Mruczanka Psia Krew

No właśnie – psia krew nagła. Kocia twarz. Indycza noga.

Szelma, zaraza jedna, wykorzystała sekundę nieuwagi. Furtkę uchyloną na ułamek ułamka centymetra. Przez ułamek ułamka sekundy. I juz jej nie było. Smyrg.

Ganiałem za nią po całej okolicy przez dwie godziny (warto dodać, że te dwie godziny były między północą a godziną drugą). No i znalazem. W przemiłym towarzystwie kilku czworonożnych amantów. Bardzo przystojni byli, nie powiem. Najwyższy jej sięgał akurat do kolana.

A że Szelma generalnie była akurat w nastroju miłosnym niezwykle – obawiam się, że za dwa miesiące… 😦

No więc ja w zasadzie intersownie. Hop, hop, czy ktoś z Was nie miałby ochoty na…

Nie, inaczej:

Oddam (wyłącznie w dobre ręce) szczeniaki – mieszankę malamuta alaskańskiego z Bóg-raczy-widzieć-czym. Do oddania będą – prawdopodobnie – koło marca / kwietnia.

No, chyba, że mieliśmy wyjatkowe szczęście. Albo że Szelma dba o swoją cnotę lepiej, niż jej właściciele o furtkę…

Taki mezalians… Hlip….hlip…

😦

Mruczanka realistyczna

Pod moją wczorajszą notką (w zasadzie dzisiejszą, jakby dokładnie spojrzeć na zegarek) Mattka Polka komentarz napisała. I stało w nim między innymi:

„Popatrz jak to jest, ze coraz rzadziej można spotkać prawdziwego kapłana. „

Wiesz, Mattko, to nie do końca tak. To, jakich mamy księży, jest tylko obrazem tego, jacy sami jesteśmy. No bo w końcu skąd się ci nasi księża biorą? Nie z księżyca przecież, tylko spośród nas… Mam kilku znajomych księży, których znałem jeszcze długo zanim taką drogę wybrali. I wiem, jacy byli. Jacy są. Nie, nie „źli”, nie „gorsi niż kiedyś”, to nie o to chodzi. Byli – są – po prostu  tacy sami, jak ja.

Coraz rzadziej można spotkać prawdziwego kapłana, Mattko, bo coraz rzadziej (jakby to patetycznie i tragicznie nie brzmiało) można dziś spotkać „prawdziwego człowieka”.

Ot, co.

Mruczanka higieniczna

Noc ciemna. Trzecia w nocy, czy coś koło tego. Puchatek śpi. M. śpi. Piłeczka śpi i pochrapuje. I nagle w ciemności błogiej rozlega się zdecydowany głos Pietruszki:

– Kłapouchi (zapis fonetyczny).

Puchatek już nie śpi, bo Puchatek tak ma, że najlżejszy dźwięk Puchatka natychmiast budzi. Puchatek słucha.

– Kłapouchi! – powtarza Pietruszka nieco głośniej, tonem sugerującym, że nie chodzi o mówienie przez sen, ale o wyraźne żądanie. Puchatek, marzący o wyspaniu się raz na jakiś czas, zaczyna zachodzić w głowę, o co chodzi (przypominam, jest trzecia w nocy, o tej porze zachodzenie w głowę to droga długa i pełna przeszkód). Żadnej zabawkowej wersji puchatkowego osiołka w domu nie ma. O co chodzi?!

Pietruszka nie daje za wygraną: – Chcem Kłapouchiego. Daj mi Kłapouchiego, tatusiu. Tatusiu, Kłapouchiego chcem. (Już się nauczył, skubaniec, że o takich porach należy się zwracać do taty, bo zawracanie się do mamy jest z góry skazane na niepowodzenie…).

– Pietruszko – jęczy Puchatek zaspanym głosem – jakiego Kłapouchego chcesz? Tatuś nie wie, o co ci chodzi…

– Cerwonego. I troske zółtego tez.

