Mruczanka w szkocką kratę – odcinek 3.

 

 

Tak, jak obiecałem – jedziemy dalej… Kyle of Lochalsh – niewielka mieścina, znana głównie z tego, że stąd pływały promy na Skye. Pływały – w czasie przeszłym, bo od kiedy zbudowano most, promy pływają już tylko w lecie, jako atrakcja dla turystów…

 

Pierwszy raz w Szkocji byłem w 1994, ale wtedy nie dojechaliśmy aż tak daleko na północny zachód. Za długo siedzieliśmy w Londynie i zabrakło czasu. Za to rok później – udało się. Byliśmy we trójkę – z M. (z którą ledwie rok wcześniej się poznaliśmy) i kolegą Beblokiem.

No i – co wyjaśnia, po co te historyczne wstawki J – wtedy jeszcze nie było mostu. To znaczy – chyba właśnie zaczynał się budować, ale ciągle jeszcze jedyną metodą dostania się na wyspę Skye był prom.

.

Prom… to brzmi dumnie. Drewniano-blaszana, płaskodenna (chyba) łajba, na której mieściło się kilka samochodów (osobowych, duża ciężarówka – jedna) i kilkadziesiąt osób. Promy kursowały właściwie bez przerwy – dobijały do brzegu, samochody zjeżdżały, wjeżdżały nowe – i z powrotem. Co ciekawe – płaciło się od samochodu, ludzie jechali za darmo (co dla nas wtedy było duuużym plusem…).

 

Długo mógłbym Wam opisywać samą wyspę i jej geografię, ale po co – popatrzcie sobie na mapkę i tyle (na przykład http://www.skye.co.uk/skye-regions-home.html). A ja wolałbym opisać Wam kilka miejsc najpiękniejszych (subiektywnie, rzecz prosta).

.

Zatem – najpierw Uig. (To ci dopiero nazwa – jak to czytać? Dowcip polega na tym, że – jak duża część nazw na północy Szkocji – to już nie angielski. Geografię językową Wielkiej Brytanii najlepiej można zrozumieć patrząc na tablice z nazwami miejscowości i informacjami drogowymi. Anglia i południe Szkocji – tablice po angielsku. Północ Szkocji – tablice po angielsku, pod spodem te same informacje w gaeliku. The Isle of Skye – tablice w gaeliku, a pod spodem, mniejszymi literami, po angielsku…)

Uig to kompletna dziura. Kilkanaście domków na nabrzeżu, w okolicy kilka posiadłości, parę farm i jeden zamek (o nim kiedy indziej) – a ponad tym wszystkim mroczne skały, mgły, tajemnica. Rozbiliśmy namiot na polu jakiegoś farmera (oczywiście po otrzymaniu pozwolenia właściciela…), a potem poszliśmy sobie na spacer. Po kilku kilometrach przez dzicz (wrzosowiska, łąki, skałki…) doszliśmy na brzeg (przypominam – jesteśmy na wyspie). A właściwie – „nad” brzeg, bo sam brzeg leżał jakieś dwadzieścia metrów niżej. Byliśmy na klifie. Klify na Skye to jedne z najwyższych klifów morskich w Europie (wyższe są w Norwegii, a najwyższe – na północy Irlandii). No, ale nie po to Wam o tym piszę, żeby Was uczyć o atrakcjach turystycznych…

.

Ścieżka (wydeptana chyba przez gospodarzy szukających owiec) biegnie wzdłuż klifu. Momentami – tuż nad krawędzią. Można nią (idąc na południe) dojść w miejscem z którego widać jak na dłoni całe Uig, razem z portem, do którego wpływają promy (już takie „prawdziwe”, duże) łączące „Main Land”, czyli Wielką Brytanię właściwą, z Wyspami Zachodnimi (Hybrydy Zewnętrzne).

Ale można też pójść w drugą stronę – na północ – i po kilku milach trafić w miejsce naprawdę warte odwiedzenia.

Nie, tym razem nie będzie niespodzianek – wież, zamków, starych dworów. Ale za to…

Czy byliście kiedyś w miejscu, gdzie można naprawdę zapomnieć „…jaka epoka, jaki wiek, jaki rok…”, że zacytuję Klasyków?

.

Wrzosowiska dookoła. Żywego ducha. Niebo lekko pochmurne. Szumy i szelesty – to lisy polują na dzikie króliki w wysokich trawach. Można po prostu usiąść i słuchać. I patrzeć.

Skały i góry. Ciemne, tajemnicze, nie takie „pocztówkowe” jak na ładnych zdjęciach. Szum wiatru. Dwadzieścia metrów poniżej – morze. Ciemne, niemal czarne. Fale rozbijają się o kilka skał wystających z wody.

Siedzi człowiek i patrzy – dokładnie na zachód. Na linii horyzontu – jeśli pogoda jest dobra – można zobaczyć zarys Wysp Zachodnich. Ale ma się poczucie, że jest się na końcu świata. Że dalej już tylko Ocean – a za nim…

.

Tak, dziś wiemy, co za nim i w ogóle. Ale kiedy tam siedzieliśmy – zrozumiałem, co musieli czuć ludzie kilka (…naście) wieków temu, kiedy NIE WIEDZIELI. Kiedy mogli tylko wyobrażać sobie i marzyć. Zrozumiałem, co czuł Frodo Baggins, kiedy odpływał z Szarych Przystani do Valinoru, na Najdalszy Zachód.

 

 

Szum morza w połączeniu z szumem wiatru jest po prostu hipnotyzujący. To muzyka – ta Pierwsza, prastara, ta, z której wyrosły brzmienia harf celtyckich, fletów, bodhranów usiłujących ją naśladować.

