Mruczanka na początek weekendu

To był UPIORNY tydzień. Potwory miały straszny czas – jęczały, kwęczały, budziły nas w nocy po razy tysiąc.

 

.

 

W mojej ukochanej firmie B. – kolejny pożar w burdelu, wszystko na ostatnią chwilę. „Szybciej, oddawajcie teksty, bo w piątek musi się zacząć łamanie!” – słyszeliśmy średnio trzy razy dziennie. W. się strasznie stresował. Ja jakby mniej – i to nie tylko dlatego, że jestem „na wylocie” – ale także dlatego, że przez całe pół roku mojej pracy w B. jeszcze się nie zdarzyło, żebyśmy weszli na skład punktualnie… Tym razem, rzecz prosta, także wyjątku nie było. Skład zacznie się w poniedziałek. Jak dobrze pójdzie…

 

.

 

Tyle, że mnie to już jakby nie dotyczy. W poniedziałek albo we wtorek składam wymówienie. Decyzja podjęta, przedyskutowana w domu, zatwierdzona przez M. Potwory na razie nie mają nic do gadania, ale jakby miały – też by zaakceptowały. One też wolą widzieć w domu tatę, niż jego kapcie w przedpokoju…

 

.

 

Sytuacja nie jest tak różowa, jak bym chciał. Pan C. miał drobny wypadek – nic poważnego, ale cały projekt lekko się odsuwa. Miało „być wiadomo” do świąt – będzie dopiero w styczniu. Czyli jeszcze jakiś miesiąc niepewności.

 

.

 

Ale doszedłem do wniosku, że tracenie czasu w B. byłoby absurdem. No bo tak:

 

– Siedzę w B. cały Boży dzień. W domu mnie nie ma. Wracam zmęczony, psychicznie zwłaszcza. I żeby jeszcze coś z tego było, ale nie. No bo:

 

– Zarabiam stosunkowo niedużo. Jeśli doliczyć fakt, że współczynniki obcinają, a za robienie zdjęć (i jeszcze parę innych rzeczy, coraz bardziej zresztą kretyńskich) nie płacą, to wychodzi (jak obliczyłem), że mniej więcej połowę czasu spędzam tam za darmo…

 

Czyli – strata czasu. Nawet nie mogę powiedzieć, że się czegoś uczę czy zdobywam nowe doświadczenia (chyba, żeby uznać, że chodzi o doświadczenie z jakiego typu firmami nie współpracować…). Jak mawiał kolega Karp odchodząc dwa tygodnie po mnie z redakcji Jednej Dużej Gazety – „czas skończyć ten toksyczny związek”.

 

.

 

Projekt pana C. ruszy prawdopodobnie od kwietnia / maja / czerwca. Czyli do pół roku będę bezrobotny.

 

Ale nie całkiem, bo właśnie dostałem kolejne tłumaczenie. Jest tego wszystkiego tyle, że możemy za to żyć bezstresowo przez pół roku. A lekko zaciskając pasa – nawet dłużej. A zrobię to – jeśli nie będę przesiadywał bez sensu w B. – w ciągu trzech – czterech miesięcy.

 

A jak do końca stycznie okaże się, że projekt jednak nie wypala – to będę miał jeszcze spokojne kilka miesięcy na znalezienie pracy.

 

Ot, co.

 

.

 

…Co nie zmienia faktu, że jednak jest to wszystko lekko ryzykowne. Trzymajcie kciuki. Zwłaszcza Ty, Holly, bo Twoje kciuki jakoś ostatnio szczęśliwe! J

 

 

 

****

 

 

Matka Swego Syna napisała na swoim Drugim (Pierwszym? Trzecim?) blogu dlaczego pisze. I radziła, żeby się zastanowić nad własnym pisaniem. Czy się przypadkiem świata wirtualnego za prawdziwy nie bierze…

 

.

 

Zastanawiałem się. Nie biorę. Piszę tu, bo takie pisanie to dla mnie forma autonarracji. Bo kiedy pewne rzeczy spisuję – to niektóre z nich lepiej rozumiem (bo „co zwerbalizowane, to uświadomione”). Inne – łatwiej mi zaakceptować. Z jeszcze innymi – łatwiej walczyć. A Niektóre można po prostu wyśmiać – bo dopiero na piśmie widać, jakie są nieprawdopodobnie głupie. Vide – firma B. J

 

.

 

Pisanie to raczej forma porządkowania myśli i skojarzeń, niż kreacja świata.

 

.

 

Scribere necesse est?…

 

.

 

Ale dziękuję Ci, Matko, za Twoje pytania. I za tę całą resztę, którą tam napisałaś.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s