Puchatkowi ten zestaw kolorów wydaje się dziwnie znajomy, może o innej porze by go z czymś skojarzył, ale o trzeciej… Tymczasem Pietruszka zaczyna uderzać w ton płaczliwy, co grozi płaczem, co grozi obudzeniem Piłeczki i generalnie Sajgonem. – Kłapouchego mi daj, tatusiu! Ja chcem go!

Przebłysk geniuszu o trzeciej nad ranem: – Pietruszko, a po co ci Kłapouchy?

– Zeby wymyć ząbki! – odpowiada Pietruszka zdziwonym tonem (przecież to jasne, nieprawdaż?).

No jasne, że jasne! Czerwono-żółta jest Pietruszkowa szczoteczka do zębów. A na rączce – jako żywo – siedzi sobie Kłapouchy w wersji disneyowskiej z kwiatkiem w pysiu.

Puchatek zna Pietruszkę dobrze. Puchatek wie, że jakiekolwiek dyskusje o trzeciej nad ranem są bez sensu – jeśli Pietruszka chce Kłapouchego, trzeba mu go dostarczyć, bo inaczej będzie tak marudził do białego rana. Nie odpuści. Więc Puchatek wstaje, idzie do łazienki, bierze szczoteczkę. I tu niespodzianka: tup-tup-tup-tup-tup. Pietruszka nie czeka w łóżeczku, Pietruszka za tatą do łazienki przyszedł. Oczki zaspane, piżamka w paski (ze stopkami, na szczęście, bo podłoga w łazience zimna), ale mina zdeterminowana.

– Pietruszko, chcesz wymyć ząbki? – upewnia się Puchatek.

– Aha (zwrot używany zamiast "tak" w chwilach szczególnie podniosłych).

Więc tatuś moczy szczoteczkę, nakłada śladowe ilości pasty i myjemy ząbki. Jest trzecia piętnaście. Pietruszka ząbki płucze, odwraca się na pięcie, mówi "NO!" (???) i odmaszerowuje. Pakuje się bez słowa do łóżeczka, śpi słodko, zanim tata zdąża dotelepać się z powrotem do sypialni.

Czy Pietruszka w życiu się wyśpi – nie wiem. Ale kłopotów z dentystą chyba mieć nie będzie…

Mruczanka z komentarzem

Oj, bom napisał coś, co nie do końca. Napisałem:

„Pisanie to raczej forma porządkowania myśli i skojarzeń, niż kreacja świata”.

Ale mowa o pisaniu BLOGA, oczywiście. A nie o Pisaniu. Takim prawdziwym. Bo to drugie – to kreacja, jak najbardziej. Ale to nie tu. Gdzie indziej, kiedy indziej.

Ale kiedyś na pewno. Nie da się nie. Necesse est – jeszcze bardziej. Mocniej Głębiej.

Tyle.

 

Mruczanka na początek weekendu

To był UPIORNY tydzień. Potwory miały straszny czas – jęczały, kwęczały, budziły nas w nocy po razy tysiąc.

 

.

 

W mojej ukochanej firmie B. – kolejny pożar w burdelu, wszystko na ostatnią chwilę. „Szybciej, oddawajcie teksty, bo w piątek musi się zacząć łamanie!” – słyszeliśmy średnio trzy razy dziennie. W. się strasznie stresował. Ja jakby mniej – i to nie tylko dlatego, że jestem „na wylocie” – ale także dlatego, że przez całe pół roku mojej pracy w B. jeszcze się nie zdarzyło, żebyśmy weszli na skład punktualnie… Tym razem, rzecz prosta, także wyjątku nie było. Skład zacznie się w poniedziałek. Jak dobrze pójdzie…

 

.

 

Tyle, że mnie to już jakby nie dotyczy. W poniedziałek albo we wtorek składam wymówienie. Decyzja podjęta, przedyskutowana w domu, zatwierdzona przez M. Potwory na razie nie mają nic do gadania, ale jakby miały – też by zaakceptowały. One też wolą widzieć w domu tatę, niż jego kapcie w przedpokoju…

 

.