Doszliśmy tam około trzeciej po południu. Siedzieliśmy – praktycznie bez słowa – prawie do północy. Zachód słońca nad oceanem – wcale nie „romantyczny” jak z karaibskich pocztówek. Raczej tajemniczy, potężny, przytłaczający. Widok, który sprawia, że człowiek czuje się nagle malutki wobec bezkresu.

.

 

 

A potem – wschodzący księżyc (w pierwszej kwadrze, cienki sierpik). I odgłosy nocy – szum morza i wiatru jeszcze wyraźniejszy, krzyki jakichś nocnych zwierzaków. I te same kształty skał i wzgórz, co przedtem – ale nagle powiększone przez pozbawienie koloru i przejście w formę samej ciemnej, wieloznacznej sylwetki. Dotknięcie tajemnicy.

 

Kiedy wróciliśmy do namiotu – była prawie druga w nocy. I nie dane nam było pospać dłużej, bo…

Teraz będzie akcent komediowy z elementami horroru. Czytelnicy o słabych nerwach niech przysiądą albo profilaktycznie zażyją nitroglicerynkę J)

Ale najpierw słowo wyjaśnienia. Jakem napisał – było nas troje. Trzy osoby, trzy plecaki. Namiot – dwójka. Obszerna, spało się całkiem wygodnie (mimo, że kolega Beblok do najchudszych nie należy) – ale na plecaki już w nim miejsca nie było. Parę lat póżniej kupiłem sobie lepszy namiocik, z odpowiednim przedsionkiem, ale wtedy nasze plecaki nocowały po prostu obok namiotu. A żeby w razie deszczu nie zmokły – wkładaliśmy je do kilkumetrowego „tunelu” z folii. Podwijało się potem brzegi folii i żaden deszcz nie był plecakom straszny.

 

Śpimy zatem spokojnie (choć z przerwami, bo sen mam lekki, a dookoła namiotu łąka, na której życie nocne kwitnie – dzikie króliki i w ogóle). Śpimy „na przemian” – ja od brzegu, w środku Beblok z głową w przeciwną stronę, pod ścianą zaś M. – w tę samą stronę co ja. No i nagle…

 

Wpół do czwartej rano. Budzi mnie dziwny odgłos – jakby ktoś szarpał folię, w którą zawinięte są plecaki. Podnoszę głowę, żeby rozpiąć namiot i spojrzeć, co się dzieje – a tu nagle przeciwległa ścian namiotu, pod którą śpi M., zaczyna wbrzuszać się do środka! Coś się w niej jakby rusza, coś jakby próbuje dosięgnąć nas (M. śpiącej przy ścianie!) przez nylon. I w dodatku – co z jednej strony pociesza, a z drugiej przeraża – wcale to na działanie człowieka nie wygląda. Zastrzyk adrenaliny – wyskakuję ci ja z namiotu (jest już prawie jasno, bo to środek lata i bądź co bądź północ dosyć daleka) – i co widzę?

(Napięcie rośnie…)

Otóż widzę… krowę.

Nie, nie śmiejcie się. Nie krasulę czarno-białą, ale KROWĘ. Rasy Highland Cattle – czyli szkocka specjalność, krowy deszczo- i wiatroodporne. Popatrzcie – tak toto wygląda:

http://www.oaklandzoo.org/atoz/azcattle.html

http://www.highland-coos.com/

 

No i ta krówka (…) właśnie wpycha nochal swój włochaty w nasz namiot, wyraźnie zainteresowana, co to za zwierzę wyrosło na jej łące. A jej koleżanka właśnie odrywa zębiskami kawałek folii chroniącej nasze plecaki (może chciała dawać mleko w folii od razu, czy co?).

Trochę się uspokoiłem (bądź co bądź krowy, nawet kudłate, ludzi nie jadają J) – wrzasnąłem, żeby się bydlęta przestraszyły. Na mój wrzask z namiotu wyskoczył lekko nieprzytomny Beblok, zobaczył to co ja, oprzytomniał błyskawicznie i wspólnymi siłami (za pomocą jakiegoś kija) pogoniliśmy kudłacze od naszego dobytku. Były zdziwione (w zasadzie wstrząśnięte… ale nie zmieszane), ale sobie poszły. M. nawet się nie obudziła (moja ukochana tak właśnie ma – jak śpi, to już śpi J). Pośmialiśmy się z Beblokiem i poszliśmy (czujnie) spać. Kiedy wstaliśmy rano (czyli koło jedenastej) – krowy (okazało się, że było ich kilkanaście) pasły się spokojnie jakieś pięćdziesiąt metrów od naszego namiotu.

Konkluzja?

Uważaj, człowieku, gdzie się rozbijasz, bo coś może przyjść i… zeżreć ci plecak.

Potem opowiadaliśmy o nocnej historii gospodarzowi (właścicielowi łąki). A ten nam powiedział, że specjalnie zaproponował nam miejsce na tej łące – bo jest ogrodzona, więc są na niej TYLKO krowy, a one są OK. Za ogrodzeniem, na wzgórzach pasą się owce – a one NIEWĄTPLIWIE zeżarłyby nam przynajmniej linki od namiotu, zanim byśmy się zorientowali… J

 

No i tyle na razie. Ale to nie koniec – The Isle of Skye jeszcze wróci w kolejnym odcinku, bo to miejsce szczególne bardzo. Następnym razem opowiem Wam o naszym drugim pobycie na Skye – kilka lat później, już tylko we dwoje, w czasie naszej podróży poślubnej. Ale na razie – kończyć muszę. Do zobaczenia. Failte.

Puchatek

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s