godzin!

Trasa, którą Puchatek zwykle pokonuje autostopem w sześć – siedem godzin, wczoraj zajęła mu pół doby. Z Chojnowa (to za Legnicą) pod Warszawę, do G.

Utknął Puchatek najpierw pod Legnicą na półtorej godziny. Potem za Wrocałwiem – na dwie. Nawet już myślał, żeby się złamać i cofnąć do Wrocławia, i wracać pociągiem – ale okazało się, że ostatni normalny pociąg właśnie uciekł, a pozostał tylko taki nocny, odjazd dwudziesta trzecia coś tam, w Warszawie przed szóstą rano. Suuuuper po prostu.

No więc w Puchatku obudził się autostopowy lew. Jedziemy dalej. Tyle, że był Puchatek w Oleśnicy, a było już po piątej. Do Warszawy 330 kilometrów… Czyli do G. jakieś 300.

No i ocknął się Puchatek za Piotrkowem, na Trasie Katowickiej, pod tablicą na której – między innymi – widniał napis:

Warszawa: 138.

No i super. Była prawie dziewiąta. Wieczorem. I było ciemno. Puchatek miał już wizję dreptania wzdłuż Trasy Katowickiej do piątej rano, bo przecież kto po ciemku weźmie autostopowicza, w dodatku samotnego osobnika płci męskiej?

A jednak. Stacja benzynowa Znanego Koncernu Od Komisji Śledczej. Wypasione, białe BMW (!!!). Dwóch prawników (ojciec i syn zresztą). Wzięli.

Puchatek był w domu już o jedenastej w nocy. Na styk, kocia twarz.

I – jak już coś zjadł był – wziął się za przygotowywanie Chatki Puchatka pod remont. Więc położył się spać po drugiej w nocy.

A o remoncie będzie za kilka chwil…

Puchatek Podróżny.

Mruczanka zakatarzona

Było to niemal dokładnie jedenaście lat temu. Był rok Pański 1994, przełom kwietnia i maja. Szedł sobie Puchatek ulicą Nowowiejską (od Alei Niepodległości w kierunku placu Zbawiciela). Wiosna była, zielono, pięknie, kwiaty pachniały, ludzie się do siebie uśmiechali i w ogóle świat udawał, że jest piękny.

Ale szybko przestał. Nagle, ni z gruszki ni z pietruszki, coś Puchatka zaczęło w nosie kręcić. Kręciło, kręciło coraz mocniej – aż w końcu Puchatek (który miał wtedy dwadzieścia cztery lata i przedtem nigdy w życiu na żadną alergię nie cierpiał) dostał ataku kichania.

Ach, co to był za atak! Puchatek kichał BEZ PRZERWY przez niemal pięć minut. O mało się przy tym nie udusił zresztą. Także ze śmiechu, bo sytuacja była doprawdy absurdalna. Przechodnie się z Puchatka śmiali, nie rozumiejąc, że jego śmiech z samego siebie jest reakcją cokolwiek histeryczną. Kiedy wreszcie atak ustąpił, Puchatek miał oczy pełne łez (ze śmiechu i przyduszenia), był kompletnie wyczerpany i bolała go przepona. Od tego kichania, albo od śmiechu – nie wiedział.

I tak to się zaczęło. Od tego czasu Puchatek CO ROKU w okresie kwietniowo – majowym (a jak odpowiednio się pogoda ułoży, to i do połowy czerwca) ma typową alergię na jakieś pyłki. Nic poważnego (w każdym razie nie na tyle, żeby iść do lekarza i się odczulać czy co…). Taki atak jak wtedy nigdy się już nie powtórzył – potem już było „normalniej”: katar, kichanie w granicach rozsądku, swędzące oczy, gardło i podniebienie. No problem – panie kelner, zyrtec raz.

Niestety – zdaje się, że Pietruszka zaczyna w młodszym wieku. Od tygodnia: katarek, chrypka, oczki trzemy. Klasyka. Myśleliśmy najpierw, że go jaka paskuda grypowo-gardłowa dopada, ale nie – gorączki nie ma, innych objawów takoż. Tylko ten katar, gardło i ogólne osłabienie. Biedak.

***

A co do Puchatka – warto dodać, że rok Pański 1994 przyniósł jeszcze inne atrakcje, które takoż odmieniły mocno puchatkowe życie. Na wiosnę pierwszy raz Puchatek dostał alergii, dwa miesiące później poznał M. – co TAKŻE miało (…ma…) daleko idące konsekwencje, choćby w postaci dwójki Potworów.

…A może to nagłe wystąpienie alergii było po prostu ostrzeżeniem? 😉

Puchatek

Mruczanka surrealistyczna.

Dziwne uczucie. Pół godziny temu dałem trzysta złotych do ręki facetowi, którego nigdy w życiu przedtem na oczy nie widziałem. Nie otrzymałem nic w zamian. Nawet pokwitowania. Po prostu dałem mu trzy stówy, uścisnęliśmy sobie dłonie i poszedł. I pewnie nigdy w życiu go już nie zobaczę.

Surrealizm.

O ósmej rano zadzownił Wujek Z Drugiego Końca Polski. Wujek jest wujkiem M., mężem jej ciotki. A zawodowo – właścicielem dużej firmy spedycyjnej. No i zadawonił, że jeden z jego kierowców miał awarię, musiał zapłacić za naprawę, a teraz stoi – co za zbieg okoliczności – właśnie w moim miesteczku G. i nie ma jak wrócić do domu Na Drugi Koniec Polski, w dodatku z towarem, bo pieniądze, które miał na paliwo, poszły na naprawę.

Oczywiście rzeczony Wujek mógłby wysłać mu pieniądze przekazem – ale bez „miejsca zamieszkania”, na sam dowód etc. – to minimum kilka godzin czekania. Więc Wujek Z Drugiego Końca Polski, dzwoniąc z drugiego końca Polski, okropnie speszony zresztą, zapytał, czy skoro pan Zbyszek (tak się kierowca nazywa) stoi właśnie w naszym miasteczku, to czy moglibyśmy mu dać te trzy stówy, a Wujek Z Drugiego Końca Polski NATYCHMIAST przelewa je nam na konto, więc najdalej jutro będziemy je mieli z powrotem.

Ponieważ Wujek Z Drugiego Końca Polski jest osobą generalnie godną zaufania, a przy tym (siłą rzeczy) dosyć zamożną – Puchatek powiedział: „Jasne, czemu nie”. Wskoczył na rower, do bankomatu, a potem „na bazę”, w której czekał pan Zbyszek. Wszystko razem zajęło Puchatkowi minut dwadzieścia pięć.

Pan Zbyszek okazał się być człowiekiem dwudziestoparoletnim, sympatycznym całkiem. Dziękował przez bite pięć minut – bo gdyby czekał na przekaz, to ruszyłby dopiero po południu, a w domu Na Drugim Końcu Polski byłby – w najlepszym razie – w środku nocy, a raczej nad ranem. A tak ruszy od razu, zatankuje i wieczorem już będzie z żoną i z dziećmi.

No i super.

Tylko to śmieszne uczucie, że dajesz niemałe w końcu pieniądze kompletnie obcemu człowiekowi, bez pokwitowania, bez cienia dowodu 😉

No, surrealizm czysty.

P.