 

Sytuacja nie jest tak różowa, jak bym chciał. Pan C. miał drobny wypadek – nic poważnego, ale cały projekt lekko się odsuwa. Miało „być wiadomo” do świąt – będzie dopiero w styczniu. Czyli jeszcze jakiś miesiąc niepewności.

 

.

 

Ale doszedłem do wniosku, że tracenie czasu w B. byłoby absurdem. No bo tak:

 

– Siedzę w B. cały Boży dzień. W domu mnie nie ma. Wracam zmęczony, psychicznie zwłaszcza. I żeby jeszcze coś z tego było, ale nie. No bo:

 

– Zarabiam stosunkowo niedużo. Jeśli doliczyć fakt, że współczynniki obcinają, a za robienie zdjęć (i jeszcze parę innych rzeczy, coraz bardziej zresztą kretyńskich) nie płacą, to wychodzi (jak obliczyłem), że mniej więcej połowę czasu spędzam tam za darmo…

 

Czyli – strata czasu. Nawet nie mogę powiedzieć, że się czegoś uczę czy zdobywam nowe doświadczenia (chyba, żeby uznać, że chodzi o doświadczenie z jakiego typu firmami nie współpracować…). Jak mawiał kolega Karp odchodząc dwa tygodnie po mnie z redakcji Jednej Dużej Gazety – „czas skończyć ten toksyczny związek”.

 

.

 

Projekt pana C. ruszy prawdopodobnie od kwietnia / maja / czerwca. Czyli do pół roku będę bezrobotny.

 

Ale nie całkiem, bo właśnie dostałem kolejne tłumaczenie. Jest tego wszystkiego tyle, że możemy za to żyć bezstresowo przez pół roku. A lekko zaciskając pasa – nawet dłużej. A zrobię to – jeśli nie będę przesiadywał bez sensu w B. – w ciągu trzech – czterech miesięcy.

 

A jak do końca stycznie okaże się, że projekt jednak nie wypala – to będę miał jeszcze spokojne kilka miesięcy na znalezienie pracy.

 

Ot, co.

 

.

 

…Co nie zmienia faktu, że jednak jest to wszystko lekko ryzykowne. Trzymajcie kciuki. Zwłaszcza Ty, Holly, bo Twoje kciuki jakoś ostatnio szczęśliwe! J

 

 

 

****

 

 

Matka Swego Syna napisała na swoim Drugim (Pierwszym? Trzecim?) blogu dlaczego pisze. I radziła, żeby się zastanowić nad własnym pisaniem. Czy się przypadkiem świata wirtualnego za prawdziwy nie bierze…

 

.

 

Zastanawiałem się. Nie biorę. Piszę tu, bo takie pisanie to dla mnie forma autonarracji. Bo kiedy pewne rzeczy spisuję – to niektóre z nich lepiej rozumiem (bo „co zwerbalizowane, to uświadomione”). Inne – łatwiej mi zaakceptować. Z jeszcze innymi – łatwiej walczyć. A Niektóre można po prostu wyśmiać – bo dopiero na piśmie widać, jakie są nieprawdopodobnie głupie. Vide – firma B. J

 

.

 

Pisanie to raczej forma porządkowania myśli i skojarzeń, niż kreacja świata.

 

.

 

Scribere necesse est?…

 

.

 

Ale dziękuję Ci, Matko, za Twoje pytania. I za tę całą resztę, którą tam napisałaś.

 

Mruczanka do Pewnej Matki

Ahoj, Matko. Wszyscy piszą – ja się dołączam. Aż głupio jakoś, że odwiedzając te kilka „zaprzyjaźnionych” blogów nie można poczytać Twojego. Wiem już, dlaczego – więc czekam cierpliwie na come back w wielkim stylu. I na pohybel szkodnikom, którzy nas pozbawiają Twoich zapisków. Dorwać a wyjajcyć, jak mawiali moi góralscy przodkowie. Howgh.

Trzymaj się. Puchatek.

Mruczanka zakręcona

Aaaaaaa!!! Mam!!! Wreszcie!!!

Długom szukał, ale jak zwykle na Allegro sie znalazło w końcu.

„The Pogues” – Red Roses for Me. Kto Poguesów zna – już wie. Kto nie zna – błąd! Ale do naprawienia…

Jak połączyć irlandzko-celtyckie klimaty (whistle, tradycyjne melodie) z kompletnie odjechanym, punkowym klimatem i energią skrzynki dynamitu? Ano, jak widać się da. Niewiele znam zespołów, które potrafią tak się bawić tym, co grają. Każda ich płyta to żywioł.

Shane MacGowan – człowiek-legenda. Człowiek-instytucja. Założył (wspólnie z kilkoma innymi równie trzepniętymi gośćmi) najpierw bodajże grupkę punkową o uroczej nazwie „The Nipple Erectors”. Kto zna angielski – uśmiech proszę.

Grupa – już w nieco zmienionym składzie – zmieniła nazwę na Pogue Mahone (co w irlandzkim gaeliku znaczy mniej więcj „pocałuj mnie w d…”), a ostatecznie pozostała przy nazwie The Pogues.

Niestety, obecnie Poguesi grają już bez Shane’a. Czy odszedł z grupy, czy go wyrzucili – różne na ten temat legendy krążą. Fakty są takie,że Shane MacGowan jest alkoholikiem. Alkoholikiem „na dobiegu” – wszyscy, którzy go znają, mówią, że wiele czasu mu już nie zostało, że w tym tempie długo nie pożyje. Wszyscy tak mówią od jakichś dziesięciu lat. A Shane gra dalej – choć na okładkach płyt wygląda coraz gorzej.

Ale ten śmieszny Irlandczyk z odstającymi uszami ma w sobie tyle ognia i tyle muzyki, że mógłby obdzielić kilka niezłych zespołów i jeszcze by trochę zostało. Popularne powiedzonko głosiło, że Shane MacGowan z powodu pijaństwa zapomniał więcej piosenek, niż wielu innych muzyków kiedykolwiek w życiu napisało i nauczyło się. Kiedy odszedł z The Pogues – zespół (choć ma nadal rzeszę wiernych fanów) już tak nie elektryzuje. A Shane? Założył nowy zespół. The Popes. I gra z nimi tak, że iskry lecą 🙂

Specyficzna to muzyczka. Bazuje głównie na irlandzkim folku, ale zagranym tak, jakby przepuścić go przez maszynkę do mielenia rockandrolla. Do tego dochodzi trochę jazzu, trochę innych przypraw… Śpiewają różne rzeczy – własne teksty Shane’a (bywa, że sprośne i z lekka bluźniercze), ale także stare, tradycyjne, irlandzkie i szkocekie piosenki. Na którejś płycie śpiewają „The Irish Rover” – z takim jajem (pardon), że się chce tańczyć. Połączenie naprawdę rzadkie – są naturalni tak, jakby siedzieli w jakimś irlandzkim portowym pubie i grali dla bandy podchmielonych marynarzy. Drą się, śmieją, rzucają mięsem. Ale – a to już nie takie proste – są przy tym absolutnie profesjonalni muzycznie. Potrafią robić takie rzeczy, które wielu jazzmanom by się nie śniły.

To jedna zniewielu „muzyk”, przy których mam ochotę tańczyć. Jak nie znacie – posłuchajcie. Jest taka płytka, którą w naszych sklepach można dostać – tytuł nie jest powalający (The Poguest – The Very Best Of), ale muzyczka – owszem, JEST powalająca. Polecam.

Puchatek.

Mruczanka grudniowa

Grudzień. Ba, już prawie połowa grudnia. W sobotę najbliższą Piłeczki pierwsze urodziny. Uroczystość będzie, tort oczywiście też. I dziadkowie przyjadą… Ciekawe, jak Główna Bohaterka to przyjmie. I ciekawe, jak to przyjmie Brat Głównej Bohaterki, bo jego urodzinki (trzecie) dopiero w marcu… No, ale jak znam dziadków, to i Pietruszka co nie co dostanie. No bo jak tak – przyjechać z prezentem dla JEDNEGO potwora? O nie, tego dziadkowe sumienie by nie zniosło 😉

A wczoraj dzwonił dziadek Lesio. Ten, co to siedzi w USA. Pietruszka (akurat golutki, na moment przed wejściem do wanny) rozdarł się, że on też chce z dziadkiem rozmawiać. No dobrze. Słuchawka w łapce, wzrok poważny. Cisza. – Pietruszko, Pietruszko! – woła dziadek Lesio. – Hej, Pietruszko, słyszysz mnie?

Pietruszka milczy w skupieniu do słuchawki. Tata Pietruszki postanawia ratować sytuację (no, żeby dziadkowi przykro nie było). Cichutkim szeptem w drugie ucho Pietruszce mówi: – Powiedz „Cześć, dziadku!”.

Pietruszka – posłuszne dziecko, swoją drogą – mówi do słuchawki „Cześć dziadku!”. Takim samym, ledwie słyszalnym szeptem! 😉 – no bo w końcu tak tata kazał, nes pa?

***

Pietruszka rozróżnia marki samochodów. Ściśle mówiąc – rozróżnia ich tyle, co tata (a na pewno więcej, niż mama). Warto dodać, że Pietruszka wcześnie zaczął mówić. Pierwsze słowo, jakie świadomie wypowiadał (czyli konsekwentnie, ze zrozumieniem i świadomością tego, o czym mówi) – nie, to nie było słowo „mama”. Nie było to również „tata”, „baba”, ani – jak w przypadku dziecka znajomych „niestety”. Pierwsze słowo Pietruszki brzmiało (uwaga, uwaga) „AUTO”. Samochód, znaczy.

Na podjeździe przed domem stoi „auto”. – Jakie to auto? – pyta Pietruszka mamę (tata w pracy…). – Nie wiem – odpowiada mama zgodnie z prawdą.

– To citlonen bydlingo!!! (zapis fonetyczny) – oznajmia mamie Pietruszka. I ma rację, skubaniec mały. Citlonen bydlingo jak w mordę strzelił.

****

Polecono mi stronę – więc i ja Wam ją polecam. Trochę to oczywiście prywata, ale coż. „Protekcja ostatnim ludzkim uczuciem”.

A zatem – Panie i Panowie: zapraszam na Wielojęzyczną Stronę Kubusia Puchatka. Odjazd po prostu. Poczytajcie wersję czeską – hi hi hi…

www.kubusiepuchatki.republika.pl

Polecam!

Mruczanka w szkocką kratę – odcinek 3.

 

 

Tak, jak obiecałem – jedziemy dalej… Kyle of Lochalsh – niewielka mieścina, znana głównie z tego, że stąd pływały promy na Skye. Pływały – w czasie przeszłym, bo od kiedy zbudowano most, promy pływają już tylko w lecie, jako atrakcja dla turystów…

 

Pierwszy raz w Szkocji byłem w 1994, ale wtedy nie dojechaliśmy aż tak daleko na północny zachód. Za długo siedzieliśmy w Londynie i zabrakło czasu. Za to rok później – udało się. Byliśmy we trójkę – z M. (z którą ledwie rok wcześniej się poznaliśmy) i kolegą Beblokiem.

No i – co wyjaśnia, po co te historyczne wstawki J – wtedy jeszcze nie było mostu. To znaczy – chyba właśnie zaczynał się budować, ale ciągle jeszcze jedyną metodą dostania się na wyspę Skye był prom.

.

Prom… to brzmi dumnie. Drewniano-blaszana, płaskodenna (chyba) łajba, na której mieściło się kilka samochodów (osobowych, duża ciężarówka – jedna) i kilkadziesiąt osób. Promy kursowały właściwie bez przerwy – dobijały do brzegu, samochody zjeżdżały, wjeżdżały nowe – i z powrotem. Co ciekawe – płaciło się od samochodu, ludzie jechali za darmo (co dla nas wtedy było duuużym plusem…).

 

Długo mógłbym Wam opisywać samą wyspę i jej geografię, ale po co – popatrzcie sobie na mapkę i tyle (na przykład http://www.skye.co.uk/skye-regions-home.html). A ja wolałbym opisać Wam kilka miejsc najpiękniejszych (subiektywnie, rzecz prosta).

.

Zatem – najpierw Uig. (To ci dopiero nazwa – jak to czytać? Dowcip polega na tym, że – jak duża część nazw na północy Szkocji – to już nie angielski. Geografię językową Wielkiej Brytanii najlepiej można zrozumieć patrząc na tablice z nazwami miejscowości i informacjami drogowymi. Anglia i południe Szkocji – tablice po angielsku. Północ Szkocji – tablice po angielsku, pod spodem te same informacje w gaeliku. The Isle of Skye – tablice w gaeliku, a pod spodem, mniejszymi literami, po angielsku…)

Uig to kompletna dziura. Kilkanaście domków na nabrzeżu, w okolicy kilka posiadłości, parę farm i jeden zamek (o nim kiedy indziej) – a ponad tym wszystkim mroczne skały, mgły, tajemnica. Rozbiliśmy namiot na polu jakiegoś farmera (oczywiście po otrzymaniu pozwolenia właściciela…), a potem poszliśmy sobie na spacer. Po kilku kilometrach przez dzicz (wrzosowiska, łąki, skałki…) doszliśmy na brzeg (przypominam – jesteśmy na wyspie). A właściwie – „nad” brzeg, bo sam brzeg leżał jakieś dwadzieścia metrów niżej. Byliśmy na klifie. Klify na Skye to jedne z najwyższych klifów morskich w Europie (wyższe są w Norwegii, a najwyższe – na północy Irlandii). No, ale nie po to Wam o tym piszę, żeby Was uczyć o atrakcjach turystycznych…

.

Ścieżka (wydeptana chyba przez gospodarzy szukających owiec) biegnie wzdłuż klifu. Momentami – tuż nad krawędzią. Można nią (idąc na południe) dojść w miejscem z którego widać jak na dłoni całe Uig, razem z portem, do którego wpływają promy (już takie „prawdziwe”, duże) łączące „Main Land”, czyli Wielką Brytanię właściwą, z Wyspami Zachodnimi (Hybrydy Zewnętrzne).

Ale można też pójść w drugą stronę – na północ – i po kilku milach trafić w miejsce naprawdę warte odwiedzenia.

Nie, tym razem nie będzie niespodzianek – wież, zamków, starych dworów. Ale za to…

Czy byliście kiedyś w miejscu, gdzie można naprawdę zapomnieć „…jaka epoka, jaki wiek, jaki rok…”, że zacytuję Klasyków?

.

Wrzosowiska dookoła. Żywego ducha. Niebo lekko pochmurne. Szumy i szelesty – to lisy polują na dzikie króliki w wysokich trawach. Można po prostu usiąść i słuchać. I patrzeć.

Skały i góry. Ciemne, tajemnicze, nie takie „pocztówkowe” jak na ładnych zdjęciach. Szum wiatru. Dwadzieścia metrów poniżej – morze. Ciemne, niemal czarne. Fale rozbijają się o kilka skał wystających z wody.

Siedzi człowiek i patrzy – dokładnie na zachód. Na linii horyzontu – jeśli pogoda jest dobra – można zobaczyć zarys Wysp Zachodnich. Ale ma się poczucie, że jest się na końcu świata. Że dalej już tylko Ocean – a za nim…

.

Tak, dziś wiemy, co za nim i w ogóle. Ale kiedy tam siedzieliśmy – zrozumiałem, co musieli czuć ludzie kilka (…naście) wieków temu, kiedy NIE WIEDZIELI. Kiedy mogli tylko wyobrażać sobie i marzyć. Zrozumiałem, co czuł Frodo Baggins, kiedy odpływał z Szarych Przystani do Valinoru, na Najdalszy Zachód.

 

 

Szum morza w połączeniu z szumem wiatru jest po prostu hipnotyzujący. To muzyka – ta Pierwsza, prastara, ta, z której wyrosły brzmienia harf celtyckich, fletów, bodhranów usiłujących ją naśladować.

Doszliśmy tam około trzeciej po południu. Siedzieliśmy – praktycznie bez słowa – prawie do północy. Zachód słońca nad oceanem – wcale nie „romantyczny” jak z karaibskich pocztówek. Raczej tajemniczy, potężny, przytłaczający. Widok, który sprawia, że człowiek czuje się nagle malutki wobec bezkresu.

.

 

 

A potem – wschodzący księżyc (w pierwszej kwadrze, cienki sierpik). I odgłosy nocy – szum morza i wiatru jeszcze wyraźniejszy, krzyki jakichś nocnych zwierzaków. I te same kształty skał i wzgórz, co przedtem – ale nagle powiększone przez pozbawienie koloru i przejście w formę samej ciemnej, wieloznacznej sylwetki. Dotknięcie tajemnicy.

 

Kiedy wróciliśmy do namiotu – była prawie druga w nocy. I nie dane nam było pospać dłużej, bo…

Teraz będzie akcent komediowy z elementami horroru. Czytelnicy o słabych nerwach niech przysiądą albo profilaktycznie zażyją nitroglicerynkę J)

Ale najpierw słowo wyjaśnienia. Jakem napisał – było nas troje. Trzy osoby, trzy plecaki. Namiot – dwójka. Obszerna, spało się całkiem wygodnie (mimo, że kolega Beblok do najchudszych nie należy) – ale na plecaki już w nim miejsca nie było. Parę lat póżniej kupiłem sobie lepszy namiocik, z odpowiednim przedsionkiem, ale wtedy nasze plecaki nocowały po prostu obok namiotu. A żeby w razie deszczu nie zmokły – wkładaliśmy je do kilkumetrowego „tunelu” z folii. Podwijało się potem brzegi folii i żaden deszcz nie był plecakom straszny.

 

Śpimy zatem spokojnie (choć z przerwami, bo sen mam lekki, a dookoła namiotu łąka, na której życie nocne kwitnie – dzikie króliki i w ogóle). Śpimy „na przemian” – ja od brzegu, w środku Beblok z głową w przeciwną stronę, pod ścianą zaś M. – w tę samą stronę co ja. No i nagle…

 

Wpół do czwartej rano. Budzi mnie dziwny odgłos – jakby ktoś szarpał folię, w którą zawinięte są plecaki. Podnoszę głowę, żeby rozpiąć namiot i spojrzeć, co się dzieje – a tu nagle przeciwległa ścian namiotu, pod którą śpi M., zaczyna wbrzuszać się do środka! Coś się w niej jakby rusza, coś jakby próbuje dosięgnąć nas (M. śpiącej przy ścianie!) przez nylon. I w dodatku – co z jednej strony pociesza, a z drugiej przeraża – wcale to na działanie człowieka nie wygląda. Zastrzyk adrenaliny – wyskakuję ci ja z namiotu (jest już prawie jasno, bo to środek lata i bądź co bądź północ dosyć daleka) – i co widzę?

(Napięcie rośnie…)

Otóż widzę… krowę.

Nie, nie śmiejcie się. Nie krasulę czarno-białą, ale KROWĘ. Rasy Highland Cattle – czyli szkocka specjalność, krowy deszczo- i wiatroodporne. Popatrzcie – tak toto wygląda:

http://www.oaklandzoo.org/atoz/azcattle.html

http://www.highland-coos.com/

 

No i ta krówka (…) właśnie wpycha nochal swój włochaty w nasz namiot, wyraźnie zainteresowana, co to za zwierzę wyrosło na jej łące. A jej koleżanka właśnie odrywa zębiskami kawałek folii chroniącej nasze plecaki (może chciała dawać mleko w folii od razu, czy co?).

Trochę się uspokoiłem (bądź co bądź krowy, nawet kudłate, ludzi nie jadają J) – wrzasnąłem, żeby się bydlęta przestraszyły. Na mój wrzask z namiotu wyskoczył lekko nieprzytomny Beblok, zobaczył to co ja, oprzytomniał błyskawicznie i wspólnymi siłami (za pomocą jakiegoś kija) pogoniliśmy kudłacze od naszego dobytku. Były zdziwione (w zasadzie wstrząśnięte… ale nie zmieszane), ale sobie poszły. M. nawet się nie obudziła (moja ukochana tak właśnie ma – jak śpi, to już śpi J). Pośmialiśmy się z Beblokiem i poszliśmy (czujnie) spać. Kiedy wstaliśmy rano (czyli koło jedenastej) – krowy (okazało się, że było ich kilkanaście) pasły się spokojnie jakieś pięćdziesiąt metrów od naszego namiotu.

Konkluzja?

Uważaj, człowieku, gdzie się rozbijasz, bo coś może przyjść i… zeżreć ci plecak.

Potem opowiadaliśmy o nocnej historii gospodarzowi (właścicielowi łąki). A ten nam powiedział, że specjalnie zaproponował nam miejsce na tej łące – bo jest ogrodzona, więc są na niej TYLKO krowy, a one są OK. Za ogrodzeniem, na wzgórzach pasą się owce – a one NIEWĄTPLIWIE zeżarłyby nam przynajmniej linki od namiotu, zanim byśmy się zorientowali… J

 

No i tyle na razie. Ale to nie koniec – The Isle of Skye jeszcze wróci w kolejnym odcinku, bo to miejsce szczególne bardzo. Następnym razem opowiem Wam o naszym drugim pobycie na Skye – kilka lat później, już tylko we dwoje, w czasie naszej podróży poślubnej. Ale na razie – kończyć muszę. Do zobaczenia. Failte.

Puchatek

Mruczanka odsłaniająca…

…rąbek tajemnicy 🙂

Ukłon w stronę Holly, która pisała, że tylko literki i literki. Pełnych nazw na razie nie mogę (no, nie mogę po prostu, przepraszam…), ale rąbka uchylę.

Pismo D. to kolorowe pismo dla rodziców. Ciąża, poród, opieka nad dzieckiem, wychowanie, zabawki, dziecięce choroby. Redakcja doszła do wniosku, że pismo jest za bardzo „tylko do matek” skierowane i postanowiła, że potrzebny ktoś, kto poprowadzi oddzielną rubrykę właśnie dla tatusiów. Czyli – małe dziecko (i wszystkie sprawy związane) z punktu widzenia faceta. Fajnie, nieprawdaż? 🙂

Wymagania redakcji były proste. Musi to być facet (rzecz prosta), osoba pisząca (z doświadczeniem dziennikarskim), ale także – młody tata, zainteresowany sprawami wychowania (i posiadający jakąś tam wiedzę na ten temat). No więc Puchatek doszedł do wniosku, że jest kandydatem idealnym, bo ze swoim (między innymi) psychologicznym wykształceniem spełnia WSZYSTKIE wymagania. Na szczęście redakcja pisma D. podzieliła ten pogląd.

No i M. powiedziała: „No pewnie, że się nadajesz! Jesteś świetnym tatusiem!” – i Puchatek wymiękł po prostu, bo redakcja redakcją, ale żeby coś takiego z ust własnej kobiety i matki swoich dzieci usłyszeć, to choćby po to warto w takim konkursie wystartować :)))))

…a w B. się dziwią, że w całej „trudnej i niepewnej sytuacji” ja chodzę uśmiechnięty od ucha do ucha i mam humorek przedni, i w ogóle się nie przejmuję tym bajzelkiem. Ano – nie przejmuję. Są ważniejsze rzeczy 🙂